Obietnica życia

Obietnica życia

W sercu życia Boga-Miłości jest niewysłowiona przyjaźń pomiędzy Ojcem a Synem, którą jest Duch. Dla nas żyć, znaczy zamieszkać w tej przyjaźni i dać się jej przemienić. Rozleje się ona na wszystko, co robimy i czym jesteśmy.

Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15,13).

Miłość całej ludzkości, aczkolwiek godna podziwu, może się nam wydawać bladą i abstrakcyjną namiastką tej głębokiej i osobistej miłości, której pragnienie czasem odczuwamy. Czy rzeczywiście jest ona wystarczająca? Takie pytanie możemy stawiać sobie coraz częściej we współczesnym społeczeństwie, w którym dominującym modelem miłości jest namiętna relacja fizyczna między mężczyzną a kobietą. Czy możemy się zadowolić kochaniem wszystkich ludzi, kiedy odczuwamy potrzebę takiej właśnie miłości?

Owa namiętna miłość małżeńska rzeczywiście stanowi głęboką, ludzką potrzebę. Może również obrazować nasz związek z Bogiem, jak to miało na przykład miejsce w średniowiecznych komentarzach do Pieśni nad pieśniami. Istnieje jednak inna tradycja, która jest o wiele bardziej dominikańska. Znajduje się ona w sercu Ewangelii według św. Jana. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”. To jest właśnie tajemnica miłości — ktoś daje swoje życie za przyjaciół. W stosunku Jezusa do uczniów, prostytutek i celników, chorych i trędowatych, a nawet faryzeuszy widzimy gorącą miłość i prawdziwą pasję. Ich uwieńczeniem jest Pasja — męka Chrystusa — prowadząca na Golgotę. Czy nie jest ona równie żarliwa jak każda przygoda miłosna?

Społeczeństwo może uważać naszą miłość za niezrozumiałą, ponieważ w sposób widoczny odrzuciliśmy to, co ludziom powszechnie z nią się kojarzy, a więc fizyczną jedność z drugą osobą. Możemy czasem mieć poczucie, że nie dane nam było wielkie doznanie i że nie wykorzystaliśmy życia w pełni. Św. Tomasz z Akwinu uczy jednak, iż w sercu życia Boga– –Miłości jest niewysłowiona przyjaźń pomiędzy Ojcem a Synem, którą jest Duch. Dla nas żyć, posiąść niewypowiedziany dar życia, znaczy zamieszkać w tej przyjaźni i dać się jej przemienić. Rozleje się ona na wszystko, co robimy i czym jesteśmy. Jak napisał Don Goergen OP: „Sam celibat nie świadczy o niczym, to celibatariusze dają świadectwo” 1 Jesteśmy świadkami Królestwa wtedy, gdy postrzegani jesteśmy jako ludzie, których czystość wyzwala do życia.

Nasze wspólnoty powinny być szkołami przyjaźni. Umierając, św. Jacek powtarzał słowa św. Dominika skierowane do braci: „Miejcie dobroć i łagodność (dulcedo) serca. Zachowujcie miłość Boga i braci” 2 Czy zawsze jesteśmy wystarczająco dobrzy i łagodnego serca w stosunku do siebie nawzajem? Często mieliśmy w życiu zakonnym do czynienia z lękiem przed przyjaźnią. Nie był to jednak nigdy jeden z głównych elementów tradycji dominikańskiej. Od zarania naszej historii zdarzały się wielkie i pełne miłości przyjaźnie: między Dominikiem a jego braćmi i siostrami, pomiędzy Jordanem z Saksonii a Dianą i Henrykiem czy pomiędzy Katarzyną ze Sieny a Rajmundem z Kapui.

Pamiętam z młodości pewnego starego dominikanina przemawiającego na kapitule: „Nie mam nic przeciwko indywidualnym przyjaźniom, sprzeciwiam się natomiast indywidualnym nienawiściom!”. Taka przyjaźń nie ma charakteru wyłączności, lecz jest bardzo przemieniająca. Boleśnie i powoli uwalnia nas od tego, co zaborcze, protekcjonalne lub napuszone. Jeżeli jest udziałem w życiu Trójcy Świętej, wówczas będzie miłością, która daje innym równość i wolność. Jak napisał w 1932 roku angielski prowincjał o. Bede Jarrett OP: „O droga przyjaźni, jakim jesteś darem od Boga! Nie wyrażaj się o niej źle. Wysławiaj raczej jej Stwórcę i Wzór — Błogosławionego w Trójcy Jedynego” 3 Jeśli jest to naprawdę przyjaźń pochodząca od Boga, będzie motorem naszej misji głoszenia Dobrej Nowiny.

