List do prezesa Coca-Coli
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Poniższy list jest całkowicie fikcyjny. Nigdy nie prowadziłem takiej korespondencji z jakimkolwiek biznesmenem. Jednakże, gdyby zadano mi podobne pytania, odpowiedziałbym na nie tak, jak poniżej. W różnych publikacjach przedstawiałem podobne argumenty. Chciałbym zadedykować ten list panu Roberto Goizuecie, byłemu prezydentowi i dyrektorowi generalnemu korporacji Coca–Cola, wspaniałemu katolikowi (którego syn Roberto Jr. jest wybitnym teologiem) i jednemu z najbardziej podziwianych szefów korporacji w najnowszej historii Ameryki.

Tuż przed swoją przedwczesną śmiercią w 1997 roku Roberto Goizueta zaprosił mnie na prywatną rozmowę, po której, podczas lunchu, odpowiadałem na pytania jego kadry kierowniczej. Od początku należał do wielbicieli moich książek: „Duch demokratycznego kapitalizmu” i „Biznes jako powołanie”. Było to nasze jedynie spotkanie.

Pod kierownictwem Goizuety, w latach 1981–1997 wartość giełdowa Coca–Coli wzrosła z 4,3 mld do 180 mld dolarów, czyli o 3500 procent. Rzadko zdarza się, że jakaś firma zwiększa swoją wartość w sposób tak systematyczny przez tak długi okres. Sukces ten przyczynił się do istotnego rozwoju wielu uniwersytetów, muzeów, organizacji charytatywnych, funduszy emerytalnych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego, zwłaszcza tych znajdujących się w okolicach Atlanty, które zainwestowały swoje środki w akcje Coca–Coli.

Coca–Cola należy do korporacji o największym zasięgu. Ma prawie tak międzynarodowy charakter, jak Kościół katolicki. Każdego dnia na całym świecie ponad miliard ludzi wypija jej produkty. Roberto oczywiście lubił powtarzać, że przynajmniej 5 miliardów ludzi nie piło jeszcze Coca–Coli. Mówił: „Ta firma ma jeszcze wiele do zrobienia”.

4 marca 2000 roku

Drogi Roberto,

w Twoim ostatnim e–mailu zadałeś mi kilka pytań. Pozwól, że odpowiem na nie po kolei.

Pierwsza sprawa, o której wspomniałeś, dotyczy mojego krótkiego komentarza, w którym stwierdziłem, że Coca–Cola powinna otworzyć duży oddział w Bangladeszu. Pozwól, że bliżej to wyjaśnię.

Wiem, że rząd Bangladeszu jest nieprzewidywalny. Podczas zimnej wojny Rosjanie mieli pełną kontrolę nad tym krajem. Tysiącami wysyłali Banglijczyków na studia do Moskwy. Dobrze rozumieli strategiczną maksymę „Dakka jest kluczem do południowo–wschodniej Azji”. Spojrzenie na mapę Zatoki Bengalskiej może nie dawać pełnego obrazu, ale wyprowadzając z Dakki linie w każdym kierunku, można przekonać się o jej centralnym położeniu. Tamtejszy klimat, chociaż gwałtowny i nieprzyjazny dla ludzi przyzwyczajonych do klimatu umiarkowanego, bardzo sprzyja roślinności. Słońca i wody jest pod dostatkiem; plony można zbierać prawie na okrągło, przez cały rok.

Bangladesz byłby fantastycznym centrum dla przemysłu specjalizującego się w owocach tropikalnych i sokach owocowych. Moja propozycja dla Coca–Coli jest następująca: zaeksperymentuj trochę i stwórz wielką światową rozlewnię soków owocowych, szczególnie dla południowo–wschodniej Azji, Indii, Chin i Japonii. W okręgu, którego centrum stanowi Bangladesz, żyje więcej ludzi niż na jakimkolwiek innym porównywalnym terenie na ziemi. Z wyżej wspomnianych soków skorzysta prawie dwa miliardy ludzi żyjących w tym regionie. Co za rynek! Jak wiele dobra można by uczynić dzięki udanemu przemysłowi lokalnemu.

Kierują mną również inne motywy. Jesteś takim samym zwolennikiem demokracji i kapitalizmu, jak ja. Tak jak ja zgadzasz się, że w kapitalizmie chodzi głównie o kreatywność w działaniu, i musisz przyznać, że wizja stworzenia Coca–Cola–Azja — giganta produkcji soków z owoców tropikalnych stanowi wyzwanie. (Nie sugeruję tu rezygnacji z tradycyjnych produktów, lecz rozszerzenie oferty).

Bardzo bym chciał, aby świat w połowie XXI wieku był światem demokratycznych państw, w których respektuje się prawa jednostki, a jedna trzecia ludzkiej populacji dziś jeszcze zniewolona ubóstwem przebije w końcu mur i wstąpi w szeregi klasy średniej. Stanie się to jedynie dzięki instytucjom i jestem przekonany, że rządy państw nie uczynią tego — one nie mogą tego uczynić. To nie rządy, lecz przedsiębiorstwa tworzą dobrobyt. A czynią to, odnajdując i rozwijając ludzkie talenty. Te zaś pochodzą z dołu. W Azji i Ameryce Łacińskiej żyją setki tysięcy ekonomicznie uzdolnionych inwestorów, przedsiębiorców, organizatorów, którzy staną się awangardą gospodarczego i politycznego rozwoju, jeśli tylko otrzymają od kogoś szansę. Ten „ktoś” najprawdopodobniej wkroczy na scenę z zewnątrz — myślę o oddziaływaniu Zachodu (chodzi mi o oddziaływanie judaizmu i chrześcijaństwa), rozpowszechniającym ideę przedsiębiorczości. Biedni ludzie potrzebują miejsc pracy. Tylko przedsiębiorczość je tworzy.

Budowanie Miasta Bożego

Spytałeś mnie również o to, co znaczą słowa, które napisałem w książce Biznes jako powołanie: że na szczycie zobowiązań moralnych wpisanych w istotę biznesu jako biznesu znajdują się również powinności wynikające z bycia katolikiem lub członkiem innej wspólnoty religijnej. Romano Guardini napisał kiedyś, że katolik powinien być rozpoznawalny dla każdego nawet po sposobie, w jaki wspina się na drzewo. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jakby to było możliwe. Zastanawiałem się więc, bo zawsze traktowałem Guardiniego poważnie — na czym to polega, że katolik myśli o drzewach inaczej niż pozostali ludzie.

Otóż katolicka liturgia eucharystyczna to „całe stworzenie zjednoczone w modlitwie”. Prosimy Stwórcę, by pobłogosławił „owoc winnego krzewu i pracy rąk ludzkich”, tak jak błogosławi pszenicę, z której pieczony jest chleb stający się Ciałem Jego Syna. Całe stworzenie ma charakter sakramentalny i należy do naszego zbawienia. Drzewa, kwiaty i ocean „wyśpiewują chwałę Boga”. Dotykając drzewa, dotykamy czegoś świętego. Na krzyżu umarł Chrystus i dał nam zbawienie. Katolicki poeta napisał: „Myślę, że nigdy nie zobaczę / wiersza tak pięknego jak drzewo”.

Jednak drzewa i inne owoce stworzenia nie są święte jako emanacje Boga, jak utrzymują animiści. Nasz Bóg transcenduje stworzenie; nie tworzy z nim jednego, tak jak bóg panteistów. Niemniej jednak, stworzenie ma źródło w Jego oglądzie i miłości. Dlatego też świętość stworzeń polega na tym, że ukazują nam coś z Bożego poczucia piękna, troski o nas i miłości. Jesteśmy zaproszeni do tego, by poznawać je coraz dogłębniej, badać ich naturę i potrzeby, rozwijać je, troszczyć się o nie, używać ich. Stworzenie zostało nam dane, abyśmy używali go dla Jego chwały i naszego dobra.

Bardzo ważną rzeczą dla Ciebie, Roberto, jako szefa przedsiębiorstwa, jest sprawowanie tej funkcji w sposób świadczący o szacunku dla dóbr natury, których używasz. Jeszcze ważniejszą rzeczą jest, byś okazywał szacunek ludziom, z którymi pracujesz, dostawcom, którzy Tobie pomagają, klientom, którym służysz. Istoty ludzkie są największą chwałą Boga: „Żyjący człowiek jest chwałą Boga”.

Pewien mężczyzna, który przed wieloma laty pracował dla Twojej firmy w Afryce, opowiedział mi pouczającą historię. Był katolikiem i studiował na Uniwersytecie Notre Dame (był studentem ojca Putza). Powiedział, że przodowanie w budowaniu dróg sprawiedliwości społecznej należy do ludzi świeckich. Zastanawiając się nad tym, co on sam może zrobić na tej płaszczyźnie — a był jednym z waszych regionalnych menedżerów, w czasie kiedy ani Coca–Cola, ani nikt inny nie utrwalił jeszcze swojej obecności w Afryce — zauważył, że ma bardzo szerokie pole działania. Od niego bowiem zależało, w jaki sposób była organizowana praca, byle tylko wszystko działało, i to działało dobrze. Stwierdził, że zasadnicze zadanie w zakresie sprawiedliwości społecznej w Afryce polega na włączeniu tamtejszych mieszkańców w główny nurt wydarzeń. Uważał, że dla dobra przyszłości Coca–Coli powinien zaangażować do działania tylu czarnych Afrykanów, ilu się da. Dlatego też przeanalizował, na jakich stanowiskach potrzebuje ludzi — kierowców ciężarówek, dostawców żywności, operatorów maszyn, pracowników obsługi, nadzorców, dystrybutorów, sprzedawców itd. — i wszędzie tam, gdzie było to możliwe, zaangażował małe lokalne przedsiębiorstwa. Chciał, żeby czarni Afrykanie stali się samodzielnymi właścicielami i żeby pamiętali o swoich dobrych stosunkach z Coca–Colą. Wierzył, że ta inicjatywa przyniesie korzyści zarówno czarnym Afrykanom, jak i Coca–Coli.

