Skarb i łachmany

Skarb i łachmany

Trzy czwarte uczniów, którzy z różnych powodów uczęszczali na katechezę, nie chodziło do kościoła. Taka było rzeczywistość. Ataków na księży, których się na początku spodziewał, nie było zbyt wiele. Najsmutniejsze, że sprawy Kościoła były im obojętne. Wiedział, że najpierw musi zbudować mosty, po których do nich przejdzie, żeby w ogóle chcieli dyskutować.

Podczas jednej z lekcji pod wpływem wiadomości o księdzu handlującym samochodami, którą podały wszystkie dzienniki, Kaśka wystąpiła z deklaracją:

— Ja do tego obłudnego Kościoła nie będę chodziła. Ja im nie wierzę.
— To może powiedz, w kogo mamy wierzyć? — odparowała Joanna.
— Na pewno nie w tych katabasów, co jeżdżą zagranicznymi furami.
— Kto dziś jeździ innymi? — przerwała jej z lekceważeniem Magda.
— Mniejsza o samochody, ale nie każdy mieszka w pałacu. Niech ksiądz powie, czy to w porządku, że jedni nie mają co jeść, a drudzy mieszkają w pałacach?

Groser został przyparty do muru. Jeśli zlekceważy te pytania, stwierdzą, że nie warto z nim dyskutować i się zamkną.

— No cóż, są w Kościele księża i księżyska, jak ktoś powiedział. Tak było zawsze, jest i będzie — szukał słów, które rozładowałyby atmosferę. — Znam takich, którzy oddadzą ostatnią złotówkę, żeby pomóc biedakom, i takich, którzy ją przeznaczą na markowe samochody.
— A ksiądz jaki ma samochód?
— Żadnego, ale to nic nie znaczy. Nie mam prawa jazdy. Ważne, czy ktoś robi sobie bożka z samochodu. Wokół siebie też macie ludzi, niekoniecznie księży, którzy modlą się do samochodu i traktują go lepiej niż własne dziecko czy małżonka. Pytacie o złych księży. Nie wy pierwsi zadajecie pytanie, po co są księża, skoro nieraz w niczym nie są lepsi od świeckich, a często gorsi. Słyszałaś, Kasiu, o swojej imienniczce świętej Katarzynie ze Sieny?

Dziewczyna pokręciła zdecydowanie głową.

— To była niezwykła postać. Żyła w XIV wieku. Nie umiała pisać, ale uczyła papieży, jak mają odnowić Kościół. Był wtedy taki upadek kleru, że gdyby była telewizja i to pokazała, wszyscy straciliby wiarę. Katarzyna widziała całą biedę księży, ich chciwość i rozpustę, ale zauważyła też coś więcej. Dała piękne porównanie. Wyobraźmy sobie, mówiła, że ktoś ma wam dostarczyć bezcenny skarb, który uratuje wasze życie. Ten człowiek go wam przyniósł, ale przyszedł brudny i w łachmanach. Czy nie przyjęlibyście go, bo raziłby was jego wygląd? Chyba obmylibyście go i dali mu czyste ubranie. Jak uważacie?

Nikt się nie odezwał.

— Dla mnie Kościół to jest taka wspólnota, która mi przynosi ten skarb.
— Niech nam ksiądz powie, ilu jest dobrych, a ilu złych księży — spytała znowu Kaśka.

„Chryste, nic nie rozumie, co do niej mówię”, westchnął w duszy Wacław. Ukrył jednak swoją irytację i raz jeszcze zaczął tłumaczyć to samo.

— Nie da się tego tak określić, nie ma takiej miary. To jakby zapytać, czy jest więcej złych czy dobrych rodziców. Tak samo z kapłanami. Mam nadzieję, że tych dobrych jest o wiele więcej, ale na prywatny użytek, mówię sobie, że jednych i drugich jest po połowie i ode mnie zależy, których będzie więcej.
— To jak od księdza zależy, to więcej jest tych dobrych — odezwała się przymilnie Joanna.
— Dziękuję — uśmiechnął się. — Niedługo się zaczną wakacje, gdybyście się czasem nudzili, przyjdźcie do mnie, pogadamy, jak budować taki Kościół, w którym chcielibyście być. Ilu z was, by się na to pisało?

Chwila ciszy. Nieśmiało podniosło się pięć rąk.

— Proszę, jest pragnienie, a więc można budować.