Szczytowym punktem naszej miłości jest wolność od posiadania. Musimy pozwolić odejść tym, których kochamy. Powinniśmy sami ich pozostawić. Czy moja miłość do innych daje im wolność, aby mogli stanowić o swoim życiu, i czy sprawia, że jestem wolny, by realizować misję zakonu? Czy, na przykład, moja miłość do konkretnej kobiety pomaga jej wzrastać w miłości względem jej męża, czy raczej wiążę jej życie z moim i uzależniam ją od siebie? Ten bolesny, ale wyzwalający stan wolności od posiadania zachęca nas, abyśmy zajmowali miejsce na obrzeżu życia tych, których kochamy. Powinniśmy stwierdzić, że zniknęliśmy z centrum ich życia, aby mogli o nas zapomnieć i pozostać wolni — dla innych i dla Boga. Jest to bardzo trudne, wierzę jednak mocno, że może nam dać więcej radości, niż moglibyśmy kiedykolwiek wypowiedzieć czy sobie wyobrazić. Dzieje się to wtedy, gdy nasz bok zostaje otwarty, aby mogła z niego wypłynąć woda życia.

Powinniśmy nawet w pewnym sensie zrezygnować z posiadania naszych rodzin. Będziemy je nadal należycie kochać i cieszyć się ich miłością, ale skoro składamy w zakonie profesję, powinniśmy być wolni, aby pójść tam, gdzie jesteśmy potrzebni, by pełnić misję zakonu — nawet jeżeli będzie to miejsce odległe od domów rodzinnych. Stanowi to część naszego ubóstwa. Obecnie należymy do zakonu i do misji głoszenia Ewangelii.

W naszej dominikańskiej tradycji jednym z pięknych przykładów jest miłość między bł. Jordanem z Saksonii, następcą Dominika na stanowisku generała zakonu, a dominikańską mniszką bł. Dianą z Andalň. Miłość ich była bezspornie głęboka. Ilu generałów zakonu pisało do kobiety z taką szczerością: „Czyż nie jestem z Wami? Czyż nie jestem Twój — Twój, gdy pracuję, i Twój, gdy spoczywam, Twój, gdy przebywam z Tobą, i Twój, gdy odchodzę?” 4 To jasne, że wiele go nauczyła o tym, jak kochać. Jordan w swoich listach zawsze prowadzi ją do Pana. Jest on przyjacielem Oblubieńca, którego zadaniem jest przyprowadzić oblubienicę do Pana młodego:

To, czego brakuje Ci z powodu naszej rozłąki, staraj się odszukać i pozyskać u najlepszego Twojego Przyjaciela, Jezusa Chrystusa, którego obecnością częściej się możesz cieszyć w duchu i prawdzie. On przemówi do Ciebie piękniej i mądrzej niż Jordan 5

Nieosiągalny ideał?

Powyżej naszkicowałem piękny ideał, który może się wydawać odległy i nieosiągalny. Kiedy zmagamy się z pożądaniem seksualnym, z naszymi fantazjami i chęcią posiadania, owa bezinteresowna przyjaźń może się wydawać zupełnie poza naszym zasięgiem. Środki społecznego przekazu zapewniają nas codziennie, że ten ideał jest nierealny. Bóg jednak nie przemienia ludzkiej natury, zapraszając nas do nieba. Boskie życie zstępuje tam, gdzie jesteśmy w ludzkiej naturze. Jezus wzywa Zacheusza, aby zszedł z drzewa i spotkał się z Nim na ziemi. Słowo zostaje ucieleśnione i tym samym przyjmuje na siebie nasze pragnienia, namiętności, a także naszą seksualność. Jeżeli mamy spotkać Pana i dostąpić uzdrowienia, musimy zaakceptować naszą cielesność i ciało, którym jesteśmy, ze wszystkimi namiętnościami, ranami i pragnieniami.

