Powaga teologii
Oferta specjalna -25%

Hewel. Wszystko jest ulotne oprócz Boga

3 opinie
Wyczyść

Józef Majewski, Teologia na rozdrożach, Znak, Kraków 2005

Moi przyjaciele mają złe zdanie o teologii. To nudy, przelewanie z pustego w próżne, nieżyciowe, powiadają zawsze, kiedy dyskusja zejdzie na kościelne zagadnienia. Czy mają podstawy, aby ferować aż tak radykalnie negatywne oceny?

Po części tak, szczególnie kiedy spojrzy się na jakość polskich sporów teologicznych. Trudno bowiem podać przykład ważnej dyskusji, z wyjątkiem sporu o nadzieję powszechnego zbawienia głoszoną przez ks. Wacława Hryniewicza, która angażowałby szersze grono rodzimych katolików. Niestety!

Inaczej rzecz wygląda, kiedy porzucimy rodzime podwórko. Jeśli tylko dobrze ucho przyłożyć, okazuje się, że na świecie aż kipi od intrygujących dyskusji teologicznych. Dlatego, broniąc teologii przed oskarżeniami moich znajomych o indolencję, przywołuję spory, które się toczą dziś na temat dialogu międzyreligijnego. Dialogu, o którego znaczeniu i konieczności tak dobitnie przekonaliśmy się 11 września 2001 roku w Nowym Jorku czy 11 marca 2004 roku w Madrycie. Opowiadam o zdumiewających wprost odkryciach teologii feministycznej, która nie bez przeszkód toruje sobie miejsce w kościelnej świadomości, zmieniając niepostrzeżenie nasz sposób mówienia o Bogu i rozumienia Go. Niedawo zdobyłem w tych dyskusjach arcyważnego sojusznika. Jest nim książka Teologia na rozdrożach polskiego, i co ważne, świeckiego teologa Józefa Majewskiego, co na naszym gruncie teologicznym, zdominowanym przez duchownych, nie jest bez znaczenia. Autor z pasją i przenikliwością oprowadza nas po meandrach współczesnych dyskusji religijnych, pokazując, że myślenie teologiczne to wciąż żywa, gdyż pisana dzień po dniu księga.

Podróż bez końca

Ostatnia dekada obfitowała w optymistyczne proroctwa głoszące, że chrześcijaństwo wciąż mamy przed sobą, że nadal, mimo 2000 lat historii, jak przekonuje Majewski za Aleksandrem Mieniem, prawosławnym teologiem, nie rozumiemy słów i czynów Jezusa Chrystusa. Jednak w takich hasłach wyczuwam nieuświadomiony grzech pychy, gdyż zakłada się, że kiedyś wszystko zrozumiemy. To tylko kwestia czasu. Czy naprawdę za 200 lat któraś z uczennic czy któryś z uczniów Chrystusa będzie mógł powiedzieć bez lęku i drżenia, że chrześcijaństwo ma już za sobą? Czy przyszli chrześcijanie zadeklarują, że zrozumieli już i odkryli wszystkie tajemnice zapisane na kartach Ewangelii? Czy w takim razie mamy oczekiwać chwili, kiedy teologię zawiesimy na kołku, gdyż wszystkie plany Boga wobec człowieka i świata zostaną ostatecznie rozwikłane?

Nic z tych rzeczy! Chrześcijaństwo zawsze jest przed chrześcijanami. Takie było dla tych, którzy żyli przed nami, takie jest dla nas i, co najważniejsze, takie pozostanie także dla tych, którzy przyjdą po nas. Zatem i teologia nie może nigdy ogłosić, że właśnie dociera do końca swej podróży, że jest już blisko, by wypowiedzieć ostatnie słowo dotyczące Stwórcy. Jeszcze inaczej: teologia jest i pozostanie naszą przyszłością tak, jak naszą przyszłością jest i pozostanie sam Bóg.

I bynajmniej nie będzie to przyszłość naznaczona spokojem, wolna od problemów, osobistych dramatów czy teologicznych potknięć. Choćby praca Józefa Majewskiego, w której zdaje on sprawę z toczących się obecnie w Kościele sporów (pisze m.in. o dyskusji dotyczącej stosunku chrześcijaństwa do innych religii, o kontrowersjach związanych z kolejnym dogmatem mariologicznym i problemie władzy w Kościele), jasno pokazuje, że w najbliższym czasie czeka nas wiele teologicznych niespodzianek. Co do tego Majewski nie ma wątpliwości. Skąd bierze się ta pewność?

Musi dawać do myślenia, że podstawowymi czy wręcz ulubionymi słowami autora są takie pojęcia, jak „spór”, „debata”, „kłopot”. Ten osobliwy słownik pokazuje, że trudno dziś o jednoznaczne rozstrzygnięcia opisywanych przez Majewskiego kwestii. Kościół jednak, o czym poucza historia, zawsze znajdował poprzedzone burzliwymi dyskusjami rozwiązania, które były zgodne z Objawieniem i Tradycją. Na tym polega mądrość Kościoła, co przyznają nawet jego krytycy.

Intrygujące jednak, że Majewski pozostaje w cieniu prezentowanych przez siebie teologicznych debat. Przywdziewa kostium wytrawnego reportażysty, który ze znawstwem i wnikliwością odsłania zasadnicze sprawy będące kością niezgody katolickiego świata. Nie chce zdradzić, a przynajmniej nie wprost, po której stronie sporu lokuje swoje sympatie. Czy to przejaw intelektualnej pokory?

Z dala od barykady

Dlaczego Majewski podejmuje się tylko (czy może aż!) przedstawienia toczących się w Kościele dyskusji? Czyż nie bardziej fascynujące jest stanie na pierwszej linii frontu, tym bardziej, że front to szczególny, bo wolny od śmiertelnych ofiar, niż stanie z boku i obserwowanie, jak inni kreślą przyszłość wiary chrześcijańskiej?

Wybór Majewskiego, jak się wydaje, dyktowany jest dwiema sprawami: po pierwsze, nim stanie się po którejś ze stron „intelektualnej wojny”, trzeba najpierw przedstawić argumenty obu. I to właśnie czyni autor Teologii na rozdrożach, prezentując przy tym całe grono teolożek i teologów, ich dzieła i argumenty, o których w Polsce wciąż głucho (np. Raimundo Panikkar, Aloysisus Piersi SI, Sandra Schneiders, Elizabeth Johnson). Musi to zdumiewać, skoro — jak przekonuje redaktor „Więzi” — ci uczeni nadają obecnie ton katolickiej myśli teologicznej. Po drugie, ważniejsze: musimy pamiętać, że jedną ze stron w większości podejmowanych przez Majewskiego kwestii jest kierowana do niedawna przez Josefa Ratzingera Kongregacja Nauki Wiary, instytucja stojąca na straży katolickiej ortodoksji. Znamy więc już głównych bohaterów książki.

Taki układ sił ma plusy i minusy. Z jednej strony Kongregacja chroni czystość wiary, co pozwala katolikom dokładnie wiedzieć, w co i jak mają wierzyć. Z drugiej Kongregacja grozi palcem tym teologom, którzy proponują zbyt radykalne czy nowatorskie rozstrzygnięcia. Choć, dodajmy, trzeba się wiele napracować, by stać się adresatem takich upomnień. Niejeden teolog katolicki marzył, aby znaleźć się na czarnej liście kardynała Ratzingera: za tym idzie medialna sława i przydomek „uciemiężonego przez Kongregację”. Warto jednak pamiętać, że to „Kościół przygotował ludzkość do podejmowania na własne ryzyko badań naukowych, przejmując sprowadzone i do naszych czasów istniejące struktury wyższych uczelni, posługujących się terminologią przyjętą z uniwersytetów i kolegiów kościelnych” (ks. Adam Szafrański, „Potknięcia” Magisterium Kościoła w służbie dla prawdy).

Każda ze stron musi czynić swoją powinność: teolog szukać nowych interpretacji danych Objawienia, nawet za cenę pobłądzenia, Magisterium bronić czystości wiary, nawet odbierając niekiedy teologowi, jak to stało się w przypadku Hansa Künga, prawo nauczania w imieniu Kościoła. Oczywiście dziś, bo co do jutra sprawa powinna zostać otwarta. Już nieraz przekonaliśmy się, że „Duch wieje, kędy chce”…

Azja w natarciu

Książka Józefa Majewskiego ma i tę dobrą stronę, że każdy rozdział (a jest ich pięć) autor poświęca odrębnej kwestii, którą można się delektować niezależnie od pozostałych. Cała praca ma siłę wciągającą. Szczególnie intrygująca może się okazać dla tych, którzy cenią sobie wyrafinowane argumenty i celne riposty. A tymi książka polskiego teologa, proszę mi wierzyć, jest naszpikowana.

By jednak nie być gołosłownym, a zarazem dorzucić swoje trzy grosze w postaci kilku pytań, przyjrzę się bliżej dialogowi międzyreligijnemu. Porusza on nawet tych, których religia niewiele interesuje, i stanowi jedno z głównych zagadnień teologicznych Kościoła katolickiego. I nie tylko dlatego, że w 1986 roku Jan Paweł II zaprosił do Asyżu przedstawicieli wielkich religii światowych do modlitwy o pokój, dając tym samym zielone światło do dalszych poszukiwań i dialogu, ale także dlatego, że w Roku Jubileuszowym kierowana przez kardynała Ratzingera Kongregacja, za aprobatą papieża Jana Pawła II, opublikowała ważny dokument. Dominus Iesus, bo o nim mowa, przez jednych chwalony, gdyż w końcu Kościół jasno określił granice dialogu międzykonfesyjnego, przez innych — szczególnie teologów nieeuropejskich — uznany za przejaw katolickiego imperializmu i niezrozumienia istoty inkulturacji. Tak czy owak deklaracja wywołała ferment, nie pozostawiając nikogo obojętnym.

Watykański dokument jest krytyczny wobec niektórych nurtów współczesnej teologii religii. Choć autorzy deklaracji nie wymieniają z imienia i nazwiska krytykowanych myślicieli, to adresaci szybko się odnaleźli na kartach Dominus Iesus. Zgodnie z zasadą, że uderz w stół, a nożyce się odezwą. Cytowany przez Majewskiego teolog z Malezji, Edmund Chia, pisze: „Deklaracja Dominus Iesus ściśle wiąże się z Azją. Odnosi się wrażenie, że dokument ten został napisany specjalnie dla Kościoła na tym kontynencie”. Temperatura dyskusji musi być wysoka, gdyż spór idzie o Jezusa Chrystusa. Jak zawsze w takich przypadkach, sprawę na ostrzu noża postawił kard. Ratzinger, który zarzucił niektórym katolickim teologom „celowe relatywizowanie Jezusa jako jednego z wielu geniuszy religijnych (…). W konsekwencji także Kościół, dogmaty i sakramenty tracą oczywiście swój absolutny charakter”.

Hindus w katolickim niebie

Kim zatem jest Jezus Chrystus: jedynym pośrednikiem zbawienia każdego człowieka, czy tylko jednym z wielu pośredników? Pytanie to wiąże się de facto z być albo nie być katolickiej wiary, pokazuje to tekst Josepha Augustina Di Noia OP opublikowany w styczniowym numerze „W drodze”. Słowa dominikanina mogą szokować: „Byłem jednym z pięciu panelistów, których wybrano do szukania odpowiedzi na to pytanie podczas odbytego niedawno spotkania teologów katolickich. Zabierałem głos jako pierwszy i jak się później okazało, tylko ja byłem gotów bronić zdecydowanie pozytywnej odpowiedzi na to pytanie. Dlaczego? Dlaczego grupa katolickich teologów odmówiła potwierdzenia tego, co jeszcze do niedawna było uważane za niekwestionowaną zasadę wiary chrześcijańskiej?”.