* * *

Waldek na czas wizytacji biskupa przeniósł się do leśniczówki duszpasterstwa — „małej Jamnej”, jak ją określał ksiądz Franek. Chodził po lesie i czytał Czerwony kapelusz Bruce’a Marschala. Franek zjechał z młodzieżą w sobotę rano i po krótkim posiłku zabrali się do roboty przy remoncie domu. Waldek zrobił sobie parę kanapek i wybrał się na długi spacer. Wolał być sam. Roześmiana grupa młodzieży wywoływała w nim lęk. Dlaczego? Byli przecież tak inni od tych karczków, którzy prześladowali go w szkole. Około południa dotarł nad jezioro otoczone ze wszystkich stron lasem. Leśne oczko — kawałek raju, którego istnienia nie podejrzewał. Po zielonobłękitnej tafli płynęło stado kaczek. Zewsząd dobiegał śpiew ptaków. Miejsce było tak dziewicze i nierealne, że aż nie mógł uwierzyć, iż istnieje. Był upalny koniec maja. Nad dzikiej plaży — pusto. Wyrwa żółtego piasku w skarpie porośniętej krzakami skusiła go od razu. Zdjął koszulę i położył się na słońcu. Zamknął oczy. Pod powiekami zaczęły pulsować jasne i ciemne plamy. Cudowne uczucie. Chyba zdrzemnął się chwilę, bo gdy otworzył oczy, w odległości około dziesięciu metrów zobaczył na kocu dziewczynę z chłopakiem o niespotykanie miedzianym kolorze włosów. Dziewczyna, zupełnie nie krępując się jego obecnością, całowała chłopaka po całym ciele. Po chwili „Rudy” wstał i sięgnął z torby oliwkę do opalania, ułożył dziewczynę i zaczął ją smarować. Smarował znacznie dłużej, niż wymagałoby samo nałożenie olejku. Waldek obserwował parkę kątem oka spod przymrużonych powiek. Mógłby właściwie patrzeć na nich wprost i tak by tego nie spostrzegli. Dziewczyna miała zamknięte powieki i rozchylone usta. „Rudy” sięgnął po papierosa. Zapalił i położył się na plecach obok dziewczyny. Jego wolna ręka spoczęła na jej brzuchu. Zaczął wędrować palcami w dół ku jej udom. Waldek zamknął oczy, poczuł, jak zasycha mu w gardle i cały płonie. Nie miał siły odejść, to by go zdemaskowało. Udawał, że śpi. I jak ze snu doszło go głębokie westchnienie dziewczyny. Zdawało mu się, że spada w otchłań. Czuł, jak wszystko się w nim rozrywa, wybucha i mdleje. Był cząstką tej namiętności i grzechu, obok którego leżał. Do tej pory przynosili mu grzech jedynie do konfesjonału. Teraz się dział obok niego, a on nie protestował, nie napominał, tylko zamknął oczy i oddychał, jakby mu serce miało wyskoczyć z piersi. Jeszcze chwilę podniesie się i pójdzie, pokaże, że nic do niego nie dotarło. Nagle usłyszał gwizd, momentalnie otworzył oczy i zobaczył podjeżdżającego na rowerze chłopaka. Jedną ręką trzymał kierownicę a drugą materac do kąpania. Parka podniosła głowy.

— Jesteś, wreszcie, k…a… — krzyknął Rudy. — Dali dawej…

Blondyn o spalonym na brąz ciele wyciągnął z przewieszonej przez ramię torby piwo.

Waldek mógł już odejść, ale coś trzymało go na miejscu. Nie wiedzieli, kim jest. Zapragnął pobyć jeszcze obok nich, trwać tak nierozpoznany przez nikogo. Jakie to cudowne, że nie zwracali zupełnie na niego uwagi, rozkoszował się swoją anonimowością. Choć przez chwilę chciał być kimś innym, zobaczyć, jak to jest… Upajać się wolnością, słońcem. „Szkoda tylko, że nie kupiłem sobie po drodze piwa. Piwo to przecież żaden alkohol”. Znów poczuł dym z papierosów. Nagle zdał sobie sprawę, jak daleki jest od tych ludzi. Dym wyznaczał zapachową granicę światów. Nigdy nie palił papierosów. To nie był zapach siarki. Wydał mu się podobny do kadzidła używanego przy wtajemniczeniach. Czuł, że jego głowę ogarniają coraz bardziej bzdurne myśli. Po paru minutach otworzył oczy. Zobaczył całą trójkę już w jeziorze. Dziewczyna leżała na materacu, a para wiejskich osiłków płynęła po jej bokach. Mógł sobie teraz bezkarnie patrzeć na to uosobienie siły, piękna, swobody. Nagle jeden z chłopaków przechylił materac i dziewczyna z krzykiem wpadła do wody. Salwa śmiechów, krzyki, piski.

„Wariuję”, pomyślał. Było mu tak dobrze i chciało mu się ryczeć.

Po paru minutach trójka wyszła na brzeg i rzuciła się biegiem do koca. Znów zamknął oczy. Docierały do niego rwane wyrazy.

— Zocha chyba też… o dziewiątej… jakie k…a bilety?… dostanie na piwo i spoko…

Po kwadransie głosy zaczęły się oddalać. Otworzył oczy i spostrzegł, że cała trójka znika w lesie. Czuł, że jeszcze trochę i dostanie udaru słonecznego. Wstał, założył koszulę i ruszył z powrotem.

Koło sklepu spożywczego stało kilku mężczyzn i popijało piwo. Jeden z nich, zobaczywszy go, ruszył ku niemu:

— Szefie, jes tako gupio sprawa, zabrakło pińćdziesiunt groszy do buteleczki.

Bez słowa sięgnął i wydobył z kieszeni dwuzłotową monetę. Pijaczek zaczął całą litanię podziękowań, ale Waldek już go nie słyszał. Toczył walkę, czy wejść i kupić choć jedną butelkę. „Po cholerę dałem to słowo Wackowi? Wakacje, chce się pić, a ja w imię jakiejś harcerskiej przysięgi mam sobie odmawiać? W końcu przyjechałem tu, by się wyluzować. Potem będzie sierpień i znowu apel biskupów o abstynencję. Niech sami się umartwiają”. Zacisnął zęby i kopnął kamyk na drodze. „Dobra, zdechnę z pragnienia, ale ci udowodnię!”. Ruszył ku leśniczówce.

* * *

Było już pod wieczór. Powitał go Franek w dżinsach, podkoszulce i z kielnią w ręce.

— Chodź, pokażę ci nasze dzieło.
— Ty umiesz się tym posługiwać? — spytał Waldek
— Oczywiście, stary, wiesz, co to za wyzwolenie? Kiedyś nas murarz robił w bambuko, poprosiłem więc jednego emeryta, żeby mi pokazał, jak tym machać, i teraz nie ma sprawy położyć cegłę, potynkować. I przede wszystkim pozbywasz się kompleksu. Już nie patrzą ci na rączęta, jakbyś je w nocy trzymał w glicerynie.

Franek wprowadził go do największej izby. Jakieś 50 metrów kwadratowych. Ściana z kominkiem pomalowana na biało. Sam kominek w rustykalnym stylu, klinkier łączony z kamieniem.

— Spójrz na to cudeńko — wskazał na przeciwległą ścianę pokrytą boazerią. Podszedł do niej, rozłożył na niej ramiona i przylgnął. Wciągnął w nozdrza powietrze. — Jak to pachnie! Żywica. Wiesz, co to za drewno?

Waldek pokiwał przecząco głową.

— Daglezja. Ten kolor i ten zapach! Dzień roboty i zobacz, co z tym pomieszczeniem się stało — Franek promieniał z radości. — Kominek też naprawiony, ale dzisiaj jeszcze nie można w nim palić.

Po chwili do izby weszła dziewczyna w stroju roboczym i z kolorową chustką na głowie.

— O, Arleta, poznaj księdza Waldka.
— Witam, szczęść Boże. Zapraszamy za kwadrans na ognisko.

Było około dwudziestu osób. Między sosnami rozbito trzy namioty. Wszyscy skierowali się na cmentarzyk za płotem, gdzie pochowano byłych właścicieli leśniczówki. Tam zawsze zmawiali wieczorną modlitwę. Gdy zapalali ognisko, na dworze było już ciemno. Zaczęli smażyć kiełbaski. Dwóch chłopaków i dziewczyna chwycili za gitary. Była muzyka oazowa, szanty, byli Okudżawa i Kaczmarski.

— Prosimy! Prosimy! — zaczęli wszyscy krzyczeć, co było wiadomym znakiem, że teraz ma zagrać ksiądz. Franek uśmiechnął się.
— Co chcecie?
— Carycę! — krzyknęła Arleta. Franek zaczął śpiewać, jak to caryca Katarzyna trzymała na smyczy filozofów Europy, jak podparła armią marmurowe Piotra stropy…

Młodzież zapraszała Waldka do kręgu. Uśmiechał się i próbował dowcipnie pokazać, że jest niezdolny. W środku przeżywał gorycz. Jak żywy stanął mu przed oczyma Paweł. „Dokładnie ta sama atmosfera była kiedyś w jego duszpasterstwie. Też była gitara i ta swoboda w podejściu do młodzieży. Może nie powinni w seminarium dopuszczać do święceń kogoś, kto nie potrafi grać na gitarze. Przyuczyć każdego. W końcu to żadna sztuka, Franek gra na tej gitarze, jakby dopiero się uczył. Tekstu zapomina, zaczyna coś tworzyć w trakcie, a wszystkim to się jeszcze bardziej podoba, niż gdyby grał perfekcyjnie. Cieszy się swoimi brakami”.

— Musisz tu przyjechać ze swoją młodzieżą — rzekł Franek, siadając rozbawiony z powrotem przy Waldku.
— Koniecznie — potaknął.

* * *

W poniedziałek Waldek mógł wrócić na plebanię. Biskup wyjechał i przez parę lat na pewno nie wróci.

— I jak tam? — spytał na powitanie Piotra.
— Standard. Wszystko cudownie… A ty? Jakie wrażenia?
— Niesamowite. Ten Franek to skrzyżowanie Wacka z Pawłem. Zazdroszczę mu tego luzu.

Piotr spostrzegł smutek na twarzy Waldka.

— Dzisiaj mamy królewskie żarcie — zmienił temat. — Jego Ekscelencja niestety musiała wracać zaraz po spotkaniu w szkole. Zresztą się nie dziwię, codziennie prawie wizytacja albo bierzmowanie. Potem lud się śmieje, że biskupi wyglądają, jak wyglądają.

Zasiedli do stołu. Talerze z jedzeniem nakryte były szklanymi kloszami, żeby nie mogły po nich grasować muchy.

— To mówisz, że podziwiasz Franka.
— Tak — westchnął Waldek. — Tylko, że patrzyłem na to wszystko i było mi cholernie smutno — padło nieoczekiwanie szczere wyznanie. — Dlaczego jedni księża mają to „coś”, a drudzy nie?
— Co?
— No to „coś”, że ludzie do ciebie lgną, a ty się ich nie boisz? Czy można być księdzem, nie grając na gitarze?
— To jest mądre pytanie. Ja nie potrafię grać.

Piotr spojrzał w oczy Waldka. „Jak cię tu ugryźć, bratku”, myślał.

— Jedni mają więcej, drudzy mniej, ale generalnie to musisz w sobie wytrenować… — próbował skonstruować myśl, jednak Waldek, jakby go nie słuchając, zaczął swoje.
— Kiedyś Stasinek mówił nam w seminarium, że kapłan musi mieć swoje przedsiębiorstwo miłości. Teraz widzę, że to możliwe. Kurczę, może to jest pomysł…

Waldek poszybował gdzieś myślami. Piotr postanowił mu nie przerywać.

— Wiesz, zanim tu przyjechałem, miałem straszny sen. Śniło mi się, że przechyliłem kielich i wypadły mi hostie. Kiedy zacząłem je zbierać, zamieniały się w pieniądze. Może to jakiś znak?

— To się zdarza. Mnie też już trzy razy wypadły komunikanty. Jakie kiedyś były problemy, co robić z takimi hostiami. Pamiętam, kiedy byłem w seminarium, to profesor opowiadał, że za jego czasów, a więc w latach sześćdziesiątych, rozważali na moralnej przypadek, jak należy postąpić, jeśli w trakcie rozdawania komunii hostia wpadnie kobiecie za dekolt. Ksiądz sięgać nie powinien. Kobieta też nie, bo to profanacja. Jedni proponowali, żeby wołać wtedy zakonnice, że to ktoś pośredni między kobietą i kapłanem. Nie zawsze zakonnica była pod ręką, uzgodnili więc, że najlepiej i najprościej będzie, gdy kobieta sama wyciągnie tę hostię. Dzisiaj możemy się śmiać z tego, ale zobacz, że jeszcze jakieś czterdzieści lat temu to były realne problemy. Za parę lat też będziemy się z pewnych spraw śmiać.

Waldek się uśmiechnął, ale widać ta historia nie uwolniła go od problemu.

— Ale co z tymi pieniędzmi? Może nie powinniśmy tyle zarabiać.
— Co? Masz za dużo?
— Na czysto 1800 złotych. Ludzie nie zarabiają tyle na całą rodzinę.

Piotr spojrzał na Waldka.

— Zainwestuj te pieniądze w ludzi. Buduj za nie Kościół w ludziach.

* * *

W niedzielę Kołomorze obiegła wieść o tragicznym wypadku, który wydarzył się w nocy. Około drugiej w jeziorze utonął chłopak z dziewczyną. Wracali z dyskoteki motocyklem. Był jeszcze z nimi chłopak, który cudem ocalał. Po pierwszej wyszli pijani z dyskoteki odbywającej się w oddalonym o 15 kilometrów Hyrowie. Było im gorąco, alkohol grzał. Zatrzymali nad jeziorem w Kołomorzu i poszli się kąpać.

— Znałeś ich? — spytał Waldek.
— Oczywiście, wszyscy się tu znają.
— Czy ten chłopak był rudy?
— Był, ale skąd tobie…? — spytał zdziwiony Piotr.
— Dwa tygodnie temu byłem nad jeziorem koło leśniczówki Franka. Leżałem koło trójki młodych. Jeden z nich miał taką charakterystyczną miedzianą czuprynę — Waldek patrzył, jakby przed oczyma przesuwała mu się taśma filmowa. — Byłem koło nich i cieszyłem się, że nie wiedzą, kim jestem. To było takie dziwne, świńskie uczucie… — mówił łamiącym się głosem Waldek.
— Daj spokój, przestań z takim myśleniem — Piotr kiwał przecząco głową. — Co mogłeś zrobić?
— W nich było tyle życia, a ja leżałem tam jak martwy kawałek drewna. Na dodatek zazdrościłem, że nie jestem jednym z nich.

* * *

Coraz więcej wieści docierało na plebanię. Piotr, zwykle pełen energii i opanowany, wyglądał, jakby podcięto mu skrzydła.

— To jest podłe… — rzekł przy kolacji. Właściwie nic nie jadł, ale zastawił stół ze względu na Waldka.
— Co?
— Rodzice chłopaka, który się utopił, żyją w niesakramentalnym związku. Ludzie zaczęli gadać, że to kara Boża. Nie mam jak protestować. Powiedziałem, co mogłem. Niestety, ich prymitywne poglądy są ich dekalogiem. Czy to są chrześcijanie? W jakiego Boga ludzie wierzą, to się w głowie nie mieści. Wszystko, co najgorsze w nich, przypisują Bogu. Przychodzą tu i modlą się, żeby krowę sąsiada, co weszła na ich pole, szlag trafił.

Piotr podniósł głowę i zobaczył smutny wzrok Waldka. Chciał przerwać, by go nie podłamywać bardziej, ale nie mógł. Musiał z siebie wyrzucić swój ból.

— Chociaż kto wie, czy oni są bardziej prymitywni od innych. Może tylko się mniej maskują. Przed laty byłem wikarym u Zbawiciela. Chłonąłem wtedy wszystkie nowości duszpasterskie, które wprowadzali na Zachodzie. Czytałem, jak tam podchodzą do małżeństw niesakramentalnych, i powiedziałem na kazaniu, że Bóg jest miłosierny, nie osądzajmy, bo trzeba by rozpruć serce człowieka, żeby zobaczyć, czego nieraz doświadczył człowiek, który dziś ma tak pokomplikowane życie. Skończyłem w stylu, że nie wiadomo, czy ci ludzie nie wyprzedzą nas w drodze do Królestwa. Widziałem, że wszyscy w Kościele byli przejęci. Wchodzę do zakrystii, a tam stoi proboszcz. Bez żadnego ostrzeżenia ryknął na mnie. „Ksiądz już dzisiaj kazań mówić nie będzie! Ksiądz zniszczył piętnaście lat mojej pracy duszpasterskiej!”. Tak mnie to walnęło, że nie wytrzymałem. „To ksiądz im przez piętnaście lat mówił o potępieniu?”. Cały nabiegł krwią, wyciągnął palec i potrząsając nim, jeszcze do dzisiaj mam ten widok przed oczyma, krzyczał: „Won! Won! Ksiądz jest tutaj skończony. Wyślę księdza na takie zadupie, że ksiądz zapomni o swoim miłosierdziu, przestanie się bawić w Pana Boga, jak zobaczy, jakie ludzie przeżywają tragedie”.

Piotr zamilkł. Zewsząd dochodził zapach pleśni i kiszonych ogórków. Słychać było, jak kornik zżera stary kredens.

— Może bym się kiedyś zajął nieskramentalnymi? — przerwał milczenie Waldek. Piotr spojrzał na niego, jakby mu zakomunikował, że warto by się wybrać na koło polarne. — Może z życiowymi połamańcami szłoby mi lepiej. Nasz proboszcz na pewno dałby mi zielone światło.
— Dobry pomysł, ale jeszcze trochę okrzepnij. Otwieraj się na problemy małżeńskie… Posłuchasz trochę więcej w konfesjonale. Musisz wejść w to stopniowo.
— Miałem niezły trening w domu. Moi rodzice się rozeszli, kiedy miałem czternaście lat. Wychowywała mnie matka.

Piotr pokiwał tylko głową i westchnął.

* * *

Na drugi dzień Waldek wrócił do miasta. Przyszedł fizycznie do siebie. Opalił się i nieco przytył. Zabrał się okazją z nauczycielem. Wizyta Grosera nie doszła do skutku. Zadzwonił, że proboszcz Bronisław jest na badaniach w szpitalu i potrzebowałby trochę pomocy Waldka.

Powitała go gosposia. Przytuliła do swego potężnego biustu, potem spojrzała na niego oczami, w których kołysały się łzy, i rzekła:

— Synku… — jakby teraz miał nastąpić potok zwierzeń. Waldek uśmiechnął się zakłopotany.
— A ksiądz Wacław? Gdzie?
— Będzie późnym wieczorem. Mówił, że prosili go w jakimś radiu, żeby rozmawiał ze słuchaczami. Zaraz ci uszykuję jedzenie.
— Nie, pani Halinko, jadłem przed wyjazdem. Niech już pani idzie do domu i mną się nie przejmuje. Potem sobie zrobię kolację, a teraz muszę iść napisać parę listów.

Pani Halinka pokrzątała się jeszcze kwadrans i poszła do domu. Waldek obszedł całą plebanię, zaglądając wszędzie, jakby chciał się upewnić, że jest sam.

Otworzył drzwi do pokoju Wacława. Mógł tu wchodzić, ilekroć najdzie go ochota, by posłuchać dobrej muzyki. Popatrzył na kompakty i wybrał Pożegnanie z Afryką. Wacek mu wspominał, że słucha tego namiętnie, ale on nigdy jeszcze nie słyszał tej muzyki. Stanął przed regałem i zaczął przyglądać się książkom. Zatrzymał się na pomarańczowym grubym grzbiecie: Od nałogu do miłości. Tytuł go zaintrygował. Przechylił książkę ku sobie i wyciągnął. Nagle jego oczom ukazała się butelka. Pokiwał głową. „A to cholera z Wacka”. Wziął butelkę z półki. „To przecież »JB«, z którym przyszedłem do niego pierwszego dnia. Chyba, że zagustował w tym gatunku”. Waldek się rozpromienił. „Opłaciło się przez miesiąc nie brać kropli do ust. Opatrzność”. Spojrzał w okno, jakby nagle przestraszył się, że ktoś na niego patrzy. Na dworze lało. Uśmiechnął się. „Jak to Mackiewicz mówił? Alkoholik pije tylko z dwóch powodów: jak pada i jak nie pada. No to ja będę pił tylko, jak pada”. Dumny z lotności swego umysłu poszedł po szklankę. „Jedna szklaneczka i koniec. Wacław nawet się nie domyśli”. Nalał złocistego płynu i wypił łyk. „Hmm. Uczucie błogości”. Zdało mu się, jakby serce wypłynęło na fale dźwięków skrzypiec, trąb i harfy. Rozmarzył się. „To się powinno nazywać Powitanie Afryki. Jak cudownie! Za oknem leje, a ja na słonecznej sawannie. Dobra, jeszcze tylko na drugą nóżkę i się zmywam”. Drugą szklaneczkę opróżnił znacznie szybciej. „Pewnie, że bym się jeszcze napił, ale nie. Ma się tę silną wolę”. Odstawił butelkę na półkę. „Eh, Wacław nie zauważy. Skąd może pamiętać, ile było w tej butelce parę miesięcy temu”. Uspokojony spojrzał na książkę Od nałogu do miłości. Jak wyzwolić się z uzależnienia od seksu i odnaleźć prawdziwe uczucie. Odwrócił ją i przeczytał. „Książka ta dała nadzieję wielu ludziom…Współtworzący ją erotomani wywodzą się często ze środowisk o wysokim prestiżu społecznym — są wśród nich lekarze, duchowni, terapeuci, politycy, ludzie biznesu, nierzadko owładnięci innymi nałogami takimi jak alkoholizm czy hazard…”. Miałby ochotę ją poczytać, ale niewygodnie ją teraz zabierać. „Jeszcze mnie to zdradzi, że sięgałem po butelkę. Siedzieć też tu nie ma co, bo Wacław może wrócić. Wyczułby mnie od razu”. Poszedł do siebie do pokoju. Po drodze zabrał z salki gazety. Przez miesiąc nie miał kontaktu ze światem. W Kołomorzu raz na tydzień listonosz przywoził „Życie” i to wszystko. Telewizor nie był sprawny i Piotr postanowił go nie naprawiać. Pół godziny wytrzymał, ale coraz bardziej chciał uciec od gazetowej rzeczywistości. Wrócił do pokoju Wacława. „Nie ma czasu”. Wypił błyskawicznie dwie szklanki. Spojrzał na butelkę. „Teraz to już nie ma co. Wacek domyśli się od razu”. Odstawił książkę na półkę i poszedł z resztą whisky do swego pokoju. „Po co udawać? Może wsadził ją tam przez przypadek i w ogóle o niej nie pamięta”. Padł na fotel. „Niezła myśl tego Franka. Zbiorę młodzież i pojadę do niego. Przecież nie muszę grać na gitarze. Jak Franek chce, to niech sobie fałszuje. Zaimponuję czym innym. Ten Franek nie wygląda mi na takiego, co zbyt dużo czyta. Każdy ma jakieś plusy i minusy. Nawet jak mi z nimi nie wyjdzie, to powiem proboszczowi, że chcę założyć duszpasterstwo dla niesakramentalnych. Piotr gada, że muszę dojrzeć. Co tu dojrzewać? Trzeba im okazać serce. Będę duszpasterzem połamanych serc. Połamaniec zrozumie połamańców”. Spojrzał na pustą butelkę. „Jeszcze kapkę bym się napił i potem szlus. Znowu mogę miesiąc nie pić. Najgorsze, jak Wacław zobaczy, że nie ma butelki. Może ją tam postawił celowo, żeby mnie sprawdzić. Ale skąd Wacław mógł wiedzieć, że tam akurat sięgnę? Chociaż, kurna, postawił ją akurat za taką książką…”. Myśli coraz szybciej krążyły mu w głowie, naśmiewając się nawzajem. Nagle zaświtał mu genialny pomysł. „Jak to mówił ksiądz Jan, każdy alkoholik musi być inteligentny. Nie mogę Wacka zawieść, przecież tyle mi serca okazał. Nie martw się, Wacek, jak wrócisz będziesz miał taką samą butelkę na półce. Co to za problem kupić taką samą flaszkę i odlać z niej połowę?”. Wyciągnął portmonetkę, sprawdził pieniądze. „Przeszło pięćset złotych, mogę mu takie trzy kupić”. Wybiegł z plebanii, nie zakluczając nawet drzwi na patent. Piętnaście minut i nowy „JB” stał koło wysączonej prawie butelki. „Trzeba teraz odlać i zanieść Wackowi. Przydałby się lejek, bo zmoczę jeszcze etykietkę. Nieważne, dam mu pół tej nowej”.

Dochodziła jedenasta, położył się do łóżka. Wtedy usłyszał trzaśnięcie drzwiami. „Boże, wszystko się udało”. Zdążył. „A gdy będziem zasypiali, niech Cię nawet sen nasz chwali”.

* * *

Rano Waldek siedział godzinę w łazience, żeby wyprać się z wszelkiego zapachu wczorajszego wieczoru. Myślał intensywnie, jakimi tematami zarzucić Wacka przy śniadaniu. „Nadam mu temat ośrodka na wsi. Może zaproponuję, żebyśmy razem jako parafia kupili coś w tym stylu jak Franek albo żeby doczepić się do niego. Jemu też by odpowiadało mieć wspólnika, inaczej by mi nie proponował, żebym tam zjeżdżał”. Podziwiał siebie. „Głowa jak u nowo narodzonego. Nic. Zero kaca. Zresztą po czym? Gdy uporam się z wszystkim, to jeszcze pół butelki stoi za szafą. No, oczywiście nie tyle, co wczoraj, po szklaneczce na dzień. Nie, w ogóle. Przyrzekłem sobie, że miesiąc daję sobie spokój. Chyba, żeby lało…”. Rozważania przerwało pukanie do drzwi.

— Chłopie, bo się wypłuczesz na śmierć! Śniadanie podano. Za kwadrans idę do szkoły… — dobiegł go głos Wacława.
— Już, już. Metoda księdza Kneippa…

Waldek wypsikał na siebie chyba pół dezodorantu. Tak na wszelki wypadek.

— Uch! — powitał go Wacław w kuchni. — Nie pamiętam, żeby Kneipp zalecał zlewanie się perfumami. Jakąś randkę masz?
— No, trochę przesadziłem. Nie wiedziałem, że on ma taki ostry zapach. A co tu się dzieje? Wszystko OK?
— Bardzo OK. Zmusiłem tylko proboszcza, żeby poszedł na porządne badania do szpitala, bo widać, że serce mu nawala. W środę już będzie. Ja lecę do szkoły, to już końcówka. W zeszłym tygodniu był Budziaszek. Ludzie byli zachwyceni, miał jedno spotkanie w 3f, a potem na sali gimnastycznej z wszystkimi chętnymi. Wieczorem sobie pogadamy. Weź, proszę, Mszę o osiemnastej. I pospowiadaj pół godziny przed. Aha, od szesnastej powinno być czynne biuro parafialne.

— Nie ma sprawy.

Waldek wpadł z entuzjazmem do pokoju. „No to obiecana szklaneczka i koniec…”.

* * *

Podniósł z wysiłkiem głowę, jakby dźwigał niebotyczny dzban. Miał przed oczyma rozmazaną twarz Wacława.

— Co? Co tak patrzysz na mnie? Mszę odprawiłem, dopiero potem… Cały miesiąc nie piłem, tak jak chciałeś. Wiem, że jestem świnia. Nie prosiłem cię o litość. Nie patrz się tak! Cały miesiąc nie piłem! Zapytaj się Piotra.

Waldek odwrócił się gwałtownie i wyszedł z pokoju. Po chwili wrócił, trzymając w ręce „JB” z połową zawartości.

