Guinness ze świętym Patrykiem

Guinness ze świętym Patrykiem

Irlandzki Kościół czerpie z celtyckich źródeł. Na rekolekcje w tzw. „czyśćcu św. Patryka” na jeziorze Derg w tym roku udało się 30 tysięcy ludzi (na 4 miliony katolików na Wyspie). Są to pokutne rekolekcje o chlebie i wodzie, i do tego na boso.

Irlandia znalazła się w centrum zainteresowania Polaków w październiku ubiegłego roku. Referendum nad traktatem nicejskim w Irlandii przekształciło się dla nas w emocjonującą zagadkę, czy mieszkańcy Zielonej Wyspy chcą nas w Unii Europejskiej czy nie. Okazało się, że chcą, a premier Rzeczypospolitej wzniósł szklanicę Guinnessa i do tego jeszcze zaśpiewał „Kocham Cię jak Irlandię”. O tym kraju przypominają sobie media w okolicach 17 marca, na wspomnienie jego patrona — świętego Patryka, albo gdy w Belfaście wybuchną zamieszki, jednak pod warunkiem, że są znacznie większe i bardziej krwawe niż te trwające przez całe ubiegłe lato. Conocne starcia kilkuset uzbrojonych młodych ludzi sterowanych przez organizacje paramilitarne nie robią już na nikim wrażenia.

Moglibyśmy się czegoś nauczyć

Szkoda, że stosunkowo tak mało wiemy o tej wyspie na północno–zachodnim krańcu Europy. Irlandia jest interesującym krajem, przy bliższym poznaniu nawet bardziej niż przy okazji wzmianek utrwalających sentymentalny obraz Zielonej Wyspy i jej wesołych mieszkańców. Kilka lat temu biskup Tadeusz Pieronek zauważył, że doświadczenia Kościoła irlandzkiego mogą być cenne dla polskich chrześcijan. Na tym, o ile wiem, się skończyło. I znowu muszę powiedzieć — szkoda. Może Kościół w Polsce, a myślę tu zwłaszcza o Kościele hierarchicznym, byłby lepiej przygotowany do sprawy abp. Juliusza Paetza, gdyby przyjrzał się dokładniej doświadczeniom irlandzkiego Kościoła katolickiego. W latach 90. ubiegłego wieku Irlandia była świadkiem wielu skandali seksualnych, których powodem byli tamtejsi duchowni. Obawiałem się pytać irlandzkich księży o te bolesne wydarzenia. Ks. John Delaney, proboszcz dublińskiej prokatedry pw. Najświętszej Maryi Panny, przyznaje, że dekada skandali była dla nich ciężkim czasem. Zdarzały się nawet akty agresji. Ks. Damian McNeice z biura prasowego archidiecezji dublińskiej rozproszył jednak moje wątpliwości, czy temat należy poruszać: — Nie możesz pominąć ogromnego wpływu tych rewelacji o księżach i zakonnikach, którzy złamali swoje święte śluby, na stosunek ludzi do Kościoła.

Czas nieświętych krytyków świętego Kościoła

Fala skandali rozpoczęła się sprawą biskupa Eamonna Caseya, który miał dziecko. Fakt ujawniła Veronica Guerin, dziennikarka „The Sunday Independent”. Ksiądz, który był jej bliskim przyjacielem, opowiada, że większość konfratrów patrzyła na niego nieufnie. Myśleli, że jest jej informatorem. Tymczasem Guerin nigdy nie pytała go o sprawy wewnątrzkościelne. — Taką miała zasadę. Wiedziała, że inaczej nasza przyjaźń szybko by się skończyła, a ona — jak mało kto — była wierna swoim zasadom. I była naprawdę oddaną katoliczką — zapewnia. Dlaczego mimo to zdecydowała się ujawnić sprawę hierarchy? Być może odpowiedzią są jej dalsze dziennikarskie losy. Kiedy zajęła się sprawami dublińskiego świata przestępczego, nie wahała się pisać o bossach narkotykowych mafii i ich powiązaniach. Była zastraszana, została postrzelona, ale pisała dalej, a jej ładny dom na przedmieściach Dublina otoczono policyjnym nadzorem. Została zastrzelona w 1996 roku. Jej mąż Graham pytany, czy nie chciała zaprzestać niebezpiecznej pracy, czy on sam jej do tego nie namawiał, odpowiada: — Nie. Ona wykonywała swoją robotę.

Po kilku latach od sprawy bp. Caseya Kościół w pewien sposób docenił uczciwość Guerin. Czyniono starania, by jej prywatne archiwum nie dostało się w ręce innego, mniej odpowiedzialnego dziennikarza.