Według mnie na tym właśnie polega przykład świeckiego katolika korzystającego ze swoich kompetencji dla realizacji dzieła sprawiedliwości społecznej, które w inny sposób mogłoby nie zostać podjęte. Wymaga to zwrócenia baczniejszej uwagi na szerszą rzeczywistość i pamiętania o wizji, którą nazywam Caritapolis, „jaśniejące miasto na wzgórzu”, miasto braterskiej miłości, które św. Augustyn nazwał Miastem Bożym. Oznacza to stopniowe przybliżanie perspektywy tego miasta. Oznacza to wznoszenie w naszym pokoleniu fundamentów osiągnięć, na których przyszłe pokolenie będzie mogło budować.

Dlatego też uważam, że katolicy mają więcej zobowiązań w zakresie biznesu niż inni. Powinniśmy pamiętać o Mieście Miłości, którego wznoszenie na przestrzeni wieków należy do naszych obowiązków. Aby osiągnąć ten cel, musimy odznaczać się pragmatyzmem, podejmując działania prowadzące do realnych, a nie tylko czysto sentymentalnych zmian w instytucji. Nasi ludzie muszą być dobrze przygotowani, znajdować się na właściwym miejscu i mieć uprawnienia do podejmowania owocnych działań na własną odpowiedzialność. To jest długa i powolna praca. Każde pokolenie musi się z tym zmierzyć i wnieść swój wkład.

Popatrz na siebie i na mnie, Roberto. Obydwaj pochodzimy z rodzin imigrantów. Na początku miałem bardzo niewiele; to, co ty miałeś (oprócz wykształcenia i niskiego stanowiska w Coca–Coli) zabrał [Fidel] Castro. Dzięki czyjejś pomocy otrzymaliśmy szansę. Mieliśmy również szczęście znaleźć się w najlepszym systemie na Ziemi. Inne kontynenty mają przed sobą długą drogę, zanim znajdą się w podobnym systemie (niekoniecznie w takim samym, ale na swój sposób zdolnym do tworzenia możliwości dla biednych i upowszechniania własności).

Społeczeństwo musi być obywatelskie

Mówisz, że jednym z Twoich priorytetów na lata, które Ci jeszcze pozostały, jest skierowanie uwagi Coca–Coli na budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Wiem z naszej rozmowy, że społeczeństwo obywatelskie oznacza dla Ciebie wszystkie struktury pośredniczące między jednostką i państwem — dwiema zasadniczymi obiektami zainteresowania epoki nowożytnej — a zatem: rodzinę, Kościół, wspólnotę sąsiedzką, najróżniejsze stowarzyszenia. „Prawo stowarzyszeń jest pierwszym prawem demokracji” (Tocqueville). Ty i ja, Roberto, chcemy świata, który jest demokratyczny (naprawdę, a nie jak „Ludowa Republika Demokratyczna” Kadafiego, która zawiera trzy kłamstwa w trzech słowach). Koniecznym, ale niewystarczającym warunkiem systemu demokratycznego jest, by był to zarazem system kapitalistyczny, czyli otwarty na możliwości. W większym stopniu niż demokratyczny kapitalizm może to być demokracja socjalna, jak w Wielkiej Brytanii czy we Francji; musi jednak chronić własność prywatną, przedsiębiorczość i otwarte możliwości. Optujemy za tą kombinacją, ponieważ jest ona mniej podatna na występowanie tortur, tyranii i gospodarczej beznadziei.

Otóż głównym warunkiem zaistnienia demokracji jest przekształcenie tłumu w społeczeństwo. Społeczeństwo powstaje w momencie, gdy jednostki przezwyciężą swoją izolację (i podatność na psychologię tłumu), ucząc się swojej siły w samorządnych stowarzyszeniach. Samorządne społeczeństwo rozwija się poprzez tworzenie wielu małych stowarzyszeń. Ludzie uczą się w nich, jak podejmować wspólne decyzje, dzielić się zadaniami i działać jednocześnie na różnych płaszczyznach. Dzięki temu uczą się samorządności. A w ten sposób uczą się, co należy robić, by demokracja działała.

Ta sama myśl zawiera się w stwierdzeniu, że demokracja obejmuje naukę stosowania pewnego zespołu umiejętności — starożytni powiedzieliby: zestawu cnót, rozwijających określony rodzaj charakteru. Demokracja jest długą szkołą. Żaden naród nie może liczyć, że nauczy się lekcji raz na zawsze. Każde pokolenie musi uczyć się od nowa, i to na własnych błędach. Poza tym, społeczeństwa cierpią na entropię moralną. To, czego jedno pokolenie uczy się z wielkim wysiłkiem i za wysoką cenę, następna generacja może podziwiać, jednak bez silnego przekonania o konieczności zdobycia tegoż, zaś wnukowie prawdopodobnie będą się nudzić, ponownie słuchając o tamtych osiągnięciach. Czwarte pokolenie będzie chciało „żyć swoim własnym życiem, na swój własny sposób”, tak, jak gdyby wraz z nim rozpoczął się niewinny i nowy świat.

Widzę, że dla Ciebie żywotne społeczeństwo obywatelskie jest jedyną wystarczającą ochroną przed pokusą państwa totalitarnego; w Twojej pamięci zawsze tkwi doświadczenie Kuby (i większości obszarów naszego globu w XX wieku). Powiedziałeś mi, że obawiasz się, iż nawet w Stanach Zjednoczonych są ludzie gotowi powierzyć swoje bezpieczeństwo państwu narodowemu i uczynić to państwo silniejsze i bardziej odpowiedzialne za coraz większą część produktu narodowego i konkretne dziedziny działania obywateli. Martwisz się również „poprawnością polityczną” i wzrostem postaw totalitarnych. Coraz większa kontestacja rozróżniania dobra i zła, prawdy i fałszu, oraz wzrastające przekonanie, że nie ma w ogóle takich kategorii, a istnieją jedynie osobiste opinie — to wszystko wskazuje, że nadchodzi barbarzyństwo. Mam nadzieję, że uczynisz wszystko, co możliwe, by wzmocnić najróżniejsze dobrowolne stowarzyszenia w amerykańskiej rzeczywistości, które są szkołami samorządności i stanowią obronę przed rozrastającą się władzą państwa.

Uważasz, że wzmacnianie społeczeństwa obywatelskiego poprzez promocję stowarzyszeń jest konieczne przede wszystkim na zagranicznych rynkach Coca–Coli. Zgadzam się z tym całkowicie. Demokratyzacja tak zwanego trzeciego świata, także czwartego i piątego nie nastąpi, dopóki życie wolnych stowarzyszeń nie stanie się bardziej dynamiczne. W Ameryce Łacińskiej nadal rządzi familizm; zasadnicza część życia wspólnotowego przebiega wewnątrz rodziny, a więzy zaufania i współpracy na zewnątrz rodziny są bardzo słabe. Ten fenomen widać jeszcze wyraźniej w Afryce i na większości terenów Azji. Faktycznie w wielu regionach świata „rodzina” często staje się motywem korupcji; dobro rodziny przeważa nad czysto abstrakcyjnym prawem. Pielęgniarka odpowiedzialna w jakimś odległym regionie za rozdział leków dla ludności jest tak zaaferowana pilnymi potrzebami własnej rodziny, że sprzedaje leki, by wspomóc finansowo krewnych, zamiast rozdzielać je innym. Stowarzyszenia tworzą zaufanie i umożliwiają uczciwe podejmowanie decyzji na zewnątrz, jak i wewnątrz rodzin, stwarzając nową rzeczywistość obywatelską, która wykracza poza rodzinę, a zarazem szanuje ją. Stowarzyszenia pokazują, w jaki sposób poprzez prowadzenie debaty i dochodzenie do zgody mogą być respektowane uprawnienia, wypełniane zobowiązania, ustanawiane nowe prawa i rozwijane pożyteczne praktyki. Stowarzyszenia przyzwyczajają ludzi do samorządności, najpierw w małych środowiskach i dopiero po jakimś czasie w narodzie jako całości.

Jak zaznaczyłeś, Roberto, każde przedsiębiorstwo jest małym stowarzyszeniem, nawet jeśli okazuje się bardziej wyspecjalizowane niż stowarzyszenie obywatelskie o ogólniejszym zakresie działania. Prawdą jest również, że tak jak demokracja, tak też ekonomia oparta na biznesie potrzebuje dla swego rozwoju rozległego i żywotnego społeczeństwa obywatelskiego. Państwo musi być ściśle ograniczone, aby społeczeństwo rozkwitało w najróżniejszego rodzaju stowarzyszeniach. Niektóre z nich będą miały charakter religijny, edukacyjny, kulturalny, charytatywny, inne powstawać będę na wszelkich płaszczyznach biznesu. I właśnie te ostatnie, czyli przedsiębiorstwa, stanowią materialną podstawę dla innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Poprzez generowanie wzrostu gospodarczego przedsiębiorstwa finansują stowarzyszenia społeczeństwa obywatelskiego, zapewniając im niezależność od państwa. Ograniczenie państwa leży w żywotnym interesie przedsiębiorstw. W wielu zakątkach świata totalitarne i tyrańskie państwa likwidowały przedsiębiorstwa prywatne i włączały je do aparatu państwowego, zakazując dobrowolnych działań gospodarczych między jednostkami pod groźbą kary śmierci. Przedsiębiorstwa prywatne nie rosną na jakiejkolwiek glebie politycznej. Dlatego też obojętność wobec ogólniejszych kwestii dotyczących ograniczonej władzy państwowej, rządów prawa i powodzenia społeczeństwa obywatelskiego byłaby dla przedsiębiorstw autodestrukcyjna.