Zaczynamy od tego, kim i czym jesteśmy. Kiedy przywdziewamy habit, dajemy zakonowi osobę, która jest owocem pewnej historii i która nosi swoje rany. To osoba, którą Pan powołał, a nie idealna istota ludzka. Przychodzimy z niezaleczonymi bliznami doświadczeń z przeszłości, wspomnieniami niepowodzeń w miłości czy bycia wykorzystywanymi seksualnie. Nasze rodziny uczyły nas miłości, lecz również mogły nam zadać rany, których uleczenie zabierze jakiś czas.

Wzrastanie w miłości Chrystusowej wymaga czasu i ten czas jest nam dany. Stanowi dar, a Bóg zawsze udziela swoich darów stopniowo — potrzebował stuleci, aby uformować swój lud, przygotowując drogę do narodzenia się swojego Syna.

Bóg obdarza nas życiem cierpliwie, a nie w jednej chwili. Jeśli przyjmujemy Jego dary, powinniśmy także przyjąć sposób, w jaki Bóg nam ich udziela — „nie tak jak daje świat, Ja wam daję” (J 14,27). Przyjęcie owego daru czasu jest szczególnie ważne w społeczeństwie, w którym wydłuża się okres młodości i dość późno większość z nas osiąga dojrzałość. Musimy zacząć od naszych pożądań, pragnień i cielesności. Nie jesteśmy aniołami ani zwierzętami, lecz krwią, ciałem i duchem, które są przeznaczone dla Królestwa. Niemniej jednak, jak powiedział Pascal, jeśli popełnimy błąd i będziemy się uważać za aniołów, wówczas staniemy się zwierzętami 6

Pożądanie

„Zabiorę wam serca kamienne, a dam wam serca z ciała” (Ez 36,26). Jeśli nasze serca mają stać się sercami z ciała, musimy pozwolić, aby nasze pragnienia zostały przemienione.

Czym są pragnienia kształtujące nasze serca, które skrywamy przed innymi, a nawet przed samymi sobą? „Nikt z nas nie jest na tyle przezroczysty dla siebie, aby wiedzieć dokładnie, czego w rzeczywistości pożąda nasze serce” 7 Dopóki nie przyjrzymy się naszym tęsknotom i nie nauczymy się pragnąć dobrze, będziemy się im poddawać i staniemy się ich więźniami. Jest to szczególnie trudne w społeczeństwie, które hołduje zaspokajaniu żadz. Nasze społeczeństwo nie umiera z głodu, ale z nadmiaru pragnień. Każda reklama zachęca nas, abyśmy łaknęli coraz to więcej, bez końca i bez ustanku. Nienasycone, bezmierne pożądanie pożera ten świat i może pochłonąć nas wszystkich. Niepohamowane pożądanie seksualne jest zaledwie jednym z symptomów tego, że uczy się nas postrzegać świat jako rzecz do wzięcia i zużycia.

Miłość będąca przyjaźnią zachęca nas, abyśmy spoglądali na innych bez podejmowania prób przywłaszczania ich sobie. Cieszmy się nimi bez potrzeby posiadania. Trudno jest osiągnąć wolność serca, jeśli zniewala nas kultura rynku, w której wszystko można zdobyć i wykorzystać — nawet innych ludzi. Prawdziwa przyjaźń żąda od nas, abyśmy zerwali z dominującą kulturą naszych czasów. Musimy uczyć się patrzeć we właściwy sposób, jasnymi oczyma, nie pożerając świata i siebie nawzajem. Św. Tomasz napisał: Ubi amor, ibi oculus (Gdzie miłość, tam wzrok) 8 Mówi, że kiedy pożądamy, spoglądamy na drugiego tak, jak lew spogląda na jelenia, czyli jak na potencjalny posiłek. Miłość jest nierozerwalnie złączona z prawdziwym ubóstwem serca. William Blake pytał: „Czy to może być Miłość, skoro pochłania innego jak gąbka wodę?” 9

Uzdrowienie pragnień polega na innym sposobie bycia w świecie — jest nim prawdziwe ubóstwo. Jakim znakiem byłaby czystość, gdybyśmy pozostali zachłanni w innych dziedzinach życia? Don Goergen napisał:

Jeśli uczestniczę w społeczeństwie konsumpcyjnym, bronię kapitalizmu, toleruję maskulinizm, wierzę w wyższość zachodniego społeczeństwa i podejmuję abstynencję seksualną, wówczas jedynie świadczę o tym, co ono popiera: kapitalizm, seksizm, zachodnią wyniosłość i abstynencję seksualną. Ta ostatnia nie bardzo ma sens i jest w oczywisty sposób kwestionowana 10.