— Nie piłeś!? Należy ci się order! Wyobraź sobie, że my z proboszczem też nie. Bronkowi może to było wszystko jedno, ale ja cholernie chciałem się napić. Miałem ochotę i miałem powód, i miałem to w ręce — Wacław potrząsał butelką. — Odstawiłem, bo pomyślałem o tobie, że może poczujesz, jak ktoś o tobie myśli.
— To błąd, trzeba było to wypić.

Wacław spojrzał prosto w oczy Waldkowi.

— Nie patrz tak! Mam w dupie twoją ofiarę! — wrzasnął Waldek.

Z oczu Wacława jak groch skulały się potężne łzy. Odwrócił się ku wyjściu, nie zdążył zamknąć drzwi, gdy rozległ się telefon. Odetchnął parę razy głęboko, żeby wyrównać oddech i odezwać się normalnym głosem. Podniósł słuchawkę.

— Słucham.
— Dzwonię, żeby zapytać, jak nasz kuracjusz — rozległ się w słuchawce wesoły głos Piotra.
— Nie mogłeś wybrać gorszej pory.

Zaległa kłopotliwa cisza.

— Co jest? — spytał Piotr
— Kuracjusz nadrobił miesięczne zaległości, a na mnie zwymiotował…
— Co? — jęknął z niedowierzaniem.
— No nie dosłownie, ale chyba bym wolał — odparł Wacek, zerkając w kierunku drzwi Waldka. — Słuchaj, Piotrek, nie mam już siły, ciągnę sam ten wózek. Proboszcz w szpitalu, ja kryję tego biedaczka, a on ma to gdzieś.
— Wacek, rozumiem, ale to jest normalka. Widać, że on za siebie nie może. To choroba. Dobra, towar jest na gwarancji. Jutro będę w mieście, wezmę go z powrotem. Za tydzień będzie u mnie zjazd AA. On z tego nie wyjdzie o własnych siłach, najlepiej mu pomoże ksiądz alkoholik, który już stanął na nogi. Wacuś, Wacuś, słyszysz? Trzymaj się. Wyciągniemy go.
— Nie wiem… — Wacławowi głos się łamał, z oczu popłynęły mu łzy — może trzeba go zawieźć na oddział. Nie wiem, ile w siebie wlał.
— Jest przytomny?
— Tak, przecież zdążył mi dowalić.
— To nieźle. Daj mu na razie litr wody z cytryną i listek witaminy B. To go powinno odtruć. Jakby co, to dzwoń. Jutro jestem.

* * *

Na szczęście Waldka nie trzeba było przekonywać. Kiwnął potakująco głową na wieść o wyjeździe do Kołomorza. Wolałby przeżywać najgorsze katusze, niż spojrzeć raz jeszcze Wacławowi w oczy.

W środę wrócił proboszcz, a w piątek było zakończenie roku szkolnego. Wacław stwierdził, że musi trochę odbudować swoją formę fizyczną. Wyciągnął z piwnicy stary rower, bo jego górala ukradli mu jeszcze, gdy był u Świętego Mikołaja, i ruszył w trasę. „Co za cudowne poczucie wolności”. Wiatr wywiewał mu z głowy wszystkie plewy. Przez ostatni czas, bez żadnej przesady, pracował za trzech. Wrócił około dziewiątej wieczorem. Na murku przed plebanią ujrzał Darka. W szkole nigdy się nie odzywał, ale ostatnio, o dziwo, zaczął przychodzić do duszpasterstwa i stawiać tak głębokie pytania, że czasem Wacławowi niełatwo było znaleźć odpowiedź. Zaproponował Darkowi, że pójdą do jego pokoju. Spodziewał się telefonu z Kołomorza. Widać, że chłopakowi bardzo to odpowiadało — kolejny krąg wtajemniczenia. Do tej pory zawsze siedzieli w salce duszpasterstwa.

— Rozgość się tutaj — rzekł Wacław, otwierając drzwi. — Włącz sobie jakiś kompakt, zaparzę herbatę i zaglądnę tylko na sekundę do proboszcza, czy czegoś nie potrzebuje.

Darek z przejęciem przytaknął głową. Chłonął atmosferę pokoju, oglądał wszystkie detale, jakby to był rozłożony na części gospodarz tego miejsca. Przeleciał wzrokiem książki. Obejrzał laptopa stojącego na biurku. Zobaczył, że obok leżą na kupce pieniądze, jakieś kilkaset złotych w różnych nominałach. „On mi zaufał”, pierwsza myśl. Zrobił się dwa razy większy. Spojrzał na portret księdza Jerzego. Po chwili wrócił Wacław, niosąc tacę z herbatą i ciastkami.

— OK. Może jesteś głodny?
— Nie, nie. Jadłem kolację w domu. Wie ksiądz, że urodziłem się tydzień po tym, jak zabili księdza Popiełuszkę — powiedział Darek, wskazując głową na obraz.
— Ksiądz Jerzy był w tym pokoju.
— O Boże, tu? Niemożliwe — rzekł z przejęciem Darek.
— Święci normalnie chodzą po ziemi, nie są zamknięci w muzeach. Tak, wiele razy ocieramy się o nich i nawet o tym nie wiemy. Chyba, że to jest Matka Teresa albo Papież. Siadaj.

Darek uśmiechał się, nie bardzo wiedząc, jak zacząć rozmowę.

— Tak naprawdę urodziłem się przed paroma miesiącami — wypalił po chwili z emocją w głosie, choć starał się mówić bardzo cicho.
— To znaczy? — spytał zdziwiony Wacław.
— Przedtem nie żyłem, bo nie wierzyłem w Boga.
— I co się stało?
— Spotkałem księdza…
— Daj spokój, tak nie mów — odparł zakłopotany Wacław, próbując pokryć te słowa śmiechem.
— Nim spotkałem księdza, żyłem zupełnie bez celu. Zastanawiałem się, skąd w księdzu jest ta siła i radość życia. Zacząłem chodzić na księdza Msze, słuchałem kazań. Może mnie ksiądz nie widział, bo ja zawsze gdzieś z tyłu. Próbowałem zrozumieć, skąd ksiądz to wszystko bierze, bo sam byłem takim ponurakiem. Ksiądz pokonał naszą klasę. Pomyślałem, że trzeba mieć ogromną moc, żeby coś takiego zrobić. To niemożliwe, żeby bez kogoś… Chodzi o to, że nie wyobrażałem sobie, że dzięki wierze można tak ciekawie żyć, że inni pragną z tego zaczerpnąć.
— Miło mi, choć trochę głupio — odparł Wacław, widząc, że Darkowi coraz ciężej wydobyć kolejne słowo.
— I widzi ksiądz — odezwał się znów Darek — chciałbym się przekonać, czy mnie nie woła Pan Jezus.
— Na pewno cię woła. Tylko trzeba ten głos usłyszeć w ciszy. To, co teraz przeżywasz, jest piękne, ale to są takie cukierki, które Pan Bóg daje ci na drogę. Musisz przejść jeszcze kawałek. Najlepiej nie mówiąc zbyt wiele. Masz jeszcze cały rok do matury.

Darek niby słuchał Wacława, ale widać, że za wszelką cenę chciał raczej wypowiedzieć to, z czym przyszedł. Bał się, że słowa Wacława zburzą przygotowany monolog.

— Wreszcie czuję, że nie jestem sam. Jak tu się zbieramy w duszpasterstwie, to jestem spokojny, tak jak ksiądz mówił. Ci ludzie, co tu przychodzą, są zupełnie inni niż w szkole. Można pogadać, nie to, co z tymi prymitywami. Tam cały czas człowiek musi udawać albo być zamknięty.
— Cieszę się, Darku, że tu przyszedłeś — Wacław uśmiechnął. — Mam nadzieję, że jak pobędziesz z nami jakiś czas, zobaczysz, że i w szkole jest masa sensownych ludzi, z którymi warto coś robić. Większość ludzi gra, bo się czegoś boją, ale wszyscy pragną żyć dobrze i ciekawie.

Wacław podszedł do regału.

— Chciałbym ci dać jakąś książkę na pamiątkę tego wieczoru. Lubisz księdza Twardowskiego?
— Nie wiem. Nie czytałem go.
— To wielki ksiądz i poeta. Dam ci jego tomik.

Darek spojrzał na książkę. Niebieskie okulary.

— To znaczy na zawsze?— spytał.
— Tak.
— Ale tu jest dedykacja. „Kochanemu księdzu Wackowi…”.
— Zgadza się, ale ty jesteś cząstką mojego świata, a więc i moją. Wiesz, jak taki dar się nazywa?
— Yyy — pokręcił głową Darek.
— Posolony. Ty coś dostajesz, solisz i dajesz dalej.

Darek promieniał.

— Mogę jeszcze u księdza chwilę pobyć? Nic nie będę mówił.

Wacław skinął głową z uśmiechem. Siedzieli tak może pięć minut, nie odzywając się. Darek rozkoszował się sytuacją. „Boże, jak cudownie, z nikim nie byłem tak blisko i nigdy mi nie było tak dobrze. Co on we mnie widzi?”.

— To, jak ksiądz uważa, czy ja mógłbym zostać księdzem? – odezwał się w końcu Darek, bojąc się, że to Wacław przerwie tę świętą chwilę.
— Widzisz, cieszę się, że ci jakoś zaimponowałem, ale nie możesz zostać księdzem ze względu na mnie. Musisz trochę poczekać. Niektórzy idą na księdza, bo przeżyli zawód miłosny, inni, bo ich porwało serce i chcieli zostać święci, a księdzem zostajesz, bo… No właśnie… — Wacław zaczął się śmiać. — Wiesz, tak szczerze mówiąc, już do końca nie pamiętam, dlaczego zostałem księdzem.
— Pamięta ksiądz naszą rozmowę w duszpasterstwie o dowodach na istnienie Boga? Powiedział ksiądz, że gdyby nie było Boga, to skąd byłaby ta odrobina dobra w świecie. Skąd poświęcenie i bezinteresowność, przecież wszystko powinno być czystym egoizmem.
— Pamiętam, powiedziałeś, że może po to, abyśmy cierpieli, a gdybyśmy nie mieli za czym tęsknić, to byłoby to niemożliwe. Zażyłeś mnie, nie wiedziałem, co ci odpowiedzieć.
— Nie potrzebowałem odpowiedzi, zapytałem tak… dla zapytania. Wiedziałem już wtedy, że najważniejsze to chwycić tę odrobinę w dłonie i rozdmuchać jak iskierkę w ciemności.

Jest to ostatni odcinek przypadków księdza Grosera, który drukujemy w miesięczniku. Z całością przygód tytułowego bohatera czytelnicy będą mogli się wkrótce zapoznać w książce wydanej przez Wydawnictwo W drodze.

Skarb i łachmany
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...