Dziedzictwo i tożsamość

Dziedzictwo i tożsamość

Jeśli mnich chrześcijański jest samotny, to tylko po to, by bardziej kochać ludzi, których Bóg posłał, by z ich pomocą mógł rozróżnić, co jest w nim głosem Chrystusa, a co głosem mocno zakorzenionej pychy.

Nie można odmówić celności sądu Tomaszowi Mertonowi, który przestrzegał mnichów przed fałszywym a pysznym mniemaniem, że są zdolni wyjaśnić w sposób jasny, precyzyjny i łatwy tajemnicę życia monastycznego, tajemnicę i sekret swojego życia ukrytego w Bogu. Z równie ostrą ironią traktował ich próby zabiegania o pełne zrozumienie (czytaj: podziw i współczucie) u przypadkowych, często bardzo przyjaznych obserwatorów, których nie brak w opactwach, a którzy wydadzą się usatysfakcjonowani każdą odpowiedzią, jeśli tylko będzie skrojona na miarę ich ekstrachrześcijaństwa składającego się w połowie ze snobizmu, a w połowie z pragnienia bycia przygarniętym przez osobę w kapturze, którą można kochać i adorować bez kłopotliwych a banalnych codziennych obowiązków. Myślę jednak, że Mertonowski obezwładniający humor nie powinien nas paraliżować i tak onieśmielać, że gotowi jesteśmy zrezygnować z obowiązku nazwania rzeczywistości, w której niezasłużenie i wciąż jeszcze w bardzo ułomny sposób uczestniczymy.

Na początku naszych rozważań należy z pewną dozą szlachetnej i pełnej ciepła wyrozumiałości potraktować te opinie, które życie monastyczne streszczają w dwóch słowach tworzących chwytliwą formułę: „Praca i modlitwa”. Oczywiście są one udziałem mnichów, ale nie są celem ich życia. Krzywdzące byłoby nazwanie ich „tylko” środkami, bo stanowią raczej życiodajne przestrzenie, w których monastyczna egzystencja wzrasta, dorośleje i spełnia się — nie należy pewnie jednak traktować mnichów jako nocnych stróżów ludzkości dokładających z własnych, systematycznie uzupełnianych rezerw modlitwy ilość potrzebną do ocalenia świata. Obraz opactw jako prądnicy wytwarzającej energię dla ludzi aktywnych i zanurzonych w świecie jest tylko w skromnej części zadowalający. Zapewne w dzisiejszych czasach mnisi przestali być awangardą nowych technologii, a mistrzami tego, co nazywa się kulturą pracy, można ich nazwać tylko, odwołując się do resztek naszej życzliwej tolerancji. Nie stanowi tajemnicy fakt, że w większości opactw z braku powołań jeden i ten sam mnich ma kilka pełnych etatów.

Pociągające w swojej prostocie zdania najczęściej wypowiadane przez niemnichów uwiedzionych przez czary różnych prowokujących subkultur, że mnisi są gatunkiem radośnie marnotrawiącym czas i życie bez śladowego nawet poczucia winy, że mnisi po prostu sobie są, są ludźmi obrzeży i nie są nikomu do niczego przydatni — można zaliczyć do umiarkowanie szkodliwego folkloru interpretacyjnego. Mnisi, o których piszę, są chrześcijanami i właśnie fakt chrztu świętego stanowi dla ich losów — użyjmy formuły rodem z egzegezy biblijnej — „wydarzenie założycielskie”.

Apetyt na absolutną pełnię

Praktyczna strona tego sakramentu chrześcijańskiej inicjacji zawiera realizację mojej uroczystej deklaracji o wyrzeczeniu się szatana i jego spraw. Ten, który dzieli, nienawidzi wszystkiego, co zjednoczone w miłości, szczęśliwe i w swojej simplicitas zadowalające się skromnymi środkami z wdziękiem kogoś, „kto nic nie ma, a posiada wszystko”, bo „wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa, a Chrystus Boga” (1 Kor 3,22n). Jego ciemne sprawy to próba odłączenia nas od miłości Chrystusa, która rzeczywiście przypomina majestatyczną a radosną rzekę, i dyskretne skierowanie wód naszego życia w piaski pustyni. Nie łudźmy się, diabeł to doskonały strateg, którego oczywiście interesują drobne przestępstwa, ale o wiele bardziej skutek globalny i finalny spraw niezałatwionych, win niewyznanych, czynów zaniechanych, niewyleczonych resentymentów, skumulowanej i skrytej nienawiści i wszelkiej rywalizacji z Bogiem, którą św. Augustyn zamknął w porażającą swoją prostotą formułę przywołaną nie tak dawno w swoim testamencie duchowym przez Jana Pawła II — Amor sui usque ad contemptum Dei, „miłość siebie aż do negacji Boga”. Inna konsekwencja takiego wyboru da się łatwo określić — będzie nią negacja siebie i innych nierzadko posunięta do eliminacji. „Właśnie amor sui — miłość własna — popchnęła pierwszych rodziców ku pierwotnemu nieposłuszeństwu, które dało początek rozszerzania się grzechu w całych dziejach człowieka”dodaje Jan Paweł II.

Zdaje się, że diabeł celebruje dziś dla nas przewrotną anamnesis, pamiątkę, uobecnienie pierwotnego stanu ludzkości, odwołując się kłamliwie nie do katastrofy pierworodnego grzechu, ale do naszej niewinności — jakby katastrofa ta nie miała na nas jakiegokolwiek wpływu. Tu małe zastrzeżenie — nie wydaje się, by zamierzał o tym przekonywać całą ludzkość, wie, że ludzie stracili bezpowrotnie złudzenia wobec innego człowieka. Jednak nie stracili dobrego mniemania o sobie i nie mierzą siebie tą samą miarą, którą mierzą innych — tu tkwi jego klucz do sukcesu. Wie, że ogromnie trudno zwyciężyć nam nasze naiwne przekonanie, że mogę spętać, kiedy tylko zapragnę, wyzwolone przeze mnie zło, które zresztą nie jest „takie złe”, gdyż jest moje…, a świat — jak pokazuje doświadczenie — nie zawali się od takiego jednorazowego dyskusyjnego gestu. Zdaje się jednak, że do pełnej satysfakcji potrzeba mu czegoś o wiele pikantniejszego w swoim tragizmie, czegoś, co pozwoliłoby człowiekowi otwarcie rzucić Bogu w twarz oskarżenie, i oparcie do takich działań znajduje w naszej rozszczepionej duchowej strukturze, a najbardziej interesują go nie cienie i niskie instynkty tego ludzkiego świata z wolą, rozumem i uczuciami jako fundamentami poznania i działania, ale nadwerężone dobro, które reprezentują same sobą oraz przez swoje akty i reakcje. Nie zapominajmy, że choć są nadwerężone przez pierwotne nieposłuszeństwo, nie są pozbawione jednak apetytów na absolutną pełnię. Ustala się oczywiście zaraz nadwerężona hierarchia wartości, w której właśnie absolutyzm tych apetytów jest kryterium dobroci i szlachetności czynu. Jeśli rzeczywistość nie umie ich zaspokoić, tym gorzej dla rzeczywistości.

Oskarżenie Boga formułowane na bazie tych ludzkich głodów, które możemy nazwać potrzebą kochania i bycia kochanym, potrzebą uznania i zachowania naszej niepowtarzalności, jedyności oraz potrzebą adoracji kogoś wyższego niż człowiek, kogoś, kogo można nazwać gwarantem ładu — idzie w klasycznych kierunkach: albo Bóg nie jest dobry, albo Go nie ma. Lub jeśli jest dobry, to zapewne dobroć Jego zakrywają stworzone w Jego imieniu instytucje zainteresowane z sobie znanych powodów opresją ludzi wolnych, perfidnie wykorzystując do tego ich pragnienie podtrzymania potrzebnego społecznego ładu i zachowania dobrego imienia w pamięci potomnych. Jeśli jednak daje się przesłonić instytucjom i nie karze proroków pieczętujących najgorsze szaleństwa Jego imieniem — nie jest wszechmocny lub Jego pojęcie dobra i szczęścia nie mają nic wspólnego z naszymi. W takim razie nie służy On niczemu i nikomu i warto się Go w imię wolności i szacunku do samego siebie pozbyć lub zepchnąć na margines życia. Pozostaje więc człowiekowi żyć i działać etsi Deus non daretur — jakby Boga nie było. Jak mówi Jan Paweł II w swoim duchowym testamencie — człowiek w pewnym momencie historii został sam. Lecz człowiek nie może znieść takiej samotności, nie jest mu dobrze z tą samotnością — tworzy więc „wypełniacze sensu” i zabiega o nie i — przyznajmy — niekiedy pochodzą one z regionów tzw. kultury wysokiej. Taką rolę w dzisiejszych czasach — według Czesława Miłosza — pełni na przykład wzmożone zainteresowanie sztuką.