Czyżby więc sami teologowie katoliccy powątpiewali w wyjątkowość i uniwersalność zbawczą Jezusa Chrystusa? Problem Jezusa, a dokładniej, uzasadnienia uniwersalności Jego misji, nastręcza wiele kłopotów. Teolog katolicki jest rozdarty między unikaniem podkreślania wyjątkowości Jezusa Chrystusa, by nie obrażać przedstawicieli innych wyznań, a koniecznością mówienia o Jezusie właśnie do „innych”: buddystów czy hindusów, dla których — trzeba to sobie jasno powiedzieć — osoba Jezusa nie ma większego znaczenia. Czyż wyznawca hinduizmu nie wzruszy ramionami, kiedy usłyszy z ust katolickiego teologa, że Jezus umarł za „jego grzechy”, że Nazarejczyk jest pośrednikiem zbawienia w jego ziemskiej pielgrzymce? Kto bardziej potrzebuje takiego przepowiadania: wszyscy „inni” czy Kościół katolicki? I czy nie ma w takiej postawie uszczęśliwiania owych „innych”, „anonimowych chrześcijan”, by użyć pojęcia Karla Rahnera, wbrew ich woli?

By postawić kropkę na „i”, zapytam: czy wyznawca hinduizmu byłby zadowolony, gdyby się okazało, że po śmierci trafił do katolickiego nieba? Czyż po tej swoistej weryfikacji eschatologicznej nie doznałby szoku, zobaczywszy, że całe jego religijne życie było iluzją? Ale i odwrotnie: co poczułby katolik, gdyby się okazało, że po śmierci czeka go spotkanie z Buddą, a nie Bogiem Abrahama, Izaaka i Jakuba? Czyż katolicki uniwersalizm w świecie pluralizmu religijnego nie natrafia na aporie, których przeskoczyć nie sposób? I znów: może tylko dziś nie znamy dobrych odpowiedzi, ale jutro, kto wie.

Kto powie, kim Ja jestem?

Opowieść Majewskiego o pięciu sporach w łonie Kościoła katolickiego pokazuje nie tylko to, że również katolicyzm jest miejscem, w którym możliwe są wolne poszukiwania teologiczne, ale przede wszystkim to, że i dziś spieramy się tak, jak czynili to pierwsi chrześcijanie, o interpretację słów i czynów Jezusa Chrystusa. Jak mówi mój przyjaciel Sebastian Duda, młody teolog pracujący na Uniwersytecie w Leuven, jest to zarazem świadectwo tego, że rodzima teologia nie schodzi na manowce: koniec końców to chrystologia, czy to się komuś podoba, czy nie, legitymizuje wszelkie teologiczne dociekania.

Choć to prawda, warto zarazem mieć w tyle głowy zasadę, którą kilkakrotnie przywołuje Majewski, a której autorem jest kardynał Avery Dulles SI: „żadna doktrynalna decyzja z przeszłości bezpośrednio nie odpowiada na pytanie, które nie było postawione w tamtym czasie”. A jeśli tak, trzeba stawiać stare pytania chrystologiczne w nowych okolicznościach.

Feministyczna teolożka amerykańska Elizabeth A. Johnson w książce Consider Jesus pisze: „Jeżeli mogę pozwolić sobie na prognozowanie, następna fala wzrostu i rozwoju świadomości kościelnej będzie polegała na tym, że to młode i rozwijające się Kościoły Afryki, Azji czy Indii, a nie zachodnie chrystologie, szukać będą odpowiedzi na chrystologiczne pytanie za pomocą słów i koncepcji zaczerpniętych z ich własnych kultur. Żyjemy w okresie chrystologicznego fermentu, niespotykanego od pierwszego wieku chrześcijaństwa”.

„Kto powie, kim Ja jestem?” — pytał swoich uczniów Jezus Chrystus, pyta też o to dziś nas. Książka Józefa Majewskiego nie odpowiada na to zagadnienie, ale dobitnie pokazuje, że była i jest to dla Kościoła katolickiego kwestia kluczowa. Jeśli wciąż będziemy szukać na nią odpowiedzi — stanowić będzie ona gwarancję powagi naszej teologii.

Powaga teologii
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze