Przebaczyć mogę tylko ja
fot. sharon mccutcheon / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Hewel. Wszystko jest ulotne oprócz Boga

3 votes
Wyczyść

Słowo „przebaczenie” zostało dziś bardzo zawłaszczone przez psychologię. Mamy przebaczać wszystkim, wciąż, zawsze, wszędzie – to łatwe. Taka pop-psychologia, która odrywa się od swoich korzeni.

Katarzyna Kolska, Wojciech Dudzik OP: Przychodzi ktoś i mówi: chcę przebaczyć, ale nie umiem. Co komuś takiemu radzisz na początku?

Paweł Krupa OP: Przede wszystkim nie mówię mu od razu: musisz. To są często bolesne i delikatne sprawy, a przebaczenie ma być darem, a nie rodzajem żołnierskiego obowiązku.

Przygotowując się do tej rozmowy, próbowałem sobie przypomnieć, jakiego słowa na przebaczenie używa łacina. Odszukałem w Ewangelii fragment, w którym Piotr pyta Jezusa o to, ile razy ma przebaczyć, i tam użyto słowa dimittere. No tak, przecież to oczywiste! Mówimy to w Ojcze nasz po łacinie. Dimittere znaczy dosłownie to, co mówimy po polsku: „prze-baczać”, nie patrzyć, odpuścić sobie, ominąć, odłożyć. W tych słowach przebaczenie ma w sobie coś pasywnego, a my często myślimy o nim od strony aktywnej. Przebaczenie jest więc niezauważaniem tego, co złe, przechodzeniem nad tym dalej. Nikt nie każe mi od razu kochać i czynić gestów. W takiej perspektywie kładę nacisk na to, żeby nie patrzeć na krzywdę.

Mam udawać, że nic się nie stało?

Mam przede wszystkim wypuścić tego człowieka z jakiegoś złego, uporczywego „uścisku”. To, co mówię ludziom o przebaczeniu, opieram na tym, co napisał C.S. Lewis. W jednej ze swoich książek robi rozróżnienie między usprawiedliwieniem a przebaczeniem. Usprawiedliwiamy to, co da się racjonalnie wytłumaczyć. Przebaczamy tylko to, czego nie sposób wytłumaczyć. Radzę więc takiej osobie, która nie potrafi przebaczyć: popatrz, czy masz do czynienia z sytuacją, w której możesz tego człowieka zrozumieć, czy też naprawdę nie ma nic racjonalnego w jego zachowaniu. Jeśli nie ma, to rozpamiętywanie nic nie da.

Usprawiedliwienie to zakrycie małej plamy na obrusie, a przebaczenie to wypranie obrusu z wielkiej plamy od barszczu?

Nie. Bo tu nie chodzi o wielkość krzywdy. Tylko o jej pochodzenie. Jeżeli, siedząc przy stole, przypadkiem potrącę wazę z barszczem, bo mocno gestykuluję, to mogę liczyć na usprawiedliwienie. Jeśli jednak z czystą złośliwością i premedytacją rozleję barszcz na śnieżnobiałym obrusie, to moje zachowanie jest nieracjonalne. Wtedy potrzebuję przebaczenia. Plama może być tak samo duża, ale chodzi o intencje. To, czego nie można jakoś racjonalnie wytłumaczyć, trzeba przebaczyć.

Trudno mi się zgodzić z tymi plamami. Drobna sprzeczka małżeńska to nie to samo, co zdrada.

Będę się upierał przy swoim. W przebaczeniu nie jest istotne, czy chodzi o sprzeczkę, czy o zdradę. Istotne jest to, że ja nie wiem, dlaczego tak się stało. Bo o co pyta żona zdradzona przez męża? Co ta kobieta ma takiego, czego ja nie mam? Co ona może mu dać, czego ja mu dać nie mogę? Jest to szukanie racjonalnych powodów. Najgorsza odpowiedź, jaką może wtedy usłyszeć od męża brzmi: Nie wiem.

Ale czy skrzywdzony człowiek potrafi na chłodno popatrzeć na krzywdę, która się wydarzyła, i ją trafnie zakwalifikować do przebaczenia bądź usprawiedliwienia?

