Pozwól się kochać
fot. jeanson wong haz6B / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Pytanie Boga

0 votes
Wyczyść

Jeśli najbardziej autentyczny będę w milczeniu, to trzeba milczeć, jeśli potrzebuję tylko bycia przed Nim, to wystarczy tak trwać. Niech nam się nie wydaje, że modlitwa jest tylko wtedy, kiedy mówimy coś do Pana Boga. Modlitwa to spotkanie.

Katarzyna Kolska: Często jesteśmy z siebie niezadowoleni…

Krzysztof Wons SDS: Bo w momencie narodzin potrafiliśmy najwięcej, a potem zaczęliśmy to gubić. Byliśmy nadzy, nic nie mieliśmy, ale pozwalaliśmy się kochać. A to jest najwięcej. To jest istotą modlitwy – pozwolić się kochać.

Trochę za proste się to wydaje.

Bo jesteśmy przekonani, że na modlitwie musimy coś zrobić.

A nie musimy?

Taka jest nasza modlitwa, jaki jest nasz obraz Boga. Jeśli rozumiemy modlitwę jako pobożnościową praktykę i męczącą powinność, to faktycznie mamy coś do zrobienia. Ale modlitwa to jest spotkanie, relacja. Jestem przekonany, że w sercu Boga nie ma nic piękniejszego i radośniejszego niż to, kiedy stajemy przed Nim i pozwalamy się kochać. Bo jeśli potrafimy przyjmować miłość, to potrafimy ją także dawać.

Wysoko ksiądz ustawia poprzeczkę.

Dlatego tak ważne jest to, co się dzieje od początku życia między nami a tymi, którzy nas wychowują, bo od tego, jaka jest relacja ludzka, zależy nasza relacja z Panem Bogiem. Rodzic przekazuje to, co jest istotą życia – miłość. Jestem stworzony, by – tu wchodzimy w teologię, ale powiedzmy to bardzo prosto – dzielić z Bogiem Jego życie. On nas zaprosił do swojego życia, które dzielą Ojciec i Syn w Duchu Świętym. On, w tajemnicy dla nas całkowicie nie do ogarnięcia, postanowił podzielić się z nami tą miłością.

Nie wszyscy doświadczyli w dzieciństwie miłości i bliskości.

Wiem, dlatego nie chcę popadać w determinizm, bo oczywiście nie ma prostego przełożenia. Znam wielu ludzi, którzy mieli trudne, poranione relacje ze swoimi bliskimi, a mimo to stworzyli piękną więź z Bogiem. Ale nie bez cierpienia i trudu. Wszystko się rozgrywa w relacjach. One są fundamentem naszego życia. Nasze życie rodzi się z relacji, buduje i opiera na nich. Poza relacjami wszystko staje się wirtualne. Jest wtedy atrapą życia. Dlatego życie duchowe rozumiem przede wszystkim jako doświadczenie relacji – z Bogiem i z drugim człowiekiem, bo to są naczynia połączone, a także relacji z sobą samym, bo to też jest bardzo ważny wymiar.

A gdzie się podziała ta miłość, z którą przyszliśmy na świat?

Tracimy ją, bo za dużo kombinujemy. I dlatego tak trudno nam przyjąć miłość. Dla mnie osobiście droga powrotu do modlitwy to odkrycie Boga na nowo, takiego, jaki jest. Chodzi o to, by odkryć Jego oblicze miłości – tego Boga, który mnie przyjął, który nosił mnie w sercu i dał mi kilkadziesiąt lat na tej ziemi, abym później mógł do Niego wrócić. A im bardziej odkrywam Boga, tym bardziej się z Nim spotykam. Dlaczego wielu ludzi mówi, że wierzy, ale mało się modli? Bo mają zafałszowany obraz Boga i w takiego Boga trudno wierzyć. Znany polski reżyser powiedział mi kiedyś: Proszę ojca, w moim życiu wszystko się zmieniło, odkąd spotkałem żywego Boga – moje wybory, mój dom, moja rodzina.

W relacji z bliskimi pozwalamy sobie na słabość, na pokazanie tej gorszej strony naszego życia. Przed Bogiem prężymy się jak na musztrze i chcemy być doskonali, bo tylko wtedy, tak nam się wydaje, możemy się do Niego zwracać.

A dlaczego niby przed Bogiem mamy być tacy doskonali?

Bo czytamy w Piśmie Świętym: „Świętymi bądźcie!”.

To jest nasz opis świętości, a nie na tym ona polega. Stajemy przed Bogiem tacy, bo chcemy zarobić na Jego miłość. I myślimy, że jeśli będziemy inni, to nie będziemy godni tej miłości. Tak rozumiemy świętość: On jest wielki i doskonały, a my mali i grzeszni. Wielu ludzi właśnie dlatego w ogóle nie otwiera Pisma Świętego, bo wydaje im się ono zbyt święte. A ich życie – tak sobie myślą – jest zbyt marne.

Z takiego myślenia rodzą się właśnie problemy z modlitwą. Więc żeby do niej wrócić, trzeba na nowo odkryć Boga. A im bardziej Go odkrywam, tym bardziej się z Nim spotykam.

Dla większości z nas modlitwa jest jednak czynnością, którą mamy wykonać: uklękniemy, zmówimy pacierz, poadorujemy Najświętszy Sakrament, pójdziemy na mszę.

I niech tak pozostanie. Ale jeśli zabraknie w tych czynnościach relacji, to wszystko stanie się puste, nasze praktyki też. Wielu ludzi mówi: Jestem wierzący niepraktykujący. A ja bym postawił problem jeszcze inaczej: Mamy praktykujących, a niewierzących. Gdyby ludzi przychodzących do kościoła zapytać, czy wierzą, że Bóg jest, to pewnie nie mieliby problemu z odpowiedzią. Ale gdyby zapytać: Czy doświadczyłeś w swoim życiu, że Bóg jest miłością, że jest Ojcem, że Bóg jest dobry?, albo: Czy ty ufasz Bogu? – to już jest zupełnie inne pytanie. Bo ono dotyka relacji.

Jak na co dzień budować tę relację z Panem Bogiem?

Relacja Boga z człowiekiem rozwija się dzień po dniu przez różne gesty i słowa, przez najprostsze czynności. Ja wierzę, że Pan Bóg za każdym idzie i każdego pociąga, do każdego chce dotrzeć. W naszym ośrodku w Krakowie (Centrum Formacji Duchowej – przyp. red.) widzimy, jak wielu ludzi na nowo odnajduje Boga i buduje z Nim relację przez słowo Boże. Jestem przekonany, że kiedy ludzie zaczną czytać Pismo Święte, zaczną poznawać Boga żywego, osobowego, który do nich mówi, zajmuje się nimi. Oczywiście, należałoby teraz powiedzieć, jak żyć słowem Bożym na co dzień, jak je otwierać, jak czytać, jak go słuchać, jak się z nim spotykać i znajdować na to czas. To jest pewna kultura życia, którą trzeba tworzyć.

Żyjemy coraz szybciej, pędzimy coraz bardziej. Skąd ukraść ten czas na modlitwę i czytanie Pisma Świętego?

Dotknęła pani bardzo ważnych realiów. Powiedzmy to od końca – jeśli nie uda nam się zapanować nad tempem życia, to świat nas pochłonie i zaczniemy żyć w rytmie tego świata – jego myślenia, spraw, konsumizmu. Jak się temu nie poddać? Proszę mi wierzyć, że jest to możliwe.

Najważniejsze w życiu duchowym jest to, że wiara nie rozwija się bez miłości. Wiem z własnego doświadczenia, że jeśli coś jest dla mnie ważne, na czymś mi bardzo zależy, to potrafię tak przeorganizować swoje życie, żeby znaleźć na to czas. Podobnie jest z modlitwą. Nie oznacza to, że odbywa się to bez wysiłku i bez trudu, ale jeśli ktoś załapie ten rytm, to nie będzie chciał żyć inaczej. Pewna osoba mi powiedziała: Proszę ojca, ja już jestem w takim trybie i jak z niego wypadam, to czegoś mi ewidentnie brakuje, muszę do niego wrócić.

W wielu rachunkach sumienia możemy przeczytać: „Czy odmawiałeś modlitwę poranną i wieczorną?”. To akurat dwa newralgiczne momenty naszej codzienności.

Najłatwiej modlić się rano. Bo człowiek jest jak naczynie, które od rana się napełnia. Ja w południe jestem już tak napełniony – napięciami, problemami – sprawami, że trudno o przestrzeń na spotkanie z Bogiem. Modlitwa staje się już tylko życzeniowa. Mam coraz mniej sił, miejsca, przestrzeni. Moim zdaniem nasz największy problem, nie tylko w życiu duchowym, ale też codziennym, polega na tym, że gubimy właściwą relację do codzienności, gubimy wolność. Jeśli nie mam na przykład w relacjach zdrowo wyznaczonych granic, to nie mam relacji. Jeśli w życiu codziennym nie stawiam zdrowych granic wobec tego wszystkiego, co robię, to nie mam przestrzeni. A jeśli nie mam przestrzeni, to jestem w trybach – a właściwie w dybach – tego, co jest moim obowiązkiem. Wtedy właśnie zaczynam żyć w rytm moich problemów. Od tego zależy potem perspektywa mojego życia.

Wiem doskonale, że jeżeli matka ma małe dziecko i wstaje do niego w nocy dziesięć razy, to rano nie będzie miała siły, żeby się pomodlić. Proponuję wtedy: Spróbuj z tego wstawania uczynić modlitwę. Niech to będzie pierwsza modlitwa, gdy Bóg przychodzi do ciebie w tym dziecku, które płacze w nocy.

Zawsze powtarzam, że modlitwa nie jest celem życia duchowego, tylko jego drogą. I nawet jeśli zacznę poświęcać modlitwie tylko kwadrans, ale regularnie, codziennie, to nie od razu – i tu jest problem współczesnych ludzi, bo jesteśmy obecnie bardzo niecierpliwi – ale może po roku czy dwóch zacznę zauważać, że moje życie się zmienia, że ono się porządkuje.

Nim się nam uporządkuje, warto łapać takie chwile modlitwy – w tramwaju, w korku, na spacerze?

Ja też często tak robię. Codziennie staram się odmówić część różańca. Dlaczego więc mam tego nie robić, gdy jadę samochodem?

Bo nam się zdaje, że z kimś takim jak Pan Bóg trzeba się spotkać na kolanach, trzeba o Nim intensywnie myśleć i nic nie powinno nas rozpraszać.

Jeśli nasza relacja z Panem Bogiem jest powierzchowna, to wszystko, co robimy, będzie powierzchowne, a jeśli ktoś jest w bliskości Pana Boga, to sytuacje, które mógłby pozornie przeżyć w rozproszeniu, będą nasycone modlitwą. Tomáš Halík powiedział kiedyś, że Pan Bóg nie mieszka na powierzchni. On to mówił w kontekście wiary – że wiara to jest labirynt – to, co idzie w górę, ale też to, co schodzi w dół. Człowiek może wierzyć w Boga w dole zagłady, w ciemnościach, w kryzysie. Może wtedy przeżyć najgłębszą i najprawdziwszą modlitwę swojego życia, nawet w rozpaczy, ale również w momentach uniesienia. Jedyne miejsce, w którym Bóg nie mieszka – nie dlatego, że nas odrzuca, tylko dlatego że my Go kompletnie nie spotykamy – to jest powierzchowność. To jest gangrena naszego życia duchowego.

Czy wolno nam się modlić o coś? Często tak robimy.

Oczywiście. Proście, a otrzymacie – to jest odpowiedź. Jeśli mam z Bogiem relację miłości, polegającą na tym, że On mnie przyjmuje, że mogę do Niego przyjść ze wszystkim, to jestem pewien, że się cieszy, kiedy przychodzę i proszę. Wie, że Mu ufam. Oczywiście, będzie Mu przykro, jeśli zacznę z Niego czynić narzędzie do manipulacji, jeśli stanie się obiektem do używania. Jeśli będzie mi potrzebny tylko wtedy, kiedy ja mam swoje potrzeby. To jest kolejny temat. Jeśli używam Pana Boga, to On i tak będzie robił wszystko, żebym przez moje biedne interesowne modlitwy wreszcie Go odkrył. Jest taka piękna przypowieść, zapisana tylko przez św. Łukasza, którą nazywamy powrotem syna marnotrawnego. Kiedy ów syn wraca do ojca, to wraca, bo chce go prosić o coś, czego już nie ma. On nie ma nic, siedzi na gruzach swojego życia, wszystko stracił po tym, jak powiedział: Ja już ciebie nie potrzebuję. Daj mi część swojego majątku, ja zacznę życie sam. Jesteś, owszem, ale mi nie przeszkadzaj, ja sobie w życiu poradzę. Okazuje się jednak, że to nie funkcjonuje. Przychodzi moment, kiedy on jest głodny, nie ma nic i wraca prosić o jedno: Uczyń mnie choćby jednym z najemników. Krótko mówiąc, tata się tam w ogóle nie liczy. Liczy się jego pusty brzuch, głód, to, że nie ma dachu nad głową. A ojciec czeka na niego. Co więcej, nie tylko go przyjmuje, ale gdy go przyjmuje, to dziecko – kiedy znajduje się w ramionach ojca – zaczyna z ojcem inaczej rozmawiać. Ono już w ramionach ojca nie prosi go, by je uczynił jednym z najemników. Nie ma tego w tekście, chociaż syn to sobie wcześniej przygotował. Jednak odkrywa nagle, że jest dzieckiem. Pan Bóg tak się z nami spotyka; nawet jeśli na ogół widzi nas tylko wtedy, kiedy o coś prosimy, to On nas nigdy nie odrzuci. Nie pozwoli sobą manipulować, robić z siebie takiego dobrego dziadka, którego będziemy wykorzystywali. Bóg jest miłością.

A myśli ksiądz, że są modlitwy niewysłuchane?

Nie ma takich modlitw. Są jedynie nasze wyobrażenia o tym, co jest dla nas szczęściem. Mówimy: Będę szczęśliwy, gdy… albo: Panie Boże, ważne jest, żebyś teraz dał mi to…

Rodzice nie zawsze dają swoim dzieciom to, o co one proszą. Nie dlatego, że nie chcą im dać, tylko dlatego, że niekoniecznie jest to dla dziecka dobre. Co wcale nie znaczy, że go nie wysłuchują.

U Boga również nie ma prośby niewysłuchanej, która by nie lądowała w Jego sercu. Tylko że Bóg widzi więcej, widzi do końca, pragnie dla mnie pełni życia i będzie dawał mi to w taki sposób, żeby mnie to do życia prowadziło. W takiego Boga wierzę.

Ale może się wtedy pojawić złość. Czy ona też może być modlitwą?

Oczywiście, że tak. Wręcz zachęcam ludzi, żeby się modlili wszystkim, co przeżywają. W Psalmach można znaleźć całą paletę uczuć, stanów ducha. Jeśli ja potrafię zrozumieć takiego człowieka, to jak Pan Bóg mógłby nie rozumieć jego złości, nie rozumieć, że on wpadł w gniew?

Ale wydaje nam się nieprawdopodobne, że moglibyśmy krzyczeć na naszego Boga.

Wolałaby pani, żeby dziecko ze złości krzyknęło na panią czy żeby przez tydzień się nie odzywało?

Milczenie boli.

Dlatego bardzo często mówię rodzicom: Nie wymyślajcie dzieciom takich kar, to jest okrutne. Ranicie wówczas głęboko ich zaufanie i miłość. Bóg mówi do nas: „Chodźcie, spór ze Mną wiedźcie”. Bo wtedy przychodzimy do Boga i w żywy sposób z Nim rozmawiamy. A jeśli jesteśmy w tym uczciwi, nawet w tej złości, to jestem spokojny o to, że Pan Bóg sobie z nią poradzi. Wierzę w to, bo widzę krzyż – miejsce przekleństwa, które Pan Bóg zamienił w błogosławieństwo. Jeśli jest we mnie gniew, złość i one są szczere, i nie potrafię się w danej chwili inaczej modlić, to powinienem się modlić właśnie gniewem i złością. A jeśli tego nie zrobię, to nie dotrę do prawdy o sobie w mojej modlitwie.

Tylko że złość może się zamienić w bezsilność. Jesteśmy tak zmęczeni sobą i milczeniem Pana Boga, że mówimy: Nie mam już siły się modlić.

Dlatego tak ważna jest modlitwa wspólnoty – to, że inni nas wspierają, że nas niosą. Pan Bóg posyła do nas takich ludzi i to jest Jego odpowiedź.

Wyobrażam sobie, że ktoś może dojść do granicy zwątpienia, ale łaska może nas wtedy uchronić. Jeśli uchwycę się słowa Bożego, jeśli powiem Panu Bogu, że Go nie rozumiem, ale Mu dalej ufam, to jest dla mnie nadzieja. Mam osobiste przekonanie, że taka modlitwa jest szczególnie cenna, może nawet bardziej niż ta, gdy modlę się z obfitości i gdy wszystko się w moim życiu układa.

Czy nasza modlitwa powinna być szeptanym pacierzem, milczeniem, adoracją, a może trwaniem?

Przede wszystkim nasza modlitwa powinna być prawdziwa, powinna odzwierciedlać prawdę o nas. Przed Bogiem jesteśmy piękni, kiedy jesteśmy prawdziwi. Jeśli prawda o mnie, mój prawdziwy stan ducha podpowiada mi, że potrzebuję do Niego mówić, to do Niego mówię. I mówię tymi słowami, które odzwierciedlają prawdę mojego życia. Mogę się modlić słowami Ojcze nasz, bo to najpiękniejsza modlitwa, ktoś inny będzie się modlił formułami, bo nie umie inaczej, inny będzie się modlił prostą modlitwą Jezusową, a ktoś będzie czuł, że chce pobyć z Bogiem. Najważniejsze jest to, by szukać z Nim kontaktu. Jeśli najbardziej autentyczny będę w milczeniu, to trzeba milczeć; jeśli potrzebuję tylko bycia przed Nim, to wystarczy tak trwać. Niech nam się nie wydaje, że modlitwa jest tylko wtedy, kiedy mówimy coś do Pana Boga. Modlitwa to spotkanie. A można przecież być ze sobą bez słów.

Niektórzy mówią: Mało się modlę. Czy można wyznaczyć miarę modlitwy – ile to jest mało, a ile dużo?

Tak. Spróbuj się napić, a będziesz wiedział, czy ugasiłeś pragnienie.

Trzeba się wsłuchać w swojewewnętrzne potrzeby, jeśli w ogóle jeszcze je słyszymy. Być może je zagłuszamy, zaniedbujemy. Przychodzi jednak taki moment, gdy czujemy, że już dalej tak nie damy rady, że coś w życiu zgubiliśmy, straciliśmy, że odkąd przestaliśmy się modlić, w naszym życiu pojawił się bałagan, że nie mamy nie tylko kontaktu z Bogiem, ale także z innymi ludźmi.

Myliłby się ten, kto by pomyślał, że do takich centrów formacji duchowej jak nasze przyjeżdżają jedynie ludzie, którzy mają wysokie pragnienia duchowe. Niejednokrotnie przyjeżdżają też osoby zupełnie pogubione, które nie widzą sensu w życiu. Tu na nowo odkrywają smak dawno zapomnianej modlitwy.

Czy można się źle modlić?

Co pani ma na myśli?

Że nasze życie duchowe nie przekłada się na nasze życie z ludźmi.

Oczywiście. Dlatego tak ważne jest w życiu kierownictwo duchowe albo stały spowiednik, czyli ktoś, kto patrzy na mnie obiektywnie. Mogę prowadzić życie duchowe, które okazuje się pozorem. Mogę być kuszony pod pozorem dobra. Życie duchowe weryfikuje się w naszym powołaniu. Wierzę, że Pan Bóg nas w życiu powołuje, wskazuje drogę, która jest drogą do Niego, do pełni życia. To jest powołanie matki, ojca, księdza, nauczyciela… I jeśli ja się duchowo rozwijam, to rozwija się moje powołanie. Nie może być sprzeczności. Nie może być tak, że ja się dużo modlę, wyjeżdżam co roku na rekolekcje, a w domu jestem nie do zniesienia. Jeśli tak jest, to znaczy, że z moim życiem duchowym dzieje się coś niedobrego i wtedy koniecznie trzeba to zweryfikować.

Myśli ksiądz, że modlitwa to jest dar, łaska?

Zawsze łaska. Dlatego że nikt bez pomocy Ducha Świętego nie może powiedzieć: Panem jest Jezus. Tak naprawdę to On modli się w nas, to dzięki Niemu jesteśmy w stanie zwracać się ku Niemu. Nasz wysiłek polega na tym, żeby się na łaskę otworzyć. Pan Bóg może się do mnie dobijać, ale jeśli jestem zamurowany moim stylem i sposobem życia, to Go nie usłyszę.

To może od tego trzeba zacząć naszą modlitwę? Od prośby o łaskę modlitwy.

To prawda. Trzeba prosić o to, czego pragniemy. Jeśli ktoś powie, że nawet pragnień nie ma, to niech prosi o pragnienia.

Pozwól się kochać
Krzysztof Wons SDS

urodzony 29 października 1959 r. w Rudzie Śląskiej – salwatorianin, absolwent teologii duchowości na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, wykładowca, rekolekcjonista, kierownik duchowy. Dyrektor Centrum Formacj...

Pozwól się kochać
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze