Dbamy o godność człowieka

Katarzyna Wiśniewska: Albania jest jednym z niewielu krajów muzułmańskich w Europie. Czy katolicy zawsze byli tu mniejszością religijną?

Marek Gryn SDB: W starożytności Albania wchodziła w skład prowincji rzymskiej Ilirii, mieszkali tu Ilirowie, którzy wymieszali się później z Trakami i Słowianami. Albańscy chrześcijanie mówią, że pochodzą od apostołów. Apostołowie, wędrując z Rzymu, założyli tu wspólnotę chrześcijańską. Około XIII wieku po ekspansji Turków większość Albańczyków wyznania chrześcijańskiego musiała przejść na islam. Ci, którzy nie chcieli wyrzec się wiary, pouciekali w góry. Od XIX wieku 80% ludności to muzułmanie, 10% stanowią katolicy i 10% prawosławni.

Jak układają się stosunki między muzułmanami a obiema mniejszościami?

Trzeba wyodrębnić kilka etapów. Przed II wojną światową królowały tu meczety, ale spokojnie funkcjonowały też kościoły chrześcijan. Zasada była prosta: kto ma większe wpływy, ten rządzi. W dużych miastach mieszkali przeważnie muzułmanie, katolicy raczej skupiali się w wioskach, w górach, a prawosławni przy granicy z Grecją — pozostawali w ścisłym kontakcie z patriarchą greckim. Nie było jednak żadnych represji, nikt nikomu nie dawał do zrozumienia, że jest lepszy, silniejszy, bo ma za sobą większość. Około 1953 roku zaczęła się dyktatura Hodży, który zaprojektował kraj ateistyczny. Faktycznie był to wzorcowy ateizm, bo jako jedyne państwo na świecie Albania miała zapis w konstytucji, że jest krajem ateistycznym. Zamknięto wtedy meczety, kościoły katolickie i prawosławne. Były niszczone albo przerabiano je na galerie, sale gimnastyczne czy konferencyjne. W tym okresie paradoksalnie nasiliły się ruchy ekumeniczne.

Ekumeniczne?

Połączyło ludzi to, że żadna religia nie miała racji bytu. Najstarsi mieszkańcy Albanii do dziś to potwierdzają. Nikt wówczas nie patrzył, czy ktoś jest katolikiem, czy muzułmaninem, bo wszyscy byli przeciwko rządzącym. W domach nie było wolno trzymać żadnych znaków religijnych. Za to groziło więzienie, nawet śmierć. Chrześcijanie wspólnie z muzułmanami potajemnie organizowali święta. To trwało do 1991 roku, do upadku dyktatury.

Teraz Albania jest fenomenem politycznym. Islam preferuje z reguły koncepcję państwa opartego na polityczno–duchowym przywództwie, w skrajnych przypadkach — niedemokratyczny reżim.

Tu znów trzeba spojrzeć przez pryzmat albańskiej przeszłości. W latach 90. Albania otworzyła się na świat, od którego była wcześniej odizolowana. Nie można było słuchać radia, czytać gazet, dzwonić, nie mówiąc już o wyjeździe za granicę. Było tylko radio i telewizja Tirana, skąd wciskała się propaganda. System był idealnie zorganizowany, nikt nie myślał o religii, Albańczycy byli pod tym względem wyjałowieni. Nad wszystkim stał Hodża nazywający religię opium dla ludu. Od kilkunastu lat ci ludzie, zarówno muzułmanie, jak i chrześcijanie, próbują odnaleźć własną tożsamość.

Czy nie istnieje niebezpieczeństwo, że z kraju ateistycznego Albania przedzierzgnie się w kraj wyznaniowy?

Rzeczywiście w tym przypadku można mówić o fenomenie. Albania przestała być krajem ateistycznym, ale przy tak dużej liczbie wyznawców islamu pozostała krajem świeckim. Prezydent i premier są wyznawcami prawosławia. Berisza, pierwszy prezydent, był muzułmaninem. Nie jest tak, że jeśli ktoś jest demokratą, to znaczy, że jest chrześcijaninem. Wśród muzułmanów można znaleźć wielu demokratów. Kościół nie ma osobowości prawnej, a państwo ani nie pomaga, ani nie przeszkadza w jego działalności.

Czy po upadku reżimu, kiedy każdy może swobodnie wyznawać swoją religię, dochodzą do głosu fundamentaliści?

Albania dopiero zaczyna budowanie państwa, idzie to z wielkim trudem. Wszystko można tu znaleźć: korupcja i rozboje są na porządku dziennym. Sprawy religii są nadal na drugim miejscu. Ludzie uciekają masowo z Albanii. Nikt nie sprawdza, czy ktoś jest muzułmaninem, czy chrześcijaninem, płyną na jednym pontonie i dopływają wszyscy albo giną wszyscy. Ale i w religię bardzo, niestety, wmieszana jest ekonomia. Zaczynam spotykać na ulicy coraz więcej muzułmanów, którzy obnoszą się ze swoją religią, przewracają paciorki na ulicy, widzę kobiety w szamitach, co jeszcze parę lat temu było rzadkością. Wiem od samych muzułmanów, że większość z nich otrzymuje pieniądze za manifestowanie swojej religijności. Od wspólnot religijnych można otrzymać za to 100 euro miesięcznie, to prawie pensja, zwłaszcza w państwie, z którego ludzie codziennie wyjeżdżają za chlebem, to jest dużo. Podobnie z budowaniem meczetów, nikt w Albanii nie byłby w stanie zrobić tego ze składek ludzi. Pieniądze napływają od wspólnot muzułmańskich z innych krajów.

W takim razie są tacy, którym zależy na rozbiciu świeckości Albanii.

Tak, ale naciski przychodzą z zewnątrz. To, bądź co bądź, przyczółek islamu w Europie. Albania ma niespełna trzy miliony mieszkańców, to kraj bardzo mały i ubogi. Gdyby nie kwestie religijne, Europa mogłaby wchłonąć ją bez problemu i za to, co dla Europejczyka jest marnym groszem, każdy Albańczyk mógłby wybudować dom. Tu nadal w wielu miejscach nie ma dróg! Zamiast nich powstają w ostatnich latach meczety. To działa na zasadzie ekspansji. Wystarczy, że nieopodal mieszka kilku muzułmanów, już stawiają meczet. Gdy jedzie się przez wioski, każdy widzi, że jest w kraju muzułmańskim.

Na czym polega działalność misji salezjańskiej w Albanii?

Nie jesteśmy tam wyłącznie dla katolików czy wyłącznie dla muzułmanów. Katolicy to na ogół ludzie biedniejsi. Ich korzenie są ciągle w górach, schodzą do miast w poszukiwaniu pracy. Są też bardzo biedni muzułmanie pochodzenia cygańskiego. Próbowaliśmy im pomagać, budować domy, ale oni wolą żyć tak, jak do tego przywykli. W Shkodrze są dzielnice, w których mieszkają w namiocikach z folii.

Bracia żartobliwie mówili mi, że Albania to kiepski przydział, nie to, co egzotyczna Afryka. Gdy wysiadłem z samolotu, zobaczyłem inny świat, bardziej chyba potrzebujący niż Afryka. Uderzające, że w Europie z jej rozszalałym postępem cywilizacyjnym, z Internetem, istnieje kraj, w którym ludzie borykają się z brakiem prądu czy asfaltu na drogach, z analfabetyzmem. Gdyby otworzono granice na 24 godziny, to wszyscy by uciekli, nic ich nie wiąże z ojczyzną. My, ludzie z zewnątrz, musimy uczyć ich przywiązania do własnego kraju, to trudne. Ważne jest dla nas, żeby stopniowo powołania rodziły się tu, wśród Albańczyków, bo my zawsze będziemy obcy, nawet jeśli nauczymy się języka. W Chorwacji jest już kilku formujących się braci.

Mamy swoje domy w kilku albańskich miastach oprócz Shkodry: w Tiranie, Pristinie. W salezjańskim charyzmacie jest przede wszystkim praca z dziećmi, z młodzieżą. W Albanii otwieramy szkoły podstawowe, w Tiranie prowadzimy szkołę zawodową dla 500 uczniów, w Shkodrze otwieramy liceum. Przygotowujemy do zawodu murarza, hydraulika, krawca. Ludzie, szczególnie z wiosek, często nie mają możliwości zdobycia zawodu, kończą tylko podstawówkę na niskim poziomie, po której nie umieją nawet czytać ani pisać.

Wśród uczniów przeważają katolicy?

Na 500 uczniów 450 to muzułmanie, w Shkodrze — gdzie pracuję — pół na pół. Do oratorium również przychodzi popołudniami młodzież muzułmańska.

Ich rodziców albo to nie obchodzi, albo podchodzą do sprawy pragmatycznie: szkoły katolickie są uważane za dobre, dają zawód, świadectwo takiej szkoły coś znaczy. Tu znów wraca wątek ekonomiczny: wykształcenie daje szansę na zdobycie pieniędzy. Poza tym chrześcijanie i muzułmanie nadal czują, że należą do jednej ziemi, nie zapomnieli o wspólnych doświadczeniach z przeszłości. Chcemy nie tylko uczyć ich fachu, ale zwyczajnie wychowywać, bo w rodzinach różnie to bywa. Młodzi chłopcy wychodzą z domu rano i robią, co chcą.

Katoliccy zakonnicy wychowują chłopców na dobrych muzułmanów?

Najpierw na dobrych ludzi. Potem na chrześcijan, muzułmanów, jeszcze dalej: katolików, prawosławnych. Formacja ludzka jest podstawowa, nie można zacząć budować domu od dachu. Gdy się wychowa dobrego człowieka, to będą dobre rodziny, dobre państwo. Takie zadanie mają szkoły, to staramy się robić w Albanii. Nie potrzeba chrztu, żeby zdobyć zawód murarza czy elektryka. Stwarzamy możliwości, ale sami muszą podjąć decyzję.

Czy przeciętny albański muzułmanin nie traktuje chrześcijanina jak niewiernego?

To są plusy i minusy komunizmu, zginęło bardzo dużo ludzi obu religii, były prześladowania, ale ludzie potrafili się połączyć, to na szczęście się nie wypaliło i myślę, że jeśli nie zostanie popsute z zewnątrz — więź przetrwa. Chodzę po ulicach Shkodry w koloratce, rozmawiam z chrześcijanami i z muzułmanami. Owszem, zdarza się, że muzułmanin przechodzi na mój widok na drugą stronę ulicy, ale to są pojedyncze przypadki.

Na pierwszym miejscu powinien być człowiek, a to, jakiego jest wyznania, to już sprawa drugorzędna. Jeśli chcę komuś pomóc, rozmawiać o jego codziennych problemach, to wyznanie nie jest najważniejsze, ale w Albanii, jak mówiłem wcześniej, to może być popsute. Każda religia pracuje nad tym, żeby zdobywać nowych wyznawców, nie tylko islam, katolicyzm przecież też. Niedobrze, jeśli odbywa się to kosztem wzajemnych stosunków, na przykład, kiedy liderzy którejś ze wspólnot odmawiają przyjęcia zaproszenia na spotkanie.

Gdzie zatem jest granica między tożsamością własnej religii a okopywaniem się za nią, tworzeniem pod pretekstem zachowywania tożsamości trudnego do przeskoczenia muru?

Młodzi Albańczycy bardzo często nie wiedzą, co to jest islam, z taką religijną obojętnością można się spotkać wśród sporej grupy ludzi urodzonych po II wojnie.

W wielu rodzinach nikt nie przejmuje się sprawami dotyczącymi religii. Rodzice nie zmuszają dzieci, aby szły do meczetu. Wielkie muzułmańskie święta obchodzi się bardziej z tradycji niż z przekonania, podobnie u chrześcijan. Albańczyk to ktoś, o kim trudno powiedzieć, w co wierzy. Rodzina albańska nierzadko jest rozbita, tu prawie każdy ma kogoś za granicą, czy to w Grecji, czy we Włoszech. Zazwyczaj zarabiać wyjeżdżają mężczyźni, więc model rodziny bywa taki: matka plus dziecko.

Na katolickie msze przychodzi młodzież muzułmańska, najczęściej po prostu z nudów. Nie wyganiamy ich oczywiście, ale to nie jest dobrze, jeśli w niedzielę przychodzą do nas, a w sobotę do meczetu, myśląc: idą moi koledzy, ja pójdę też. To właśnie zabija tożsamość.

Z drugiej strony manifestowanie swojej religijności może utrudnić kontakty między chrześcijanami a muzułmanami, wytworzyć barierę. Powiedzmy sobie szczerze, żadna kobieta ubrana jak ortodoksyjna muzułmanka nie będzie rozmawiała z mężczyzną spoza własnej rodziny, nie ma do tego prawa. Jeśli ktoś ukazuje religię na zewnątrz, sygnalizuje drugiej stronie: jestem inny niż ty.

Czy chce Ksiądz powiedzieć, że wraz z nabieraniem tożsamości musi się pojawić izolacja?

Każdy ma prawo do ujawniania własnych przekonań, ale okazywanie wiary nie może przysłonić człowieka. Z własnych doświadczeń wiem, że nie można współpracować na płaszczyźnie doktrynalnej, bo to do niczego nie prowadzi, trzeba skupić się na płaszczyźnie społecznej.

Podźwignięcie Albanii z nędzy, kryzysu materialnego jest bardzo ważne, ale naszą rolą jest przypominanie o godności człowieka, pojęciu służby dla drugiego — to jest całkowicie obce nowej generacji. Niestety, w kraju, w którym wszystkim powodzi się źle, myśli się przede wszystkim o tym, żeby poprawić własny byt, a wspaniałomyślność zostawia się bliżej nieokreślonym bogatym, bo ja przecież „nie mogę sobie na to pozwolić”.

Czy misjonarz powinien nawracać?

To nie nasze zadanie. Jestem w Albanii trzy lata, ochrzciłem kilkoro muzułmanów, ale ilu, nie liczę. Zdarzyło że nawet, że chrzciłem całą rodzinę. To jednak są sprawy drugorzędne. W pracy misyjnej chodzi o świadczenie i konkretną pracę. Nie pracujemy dla katolików, ale dla wszystkich, którzy tego potrzebują. Wybór, kim oni będą, jak się określą, o ile nie są wierzący, jest sprawą całkowicie prywatną, w którą nie można ingerować. Jestem negatywnie nastawiony do chełpliwych tekstów w rodzaju: „ochrzciłem piętnastu muzułmanów” lub: „do mnie przychodzą na katechezę całe tłumy”.

W Albanii nie jest problemem, żeby kogoś ochrzcić. Wielu chciałoby należeć do Kościoła, w którym, jak widzą, coś się dzieje, Kościół jest żywy. Zwłaszcza młodych ludzi to przyciąga. Ale nie można poprzestawać na takich socjologicznych czynnikach. Nie może wyglądać to tak: dzisiaj jestem muzułmaninem, jutro katolikiem.

Tutaj wielu ludzi urodzonych w latach 70. i 80. nie było w ogóle ochrzczonych. Zawierano śluby bez uprzedniego bierzmowania czy nawet bez pierwszej komunii. Dopiero Papież w 1993 roku uznał te śluby za zawarte w Kościele. Na różne sposoby można pokazywać, że wszyscy jesteśmy stworzeni przez jednego Boga, jakkolwiek czcimy Go pod różnymi imionami.

Jak rozmawia ksiądz o Bogu? I czy w ogóle?

Inaczej wygląda głoszenie w kościele, inaczej bezpośrednio, na co dzień. Gdy rozmawiam z muzułmanami, oni wiedzą, że jestem księdzem, wiedzą, że to wiara mnie tu skierowała. Pytają, jak to możliwe, że młody mężczyzna z Polski zostawia rodzinę, znajomych i przyjeżdża tu. To jest fakt, świadectwo, zbyt wielu słów o Bogu tu nie potrzeba. Kiedyś na spotkanie wolontariatu przyszedł Albańczyk. Otwierał szeroko oczy, bo dla nich to czarna magia, że ktoś pracuje za darmo, że poświęca wolny czas. I to właśnie jest krzewienie Ewangelii w praktyce, bez mówienia: oto katecheza na podstawie słów św. Łukasza czy Mateusza. Poza tym muzułmanie mają szacunek dla Jezusa, uważają Go za jednego z proroków.

W Damaszku Papież podkreślał, że chrześcijaństwo i islam mają korzenie w Abrahamie. Pytanie, czy druga strona postrzega to tak samo, czy są to wciąż szczytne cele elitarnego grona teologów ekumenistów?

W szkole zawodowej prowadzę zajęcia z etyki. Moi uczniowie byli zdziwieni, że ksiądz katolicki wie tak dużo na temat islamu. Staram się jak najczęściej uzmysławiać im, że nasze religie pochodzą z jednego pnia. Ale nie jest to z pewnością świadomość powszechna, jest tendencja do zasklepiania się w swoim lub do całkowitego indyferentyzmu. Staramy się uczyć dostrzegania innych wokół siebie. Papież podczas pielgrzymek nie pytał, kim kto jest, nikt nie sprawdzał przy wejściu legitymacji wyznaniowych. On chciał się spotkać z człowiekiem. Zamknięty muzułmanin tego nie zrozumie, ale podobnie przecież katolik integrysta.

Wszystkie skrajności, patrzenie na Pana Boga od strony własnego wyznania, zawłaszczanie Go to błąd. To, co czynił Chrystus, modląc się, „aby byli jedno”, wielu ludziom nie podobało się wtedy i nie podoba się również teraz wszystkim zapiekłym antyekumenistom.

Vittorio Messori, znany ze swoich radykalnych poglądów, twierdzi, że aby mówić o dialogu chrześcijańsko–muzułmańskim, trzeba by zestawić Koran z Ewangelią, z Kazaniem na Górze. Tymczasem duch ośmiu błogosławieństw jest islamowi obcy.

Tak, Koran to taki Stary Testament, Jezus był dla nich pewnym etapem i muzułmanie nie uznają Jego nauki. Oko za oko, ząb za ząb, w Albanii jest to dotkliwe. Dobrze ilustruje to zakorzenione od wieków prawo wendety. Jeśli ktoś kogoś zabił, nawet przypadkowo, to rodzina jest zobowiązania do zemsty. Chociaż rząd organizuje spotkania, żeby pogodzić rodziny zwaśnione, powstały organizacje, które się tym zajmują, to ciągle jest prawdziwą epidemią, zabójstwa z zemsty są na porządku dziennym. Gdy na przykład kogoś potrąci samochód, zaczynają się rozmowy między rodzinami, bo wiadomo, że ona jest zobowiązana do zabicia kogoś. Jak się dogadają, to znaczy jedna ze stron zapłaci odpowiednio dużą sumę — wszystko dobrze, w przeciwnym razie ktoś zginie. Pamiętam taką sytuację, że do naszej szkoły przez parę miesięcy nie przychodził chłopak, bo się ukrywał — jakaś rodzina powiedziała, że zabije z tej drugiej właśnie jego. To miała być zemsta za jakąś bójkę, w której jednej z panów zabił drugiego w wyniku ostrej sprzeczki. Po czterech miesiącach dogadali się, zapłacili olbrzymią sumę. W wioskach każdy ma kałasznikowa, granaty, tylko wtedy można czuć się bezpiecznie. Staramy się w to włączać, tłumaczyć. Niekoniecznie Ewangelią, ale dobrem człowieka.

Czy można prowadzić dialog, opierając się na pojęciu dobra człowieka, które każda religia rozumie trochę inaczej?

Rozumiem to w ten sposób: trzeba pokazać każdemu, czy to katolikowi, czy muzułmaninowi, że jest coś większego od własnego ego. Wszystkie religie mogą iść w tym samym kierunku, chociaż różnymi ścieżkami: kierować się miłością. Wydaje mi się, może zabrzmi to arogancko, że Papieżowi wmawiano trochę, że chciał za życia zjednoczyć Kościół. Co to znaczy zjednoczyć? Nie to przecież, żeby patriarcha uznał wyższość papieża, żeby jeden przed drugim uklęknął.

Czasem rzuca się wielkimi hasłami: zjednoczenie, dialog etc. Przeszkadza nam czasem jedno słowo, ale każdy ma swoją tożsamość, nie chce z niej rezygnować. Po co to przełamywać? Gdy siadamy do jednego stołu, to już jest plus, nie musimy dochodzić do formalnych porozumień, kompromisów.

Papież to najlepiej pokazywał, idąc do synagogi, do meczetu. A jeśli jakiś patriarcha czy hodża nie zechce wejść do świątyni katolickiej, to o kim to świadczy? O papieżu, katolicyzmie? Nie. Ale przecież też nie o islamie czy prawosławiu, tylko o tym konkretnym człowieku.

Dbamy o godność człowieka
Marek Gryn SDB

salezjanin, misjonarz, przez wiele lat pracował w Albanii, mieszka w Polsce....

Dbamy o godność człowieka
Katarzyna Wiśniewska

urodzona w 1979 r. – absolwentka filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, publikowała w „Azymucie”, „Znaku”, „Tygodniku Powszechnym” i „W drodze”.Mieszka w Warszawie....