Dlaczego tak ważna wydaje mi się postać dziennikarki symbolizującej w irlandzkich mediach okres, w którym Kościół traktowany był bez taryfy ulgowej? Najpierw ze względu na jej odwagę. Poza tym trzeba podkreślić coś, co dla Irlandczyków jest banałem, a dla nas być może jeszcze nie — że po pierwszej, poniekąd naturalnej, obronnej reakcji Kościoła na oskarżenia mediów musi nastąpić faza druga: krytyczna refleksja Kościoła nad samym sobą. Liberalne media nie były sprawiedliwe wobec Kościoła, to prawda, 43 przypadkom pedofilii wśród duchownych nadawano nieporównanie większy rozgłos niż tym samym przestępstwom w innych grupach społecznych. Jednak w środę popielcową w Roku Jubileuszowym arcybiskup Dublina Desmond Connell — bynajmniej nie liberał — w imieniu Kościoła prosił ofiary pedofilii i ich rodziny o wybaczenie. Utworzono przeznaczony na odszkodowania fundusz, który jest współfinansowany przez Kościół i państwo (rząd wziął finansową współodpowiedzialność ze względu na to, że wiele przypadków nadużyć seksualnych wobec nieletnich miało miejsce w kościelnych placówkach oświatowych, nad którymi nadzór sprawowało państwo). Wreszcie, po trzecie, dlatego, że ujawnienie skandali, według sporej części katolickiej opinii, nie było wcale przyczyną kryzysu Kościoła. Wręcz przeciwnie — stało się szansą na Jego uzdrowienie.

Polak, Irlandczyk — dwa bratanki?

Oczywiście, nie wolno poddawać się pokusie uproszczonych porównań między naszymi krajami. Mimo dość popularnej w Polsce opinii, że Irlandia to Polska zachodniej Europy — i vice versa — różnic między nami jest dużo więcej, niż się wydaje. Po pierwsze — Kościół irlandzki ma o wiele dłuższą niż polski historię. Ta historia sprzed tysiąca kilkuset lat ma duchowe znaczenie dla współczesnych chrześcijan z Zielonej Wyspy. Chociażby dlatego powinniśmy zachować nieco pokory wobec kłopotów katolicyzmu irlandzkiego, takich jak np. znaczny spadek powołań i socjologicznych wskaźników religijności. Notabene wskaźniki liczby uczestników niedzielnej Mszy św. w Irlandii, owszem, spadły, ale wciąż są lepsze niż w Polsce. Podobnie dzieje się, jeśli chodzi o świadomość wierzących i ich stosunek do kluczowych kwestii etycznych i dogmatycznych. I tu Irlandczycy są lepsi od nas.

Żegnaj, stara, wierna Irlandio

Kryzys Kościoła irlandzkiego jest jednak faktem, z którym trudno się spierać. Nie ma już „starej, katolickiej Irlandii”, w której co sobotę do konfesjonałów ustawiały się długie kolejki wiernych, a księża cieszyli się ogromnym społecznym mirem. Jeszcze w latach 60. duchownych w Irlandii było więcej niż urzędników. Rzecznik Episkopatu ks. dr Martin Clarke uważa, że przyczyn zmiany religijności Irlandczyków należy upatrywać w ogromnym przyspieszeniu zmian społecznych i ekonomicznych na Wyspie. Irlandia — na oczach jednego pokolenia — z kraju biednego, wciąż pamiętającego XIX–wieczną klęskę głodu, w wyniku której zmarła co najmniej 1/4 jej mieszkańców, stała się jednym z najbogatszych społeczeństw w Europie. Do tego doszło otwarcie na świat, masowy wzrost turystyki (ad extra i ad intra) oraz przemiana ze społeczeństwa typowo wiejskiego w miejskie. Krótko mówiąc, bogactwo i nowoczesność społeczeństwa stały się przyczyną kryzysu. Dynamika rozwoju ekonomicznego znalazła odbicie w znanym określeniu Irlandii jako „celtyckiego tygrysa”. Ks. M. Clarke źródeł kryzysu tamtejszego Kościoła upatruje w walce między „celtyckim tygrysem” a Barankiem Bożym. — Tygrys nie czuje się wygodnie z wymaganiami, które niesie posłannictwo Baranka — tłumaczy.

Część katolickiej opinii widzi sprawy nieco inaczej. — Czy to miałoby oznaczać, że dobrymi katolikami możemy być tylko jako biedni, staromodni Irlandczycy? — pyta mnie rektor kościoła Matki Bożej Królowej Nieba w Dublinie. — Czy Irlandia katolicka musi być biedna? Czy tradycja to kurczowe trzymanie się historycznych kształtów Kościoła? — mnoży wątpliwości, które coraz częściej nurtują również polskich katolików. Interesujące, że często właśnie ci, dla których nowoczesność i bogactwo jest bardziej wyzwaniem niż zagrożeniem, inaczej widzą przyczyny kryzysu Kościoła. Ich zdaniem praźródło obecnych kłopotów tkwi w monopolistycznej pozycji irlandzkiego Kościoła w nie tak jeszcze odległej przeszłości. Wówczas przynależność do Kościoła niekoniecznie musiała się wiązać z autentyczną potrzebą wiary. Czasem wynikała z mocnych więzi społecznych, a niekiedy balansowała na pograniczu oportunizmu i czerpania z niej korzyści.

Mój przyjaciel, ksiądz z Dublina, twardy facet urodzony w nadbrzeżnej dzielnicy, wylądował kiedyś nieprzytomny w szpitalu po ciosie, który otrzymał od rodzica na zakończenie niezbyt udanych negocjacji. O co poszło? Ksiądz jako członek rady szkoły nie zgadzał się, żeby przyjęto na posadę nauczycielki córkę owego utalentowanego boksersko człowieka. Uważał, że ona się do tej pracy nie nadaje. Sęk w tym, że dziewczyna pochodziła z naprawdę szanowanej katolickiej rodziny i ojcu trudno było zrozumieć przyczyny odmawiania posady w katolickiej szkole dziecku z tak dobrej, katolickiej rodziny. — Takie motywy chodzenia do Kościoła już powoli zanikają i Bogu dzięki — argumentują ci, którzy przyczyn kryzysu Kościoła upatrują w Jego nadmiernych wpływach społecznych i politycznych w przeszłości.

Freud ich nie pojął

W sukurs przychodzą im zastanawiające wskaźniki socjologiczne. Oto okazuje się, że młode pokolenie Irlandczyków — przynajmniej w sferze deklaracji — mocniej wierzy w Boga i bardziej akceptuje naukę Kościoła niż pokolenie ich rodziców. Jednocześnie — już we wszystkich grupach pokoleniowych — najbardziej charakterystyczne jest to, że 70% katolików ufa swojemu proboszczowi, ale wyższej hierarchii tylko 7%. Słabnie więc zaufanie do instytucji przy jednoczesnej aprobacie i zaufaniu do własnego księdza. — Niemcy tworzą dzieła teologiczne, a my jesteśmy niezłymi pasterzami. Wolimy być z ludźmi, niż pisać księgi — tłumaczy mi ks. Denis Faul, legendarny obrońca praw człowieka z Irlandii Północnej. To prawda, w Irlandii nie tak trudno spotkać księdza w pubie (z tym, że nie ukrywa tam swojej tożsamości, bo i dlaczego miałyby to robić, skoro irlandzki pub nie ma takich konotacji jak nasz).

Mimo wspomnianego kryzysu praktyk religijnych na Wyspach panuje duch, który nazwałbym irlandzką wersją animae naturaliter christianae. Ludzie są życzliwi człowiekowi, uprzejmi, otwarci na jego potrzeby, dotyczy to nawet tamtejszych policjantów. Szczególną opieką, zwykłą, ludzką — na ulicy, w autobusie, na chodniku — cieszą się niepełnosprawni. Irlandczycy są weseli, radośni, spontaniczni, dowcipkują na każdym kroku. Na zakończenie tej litanii zachwytów nad irlandzką duszą, której i tak nie sposób pojąć (co zauważył już Zygmunt Freud, przyznając, że psychoanaliza nie ma zastosowania, tylko gdy chodzi właśnie o ten naród) — dodam, że śpiewają. I to wszędzie: za ladą sklepową, w autobusie, na ulicy, na plaży.

Jeśli czegoś mielibyśmy się od nich nauczyć — bo wewnętrznej swobody pewnie już nie nauczymy się za mojego pokolenia — to możemy skopiować choć jedno. W wielu sklepach i sklepikach przy kasach stoją puszki na drobne ofiary: na misje kapucyńskie, na Towarzystwo św. Wincentego ŕ Paulo, na chore na białaczkę dziecko z miejscowej parafii czy na różne inne kościelne fundacje.

Źródła sprzed 1500 lat wciąż biją

Irlandia ma nam do zaoferowania także coś osobistego. Jestem głęboko przekonany, że jej kultura i duchowość mogą budzić w polskiej duszy mocne echo i poczucie wdzięczności za otwarcie nowych przestrzeni. Umownie i w uproszczeniu mówiąc, chodzi o tzw. duchowość celtycką. Łatwo tu o nieporozumienia, ponieważ powołują się na nią również grupy neopogan spod znaku New Age. Na takie niebezpieczeństwo wskazywał mi jeden z animatorów kościelnego powrotu do źródeł celtyckiego chrześcijaństwa ks. dr Martin Clarke. Jednak jest on pełen nadziei, że irlandzki Kościół odzyska żywotność dzięki zaczerpnięciu z czystego źródła pierwotnego chrześcijaństwa na Wyspach. I trzeba powiedzieć, że ten Kościół już czerpie z tych źródeł. Na rekolekcje w tzw. „czyśćcu św. Patryka” na jeziorze Derg udało się w tym roku 30 tysięcy ludzi (na 4 miliony katolików na Wyspie). Są to pokutne rekolekcje o chlebie i wodzie, i do tego na boso. Na górę św. Patryka w corocznej pielgrzymce w lipcową niedzielę (znów wielu idzie na bosaka) wchodzi podobna liczba osób, nie licząc pielgrzymów codziennych. Klasztory stają się miejscami weekendowych rekolekcji. W starych, by nie rzec antycznych, miejscach chrześcijaństwa celtyckiego — jak w Glendalough założonym przez św. Kevina — powstają centra rekolekcyjne formujące w duchu monastycyzmu irlandzkiego.

Rzecz jasna, jak przy każdym tego typu „powrocie”, nasuwa się masa zastrzeżeń związanych z ryzykiem ahistoryczności takiego procesu. O co jednak chodzi? O chrześcijaństwo w wydaniu świętych irlandzkich z połowy pierwszego tysiąclecia. O duchowość, którą dziś z innego punktu widzenia może nazwalibyśmy teologią rzeczywistości ziemskich, a która dla św. Patryka, św. Brygidy czy św. Kolumby była sposobem widzenia świata i Boga.

Jakie to było chrześcijaństwo?

Było inne, i to nie tylko dlatego, że rozwijało się w pewnym dystansie do Rzymu jako stolicy chrześcijaństwa i ówczesnego świata. Inne również dlatego, że nie weszło w krwawy konflikt z wierzeniami przedchrześcijańskich Celtów, kiedy zakorzeniało się na Wyspie. Stało się tak dzięki unikatowej wówczas pokojowej strategii misyjnej, którą przyjął św. Patryk. Dla mnichów irlandzkich świat był „środowiskiem Bożym” na wieki przed św. Franciszkiem, nie mówiąc o dystansie czasowym, który ich dzieli od Teilharda de Chardin. Nie działo się to w słonecznej Italii, ale pod chmurnym niebem północnych Wysp, na wzburzonych falach mórz — jak u św. Brendana i wszystkich tych, dziś nazywanych mnichami iroszkockimi, którzy wyruszyli na kontynent. Dodajmy — wyruszyli po to, by w najgorszym okresie cywilizacji europejskiej nieść światło, które zachowało swój blask w klasztornych skryptoriach Irlandii i Szkocji. Było to chrześcijaństwo, które widziało Boga w najprostszych czynnościach życia — dojeniu krów, pływaniu łodzią, przepisywaniu ksiąg, w gościnności dla przybysza i obcego. I to, trzeba dodać, by jeszcze raz podkreślić inność tradycji chrześcijaństwa irlandzkiego i polskiego, gościnności, która — jak św. Brygida — marzy o „jeziorze piwa” dla ugoszczenia Jezusa. Było to także chrześcijaństwo piękna i poezji. — Duchowość celtycka to otwartość na świat i człowieka, chrześcijaństwo radosne, a nie potępiające. Dostrzeganie w człowieku przede wszystkim dobra — tłumaczy mi najprościej, jak można, ks. Declan Doyle, kapelan lotniska w Dublinie i praktykujący psychoterapeuta. Czy to echo dawnego sporu św. Augustyna z Pelagiuszem o naturę ludzką? Nie rozstrzygam tej kwestii, jest druga w nocy, nad nami latają boeingi. Dla mnie chrześcijaństwo otwarte to II Sobór Watykański i kilku znajomych duszpasterzy. Dla niego to dziedzictwo sprzed tysiąca pięciuset lat. To różnica.

Guinness ze świętym Patrykiem
Andrzej Kerner

urodzony w 1961 r. – absolwent teologii na PAT, dziennikarz opolskiej redakcji "Gościa Niedzielnego", od lat interesuje się Irlandią, gdzie dwukrotnie przebywał jako reporter. Mieszka w Kędzierzynie-Koźlu....