Pewnie potrzeba trochę czasu, by opadły emocje. Pierwszy etap przebaczenia polega na tym, żeby nie patrzeć na zło. Odrzucić sprzed oczu zło, które się stało, i popatrzeć na to, co zostało. Może być tak, że nie widzę nic, albo widzę tylko zło – na przykład ktoś o własnym ojcu potrafi powiedzieć i myśleć tylko tyle, że jest czy był alkoholikiem, który zniszczył mu życie.

Czasami mówię ludziom: Starajcie się, żeby w was było choć trochę dobra, żeby inni mogli coś dobrego w was zobaczyć, bo zło zniknie, gdy staniemy przed Panem Bogiem, i co zostanie? Warto przypomnieć, że Bóg jest Kimś, kto ciągle w nas widzi to, co dobre. Ważne, żeby tego w sobie nie zabić, nie usunąć.

Czy mogę to doszukiwanie dobra przyśpieszyć, sam wychodząc naprzeciw z jakimś dobrym uczynkiem?

Zanim zrobię coś pozytywnego z zadaną mi krzywdą, np. pomodlę się za tego człowieka, to muszę mu odpuścić, czyli uwolnić go z uścisku szukającego odwetu. Uwolnić samego siebie z konieczności zemsty. Czasami zadaję takie pokuty pokłóconym małżonkom, uprzedzam, że będzie to pokuta trudna: Proszę się za męża bądź żonę pomodlić. Ciekawe, że wtedy często zaczyna się obrona. Żona mówi: Ale z niego nie jest aż taki straszny potwór. A mąż broni żonę: Ona nie jest taka zła. Nagle zauważają dobro.

No dobrze: nie patrzę na zło albo widzę coś innego, albo nie, i co dalej? Czy powinienem teraz zacząć zbliżać się do człowieka, by go poznać i odkryć jego jasną stronę?

Mogę zacząć się zbliżać, gdy jest to bliska mi osoba. Nie jestem w stanie zbliżyć się do kogoś obcego, kto strzela do moich bliskich na ulicy. Siostra Celestyna Giertych, felicjanka, opowiadała mi kiedyś, że już jako dojrzała zakonnica pojechała na rekolekcje. Tam wyznała kierownikowi duchowemu, że od lat ma problemy z modlitwą. Może komuś siostra nie przebaczyła? – spytał. Nie – odpowiedziała. Po tej rozmowie poszła do kaplicy na różaniec. I nagle w swoich myślach znalazła się w Warszawie, tuż po powstaniu w 1944 roku. Zobaczyła swoją matkę wyciągającą ją z domu, bo Niemcy wysiedlali wszystkich z miasta. Zobaczyła żołnierza, który miotaczem ognia niszczy ich dom. Mała dziewczynka krzyczy: Tam jest moja lalka! To wspomnienie uwolniło uczucie nienawiści do tego właśnie żołnierza niszczącego dom i ulubioną lalkę. Zaczęła się za niego modlić. Czuła, że spada z niej ogromny ciężar.

Wydaje mi się, że gdy krzywdziciel jest blisko – to oczywiście mogę się do niego zbliżyć i poszukać, czy za złem jest coś jeszcze. Ale gdy go nie znam, gdy on jest kimś zupełnie obcym, to wtedy mogę sobie uświadomić, co do niego czuję i zacząć się za niego modlić. Nie jednorazowo. Taka modlitwa jest procesem i potrzebuje dużo czasu.

Czy przebaczenie Bogu różni się od przebaczania innym? Czy jest coś osobliwego w tym akcie?

Przyznam szczerze, że mam problem z tym sformułowaniem: Przebaczyć Bogu. Sam niczego, nigdy nie musiałem Bogu przebaczać. Zdarza się jednak, że słyszę od samotnych, dorosłych kobiet: „I jeszcze mam za złe Panu Bogu, że jestem sama”. Co Pan Bóg ma wspólnego z tym, że pani jest sama? Może pani po prostu każdego mężczyznę uważa za niezbyt doskonałego albo nie wychodzi pani z domu, żeby kogoś poznać? Pan Bóg pani męża przed drzwiami nie postawi. Choć Duch Święty może podpowiedzieć, co robić, aby swoje serce na kogoś otworzyć, albo jak zwrócić na siebie czyjąś uwagę.

Czy w takim razie Pan Bóg nie ma wpływu na nasze życie?

Ma – jako Opatrzność. On podtrzymuje nasze życie. Opatrzność oznacza doprowadzenie do celu, czyli do dobra. Ostatnio często wyobrażam sobie Boga jako Wędkarza. Ja jestem pływającą rybką. Nie interesuje mnie przynęta, więc Wędkarz zmienia ją co jakiś czas. Tak zwani „kartkowcy” nie przyszliby do spowiedzi, gdyby nie musieli oddać tej kartki w biurze parafialnym przed chrzcinami czy ślubem. Albo umiera zapiekłemu grzesznikowi któreś z rodziców i wtedy po 15–20 latach przychodzi do konfesjonału. Zaczyna się coś dobrego. Bóg nie będzie nas podbierał niewodem i wciskał na siłę haczyka do pyszczka. Będzie cierpliwie podsuwał przynęty, żeby nas przyprowadzić do siebie.

Chodzi więc o to, żeby się nie obrażać na Pana Boga, że tak, a nie inaczej to moje życie wygląda?

Czasem trzeba wykrzyczeć Bogu swój żal. Opowiem historię, która mi się przytrafiła. Mieszkałem przez kilkanaście lat w Paryżu i któregoś dnia postanowiłem się opalić. Na dachu klasztoru znajduje się tam taras. Rozłożyłem się na leżaku, no i zasnąłem. Spałem parę godzin. Paryskie słońce opaliło mnie z każdej strony. Wieczorem byłem tak spalony, że nie mogłem ani stać, ani siedzieć. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to owijać się mokrym prześcieradłem, które co chwilę wysychało. Na szczęście skończyło się tylko na tym, że zeszła mi skóra. Siedząc tak jednak w mokrym prześcieradle, zacząłem pomstować na siebie za to opalanie i spanie na słońcu. Przerodziło się to w pretensje do Pana Boga: Dlaczego jestem taki nieszczęśliwy, a w ogóle to wszystko wina mojego ojca alkoholika itd. Gdy Mu tak nawrzucałem, to się uspokoiłem. I właśnie wtedy zacząłem się śmiać z samego siebie, bo nieszczęśliwy może i byłem, ale w tym przypadku byłem przede wszystkim głupi! To wszystko, co miałem do powiedzenia Bogu, wróciło do mnie. Czasami trzeba wykrzyczeć Bogu swój żal i swoje pretensje, a On z humorem skieruje mnie do rzeczywistości i do prawdy o mojej odpowiedzialności za głupstwa i błędy, które popełniam.

A co z pamięcią? Nie możemy jej nakazać, żeby przestała pamiętać. Nosimy przecież w sobie wspomnienie wyrządzonych nam krzywd i tych, których sami się dopuściliśmy. Czy pamiętanie jest nie-przebaczeniem?

Nie. Tu chodzi o przywiązanie. Jeśli nie jestem przywiązany, to samo pamiętanie nie jest brakiem przebaczenia. Jeżeli jestem wolny, to przypominanie nie oznacza, że nie przebaczyłem. Przebaczamy, ale pamiętamy – tak przecież powtarzają niektóre ofiary Auschwitz. Komisja Prawdy i Pojednania w RPA, zajmująca się dokumentacją zbrodni z czasów apartheidu, zapytała pewną kobietę: Czy jest pani gotowa przebaczyć? A ona powiedział tak: Przebaczyć bezwarunkowo może tylko Bóg, do mojego przebaczenia potrzebne są warunki. Jeszcze ich nie spełniam.

Przebaczenie jest procesem. Jest najpierw uwolnienie, później zbliżenie się i wreszcie…

No właśnie, co jest na końcu? Pojednanie?

Odpowiem znów historią, która wiele tłumaczy. Założyciel organizacji znanej u nas najbardziej pod niemiecką nazwą: Kirche in Not, ojciec Werenfried van Straaten z Holandii na początku działalności napisał do swych rodaków list o bardzo trudnej sytuacji katolików w Niemczech tuż po II wojnie światowej. Postanowił im pomóc i zwrócił się do Holendrów o wsparcie. To są nasi wrogowie z wczoraj, ale teraz trzeba im pomóc – pisał. Ruszył na objazd parafii. Głosił kazania i zbierał pieniądze. Jedna z pierwszych takich zbiórek odbyła się we wsi, gdzie Niemcy wymordowali wszystkich mężczyzn. Po mszy i kazaniu van Straaten wyszedł z kapeluszem przed kościół i czekał na reakcję wiernych. Ludzie mijali go, nie wrzucając do kapelusza nawet najdrobniejszej monety. Ale kawałek dalej przystawali. Okazało się, że czekali, aż z kościoła wyjdzie kobieta, której Niemcy zabili męża i czterech synów. Gdy ona wrzuciła pieniądze do kapelusza, wszyscy zareagowali podobnie. Czekali na gest. Na świadectwo przebaczenia.

