Odbudować mosty

Odbudować mosty

Ksiądz o dużej kulturze wewnętrznej będzie umiał lepiej odpowiedzieć na potrzeby wiernych, z nimi rozmawiać, ich zrozumieć. Będzie bardziej otwarty na życie duchowe, na życie Boże, na modlitwę.

1.

Poetka i aktorka lwowska Beata Obertyńska została zaaresztowana przez NKWD i wywieziona za Koło Polarne. Po miesiącach koszmarnych przesłuchań znalazła się w obozie koncentracyjnym, gdzie ostatecznie opadła z sił. Odesłana do sangrodka — tzn. szpitala, przetrzymywana w okropnych warunkach, powraca do siebie. I oto pewnego wieczoru:

(…) kiedy miałam już dawać nurka w naszą jamę — coś niebu stało się — znowu. Zaczęło oddychać. Tylko tak mogę to określić. Oddychać kolorami… Nie mogąc być sama z mym zachwytem, na oślep, potykając się na schodkach, wpadłam do kretowiny. Wiedziałam, że tylko Długa Krystynka przebaczy mi, jeśli ją zbudzę.

— Krystynka! Na miłość Boską! Zorza!

Niebo tymczasem rozkołysało się całe, od jednego brzegu po drugi. Szły po nim oddechy faliste, niknące, rzekłbyś, od dotyku spojrzenia. Jakieś zjawy, jakieś błony, biorące się nagle i nie wiadomo skąd, a wlokące na sobie zwiewne, przyćmione kolory: biały, bananowy, zielony, cytrynowy, błękitnawy… Gwiazdy odleglejsze jakby i bardziej niż zwykle nieruchome, widać wyraźnie poprzez te wędrujące płynne kotary. Parę razy chuchnęło na niebo czymś, co miało kształt srebrzystych sopli czy fiszbin. Po tych lodowych frędzlach od jednego ich końca po drugi przebiegało drobne, świetliste drżenie niby dźwięk chromatycznej gamy idącej po strunach. I nikło. I zaraz po drugiej stronie nieba brało się nowe. I znowu znikło.

I tak w zatchniętej ciszy nieba grał bezmiar nocy tę swoją zaczarowaną, bezszelestną symfonię — wiał i dyszał obrzeżem kotar tajemnych, za którymi już chyba sam Bóg ukrywać się musi przed oczyma śmiertelnych. Nie, nie. Tego mi nikt nie wytłumaczy. Polarna zorza jest pograniczem! Tęczową, oddechem Boga żywego dyszącą zasłoną, która dzieli wiadome od Niepojętego.

Takie to rzeczy działy się na niebie, podczas gdy na ziemi — na oblanej, niepoprawnej kulce — wszystko szło zwykłym porządkiem. Noce nocami, zorza zorzą, a NKWD dalej sobą 1

Półżywa poetka znajduje nie tylko siłę na oglądanie zorzy polarnej, ale i na zachwyt nad nią, i to pobudza jej wiarę. Wielokrotnie na kartach swej książki Obertyńska, i nie tylko ona, ale i inni pisarze opisujący życie obozowe, stwierdzają, że łatwiej znosili piekło obozów ludzie mający bogate życie duchowe, a częściej załamywali się ludzie prymitywni.

2.

Jan Paweł II określił kulturę jako to, przez co człowiek jako człowiek staje się bardziej człowiekiem. Naszym obowiązkiem jest stawać się coraz bardziej człowiekiem. Człowiekiem Bożym, ale by stać się człowiekiem Bożym, najpierw trzeba być możliwie w pełni człowiekiem. W tym miejscu rozpoczynają się często nasze niepowodzenia zarówno duszpasterskie, jak i seminaryjne. Ludzie szukają w kapłanie bogatej i silnej osobowości, a spotykają dobrego organizatora, być może i elokwentnego mówcę, kumpla, rzemieślnika fachu księżego, ale nie takiego człowieka, którego bogate wnętrze, umocnione Bożym światłem, porywa i pociąga. Kłopoty zaczynają się często w seminarium. Gdy w ubogą, często nierozbudzoną osobowość próbujemy wcisnąć nieskończoność Bożego życia, to tak jakbyśmy zmuszali jumbo jeta do lądowania na kartoflisku. Mówię o naturalnym życiu duchowym, a nie tym nadprzyrodzonym, i tych dwóch dziedzin nie należy mylić. Młoda Polska próbowała ze sztuki tworzyć religię, co było nieporozumieniem, jak zresztą nieporozumieniem jest tłumaczenie, że kicz jest piękny, ponieważ jest… pobożny lub — co gorzej — bogaty teologicznie.

Odpowiedzmy sobie najpierw, z jakiego świata, z jakiej kultury młody człowiek przychodzi do seminarium.

3.

Od czasów oświecenia wolno drąży Kościół kryzys kultury chrześcijańskiej i to na wielu płaszczyznach.

Po pierwsze w dziedzinie teologii. Uprawia ją teolog, a jeśli ma być ona prawdziwa, punktem wyjścia jest jego osobista świętość, związek z Bogiem, modlitwa, na których można dopiero zacząć budować tę dyscyplinę. Prawdziwym teologiem może być tylko człowiek o bogatym życiu religijnym — taka jest przynajmniej patrystyczna koncepcja teologii. Otóż ostatnim wybitnym kanonizowanym teologiem był św. Alfons Liguori (†1787), przed nim św. Robert Bellarmin (†1621), czyli od XVIII wieku teologia uprawiana jest przez ludzi, z których żaden nie zasłużył nawet na beatyfikację! Jak więc może wyglądać dialog ekumeniczny teologii zachodniej ze wschodnią, w której teolog jest identyfikowany z człowiekiem modlitwy? Teologia Zachodu od czasów oświecenia przemienia się stopniowo w to, co Niemcy nazywają Religionswissenschaft (religioznawstwo), w której podstawowym kryterium jest jej uprawianie wissenschaftlich, celem nie zbliżenie do Boga i poznanie Jego wielkich czynów, ale zdobycie tytułu naukowego, a tematem prac z teologii nie jest, jak za czasów Augustyna, rozwiązywanie wielkich pytań stawianych przez ludzi, ale problemy wymyślone w gabinecie promotora. Wydział teologii nie interesuje się wiarą ani życiem duchowym studenta, lecz postępami w nauce i jego poziomem naukowym, sala wykładowa oderwała się od kaplicy. Podstawą odnowy kultury chrześcijańskiej jest odnowa teologii katolickiej, a ta może się dokonać tylko w oparciu z jednej strony o wiarę, świętość, życie wewnętrzne teologa oraz jego związek z Kościołem, z drugiej zaś nie może pominąć żadnych wyników tej teologii–religioznawstwa ostatnich dwóch wieków, która bez wątpienia ma swoje osiągnięcia. Teologia katolicka przeżyła w XX wieku odnowę biblijną, nie przeżyła jednak odnowy patrystycznej (mimo licznych szumnych haseł!), a przecież jednym z najważniejszych osiągnięć metodologicznych tej właśnie teologii jest synteza wiary, świętości i rozumu. Ostatnimi miejscami, w których naprawdę na świecie studiuje się jeszcze teologię, są nie wydziały teologiczne, nawet te najsławniejsze, ale właśnie seminaria duchowne, gdzie jej studium jest (a przynajmniej być powinno!) połączone z intensywnym życiem duchowym, modlitwą i pracą nad sobą.

Od XVIII wieku rozpoczyna się również kryzys wielkich dziedzin kultury chrześcijańskiej. Weźmy cztery przykłady: architekturę, malarstwo, literaturę i muzykę.

Architektura. Wiek XVIII przyniósł ostatnie arcydzieła architektury religijnej w postaci tryskających wiarą kościołów barokowych Bawarii, których piękno można porównywać z największymi arcydziełami sztuki średniowiecza. Wiara wieku XIX nie potrafiła już znaleźć swego wyrazu w architekturze: poprawny neoklasycyzm Madelaine w Paryżu czy bombonierki typu św. Aleksandra w Warszawie czy kościoła w Puławach wieją zimnem. Ucieczka w przeszłość, którą jest np. neogotyk, pokazuje słabość wiary tego okresu, która, by się wyrazić, musiała sięgać do form dawnych, nie tworząc własnego stylu. Ogromna twórczość kościelna wieku XX nie zdołała również wytworzyć swojego stylu, a tym bardziej arcydzieł, co widać aż nadto w nowych kościołach w Polsce. W ostatnich dwustu latach historii Kościoła można uznać za arcydzieła architektury religijnej chyba tylko katedrę Sagrada Familia Gaudiego w Barcelonie i Aulę Nerviego z Chrystusem zmartwychwstałym w Watykanie. Widać to chyba najtragiczniej w sercu chrześcijaństwa, w Rzymie, wobec tylu arcydzieł architektury sakralnej minionych wieków znajdziemy tylko jeden ciekawy obiekt w ciągu ostatnich dwustu lat.

Podobnie rzecz ma się z malarstwem. Owszem, temat religijny pojawia się tu raz po raz, ale tematyka religijna nie tworzy jeszcze dzieła prawdziwie religijnego. I tu bilans jest żałosny: niewątpliwymi arcydziełami są witraże Wyspiańskiego, niektóre dzieła Rouaulta czy Salvadora Dali — i koniec. Zdawał sobie z tego sprawę Paweł VI, który stworzył w Muzeum Watykańskim galerię sztuki religijnej; ona jednak przy tłocznych Muzeach Watykańskich jest zazwyczaj azylem spokoju i odwiedzają ją tylko nieliczni turyści, często tam zabłąkani. I niestety słusznie: nie znajdziemy tam arcydzieł malarstwa, co bynajmniej nie znaczy, że są tam dzieła złe, są poprawne, a często nijakie, szczególnie w porównaniu z żywiołowym Michałem Aniołem, Rafaelem czy świetną kaplicą św. Szczepana Giotta znajdującymi się obok. Ten rozziew pomiędzy sztuką a chrześcijaństwem stanowił wielki dramat pontyfikatu papieża intelektualisty, Pawła VI.

Tematyka religijna dłużej broniła się w literaturze. Wiek XIX to m.in. V. Hugo i F. R. Chateaubriand, przełom stuleci to L. Bloy, wielcy pisarze chrześcijańscy naszego wieku to G. Bernanos, P. Claudel — we Francji, H. Sienkiewicz, K. H. Rostworowski, Z. Kossak–Szczucka i A. Gołubiew — w Polsce, G. Chesterton, B. Marshall, T. S. Elliot i w pewnym stopniu G. Green — w Anglii, S. Undset — w Norwegii, S. Lagerlof i P. Lagerkvist — w Szwecji itd.; listę tę można by przedłużać. Kierunek chrześcijański w literaturze zakończył się jednak w połowie tego wieku. Wśród ostatnich noblistów nie ma autorów piszących w duchu chrześcijańskim — wręcz przeciwnie: D. Fo zgrywa się w bluźnierstwach.

Do tego doszła swoista cenzura. Ze studiów znikło omawianie literatury pisanej z inspiracji chrześcijańskiej, w szkołach podstawowych i średnich również jest ona niemal nieznana. Wieki np. łacińskiej chrześcijańskiej literatury średniowiecznej wykreślili nasi habilitowani cenzorzy obrazu kulturalnego Europy 2 U nas przynajmniej na studiach została tradycja biblijna, zlikwidowana już na wielu uniwersytetach zachodnioeuropejskich. Studenci patrzą z szeroko otwartymi oczyma, gdy mówi się im o chrześcijańskiej tradycji kulturalnej Europy.

Jedyną gałęzią kultury, w której inspiracja religijna trzyma się jeszcze mocno, jest muzyka. Wiek XX przyniósł takie arcydzieła muzyki religijnej, jak Stabat Mater Szymanowskiego, Symfonię Psalmów Honnegera, War Requiem B. Brittena czy dzieła Pendereckiego.

Ten krótki i bardzo pobieżny (a więc i spłycony) przegląd pokazuje bezsporny kryzys europejskiej kultury chrześcijańskiej. Kiedy w II wieku Kościół wchodził w świat pogański, pierwszym zadaniem ówczesnych intelektualistów było przerzucenie pomostów pomiędzy światem kultury judaistycznej, z którego wywodziło się chrześcijaństwo, a bogatym światem kultury grecko–rzymskiej i przełożenie świata pojęć judaistycznych na język tej ostatniej. I to się im udało. Trzy wieki ich intensywnej pracy doprowadziły do tego, że już w IV stuleciu najwybitniejszymi pisarzami piszącymi po grecku czy po łacinie są chrześcijanie. Właśnie ten element, obok ofiary męczenników, pracy mądrych biskupów–duszpasterzy i mnichów–apostołów, należał do podstawowych czynników chrystianizacji świata starożytnego. I jeśli całe wieki kultury europejskiej stanowiły współbrzmienie kultury i chrześcijaństwa, co więcej, chrześcijaństwo było jednym z podstawowych faktorów kultury, to ostatnie stulecia przyniosły stopniowe oddzielanie się religii i kultury, która staje się najpierw neutralna, a następnie wroga wobec chrześcijaństwa.

4.

Obraz tu przedstawiony nie jest bynajmniej optymistyczny. Czy jednak seminarium jako takie może coś zmienić? Myślę, że tak, i to więcej, niż może się wydawać.

Pierwszym i podstawowym czynnikiem jest zrozumienie roli kultury w jej dwojakiej funkcji: czynienia człowieka bardziej człowiekiem oraz przerzucania pomostu między nami a otaczającymi nas ludźmi i światem. Mamy za sobą ponad pół wieku promowania kultury przez kolejnych papieży XX wieku (i nie tylko, przecież tę problematykę podejmował już Leon XIII w wieku XIX) — zajmował się nią też II Sobór Watykański — szczególnie zaś Pawła VI i Jana Paweł II. Ten ostatni do tematu kultury powraca nieustannie. Mam jednak poważne obawy, że jego wołanie znalazło choćby minimalny oddźwięk w życiu Kościoła polskiego.

Dostrzeżenie konieczności propagowania chrześcijańskiej kultury pociąga za sobą dalsze konsekwencje, a mianowicie konieczność przygotowania kadry do tej pracy w seminariach i w diecezjach, zarówno ludzi świeckich, jak i duchownych. Znajdujemy się w wyjątkowo szczęśliwej sytuacji, ponieważ w dwóch katolickich ośrodkach akademickich, na KUL–u i na UKSW, obok wydziałów nauk teologicznych znajdują się wydziały humanistyczne (np. filologia, historia sztuki, muzykologia itd.), na których studiujący nauki kościelne (a nie robiący tylko stopnie naukowe, bo to duża różnica!) mogą, za zachętą swoich przełożonych, ubogacić swoją znajomość problematyki kultury. Podobnie ogromną szansą dla Kościoła jest ponad setka polskich księży studiujących w Rzymie, a więc w centrum humanizmu europejskiego, gdzie, o ile by się to udało zorganizować, mogą się zapoznać z kulturą chrześcijańską w najlepszym wydaniu. Przy odrobienie dobrej woli w ciągu kilku lat możemy przygotować wysoko wykwalifikowaną kadrę do promowania kultury chrześcijańskiej.

Stajemy jednak przed dalszymi problemami. Wiadomo powszechnie, że współczesna szkoła wtłacza do głowy pewną ilość wiadomości, natomiast przekazuje dość znikomą znajomość języka polskiego i literatury polskiej (nie mówiąc o powszechnej), nie daje zaś żadnej kultury plastycznej czy muzycznej. Taki stan przygotowania kandydatów do seminarium nie jest wystarczający jako fundament dla formacji teologicznej, trzeba więc pomyśleć, jak go uzupełnić. Nowa Ratio studiorum wprawdzie przyniosła uaktywnienie studentów poprzez ćwiczenia oraz przez możność wyboru przedmiotów fakultatywnych, ale równocześnie, mimo protestów, zminimalizowała przedmioty kulturotwórcze: język polski i historię sztuki.

Ten fundament kultury można budować zarówno poprzez system wykładowy, jak też przez szereg działań wychowawczych w ramach seminarium.

Pierwszym i podstawowym zagadnieniem jest problem języka i kultury literackiej, szczególnie ważnej w życiu księdza, który ciągle musi przemawiać: na ambonie, w katechezie, a ponadto rozmawiać z ludźmi ich własnym językiem: z dzieckiem, intelektualistą czy z prostą babcią. Do tego trzeba sprawnie mówić. Problem nie sprowadza się tylko do giętkości języka. Dwoma wielkimi zagrożeniami współczesnego życia jest bełkot i banał. Bełkot to używanie słów, których się nie rozumie, które nic nie znaczą, przez które stara się ukryć prawdę (orwellowska nowomowa). Jest to nieumiejętność ułożenia słów w zdania, a zdań w logiczną całość, która by oddawała myśl. Bełkot to używanie takiego języka, którego nie rozumie druga osoba, choć ma prawo zrozumieć (np. częste przerzucanie żargonu teologicznego na ambonę). Bełkotem człowiek często oszukuje nie tylko innych, ale i samego siebie, maskując swoją pustkę i nieuctwo. Za bełkotem może się więc także kryć obłuda i kłamstwo i wtedy przestaje on być problemem jedynie filologicznym i logicznym, a zaczyna być problemem moralnym. Bełkot bywa różny, jak choćby wulgarny i intelektualny. Ten ostatni, mimo że, jakże często, wzbudza powszechny podziw, pozostaje bełkotem! Do takiego stylu mówienia przyzwyczaja nas telewizja, prasa, pustomowa polityków i intelektualistów–pięknoduchów, a niestety często również i współczesna literatura teologiczna zaśmiecona słowami obcymi, szczególnie pochodzenia greckiego, których nawet nie stara się oddawać w językach rodzimych. Na ten bełkot najlepszą odtrutką jest kontakt z wielką literaturą, ona też prowadzi do likwidacji drugiego zagrożenia — banału.

Banał to uproszczenie rzeczywistości świata i człowieka. Często wprowadza go telewizja, której „intelektualna głębia” prawdy o człowieku sprowadza się do mordobicia, panseksu oraz widowisk typu Big Brother. Banał wprowadza literatura typu Harlequin, piosenki o równie pustej treści, jak banalnej muzyce (wciskające się też do kościołów), nie mówiąc już o konwulsyjnym miotaniu się po scenie przy łomocie ogłuszającej muzyki wywołującej zbiorową histerię. Banał wprowadzają styropianowe dekoracje w kościołach, a także popisy artystów, którzy nie mając nic więcej do dania, urządzają publiczne obieranie ziemniaków w renomowanych galeriach. Banał kultywują wycieczki przechodzące ze znudzeniem przez najpiękniejsze galerie świata czy obok najwspanialszych zabytków, zaliczające Florencję, Paryż czy Rzym. Banał rozpowszechnił się w kościele: miły brodaty staruszek z lilią w ręku z tłustym bobasem na ramionach — tak oto wygląda przedstawienie wstrząsającego dramatu „cienia Ojca” — św. Józefa! A Wielkanoc na naszych kartkach pocztowych, a Boże Narodzenie — lepiej nie mówić! Banał kulturalny wyjaławia człowieka, czyni go niezdolnym do zrozumienia inności bliźniego, skomplikowanych i pogmatwanych sytuacji, w których on często się znajduje (to tak ważne w konfesjonale), oducza go samodzielnego i twórczego myślenia, wstrzymuje rozwój życia religijnego. Czy miernota elit współczesnej Europy (politycznych, kulturalnych) nie jest wykładnikiem mierności i jałowości kultury masowej? Mieliśmy wielkie kulturalne epoki: romantyzm, pozytywizm, impresjonizm, które przyniosły nam jakże bogate skarby kultury, dziś mamy makdonaldyzm i kokakolizm i nie zostanie po nich nic więcej niż kupy śmieci, walających się butelek i puszek.

Jednak walka o kulturę słowa w seminarium jest dosyć prosta, choć uciążliwa: to uczenie wartości słowa na wszystkich przedmiotach — poprzez jasny i dobrą polszczyzną wygłoszony wykład, bezwzględne wymaganie poprawnego wysławiania się, szczególnie na homiletyce i katechetyce, oraz pięknego wypowiadania słów liturgii, wydzielenie biblioteki dzieł literatury i poradnictwo czytelnicze w bibliotece seminaryjnej, uczenie oglądania i wyboru programów w TV; i chyba można by wymienić jeszcze wiele innych możliwości. Systematycznym i długofalowym działaniem można uzupełnić to, czego nie dała szkoła.

Jest rzeczą zdumiewającą, że w okresie kultury wizualnej tak dużo jest brzydoty w świecie współczesnym. Nie mówię o koszmarze walących się „budowli socjalizmu”, ale także o nie mniej brzydkich (choć solidnie zbudowanych) miastach kapitalistycznych. W świecie brzydkiej i odczłowieczonej architektury jest rzeczą bardzo ważną, by kościół był miejscem, w którym panuje piękno i harmonia. Czy jednak polskie kościoły są azylem piękna w tym brzydkim świecie współczesnym? Czy nowe polskie seminaria są budynkami przynajmniej dobrymi architektonicznie? A kaplice? A pokoje kleryckie? A korytarze, które mogą stanowić znakomite galerie obrazów (dzięki stosunkowo łatwemu dostępowi do świetnych technicznie reprodukcji)? I nie chodzi tu bynajmniej o jakiś estetyzm, ale przecież od przyzwyczajenia się do piękna w seminarium będzie zależała jakość budowanych kościołów i ich wystroju, o którym księża w dużej mierze decydują. Zastanawia mnie kontrast między pięknem naszych starych kościołów a nijakością tych nowo postawionych. Czy więc wychowanie estetyczne duchowieństwa nie cofnęło się w ciągu ostatnich dwustu lat? Czy brzydota budynku nie banalizuje wiary? Budowa kościołów obecnego pokolenia kapłanów była połączona, bez wątpienia, z ich heroicznym wysiłkiem, ale równocześnie pytamy, co wpłynęło na nijakość tych budowli sakralnych. Czy nie płacimy przypadkiem za lata braku zainteresowania Kościoła w Polsce sztuką, artystami i brakiem jego mecenatu artystycznego?

I tu znowu kwestia poprawy sytuacji jest dość prosta. W Polsce mamy szereg świetnych zabytków i muzeów, których porządne zwiedzenie mogłoby pokazać, czym jest prawdziwa sztuka religijna. Piękne albumy — które można kupić w każdej księgarni — wystawione w czytelni seminaryjnej mogłyby tę sztukę przybliżyć, nie mówiąc o możliwości użycia kaset wideo, slajdów i skorzystania z pomocy serwisów kulturalnych ambasad i konsulatów w Polsce. Tylko trzeba widzieć problem i chcieć. Przy minimum dobrej woli można, tu, w Polsce, nawet nie opuszczając jej, wychować księdza–Europejczyka (w najlepszym tego, wyświechtanego dziś, słowa znaczeniu!) znającego nie tylko kulturę europejską, ale i światową.

Jeśli chodzi o muzykę, to przede wszystkim brak nam ciszy: życie współczesne systematycznie nas jej oducza. Seminarium, jeśli chce wypełnić swoją rolę, musi stać się azylem ciszy, bo Bóg nie przekrzykuje hałasu — przypomnijmy sobie spotkanie Eliasza z Panem. Młodzież dzisiejsza żyje w hałasie. Milczenie jest dla niej czymś niezrozumiałym i chyba napełnia ją lękiem spotkania się z samym sobą. Zadaniem seminarium jest więc nauczenie wartości ciszy, którą stopniowo powinno napełniać się dobrym dźwiękiem (nie łoskotem) opowiadającym o Bogu. Przeżyć Wielki Tydzień z Janem Sebastianem Bachem, adwent z Mesjaszem, maj z Litanią Loretańską Moniuszki lub ślicznymi Cantigas de Santa Maria, a jeśli to komuś nie odpowiada, niech przesłucha Mszę Baluba czy nie mniej piękne i głębokie Negro Spirituals lub zapomniane dziś piosenki ojca Duvala (mamy polskie nagranie ks. Sierli) i tyle innych — jakież to wspaniałe przygotowanie do spotkania Boga w liturgii.

Czy to wszystko jest tak bardzo skomplikowane? Czy tego nie można naprawdę zrobić w każdym seminarium? I tak marzy mi się, żeby Polska — odpowiadając na apele Ojca Świętego — stworzyła jako uzupełnienie naszej akulturalnej Ratio institutionalis program O wychowaniu do kultury w seminarium. Czy można Janowi Pawłowi II zrobić lepszy podarunek?

5.

Czy te działania mogą przełamać kryzys kultury chrześcijańskiej? Z pewnością nie stworzą nowych Michałów Aniołów ani Beethovenów. Ksiądz, w swoim pięknie urządzonym kościele z pięknie sprawowaną liturgią, która przecież jest fons et culmen życia chrześcijańskiego, tworzy ognisko kultury przyciągającej ludzi do Boga: wystarczy podać przykład podwarszawskich Lasek, warszawskiego kościoła na Piwnej czy Tyńca. Powstaje wtedy także mecenat Kościoła, ważny, choćby nawet w tak niewielkiej skali: zamówienie u dobrych plastyków elementów wystroju, zgromadzenie ludzi kochających muzykę, a może nawet kompozytorów, jak to ongiś uczynił ks. L. Kantorski w Podkowie Leśnej, gdzie powstała na jego zamówienie pierwsza polska msza beatowa K. Gaertner. Gdyby takich ośrodków mecenatu było wiele, jakże inaczej wyglądałoby oblicze polskiego Kościoła! Z drugiej strony: brzydota, banał, bełkot, hałas panujący czasami w naszych kościołach jest nie tylko obnażeniem ubóstwa religijnego gospodarza kościoła, ale przede wszystkim antyapostolstwem. Pamiętajmy, jak wielką przeszkodą do przyjęcia chrześcijaństwa przez intelektualistów IV wieku było nie co innego, jak przekład Pisma Świętego w barbarzyńskiej łacinie, nad czym bolał papież intelektualista i poeta — św. Damazy. I nie tylko bolał, ale w końcu doprowadził do powstania nowego, który do dziś podziwiamy — Wulgaty, dzieła wielkiego humanisty i pisarza św. Hieronima.

I nie ograniczajmy tego tylko do spraw sztuki. Kultura bowiem może się stać ważnym elementem pracy duszpasterskiej. Ksiądz o dużej kulturze wewnętrznej będzie umiał lepiej odpowiedzieć na potrzeby wiernych, z nimi rozmawiać, ich zrozumieć. Będzie bardziej otwarty na życie duchowe, na życie Boże, na modlitwę. Choć znowu trzeba bardzo silnie podkreślić, sztuka nigdy nie może zastąpić wiary, jak marzyły pięknoduchy młodopolskie: „choć życie nasze splunięcia ni warte: evviva l’arte!”.

Jednak sztuka i kultura wspomaga człowieka w sytuacjach trudnych. Owidiusz wygnany z Rzymu do dalekiego, prowincjonalnego i mroźnego Tom pisał w pełnych smutku swoich Epistulae ex Ponto:

Gratia, Musa, Tibi, nam tu solatia praebes
Tu cura requie, tu medicina venis.

Oczekując w więzieniu na wyrok, Boecjusz, czczony w tym mieście jako święty, zatopił się w filozofii, która w tych trudnych momentach stała się dla niego pocieszeniem: tak powstało De consolatione philosophiae. Dużo bliższy nam, niedawno temu beatyfikowany Pier Giorgio Frassati po swoich niepowodzeniach naukowych (czyli mówiąc prosto: po kolejnym oblanym egzaminie!) pogrążał się w lekturze Goethego i Boskiej Komedii, której część ksiąg znał na pamięć.

* * *

Wróćmy jeszcze do wspomnień Beaty Obertyńskiej. To piękno, z którym spotkała się na Uralu, nie tylko wyratowało ją w chwilach załamania, ale prowadziło również ku kontemplacji piękna wiekuistego:

Siadamy sobie czasem z Cesią na dużej, dnem ku gwiazdom wywróconej łodzi nad rzeką i gapiąc się z zachwytem na to dygocące nad nami niebo, ciasno jednym płaszczem owinięte, mówimy pacierz.
— Niech będzie Bóg uwielbiony…
— Niech będzie Bóg uwielbiony… — odpowiada mi z bliska matowy głos Cesi.
— Niech będzie uwielbione święte imię Jego…
Dziwne, że niepodobna w takich chwilach o nic Boga prosić, za nic Mu dziękować, za nic Go przepraszać. Zostaje samo zatchnięte uwielbienie, które raz wreszcie niczego nie chce, oprócz Jego własnej chwały 3

Referat wygłoszony w seminarium duchownym w Szczecinie.

1 B. Obertyńska, Z domu niewoli, Warszawa 1991, s. 183.
2 Por. Instytut Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, Spis lektur dla studentów filologii polskiej, Wrocław 1997.
3 B. Obertyńska, op. cit., s. 189.

Odbudować mosty
ks. Marek Starowieyski

urodzony 25 stycznia 1937 r. w Krakowie – polski duchowny katolicki, ksiądz archidiecezji warszawskiej, prałat, wybitny patrolog, historyk i biblista, profesor nauk teologicznych, specjalizujący się w historii wczesnego chrześcijaństwa i patrologii, emerytowany wykładowca In...