Tych oto argumentów użyłbym, Roberto, co prawdopodobnie sam już uczyniłeś, dla przekonania swoich kolegów o tym, że wysiłek promowania społeczeństwa obywatelskiego w krajach, w których działają, jest sprawą życia lub śmierci dla ich firmy. Stowarzyszenia obywatelskie są środkiem, dzięki którym takie cele, jak ograniczona władza państwowa, rządy prawa, respektowanie uprawnień urzeczywistniają się w żywej tkance społeczeństwa. Patrząc z odwrotnej perspektywy, są one celem, dla którego szukamy wolności. Wolne stowarzyszenia są szczególną formą communio, poprzez którą ludzie w dużych i pluralistycznych społeczeństwach naśladują życie Trójcy Świętej. Duże i pluralistyczne społeczeństwo nie jest i nie może być rodziną, ale może być stowarzyszeniem przyjaciół, złączonych węzłem obywatelskiej miłości tak silnym, że jeden członek dobrowolnie oddaje życie za wspólnotę, tak jak żołnierze czynią to od niepamiętnych czasów.

Coca–Cola w swoim wewnętrznym życiu może być modelem stowarzyszenia–przedsiębiorstwa zorientowanego na realizację określonych zadań, kierowanego odgórnie, a jednocześnie otwartego na pomysły i inicjatywy zespołów, z których się składa. Nie znam całego tego żargonu, ale czyż nie nazywa się tego firmą „intra–prise”, która od wewnątrz pobudza ducha przedsiębiorczości? Cieszę się, że tak dużą wagę przywiązujesz do zachęcania ludzi Coca–Coli, aby uczestniczyli w inicjatywach swoich wspólnot, tworzyli nowe i brali aktywny udział w już istniejących. Firma taka, jak Twoja, ma wielu zdolnych ludzi, z wieloma dobrymi pomysłami i niewyczerpaną energią. Są oni wspaniałym bogactwem dla swych wspólnot, gdziekolwiek na świecie się znajdą. Bardzo bym się cieszył, gdyby Coca–Cola wygospodarowała fundusze dla wspierania ich wysiłków w terenie, aby wiedzieli, że firma aprobuje ich działalność. Naturalnie powinni oni postępować roztropnie i występować we własnym imieniu, a nie jako przedstawiciele (w sposób oficjalny) firmy, chyba że istnieje szczególny powód, by firma sponsorowała jakąś działalność albo wydarzenie, występując oficjalnie i ze swoim logo. Przede wszystkim warto zachęcać do pracy z ubogimi i wykluczonymi, ponieważ to oni są nadzieją przyszłości.

Łaska jest blisko Ciebie

Pytasz mnie, jak teologowie pojmują „łaskę”. Mówisz, że trudno ją sobie wyobrazić. Stare adagium powiada: „Łaska nie niszczy, ale buduje na naturze”. Łaska jest działaniem Boga w nas, danym nam przez Chrystusa, zazwyczaj w Kościele i przez niego, przez chrzest i inne sakramenty i sakramentalia, ale również przez dzieła Bożej Opatrzności w codziennych zdarzeniach. Bernanos mówi: „Wszystko jest łaską”, a Yeats: „Wszystko, na co spoglądamy, jest błogosławieństwem”.

Moja ulubiona metafora ma swe źródło w moim rodzinnym mieście Johnstown w Pensylwanii. Gdy byłem chłopcem, nocą po przeciwnej stronie rzeki, na placu należącym do firmy Bethlehem Steel można było obserwować rozżarzone do białości stalowe sztaby, promieniujące czerwonawym blaskiem, kiedy wychodziły z pieców i, ustawione w szeregu, stygły na nocnym powietrzu. Łaska Boża jest jak ogień Bożej miłości, rozżarzony do białości wewnątrz kiepskiego metalu, jakim jesteśmy. Rozmiękcza i kształtuje nas.

Łaska nie buduje na naturze, tak jak drugie piętro buduje się na pierwszym. Jest raczej w nas, aby rozgrzać i przekształcić naszą naturę od środka, nie niszcząc jej, ale wydobywając z niej możliwości („bierna możliwość bycia posłusznym”), których sama natura nie mogłaby dosięgnąć, ale za którymi tęskni, ponieważ dla nich została stworzona.

Dla przykładu, czymś naturalnym dla ludzi jest towarzyskość i budowanie małych wspólnot, tych bliskich, takich jak rodzina, oraz mniej osobistych wspólnot obywatelskich. Czymś naturalnym jest nawet żywienie sympatii wobec innych: zrozumienia, życzliwości, odruchów współczucia. Istnieje wyrafinowana etyka uczuć sympatii wyrażona w systemie etycznym przez osiemnastowiecznych Szkotów i na różne sposoby rozwinięta w rozmaitych kulturach, w pewnych miejscach i okresach nawet w dość imponujący sposób (John Henry Newman napisał kiedyś, że Wielka Brytania w latach 30. XIX wieku mogła reprezentować społeczną łagodność i dobre maniery w stopniu wyższym niż jakakolwiek inna wcześniejsza cywilizacja, a rozwój ten przypisywał skutkom chrześcijaństwa, może szczególnie metodyzmu). Jak wskazuje ta aluzja do Newmana, łaska Boża wznosi zespół naturalnych uczuć na nieprzewidywalne wyżyny — sięgając nawet do przebaczania wrogom i dostrzegania Bożej obecności w każdym człowieku. Ta postać miłości ma specjalną nazwę, caritas, ponieważ w pewien sposób jest niepodobna do czysto ludzkiej miłości. Caritas, która jednoczy ludzkość, jednoczy również nas wszystkich z trynitarnym Bogiem. Wzajemna miłość Osób Boskich Trójcy Świętej rozpala ludzką wspólnotę, tak jak gorące płomienie besemerowskich pieców rozżarzają do białości zimne sztaby żelaza. Powstawanie stali nie niszczy żelaza, ale (przy udziale ogromnej siły ognia) wydobywa jego ukryte możliwości. Tak też łaska przekształca (nie bez udziału naszego cierpienia) naszą naturę. Pod warunkiem, że zgadzamy się na to i uczestniczymy w tym.

Wydaje mi się, że słusznie czynisz, modląc się, aby łaska przekształciła Twoją firmę od wewnątrz, dotykając również tych, którzy nie są świadomi tego procesu. Nie zniszczysz tego, wydobywając wszystkie naturalne możliwości swoich pracowników w zakresie sympatii, uczuć towarzyskich, koleżeństwa i współpracy. Nigdy nie przepadałem za nazywaniem przedsiębiorstwa „rodziną”, aczkolwiek podejrzewam, że jest to czcigodna i chyba nieunikniona metafora. Przedsiębiorstwo nigdy nie będzie w połowie tak osobiste i tak całościowe, jak rzeczywista rodzina. Może to nawet lepiej, że członkowie przedsiębiorstwa nie są choćby w przybliżeniu tak kłótliwi, jak członkowie prawdziwej rodziny!

Uczucia bliskości, zaufania, przyjaźni i prawdziwej przyjemności w obcowaniu ze sobą są niezwykle istotnym ludzkim kapitałem w jakimkolwiek przedsięwzięciu, a tym bardziej w przedsięwzięciu, w ramach którego tak wielu ludzi spędza tak dużo czasu każdego dnia w pracy, rok po roku. Nie jest niczym złym patrzeć na przedsiębiorstwo jak na obraz wewnętrznego życia Trójcy, przynajmniej jako ideał, do którego już teraz prowadzi łaska, żyjąca w Tobie i w nas wszystkich. Papież Jan Paweł II mówi coś podobnego w Centesimus Annus w paragrafie 32:

Zorganizowanie takiego wysiłku, rozplanowanie go w czasie, zatroszczenie się, by rzeczywiście odpowiadał temu, czemu ma służyć, oraz podjęcie koniecznego ryzyka jest dziś także źródłem bogactwa społeczeństwa. W ten sposób staje się coraz bardziej oczywista i determinująca rola zdyscyplinowanej i kreatywnej pracy ludzkiej oraz — jako część istotna tej pracy — rola zdolności do inicjatywy i przedsiębiorczości.

Ten proces, który w sposób konkretny i jasny ukazuje prawdę o osobie, prawdę nieustannie potwierdzaną przez chrześcijaństwo, zasługuje na uwagę i przychylność.

Nie myśl o łasce jako o czymś obcym i odległym od Ciebie. Jest ona bliżej Ciebie niż Ty sam siebie. Ona była już obecna w spojrzeniu Twojej matki, kiedy po raz pierwszy powitała Cię w swoich ramionach. Ona jest z Tobą w poruszeniach Twojego własnego serca. Obecność łaski możesz stwierdzić na podstawie jej owoców, czasami po jej sposobie działania. Ona wzmacnia caritas w Tobie i innych. Poza tym, nie zawsze jest słodka i utwierdzająca; czasami uwidacznia się w trudnym, ale koniecznym „nie”!

Niełatwe wybory moralne

Przedstawiłeś mi również kilka moralnych dylematów, przypadków pokazujących codzienne zawiłości, które obecne są na każdej ścieżce życia. Dotyczą one nie tyle wyboru między wyraźnie rozróżnialnym złem i dobrem, ile między dwoma rodzajami dobra (gdy nie można mieć obydwóch) albo dwoma rzeczami złymi (gdy trzeba wybrać jedną, bez możliwości ucieczki przed wyborem). Muszę Ci wyznać, że nie jestem biegły w kazuistyce. Nie cierpię studiowania kazusów. Zazwyczaj można znaleźć dwa albo i więcej sposobów rozwiązania takich dylematów, i różni doradcy mogą inaczej Tobie poradzić, i ludzie, których najbardziej cenisz, mogą rozwiązać te problemy w inny sposób. W konkretnych przypadkach musimy polegać na naszym doświadczeniu, wypróbowanych sądach, wiedzy o naszym usposobieniu i przewidywaniu konsekwencji każdej z dróg działania. Burza mózgów w grupie współpracowników często (nie zawsze) jest najlepszym sposobem. Czasami najbardziej przenikliwe inklinacje i przeczucia daje nam czas spędzony na modlitwie. Pewnie banalnie zabrzmi stwierdzenie, że należy skłaniać się ku dobru większemu i trwalszemu w przypadku dwóch możliwych wyborów i ku mniejszemu złu — banalnie i może mniej użytecznie niż zastanawianie się nad łańcuchem możliwych konsekwencji wynikających z każdego z wyborów i ich dobrem albo złem. Ufaj swojej roztropności. Ufaj swojej intuicji caritas. Staraj się zachować przestrzeń działania dla ewentualnych zmian, gdy pojawi się więcej informacji. Posługuj się mechanizmami samokontroli, na wypadek gdyby Twoja pierwsza decyzja okazała się błędna.

Nikt nigdy nie powiedział, że decyzje moralne są jasno określone i łatwe. Istnieje tysiąc sposobów czynienia zła. Bardzo łatwo można coś przeoczyć, czasami coś istotnego, a czasami mały szczegół, który negatywnie wpłynie na wszystko inne. (Moje doświadczenie uczy, że profesorowie lubią zawsze podkreślać niejednoznaczność, z wyjątkiem sytuacji, gdy oceniają ludzi biznesu, natomiast ludzie działający w biznesie lubią redukować sprawy do oczywistości, czasami poprzez koncentrowanie się na liczbach, nawet wówczas, gdy liczby więcej skrywają, niż pokazują).

Prawdopodobnie należałoby mieć coś na kształt Listów starego diabła do młodego ukazujących podstawowe racjonalizacje własnego postępowania, do których uciekają się ludzie biznesu. Na przykład: „jeśli tego nie zrobimy, jeden z naszych konkurentów to zrobi”. No cóż, jeśli jest to coś złego, niech oni to robią!

Opłaca się pamiętać o tym, że Stwórca wszystkich rzeczy pragnie rozkwitu miłości i twórczości — one należą do Jego natury — i jeśli ktoś na nie postawi, jego projekty zapewne okażą się sukcesem w dłuższej perspektywie. Nie twierdzę, że życie jest moralitetem, w którym dobrzy faceci zawsze wygrywają. Nie zawsze. Zło często odnosi sukces, a dobro ponosi porażkę za porażką. Jednak w normalnych warunkach większość z nas woli robić interesy z uczciwymi, porządnymi i dobrymi ludźmi i jeśli firma wyznaczy sobie wysokie standardy moralne i przestrzega ich, wówczas ta wiarygodność w postępowaniu dodaje dodatkowego blasku do jakości oferowanych produktów i usług. Ostatecznie, należy czynić dobro dla niego samego i pozwolić, by rezultaty pojawiły się same. Ci, którzy ufają Panu, budują na skale we wszystkim. Wiem, że zyskałeś wiele dzięki takiemu zaufaniu; dało ono Tobie spokojną jasność umysłu w rzeczach wielkich i małych. Być może miałeś szczęście, że gdy byłeś młodym człowiekiem, Twoja rodzina straciła wszystko i wyemigrowała, a Ty musiałeś zaczynać od początku.

Przewódź rynkowi, nie podążaj za nim

Wspominasz, że masz wątpliwości co do niektórych reklam wymyślanych przez Twoją agencję — zgrabne kobiety, modny nastrój i pozy, które budzą Twój niesmak. Niemniej jednak, piszesz, zawsze, kiedy firma pokazuje te reklamy, sprzedaż wzrasta zauważalnie. Nie można zakwestionować liczb. Jednakże, to Ty musisz zadecydować, czy chcesz brać odpowiedzialność za upublicznianie takiej tandety (jak sam to nazywasz). Jeśli tak zdecydujesz, nie usprawiedliwiaj się. Przyznaj, że jesteś gotowy handlować dla zysku swoimi standardami moralnymi. Jeśli postanowisz inaczej, zmuś Twoją agencję, żeby zaczęła od nowa i znalazła inne atrakcyjne tematy, które przyniosą pożądany efekt. Istnieje wiele takich udanych reklam. Twoi ludzie zarabiają dostatecznie dużo, by wykonywać swoją pracę porządnie, i warto, byś poświęcił swój czas, aby tego dopilnować. Twoja firma powinna reprezentować coś wyjątkowego w oczach opinii publicznej. Ten kraj potrzebuje ludzi, którzy wytyczą granice i włożą wiele wysiłku w robienie rzeczy bardziej pomysłowych niż tanie chwyty. Historia Ameryki obfituje w szlachetne tematy, a szereg filmów i programów zawiera wiele scen i obrazów, które poruszają serca Amerykanów. Ronald Reagan wiedział, jak je znaleźć, podobnie jak John Kennedy. Powinieneś znaleźć ludzi od reklamy, którzy również to potrafią — i szukaj, dopóki nie znajdziesz właściwego zespołu. Twoja firma jest na tyle ważna, by przewodzić rynkowi, a nie podążać za nim.

Zysk jak termometr

Roberto, czy wiesz, co najbardziej wzbudza mój podziw spośród Twoich dokonań w Coca–Coli? Odwrócenie dyskusji o zysku i kreatywności. Niektórzy twierdzą, że w całym biznesie chodzi o to, co jest nad kreską — zysk — i ostatecznie wszystko musi się do tego sprowadzać. Widziałeś wyraźniej niż ktokolwiek inny, kogo znam, że najpierw należy być kreatywnym w coraz lepszym służeniu swoim klientom. Przede wszystkim wasi klienci i jakość produktów, pokazane w najwygodniejszy i najprzydatniejszy sposób z punktu widzenia klientów — jeśli na tym się skoncentrujecie, ekonomiczna wartość będzie pojawiała się jako skutek. Jeśli firma postępuje odwrotnie i dąży najpierw do zysku, wszystko się rozpadnie. „Tworzenie wartości” zawiera wiele elementów, zanim pojawi się kwestia zysku. Zysk jest podobny do termometru, a nie do źródła ciepła.

Spotkałem jednego z Twoich ludzi na zjeździe i opowiadał mi, że piękno biznesu polega na tym, iż ludzie chcą ugasić swoje pragnienie — a potem, kilka godzin później znowu chce im się pić. Naturalnie, dodał, nie muszą pić produktów Coca–Coli. Sądzę, że w tym miejscu myślał on o wartości. „Nasz szef — mówił, nie wiedząc, że już się spotkaliśmy— powtarza, że na świecie żyje 6 mld ludzi, a 5 mld nadal nie otrzymuje każdego dnia produktu Coca–Coli”. Mówił to z uśmiechem, pół żartem, pół serio.

Pomyślałem, że ucieszysz się, wiedząc, że cytują Ciebie w terenie. Sądzę, że trafiłeś do niego.

Muszę Ci jeszcze powiedzieć, że spotykam czasami ludzi, którzy śmieją się z tego, że wkładasz tak wielką energię w osiągnięcie doskonałości w sprzedaży tak skromnego produktu — napojów orzeźwiających — ludziom na całym świecie. Według mnie wszyscy powinniśmy tak samo perfekcyjnie realizować wszelkie zadania, których się podejmujemy. Tego właśnie oczekuje od nas nasz Stwórca. Nawet zamiatacz podłogi może wykonywać swoją pracę z uwagą i troską albo i nie.

Zakończę żartem, który, jak sądzę, spodoba się Tobie. Wspominałem, że znam dziennikarza, który jest potomkiem rodziny Guinness. Opisywał mi kiedyś witraż, który jego rodzina umieściła swego czasu w oknie katedry anglikańskiej w Dublinie. Minionej wiosny mogłem go zobaczyć osobiście i rzeczywiście — witraż dokładnie odpowiadał opisowi. Czy zgadniesz, jaką scenę i jaką biblijną inskrypcję przedstawia? Cóż innego mogłoby to być? „Byłem spragniony, a daliście mi pić”.

Serdecznie pozdrawiam

Michael

tłum. Paweł Łącki

List do prezesa Coca-Coli
Michael Novak

(9 września 1933 r. w Johnstown, Pensylwania zm. 17 lutego 2017 r. w Waszyngtonie, Stany Zjednoczone) – amerykański politolog, filozof, ekonomista, teolog, ambasador USA, bliski współpracownik Ronalda Reagana, profesor American Enterprise Institute w Waszyngtonie....