Świat zinstytucjonalizowanej jedności

Jeśli życie chrześcijańskie zapoczątkowane przez chrzest można zdefiniować jako odrzucenie wszelkich podziałów i spraw je powodujących, to duchowość monastyczna, życie mnisze może być określone — jak to uczynił Pseudo–Dionizy — jako zinstytucjonalizowanie wewnętrznej jedności. Przez swoje śluby mnisi stają się widocznym znakiem takiej jedności — lub skromniej: pragnienia jej odzyskania w posłuszeństwie Bogu przemawiającemu przez ludzi, którzy przed nami wybrali drogę do jedności w szkole „służby Pańskiej”. W jakimś więc sensie nie można mówić o specyfice mniszego powołania, bo choć realizuje się ono na bazie konkretnej interpretacji Ewangelii, którą jest dla niektórych Reguła św. Benedykta, to przecież podjęty przez nie obowiązek jest wspólny wszystkim chrześcijanom.

Niektórzy autorzy — nie negując, rzecz jasna, „powołaniowej” inicjatywy Jezusa Chrystusa — mówią o „monastycznej konstatacji”, „wniosku”, „rozumnym wyborze”, który w tradycji pierwszych mnichów układa się w następującą triadę: „Pragnę być zbawiony”, „Nie mogę uczynić tego własnymi siłami”, „Muszę wstąpić do szkoły doświadczonego starca, który wprowadzi mnie w arkana »wiedzy o zbawieniu«”. I chociaż reguły monastyczne bywają różne, to jednak używają tych samych metod, by człowiekowi rozdwojonemu, rozdartemu w sobie, przebywającemu w „krainie niepodobieństwa” pomóc w drodze do wewnętrznej jedności z sobą, z bliźnim i z Bogiem. Kto choć trochę otarł się o monastyczny świat, świat „zinstytucjonalizowanej jedności”, wie, jak wielki nacisk w tej tradycji kładzie się na codzienne odnawianie przyrzeczonego niegdyś Bogu nawrócenia, które w Regule św. Benedykta formułowane jest jako zmiana obyczajów (conversio morum). W tej optyce nawrócenie związane jest z nowym sposobem, nową manierą bycia, zachowywania się.

Jeśli metodą odzyskiwania utraconej jedności jest nawrócenie, spróbujmy pokrótce wyjaśnić jego istotę, a następnie zaproponować konkretne już narzędzia, które pomogą nam złożyć w całość rozbity człowieczy obraz. Proponuję więc na początek bardzo trafne określenie nawrócenia sformułowane swego czasu nie przez specjalistę z zakresu teologii, lecz przez profesora psychologii Gerarda Bonneta. Mówi on:

Nawrócić się to stawić czoło pytaniom, które nas głęboko nurtują, i udzielać im odpowiedzi permanentnej i coraz bardziej pogłębionej, odpowiedzi zawierającej w sobie obietnicę życia, odpowiedzi osadzonej w konkrecie naszego bytowania.

W centrum pytań i odpowiedzi będzie się znajdował, rzecz jasna, Bóg — nawet jeśli nie stać będzie mnie jeszcze na dialog z Nim, to pytania i odpowiedzi, cały fascynujący spór, który prowadzimy z sobą samym, będzie już Jego epifanią. Konkret naszego bytowania może być oczywiście interpretowany w zależności od indywidualnej sytuacji każdego z nas, ale wydaje się, że najbezpieczniej będzie stwierdzić, iż tym konkretem są inni, że nikt z nas nie jest samotną wyspą i nie możemy sobie pozwolić na ucieczkę od ludzi, bo to właśnie ich obecność jest katalizatorem i sprawdzianem mojej wewnętrznej jedności, o czym już pisałem, wspominając fazy monastycznej „konstatacji”. Mówi się często, że biblijne określenie nawrócenia to „chodzenie w Jego obecności, zwrócenie się do Niego, wspomnienie na Pana”.

Nie zapominajmy, że sformułowania te, choć opisują sytuację człowieka, który wreszcie odbił się od dna i postawił swoje stopy na skale, powinny być każdorazowo osadzone w kontekście sytuacji człowieka chorego, który powoli powraca do zdrowia, w którym od czasu do czasu odzywają się stare nałogi i przyzwyczajenia, bezradność, słabość i poczucie zmarnowania sporego kawałka życia. Dopowiedzenia również domaga się sama rzeczywistość Bożej obecności, która jest obecnością nade wszystko cierpliwą, bardzo pedagogiczną, starającą się wzbudzić i podtrzymać w człowieku zaufanie do Boga, który nie tylko na nas czeka, ale nade wszystko nas szuka. Zarówno definicje bardziej psychologiczne, jak i te zaczerpnięte z Biblii niosą w sobie ważny przekaz, że istnieje moment nawrócenia oraz stan nawrócenia, w którym powinna być spełniona określona praca, by człowiek rzeczywiście stał się „nowy”, a dar Boży nie został wydany na pośmiewisko, lecz nieskończenie pomnożony i uniezależniony od naszego chcenia czy niechcenia.

Myślę, że rzeczywiście wspólnoty mnichów chrześcijańskich stanowią w tym przypadku bezpieczny punkt odniesienia w swojej służbie „zinstytucjonalizowanej jedności”: mnich chrześcijański, szukając utraconej jedności, nie schodzi w głąb samego siebie, by „poznać samego siebie” lub odnaleźć przysypane gruzami swoje „prawdziwe ja”, lecz by spotkać tam Chrystusa i z Nim wspólnie nazwać i zrozumieć siebie, i jeśli jest samotny, to tylko po to, by bardziej kochać ludzi, których Bóg posłał, by przy ich pomocy mógł rozróżnić, co jest w nim głosem Chrystusa, a co głosem mocno zakorzenionej pychy.

 Więzy miłości

Określmy teraz precyzyjne pola tej pracy, przyjmując jako drogowskaz komentarz Cyryla Aleksandryjskiego do Ewangelii według św. Jana rozdział 11 i 17. Tak pisze Cyryl, przywołując słowa Jezusa:

„Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, że Ty Mnie posłałeś”. Jezus więc prosi, aby wierzący byli prowadzeni ku jedności ducha przez więź miłości, zgody i pokoju, w taki sposób, aby w nich odtworzyły się cechy jedności naturalnej i substancjalnej, która króluje między Ojcem i Synem.

W drodze do wewnętrznej jedności próbujmy więc na początku tworzyć cierpliwie więzy miłości między nami.

Niektórzy kaznodzieje lubią porównywać więzy miłości do liny spinającej alpinistów — i słusznie, gdyż zdają się odpowiedzią kategoryczną na nasz głód przyjęcia i dawania miłości — nie zapominajmy: głód często kapryśny, zmienny, zawłaszczający innych i w końcu rozbijający nas duchowo i psychicznie — podkreślają bowiem nade wszystko jej nieodwołalność i odpowiedzialność wyrażaną w prostej formule z czasem teraźniejszym: „kocham cię” — to znaczy nie zajmuję się tym, jaki byłeś czy będziesz, ale jaki jesteś dzisiaj właśnie, i ufam, że ty także jesteś gotowy przyjąć mnie każdego dnia bez cofnięcia wyznania. Darmowość i ryzyko takiego daru są ewidentne — nie na darmo użyłem słowa „wyznanie”, które zazwyczaj łączy się z wiarą: więzy miłości są utkane przede wszystkim z zaufania do osoby: nie tylko ufam, że czegoś nie zrobi, ale również ufam, że się przyzna, poprawi, zadośćuczyni. Ufam jej, czyli podejmuję ryzyko wobec dobra, które jest w niej, nawet jeśli w potocznej opinii jego „ilość” jest zupełnie niewystarczająca do podjęcia czegokolwiek. Jeśli to dobro ma się uruchomić, to nie mogę odgrywać roli mentora, instruktora, ale to dobro ma mnie obchodzić osobiście, tak osobiście, że moje życie zaczyna zależeć właśnie od tej śladowej cząstki. Wtedy będę mógł powiedzieć: „boli mnie”, a nie tylko prawidłowo oceniać i korygować: „źle zrobiłeś”.

Obietnica życia wiecznego

Można powiedzieć, że potrzeba uznania, ujednostkowienia się w masie ludzkiej, zachowania naszej niepowtarzalności jest tak intensywna i popycha ludzi do najróżniejszych widowiskowych ekstrawagancji lub też doprowadza do tragicznego, lecz nie mniej spektakularnego odcięcia się od niczego nierozumiejącej ludzkości, dlatego że jej korzenie nigdy nie przestały tkwić w boskiej obietnicy życia wiecznego. Tego rodzaju atawizm wyraża nasze pragnienie wyzwolenia się spod presji czasu, zajaśnienia złożonym we mnie dobrem, zaistnienia w całej złożoności mojego losu i w klimacie bezpieczeństwa, bycia wysłuchanym, zrozumianym i zapamiętanym.

 Głód ten, choć może być morderczy, może stać się ogromnie pozytywną, integrującą nas siłą, jeśli tylko przez nasze starania nadamy mu postać zgody… zgody na zaistnienie tego drugiego, potencjalnego rywala, zgody na zaistnienie świata, który nie ma żadnych szans w spotkaniu z nami, gdyż wolimy rzeczywistość plastyczną, dającą się kształtować w dowolnych wersjach, zgody na Boga, który ma pamięć — i nie tylko wie, jaka jest prawda, ale zachęca nas i zobowiązuje do jej odkrywania. Ale to nie wszystko, bo nawet jeśli wypełnię te wszystkie postulaty, to przecież pozostaje pytanie o moje miejsce w dziejach, o sens mojej chwilowej przecież tu obecności. Prawdziwe zgodzenie się na nas samych i tworzących nasz kontekst ludzi będzie możliwe tylko wtedy, gdy zdobędę się na wysiłek obiektywizacji historii, w której uczestniczę, wyzwalając się tym samym od rozpaczy przypadku. Nie mogę, rzecz jasna, uczynić tego w pojedynkę, ale tylko w żywym dialogu z tradycją ludzi, którzy mnie poprzedzili, i otaczającymi mnie żywymi współspadkobiercami — tylko tak mogę dojść do przekonania, że sens mojego życia nie rodzi się we mnie przez terapeutyczne praktyki, lecz w dużej mierze przychodzi do mnie z zewnątrz.

Problem właściwego adresu

Nikt z nas nie zbuduje wewnętrznej jedności bez zaprowadzenia w sobie pokoju. Wojna, która się w nas toczy i nas rozdziera, wynika w dużej mierze z nagromadzenia w nas idoli, którym oddajemy cześć, otrzymując w zamian nie wdzięczność i pomnożenie naszej wolności, ale pustkę i oblepiające zniewolenie. Można powiedzieć, że problem pokoju to problem właściwego adresu. Tak przynajmniej uważa św. Augustyn, mówiąc, że serce ludzkie jest niespokojne, dopóki nie spocznie w Bogu. Wybieramy jednak idole ze względu na luksusową — jak się nam zdaje — sytuację, którą zaprowadza ich obecność: idole ogromnie odpowiadają naszej przeciętności, gdyż same są przeciętne, a ich buta, zachwalanie siebie i fałszywe obietnice potrafią na pewien czas uwolnić nas od ryzyka Bożego nakazu wolności, paraliżując nasz system nerwowy. Głupcami jednak jesteśmy tylko w części — wiemy, że idole są banalne i niezręcznie próbują zakryć swój duchowy status — daje to nam nad nimi pełną protekcjonalizmu przewagę: nabywamy rozkosznego przekonania, że w każdej chwili możemy obnażyć ich kłamstwo i uwolnić się od ich wpływu. Niestety, raz podpisany cyrograf nie może być tak łatwo unieważniony.

Zaprowadzenie w nas i między nami pokoju nie oznacza jednak poszukiwań sytuacji granicznych i ryzykownych, które mogłyby nas obedrzeć z łuski banału i przeciętności — raczej ćwiczenie się w przyjmowaniu jako woli Bożej sytuacji wytrącających nas z elementarnego poczucia bezpieczeństwa. Los biblijnego ananim uczy nas, że życie bez protekcji pobudza w człowieku ufność w Boga „bardziej totalną, bardziej synowską, bardziej miłującą”.

Święta prostota

Na zakończenie tego listu chciałbym jeszcze zacytować jednego z przedstawicieli cysterskiej mistyki, by wskazać znaki kiełkującej w nas wewnętrznej jedności. Tak upragnioną jedność opisuje Wilhelm z Saint Thierry w Liście do braci z Mont–Dieu:

Święta prostota [w tym języku „prostota” oznacza nie świętą naiwność lub brak dyplomu, lecz właśnie bycie scalonym, nierozdwojonym, jednym] to niezmienna wola poszukiwania zawsze tego samego dobra. To, ściślej mówiąc, wola na wskroś zwrócona ku Bogu, która nie prosi Boga, jak tylko o jedną jedyną rzecz, i szuka jej z zapałem, rezygnując z ambitnego mnożenia celów i rozdrabniania się w tej epoce.

Odpowiedź zaś na pytanie, o jaką rzecz należy aż tak zabiegać, pozostawiam odważnej refleksji cierpliwego czytelnika.

Dziedzictwo i tożsamość
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...