Musimy jasno rozumieć znaczenie seksualności i wyzwolić się z jej mitologizowania widocznego we współczesnym społeczeństwie. Trzeba obalić mit seksu. Z jednej strony związek seksualny postrzega się zazwyczaj jako kulminację pragnień jedności z innymi i sposób ucieczki przed samotnością. Został on nazwany ostatnim pozostałym sakramentem transcendencji, jedynym znakiem, że istniejemy dla innych lub nawet tego, że istniejemy w ogóle. Życie bez związku fizycznego jest życiem niepełnym. Z drugiej zaś strony seksualność jest trywializowana. Pewna angielska dama oświadczyła niedawno, iż seks nie znaczy więcej niż wypicie filiżanki herbaty. Takie właśnie połączenie ubóstwienia i banalizacji seksualności sprawia, że celibat staje się ciężarem trudnym do uniesienia. Mówi się nam, że musimy uprawiać seks i że możemy to robić bez chwili zastanowienia. Ponowna edukacja naszego ludzkiego serca wymaga jasnego pojmowania naszej seksualności. Stanowi ona wspaniały sakrament jedności z drugim człowiekiem, dar składany z samego siebie i dlatego nigdy nie powinna być trywializowana. Istnieją jednak inne sposoby, dzięki którym możemy kochać miłością pełną i całkowitą. Brak wymiaru fizycznego nie skazuje nas na izolację i samotność.

Kiedy stoimy wobec nienasyconych żądań rynku, nie jesteśmy wzywani do tłumienia pragnień, ale do ich intensyfikacji. Jesteśmy ludźmi pełnymi namiętności i chęć ich zniszczenia oznaczałaby powstrzymanie rozwoju i obumarcie naszego człowieczeństwa. Stalibyśmy się głosicielami śmierci. Musimy wyzwalać w sobie pragnienia ukierunkowane na niezmierzoną dobroć Boga. Jak mówi nasz japoński współbrat Oshida, błagamy Boga, abyśmy nie byli w stanie Mu się oprzeć. Nasze tęsknoty mogą nas zaprowadzić na manowce nie przez to, że prosimy o zbyt wiele, ale dlatego, że godzimy się na zbyt mało i zadowalamy się płytkimi przyjemnościami.

Ideałem jest, byśmy nie musieli wcale kontrolować swoich potrzeb, ale mogli dać im pełną swobodę dzięki ich upodobnieniu do niekontrolowanego głodu Boga 11.

Reklamy umieszczone przy drogach, którymi się poruszamy, zachęcają nas do konkurencji z innymi i do deptania siebie nawzajem w wyścigu zmierzającym do zaspokojenia niekończących się pożądań. Natomiast Bóg zaspokaja nasze bezgraniczne pragnienia za darmo. Niech staną się one głębsze.

Przemiana naszych marzeń zakłada z pewnością ascezę. Długo opierałem się wyciągnięciu takiego wniosku. Dominik osiągnął wolność, spontaniczność i radość po części dlatego, że był człowiekiem powściągliwym w jedzeniu i piciu. Ucztował ze swymi braćmi, ale również pościł. Istnieje asceza, która nie stanowi manichejskiego odrzucenia Bożego świata, ale uczy, jak znajdować w nim właściwą przyjemność.

Chodzi o to, aby zrezygnować nie z samych pożądań — to byłoby nieludzkie — ale z przemocy, którą niosą ze sobą. Chodzi o to, aby umrzeć dla potężnej przemocy związanej z przyjemnością 12.

Powściągliwość stanowi miarę naszych pragnień i przykłada je do rzeczywistych potrzeb ciała, uwalniając nas w ten sposób od zwodniczych fantazji i od tyranii pożądania.

Ciało

Nie mogę mieć dojrzałego stosunku do mojej seksualności, dopóki nie nauczę się akceptować ludzkiego ciała, a nawet zachwycać się nim — moim własnym i innych ludzi. To ciało, które mam i którym jestem, starzeje się, tyje, traci włosy, jest w sposób widoczny śmiertelne. Muszę czuć się swobodnie w zetknięciu z ciałem innego człowieka — tym godnym podziwu i tym brzydkim, ułomnym i zdrowym, starym i młodym, ciałem mężczyzny i kobiety. Św. Dominik założył zakon, by ratować ludzi z tragedii dualistycznej religii, która potępiała świat stworzony jako zły. Od początku centralnym elementem naszej tradycji jest docenianie cielesności. Bóg przychodzi w ciele, aby spotkać się z nami i nas odkupić. Staje się — jak my — ludzką istotą z ciała i krwi. Najważniejszym sakramentem naszej wiary jest udział w Jego Ciele. Nasza ostateczna nadzieja to zmartwychwstanie ciała. Ślub czystości nie jest ucieczką od cielesnej egzystencji. Skoro Bóg stał się ciałem i krwią, to i my możemy zdobyć się na odwagę, aby uczynić to samo.

Znaczenie naszej cielesności odkrywamy w kulminacyjnym punkcie życia Jezusa, gdy daje nam swoje Ciało: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane” (Łk 22,19). Widzimy tutaj, że ciało nie jest tylko kawałkiem mięsa, workiem mięśni, krwi i tłuszczu. Eucharystia pokazuje nam powołanie ludzkiego ciała, które ma się stać darem dla innych, obietnicą komunii.

Rezygnacja z momentu bardzo intensywnego przeżywania swej cielesności, kiedy ciała są bez reszty oddane sobie nawzajem, jest w celibacie szczególnie bolesna. W tym momencie jedności widzimy najgłębszą tożsamość ciała nie będącego kawałkiem mięsa, ale sakramentem obecności. Akt seksualny wyraża, czyni ciałem i krwią nasze pragnienie dzielenia się życiem, dlatego jest to sakrament jedności Chrystusa z Kościołem. Także i my, zakonnicy, możemy sprawić, że w Chrystus będzie obecny naszej cielesności. Kaznodzieja nadaje Słowu wyraz nie tylko przez swoje słowa, ale i przez wszystko, czym jest. Współczucie Boga pragnie stać się ciałem i krwią w nas, w naszej czułości, a nawet w naszych twarzach.

W Starym Testamencie często pojawia się modlitwa o to, by oblicze Boga zajaśniało nad nami. Ostateczna odpowiedź na nią przybrała kształt ludzkiej twarzy — twarzy Chrystusa. Spogląda On na bogatego młodzieńca z miłością i prosi, by ten za Nim poszedł. Patrzy na Piotra na dziedzińcu po jego zdradzie. Widzi Marię Magdalenę w ogrodzie i woła ją po imieniu. Jako kaznodzieje, ludzie z ciała i krwi, możemy wystawić ciało na litościwe spojrzenie Boga. Nasza cielesność nie znajduje się poza obszarem naszego powołania.

Człowiek będący zarówno kaznodzieją, jak i bratem, ponieważ ma ludzką twarz, która się śmieje, płacze lub wygląda na znudzoną, może z bólem i prawdopodobnie dość nierównym postępem nauczyć się, co to znaczy być twarzą dla Boga. (…) W naszej niepowtarzalności i indywidualności mającej znaczenie na wieczność i pożądanej przez Boga również jesteśmy objawieniem, manifestacją i wyrazem Jedynego Słowa wychodzącego od wieków z milczenia Ojca 13.

Prawdziwa czystość serca nie polega na uwolnieniu się od skażenia powodowanego przez ten świat. Jej istotą jest raczej bycie w pełni obecnym w tym, co robimy i czym jesteśmy, z twarzą i ciałem wyrażającymi nas bez oszustwa i obłudy. Ludzie czystego serca nie kryją się za swymi twarzami, spoglądając czujnie spoza nich. Ich twarze są przezroczyste i bezbronne, widać na nich Chrystusowe ogołocenie i podatność na zranienia. Są one naznaczone Jego wolnością i spontanicznością. „Tylko ten, kto ma czyste serce, może śmiać się z wolnością, która stwarza wolność w innych” 14.

Uczestnictwo w dziele stworzenia

Być może bardziej niż czegokolwiek innego żałuję, że nie mam dzieci. Skoro czuję to jako mężczyzna, jak może się czuć kobieta, która nie przekazała życia dziecku? Pragnienie rodzicielstwa jest fundamentalne i musimy je w sobie uznać. Skoro podjęliśmy życie apostolskie w płodnej miłości Boga, to wydamy owoce. Mistrz Eckhart mówi, że Boża miłość jest w nas zielona i płodna. Bóg w nas „okrywa się zielenią i kwieciem, w takiej samej chwale i radości, jakie ma w sobie samym” 15.

Głównym celem Boga jest rodzenie. Nigdy nie jest zadowolony, dopóki nie zrodzi swego Syna w nas. I dusza zadowoli się nie inaczej, jak tylko wtedy, gdy Syn zrodzi się w niej 16.

Zadaniem dla naszej miłości wobec braci i sióstr jest to, byśmy pomagali sobie wzajemnie owocować. Życie apostolskie nie polega jedynie na niekończącej się pracy. Jeśli nasze zaangażowania będą ożywiane obfitością Bożego życia, będziemy mieli udział w Jego dziele stwórczym.

Bycie rodzicem oznacza przeżywanie radości, ale i bólu, związanych z przyzwoleniem na odejście dzieci. Kulminacją rodzicielstwa jest obdarzanie potomstwa wolnością i wyrażenie zgody na to, by budowało życie odmienne od tego, którego się spodziewaliśmy dla niego. Musimy pozwolić odejść temu, co powołaliśmy do życia. Wiemy, że byliśmy owocni, gdy zadania, które inicjowaliśmy i którym poświęciliśmy nasze życie, przybierają nowe kierunki i przechodzą w inne ręce. Jest to trudne, lecz hojność rodzicielska polega na obdarzaniu swoich dzieci wolnością.

Jak możemy stanowić oparcie dla siebie nawzajem?

Jeśli pozwolimy się dotknąć miłości, którą jest Bóg, powoli zostaniemy przywróceni do życia. Pozostawanie martwym, niepodatnym na zranienia czy nietykalnym może wydawać się bezpieczniejsze. Czy rzeczywiście tak jest?

Natura nie znosi próżni. Człowiekowi o pustym sercu mogą się przydarzyć straszliwe rzeczy. W ostateczności lepiej podjąć ryzyko przypadkowego zgorszenia niż mieć klasztor — chór, refektarz, salkę rekreacyjną — pełen ludzi umarłych. Nasz Pan nie powiedział: „Przyszedłem po to, żeby mieli bezpieczeństwo i mieli je w obfitości”. Niektórzy z nas oddaliby wszystko, aby czuć się bezpiecznie, tak w życiu na tym świecie, jak i w przyszłym, lecz my nie możemy pójść obiema drogami: bezpieczeństwa i życia. Musimy wybrać 17.

Jeśli wybierzemy życie, będziemy potrzebowali wspólnot, które wspomagać nas będą w dochodzeniu do niego i pomogą nam wzrastać w miłości świętej będącej udziałem w rozlewaniu się słowa Bożego.

Wspólnoty nadziei

Powinniśmy ofiarowywać sobie nawzajem nadzieję i miłosierdzie. Często przyciąga nas do zakonu podziw dla braci. Mamy nadzieję, że staniemy się tacy jak oni. Szybko jednak odkrywamy, że są dokładnie tacy sami jak my — słabi, grzeszni i egoistyczni. Możemy doświadczyć ogromnego rozczarowania. Pamiętam nowicjusza, który żalił się, że dokonał takiego smutnego odkrycia. Magister nowicjatu odpowiedział mu: „Bardzo się cieszę, że już nas nie podziwiasz. Teraz jest szansa, że nas pokochasz”. Odkupieńczej tajemnicy Bożej miłości nie mamy doświadczać w ramach wspólnoty duchowych herosów, ale pośród braci czy sióstr, którzy w drodze do Królestwa krzepią się nawzajem nadzieją i miłosierdziem. Zmartwychwstały Pan ukazuje się pośrodku wspólnoty zalęknionych i słabych ludzi. Jeśli chcemy Go spotkać, musimy być tam wraz z nimi. Jordan z Saksonii pisał do braci z Paryża, którzy byli najwyraźniej dokładnie tacy, jak my:

Niemożliwe, by Jezus objawiał się tym, którzy odcinają się od jedności braterstwa: Tomasz został pozbawiony widzenia Jezusa, gdyż nie był razem z innymi uczniami, gdy Jezus przyszedł. Czy sądzicie, że sami jesteście bardziej święci niż Tomasz? 18

Będziemy potrzebowali naszych wspólnot przede wszystkim wtedy, gdy zawiedziemy w miłości. Możemy sprawić zawód, gdyż wchodzimy w czas bezpłodny, czując się niezdolni do jakiejkolwiek miłości, i kiedy nasze serca z ciała zostały zastąpione sercami z kamienia. Wtedy będziemy potrzebować wspólnot, by za nas wierzyły, że:

ukryte najgłębiej w nas
nieważne jak bardzo podstępnych
albo do cna zepsutych
— tam w głębi nas
drzemie ziarno miłości 19.

Wspólnoty muszą być miejscami, w których nie ma miejsca na oskarżenia, „bo oskarżyciel braci naszych został strącony” (Ap 12,10). Może się zdarzyć, że będziemy grzeszyć i czuć, iż zaprzepaściliśmy nasze powołanie, i ze wstydem opuścimy zakon. Wtedy nasi bracia i siostry będą musieli za nas wierzyć w Boże miłosierdzie, jeśli nam samym taka wiara przyjdzie z trudem. Skoro Bóg może sprawić, że zakwita martwe drzewo krzyża na Golgocie, to może też spowodować, że moje grzechy przyniosą owoc. Potrzebujemy naszych braci, by wierzyli wtedy, gdy nie potrafimy, że upadek nie jest końcem, lecz że Bóg w swej nieskończonej płodności może uczynić go częścią naszej drogi ku świętości. Nawet grzechy mogą być częścią naszych nieudolnych prób miłości. Wszystkie lata seksualnych przygód św. Augustyna były częścią poszukiwania Tego, który był najbardziej umiłowany. Czystość zaś nie była rezygnacją z jego pragnień, lecz ich spełnieniem.

Pustkowie samotności

Jako ludzie otwarci na miłość możemy w naszym wzrastaniu być zmuszeni do przejścia przez pustkowie. Może się tak dziać, gdy czujemy się niezdolni do miłości, gdy zakochujemy się czy nie dochowujemy naszych ślubów. O ile życie apostolskie prowadzi nas do zadziwienia w Gethsemani, gdzie życie traci wszelki sens, o tyle kryzys w miłości może postawić nas wobec samotności Krzyża.

Doświadczenie samotności objawia fundamentalną prawdę o nas samych, że żyjąc samotnie, jesteśmy niepełnymi ludźmi. Wbrew dominującemu w większości społeczeństw Zachodu sposobowi postrzegania człowieka, nie jesteśmy istotami niezależnymi i samowystarczalnymi. Alienacja objawia nam niemożność życia w pojedynkę i niemożność bycia samemu. Istnieję tylko dzięki moim relacjom z innymi. Osamotniony umieram.

To wyobcowanie objawia próżnię, puste miejsce w centrum mojego życia. Możemy doświadczyć pokusy wypełnienia tej pustki w przeróżny sposób: jedzeniem, piciem, seksem, władzą czy pracą. Jednak pustka pozostaje. Alkohol czy cokolwiek innego jest jedynie zamaskowanym pragnieniem Boga. Podejrzewam, że nie możemy zaspokoić go nawet obecnością innych ludzi. Pokój pełen samotników niczego nie zmienia. „Okropność samotności polega na tym, że wszyscy mają w niej udział, nikt nie może się od niej uwolnić” 20. Gdy Merton się zakochał, odkrył, że tym, czego szukał, była nie jego ukochana, lecz zapełnienie pustego miejsca w środku jego serca. Ona była „osobą, której imienia użyłby jak magicznej różdżki, by uwolnić się z uścisku okropnej samotności swego serca” 21.

Podejrzewam, że ostatecznie nie sposób tej samotności wytrzymywać. Trzeba ją ożywiać, traktując jako wejście w samotność Chrystusa w obliczu Jego śmierci, która rodzi i przekształca wszelką ludzką samotność. „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mk 15,34). Jeśli to uczynimy, zasłona Przybytku rozedrze się na dwoje i odkryjemy Boga, który jest w sercu naszego jestestwa. Bóg obdarza nas istnieniem w każdej chwili: Tu autem eras interior intimo meo (Ty byłeś bardziej wewnątrz mnie niż to, co we mnie najbardziej osobiste) 22. Jeśli weźmiemy na siebie krzyż samotności i poniesiemy go, wówczas okaże się, że współczesny sposób patrzenia na osobowość jest fałszywy. Prawdą o nas samych jest to, że nie jesteśmy samotni. W samej głębi mojego bytu jest Bóg obdarzający mnie obfitością życia. Św. Katarzyna pisze o sobie w Dialogu, że „zamieszkuje i zadomawia się w celi poznania siebie, aby lepiej poznać dobroć Boga” 23. Pełne poznanie siebie nie doprowadza nas do osamotnionego bytu charakterystycznego dla współczesnych czasów, lecz odsłania osobowość, której istnienie jest nierozdzielne od Boga, obdarzającego nas życiem w każdej chwili.

Jeśli dane nam będzie wejść na pustynię i spotkać tam Boga, staniemy się wolni do miłości nieegoistycznej i wyzwalającej, bez dominacji nad innymi czy manipulacji nimi. Będziemy mogli patrzeć na nich nie jak na spełnienie naszych potrzeb czy odpowiedź na naszą samotność, ale jak na ludzi, którymi mamy się radować. „Nie poddawaj się i nie chwiej z powodu twojej pustki”. To właśnie u stóp Krzyża, gdzie Jezus dał swą Matkę umiłowanemu uczniowi, a jego Jej powierzył, narodziła się wspólnota Kościoła.

tłum. Marcin Turski

Fragment Listu do wszystkich członków zakonu dominikańskiego wydanego w klasztorze Santa Sabina w Rzymie w Środę Popielcową 25 lutego 1998 roku, który ukaże się wkrótce w książce Timothy’ego Radcliffe’a Nazwałem was przyjaciółmi opublikowanej w koedycji wydawnictw W drodze i Znak.

1 Don Goergen, rozmowa opublikowana w: „Review for Religious” 3/1998, s. 264.
2 D. A. Mortier OP, Histoire des maîtres généraux de l’ordre des Frčres Pręcheurs, t. 1, Rzym 1903, s. 528.
3 The Letters of Bede Jarrett OP, pod red. B. Bailey, A. Bellenger, S. Tugwell, Bath 1989, s. 182.
4 Bł. Jordan z Saksonii, List 31(XLVI), w: Najdroższej Dianie, przeł. P. Krupa OP, Poznań 1998, s. 95.
5 Idem, List 20 ( XLVIII), w: op. cit., s. 72.
6 Por. Blaise Pascal, Myśl 329, w: Myśli, przeł. T. Boy–Żeleński, Warszawa 2000, s. 137: „Człowiek nie jest ani aniołem, ani bydlęciem; nieszczęście w tym, że kto chce być aniołem, bywa bydlęciem”.
7 Nicholas Lash, The Beginning and the End of Religion, Cambridge 1996, s. 21.
8 Scriptum super libros Sententiarum III, d. 35, 1, 2, 1.
9 Vision of Albion, 7, 17.
10 Don Goergen OP, op. cit.
11 Simon Tugwell OP, Osiem błogosławieństw, Poznań 1999, s. 81.
12 Jean–Louis Brugučs OP, Les idées heureuses, Paryż 1996, s. 56.
13 Simon Tugwell OP, Pasja Dominika, Kraków 1996, s. 170.
14 Joseph Pieper, A Brief Reader on the Virtues of the Human Heart, San Francisco, s. 44.
15 Mistrz Eckhart, Kazania, Poznań 1986, s. 85.
16 Mistrz Eckhart, Kazanie 68, w: Sermons and Treatises, t. 1, Londyn 1979.
17 Gerald Vann OP, To Heaven with Diana, Londyn 1959, s. 46n.
18 Ibidem, s. 157.
19 Paul Murray OP, A Song for the Afflicted, wiersz niepublikowany.
20 Sebastian Moore OSB, The Inner Loneliness, Londyn 1982, s. 40.
21 J. H. Griffin, Thomas Merton: The Hermitage Years, Londyn 1993, s. 58.
22 Św. Augustyn, Wyznania, III, 6, Kraków 2001, s. 74.
23 Św. Katarzyna, Dialog, Poznań 1987, s. 21.

Obietnica życia
Timothy Radcliffe OP

urodzony 22 sierpnia 1945 r. w Londynie w Wielkiej Brytanii – dominikanin, wieloletni profesor Nowego Testamentu na Uniwersytecie Londyńskim, generał Zakonu Kaznodziejskiego (1992-2001).Święcenia kapłańskie przyjął w 19...