Prawo Laffera

W Starym Testamencie znajdujemy długi opis bogactwa i przepychu dworu króla Salomona, wiele miejsca poświęcono jego mądrości, jego haremowi, królewskim budowlom i pałacom. Jednak czy to znaczy, że Salomon musiał być bardzo kochany przez poddanych?

No cóż, proszę pamiętać, że kroniki pisane są przez ludzi dworu, a więc na ogół prezentują dość subiektywny punkt widzenia. Są pisane przez ludzi piśmiennych, a nie przez chłopów pańszczyźnianych, którzy w dawnych czasach stanowili większość populacji. Gdy więc słyszymy, że ten czy ów władca był hojny, bo popierał artystów, oznacza to, że musiał swoich poddanych obciążać daninami, aby opłacić nadwornych pacykarzy. I w efekcie jego współcześni najprawdopodobniej mieli o nim zdanie zgoła odmienne od tego, które zapisali kronikarze.

Z Salomonem musiało być tak samo. Nie wiemy, co o nim sądzili jego poddani, ale chyba nie bardzo podobał im się jego dwór, na który musieli płacić mordercze podatki. W każdym razie po jego śmierci przed następcą — królem Roboamem — pojawiła się delegacja chłopów z północy królestwa z prośbą o zmniejszenie pańszczyzny.

Doradcy nowego króla najpierw zalecili mu posłuchać prośby poddanych i zmniejszyć podatki — zapewniając go, że w ten sposób zyska wielką popularność i wierność ludu. Jednak szybko zorientowali się, że mniejsze podatki to mniej ciepłych posadek w pałacu i zaczęli przekonywać Roboama, aby ich jednak nie zmniejszał, a nawet je podniósł. Chwiejny król dał się przekonać i prośbę o zmniejszenie podatków odrzucił. W odpowiedzi chłopi chwycili za broń, doszło do wojny domowej i rozpadu królestwa Dawida i Salomona na dwa państwa. Król, który pragnął mieć dwór większy od salomonowego — i dlatego podniósł podatki — musiał po wojnie domowej zadowolić się rządzeniem w maleńkim i prowincjonalnym królestwie Judy.

Tyle Stary Testament (2 Księga Kronik). Nie wiemy, na ile opisana w nim historia oddaje fakty historyczne, ale warta jest przytoczenia, gdyż argumenty doradców króla, że dla skarbu królestwa będzie lepiej, jeżeli podatki zostaną zmniejszone, stanowią chyba najstarszą ilustrację prawa, które dzisiejsi ekonomiści nazywają prawem Laffera, od nazwiska pewnego ekonomisty z administracji prezydenta Reagana.

Prezydent Bush obiecał Amerykanom wielką obniżkę podatków, wkrótce więc prasa będzie o prawie Laffera pisać do znudzenia. Przypomnijmy, o co w nim chodzi.

Pokrótce: wyraża ono zależność między poziomem opodatkowania obywateli a wpływami budżetu z tytułu podatków. Jest dość oczywiste, że jeżeli obywatele nie płacą podatku dochodowego lub — jak kto woli — stopa opodatkowania dochodów wynosi zero procent, to i dochody skarbu są zerowe. Jeżeli wprowadzimy niewielki podatek, powiedzmy jednoprocentowy, to do kasy zaczną wpływać pieniądze. Jeżeli go trochę podniesiemy, to zbierzemy trochę więcej. Ile zbierzemy, gdy stopa opodatkowania wyniesie 100%, czyli gdy obywatele będą musieli oddawać cały zarobiony dochód fiskusowi? Oczywiście zero, gdyż nikt o zdrowych zmysłach nie będzie sobie wypruwał żył po to, aby cały zarobek oddać jako podatek. Firmy obłożone stuprocentowym podatkiem zwiną działalność, a nie zapłacą.

Skoro zarówno przy poziomie opodatkowania 0, jak i 100% dochody są zerowe, oznacza to, że musi istnieć — gdzieś między 0 a 100% — taki poziom podatków, przy których wpływy są maksymalne. Inaczej mówiąc: istnieje taki poziom opodatkowania, że jeżeli je podniesiemy, zaczniemy zbierać mniej pieniędzy niż wcześniej, bo albo ludzie zaczną dochody ukrywać, albo firmy zawieszą działalność, albo dojdzie do rewolucji.

Jeszcze inaczej: jeżeli podatki są za wysokie, tak wysokie, że przekraczają ów maksymalny poziom wynikający z prawa Laffera, to aby zwiększyć dochody budżetu, nie można ich dalej podnosić, lecz trzeba je zmniejszyć.

Prawo Laffera jest intuicyjnie dość oczywiste dla każdego z wyjątkiem niewielkiej grupy zakutych socjalistów, którzy udają, że go nie rozumieją, a na każdy problem mają tylko jedną odpowiedź — opodatkować, a potem zebrane pieniądze wydać. Socjaliści próbują też podważyć to prawo, wskazując przykład cięć podatkowych dokonanych przez prezydenta Reagana, co zakończyło się wielkim deficytem budżetowym. To nie jest słuszny argument: Reagan zmniejszył podatki i w efekcie wpływy budżetu wzrosły. W Kongresie większość mieli jednak demokraci, którzy szybko przegłosowali zwiększenie wydatków w stopniu większym niż wzrosły dochody.

Ile wynosi ów maksymalny poziom opodatkowania dochodów, powyżej którego podnoszenie podatków prowadzi do strat?

Tego prawo Laffera nie mówi. Nie ma bowiem takiego uniwersalnego punktu, w każdym kraju będzie on inny. Na przykład w Szwecji podatek dochodowy osiąga w niektórych przypadkach 80%, a pomimo tego nie uciekł jeszcze z tego kraju cały kapitał. Dlaczego? Albowiem przy całym swoim rabunkowym systemie podatkowym Szwecja oferuje inwestorom stosunkowo duże bezpieczeństwo. Dwie wojny światowe pozostawiły ten kraj w spokoju, dlatego też wielu drobnych inwestorów, czyli mających po kilkadziesiąt milionów dolarów do ulokowania, zgodzi się na płacenie drakońskich podatków, wiedząc, że ich fabryki nie zostaną zrównane z ziemią przy okazji kolejnego zawirowania historii.

Oczywiście, gdyby taki inwestor miał ulokować swoje pieniądze w Polsce i płacić takie same podatki jak w Szwecji, to tylko zakreśli wymownie kółko na czole. W Polsce maksymalny dopuszczalny poziom opodatkowania musi być dużo niższy niż w Szwecji. Powinien też być niższy niż w Unii Europejskiej — w przeciwnym razie nikt nie będzie inwestował w kraju takim jak Polska, jeżeli musi płacić podatki takie same, jak np. w Niemczech!

Tu dochodzimy do sprawy najważniejszej. W Polsce, wbrew temu, co wszyscy sądzą, istnieją tylko dwie partie polityczne. Nazwijmy je — za miesięcznikiem „Więź” — partiami eurofobów i eurogęgaczy. Eurofobowie histeryzują, że obcy kapitał niszczy Polskę, a hipermarkety rujnują straganiarzy. Eurogęgacze dla odmiany jedyne, co potrafią, to powtarzać bezmyślnie w kółko: „musimy wejść do Unii Europejskiej, a w tym celu musimy polskie prawo dostosować do norm europejskich i grzecznie słuchać dyrektyw z Brukseli”, nie zastanawiając się, co to „dostosowywanie do norm europejskich” oznacza, czy jest potrzebne i czy jest korzystne.

Ani jedni, ani drudzy nie mają racji. Bez obcego kapitału, którego boją się eurofobowie, doganianie Europy zajmie nam setki lat. Jednak aby ten kapitał chciał w Polsce inwestować, to — między innymi — podatki muszą być w Polsce mniejsze niż w Europie. To oznacza, że aby Europę dogonić gospodarczo, Polska nie może dostosowywać się do podatkowych norm europejskich i nie może wprowadzać opodatkowania dochodów na poziomie europejskim!

Zachód to oczywiście doskonale rozumie i właśnie dlatego nalega na podwyższanie w Polsce podatków, obejmowanie VAT–em coraz to nowych grup towarów. Ot, leży przede mną stary numer „Nowego Dziennika” (2 stycznia 2001 roku), w którym przytacza się żądanie niemieckiego ministra finansów Hansa Eichela, aby kraje kandydujące do Unii (w tym Polska) wprowadziły opodatkowanie dochodów odsetek od kapitału na takich samych zasadach, jak w Unii (w Polsce zyski kapitałowe były wtedy wolne od podatku). Wiadomo, że podnoszenie podatków obniży atrakcyjność Polski jako kraju do inwestowania — i o to właśnie chodzi, aby ją obniżyć, pozbywając się tym samym konkurencji! W „dostosowywaniu polskiego prawa podatkowego do norm europejskich” chodzi o to, że Polska powinna pozostać biedna, albowiem kraje bogate chcą pozostać bogate.

Kraje, które nie opodatkują dochodów od kapitału lub opodatkują je łagodniej niż inni, mogłyby przyciągnąć do swoich banków lokaty z zagranicy i powodować ucieczkę oszczędności z innych państw. (…) Nie możemy dopuścić do tego, aby jakiś kraj wyrósł na bastion pieniędzy.

Dokładnie tak powiedział niemiecki minister finansów, a ja się zastanawiam, czy w polskiej polityce jest — oprócz eurofobów i eurogęgaczy — jakaś partia ludzi, którzy słysząc ową wypowiedź, pomyśleli sobie: „I właśnie dlatego my nie dostosujemy się do norm unijnych, bo nam o to chodzi, aby kapitał odciągnąć z Unii i skłonić go do lokowania się w Polsce, po to, aby wyrosła ona na taki bastion pieniędzy, jakiego boi się niemiecki minister”.

Słowem, czy są w Polsce ludzie, którzy nie boją się obcego kapitału, a jednocześnie zamiast bezmyślnie paplać o potrzebie dostosowywania są do wymogów Unii, będą potrafili jej żądania po cichu zbojkotować, jeżeli to leży w naszym narodowym interesie?

I czy w Polsce ktoś jeszcze potrafi myśleć w kategoriach interesu narodowego?

Oto jest pytanie na miarę mądrości Salomona.

Prawo Laffera
Tomasz Włodek

urodzony w 1965 r. – pracownik naukowy, przebywa w USA, publikował w miesięczniku „W drodze” oraz w polskiej prasie wydawanej poza granicami kraju. Autor cyklu felietonów pt....