Jak mam przebaczyć, gdy nikt o to nie prosi?

Przebaczając, nie tylko daję wolność komuś, komu odpuszczam winy, ale przede wszystkim sobie. Uwalniam siebie. Wyobrażam sobie, że takie przebaczenie, o które tu chodzi, to suwerenny gest odrzucenia od siebie brudu, którym ktoś mnie obrzucił. On nie prosi o przebaczenie, ale ja i tak nie chcę nosić na sobie ciężaru, jaki jego zły czyn na mnie włożył.

Czy mamy prawo oczekiwać, że ktoś komuś przebaczy? Czy można to wymóc? Czy można powiedzieć „Musisz przebaczyć”?

Lepiej powiedzieć: Jesteś do tego zaproszony, to jest możliwe. Gdy nie przebaczam, staję się ofiarą podwójnie. Doświadczyłem jakiegoś zła, ale moja nienawiść też mnie niszczy. Nikt nie może mnie pośpieszać w tym procesie przebaczenia. Jest to bardzo osobista decyzja. Muszę spełnić warunki, jak mówiła ta kobieta z RPA.

Czy przejście całego tego procesu i dojście do przebaczenia to zadanie dla wybranych, dla orłów duchowych?

Myślę, że nie. W końcu Ewangelia mówi o sprawach zwyczajnych, dla zwykłych ludzi… Trzeba przynajmniej być otwartym na możliwość przebaczenia. W tej chwili nie ma mowy, ale może za kilka lat? Możliwe jest, że się od tego uwolnisz, że spojrzysz na tego człowieka inaczej.

Czy to jest możliwe dla niewierzącego? Wybaczamy w imię czegoś?

Nie wiem. Zapytajcie niewierzącego. Jeden z moich przyjaciół, Żyd, powiedział mi kiedyś: „Przebaczanie to jest wasza (chrześcijańska) specjalność”. Gdy popatrzymy na Bliski Wschód, to rzeczywiście możliwość przebaczenia wydaje się w tamtych warunkach bardzo odległa. Z drugiej strony słowo „przebaczenie” zostało dziś bardzo zawłaszczone przez psychologię. Mamy przebaczać wszystkim, wciąż, zawsze, wszędzie – to łatwe. Taka pop-psychologia, która odrywa się od swoich korzeni.

Czy jeśli przebaczę, to nie okazuję w ten sposób, że jestem słaby? A gdy odpuszczę, to zostanę z niczym? Wydaje się, że należy się sprawiedliwy rewanż za krzywdę, a ja tymczasem o wszystkim zapominam i wychodzę na frajera.

Przebaczenie musi być wolnym i suwerennym aktem, przy całkowitej pewności, że mógłbym zrobić inaczej. Jeśli nie mam innego wyjścia, to jeszcze nie jest przebaczenie. Jeśli przebaczam, bo się boję, bo ktoś mi trzyma but na gardle – to jest słabość. Nie ulżysz sobie, jeśli nie jest to suwerenne.

Skąd brać do tego siłę?

Ona w nas przecież jest. Trzeba ją uwolnić.

No ale gdy jesteśmy mocno czymś doświadczeni, to jesteśmy zmęczeni i nie mamy siły.

To najpierw trzeba przede wszystkim odpocząć. Uwolnić, wypuścić, dimittere. Kiedy nabierzesz siły, to się wkurzysz, że ktoś ci coś takiego zrobił. A potem możesz pójść i go zadusić. I właśnie wtedy przychodzi czas na decyzję: Przebaczę, nie będę powiększał ilości zła w tym świecie.

Jaką rolę w procesie przebaczenia odgrywa chodzenie do spowiedzi?

Można iść i prosić o siłę. Kiedy ktoś przychodzi i mówi: My się już dawno temu pogodziliśmy, pytam – to po co przychodzisz? Bo to wygląda tak, jakby ktoś nie dowierzał swojemu przebaczeniu. Temu, że w akcie przebaczenia Bóg już jest, że się nim cieszy i go przyjmuje.

Jak to, nie obrażam Boga moimi kłótniami?

Obrażasz. Jeśli jednak mówimy sobie „przepraszam” i się godzimy, to nie muszę iść po siłę, bo już ją w sobie znalazłem. Mogę przeprosić, że doprowadziłem do złej sytuacji, ale najważniejsze już się dokonało, gdy sobie przebaczyliśmy.

Pan Bóg ma w takim razie do nas duże zaufanie, skoro wierzy nam na słowo… Chyba nie zdajemy sobie za bardzo sprawy z wagi naszych słów, choćby słowa „przepraszam”.

Nie jestem fanem objawień, ale bardzo mnie wzruszyła historia Marii Simmy, austriackiej mistyczki, która podobno doświadczała spotkań z duszami czyśćcowymi. Ludzie pytali ją, za co się tam najczęściej trafia? Wszyscy się spodziewają, że za grzechy przeciw szóstemu przykazaniu. A ona odpowiadała, że najczęściej za grzechy języka. Uwierzyłem, że ona mówi prawdę. Rzeczywiście my nic nie robimy sobie z kłótni, obmowy, plotek.

Z każdego niepotrzebnego słowa będziemy rozliczeni. Mówimy bezmyślnie Ojcze nasz o tym, że przebaczamy naszym winowajcom, a nie przebaczamy.

Bo boimy się odpowiedzialności. Nie chcemy spojrzeć prawdzie w oczy, że jest w nas nienawiść albo że ktoś słusznie nas nienawidzi. Nie chcemy patrzeć na skutki naszych słów, niewielkich uczynków, czy też zbrodni wołających o pomstę do nieba.

Jednym z niewielu osiągnięć mojego życia jest to, że nie mam pretensji do nikogo innego, jak tylko do siebie. Mogłem zrobić inaczej, a zrobiłem właśnie tak. Mogłem pójść lepszą drogą, a poszedłem tą gorszą. Jest to bardzo trudne na początku, ale potem jest lżej, bo paradoksalnie, łatwiej osiągnąć wolność, odpuścić właśnie. A gdy wciąż obwiniam wyłącznie innych, to wina wymyka mi się z rąk, nie mogę nad nią zapanować, nie jestem wobec niej suwerenny, a w każdym razie moja suwerenność jest ograniczona. W złu, które czynię lub które mnie dotyka, zda się bez mojej winy, jest zawsze cząstka mojej odpowiedzialności, tylko tak mogę nad tym złem zapanować, jakoś je ująć, udźwignąć. Całkowite pozbawienie człowieka odpowiedzialności nie uwalnia go, ono go totalnie przygniata. Spotkałem kiedyś księży z Ameryki Południowej, którzy twierdzili, że biedni nigdy nie mają grzechu, bo nie mają pieniędzy, żeby żyć moralnie… Skrajna teologia wyzwolenia. Współczuję tym biednym. Jeśli ktoś tak o nich myśli i tak ich wychowuje, to odbiera im właściwie ich suwerenność i godność. Nie uwalnia, ale do biedy dokłada jeszcze jakieś nieznośne fatum. To okropne.

A co z przebaczeniem między narodami?

Dla mnie to absolutna fikcja. Bóg i ja – tylko my możemy przebaczyć. Prosimy jakiś naród o przebaczenie w znaczeniu symbolicznym. Udzielamy go również na zasadzie symbolu. Owszem, potrzebujemy gestów. Willy Brandt klęczący przed Pomnikiem Bohaterów Getta – to robi wrażenie i coś może w nas uwolnić, do czegoś skłonić, zaprosić, ale przebaczyć może tylko osoba. Tylko ja – nikt tego za mnie nie zrobi.

Przebaczyć mogę tylko ja
Paweł Krupa OP

urodzony 4 lipca 1965 r. w Żyrardowie – dominikanin, doktor teologii, historyk mediewista, studiował w Krakowie, Paryżu i Rzymie, charyzmatyczny kaznodzieja, rekolekcjonista, dyrektor Instytutu Tomistycznego w Warszawie (2010-2016), od 2020 roku dziekana dekanatu północnego...

Przebaczyć mogę tylko ja
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Przebaczyć mogę tylko ja
Wojciech Dudzik

były dominikanin....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze