Żyć z muzułmaninem

Żyć z muzułmaninem

Oferta specjalna -25%

Sankofa. Nie zmarnuj życia

1 opinie
Wyczyść

Mam za sobą małżeństwo z muzułmaninem. Kościół uznał je na mój rozpaczliwy wniosek za nieważne. Skoro myślisz o analogicznym małżeństwie, opowiem o swoim. Jeśli Ci w ten sposób pomogę w podjęciu decyzji, będę bardzo szczęśliwa.

Ahmed pochodził z Iraku. Spotkaliśmy się w Niemczech, dokąd spływa większość uchodźców. Byłam tam na stypendium, a on w ośrodku dla azylantów. Handlował używanym sprzętem, a ja potrzebowałam wielu tanich rzeczy na zagospodarowanie się — tak się poznaliśmy.

Jako osoba otwarta, tolerancyjna, bez uprzedzeń wobec odmienności religii, statusu społecznego i koloru skóry nie miałam oporów, żeby z nim rozmawiać i w ten sposób rozwijała się nasza znajomość. Potem on pracował w centrum, sprzedając kebab i karty telefoniczne, miasto było małe, więc okazji do spotkań było wiele.

To, że poważnie traktował sprawy religii, nie tylko mi nie przeszkadzało, ale wręcz odpowiadało, ponieważ moje podejście było podobne. Sądziłam, że człowiek opierający swoje życie na Bogu, niezależnie od tego, czy jest żydem, chrześcijaninem czy muzułmaninem, będzie miłował prawdę, a drugiego człowieka traktował co najmniej z takim szacunkiem, jak siebie samego.

Już w czasie naszych rozmów przy kebabie po obu stronach kontuaru i między jednym głodnym klientem a drugim rodziło się we mnie uczucie do niego, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy.

Rozmawialiśmy o sobie, o naszych rodzinach, o tym, co dla nas ważne, żartowaliśmy. Lubiłam tam przychodzić.

Tymczasem on po paru miesiącach… mi się oświadczył.

Łatwa do manipulacji

Wtedy zdałam sobie sprawę, że coś do niego czuję, ale oczywiście powiedziałam „nie”, wskazując na szereg dzielących nas różnic, których likwidacja oznaczałaby okaleczenie nas samych. Gdyby na tym się skończyło… Ale to był początek. Ahmed był człowiekiem niezwykle inteligentnym i przenikliwym, czytał w myślach innych i umiał na mnie wpływać. Byłam dla niego łatwa do ogarnięcia, a zatem i do manipulacji — miał cztery młodsze siostry i, co wyszło na jaw już po naszym ślubie, wbrew swoim zapewnieniom był już wcześniej żonaty, a ja byłam siedem lat młodszą od niego dziewczyną. Podobałam mu się, on mi też i to na tym, a nie na moich wykładach o różnicach kulturowych i religijnych, skupił się ten smagły człowiek o wielkich, orzechowych oczach. Od tego momentu do dnia naszego ślubu nie upłynęło nawet półtora roku, mimo że przez ten czas jeździłam po świecie. Umiał czekać, przekonywać, mówić właściwe słowa we właściwym czasie i oczywiście w odpowiedni sposób. Nie żałował pieniędzy na telefony, umiejętnie rozwiewał wszelkie moje wątpliwości, uspokajał podejrzenia, naciskał tak, żebym czuła się zobowiązana nie przez niego, ale przez samą siebie.

Bylebyś tylko była szczęśliwa

Po ponadpółrocznej nieobecności przyjechałam do Niemiec na dwa dni odwiedzić przyjaciół ze studiów. Oczywiście natknęłam się na Ahmeda, a on ponowił swoją propozycję małżeńską. Miał już wynajęte mieszkanie, zrobił niemieckie prawo jazdy, kupił auto. Mówił, że brakuje mu tylko mnie.

Wróciłam do Polski, a on dzwonił do mnie codziennie, kiedy zaś pojechałam ponownie do Niemiec, po miesiącu się zaręczyliśmy.

Byłam zakochana bez pamięci. Do dziś nie mogę sobie wyobrazić, że będę kiedyś kochać kogoś mocniej niż jego. Ufałam, wierzyłam, broniłam go przed innymi, a on podsuwał mi trudne do obalenia argumenty. „Co z tego, że większość małżeństw muzułmańsko–katolickich jest zła, a kobiety są źle traktowane? Czy się żenisz ze wszystkimi Arabami, czy tylko ze mną? Każdy człowiek jest inny”. Czyż nie miał racji?

Kiedy pytałam, czy na pewno nie będzie mu przeszkadzała moja niezależność, w przyszłości praca zawodowa, to, że dzieci będę wychowywać na chrześcijan, a dziewczynki i chłopcy będą traktowani jednakowo, mówił: „Kochanie, jeśli ty byłabyś nieszczęśliwa, to ja także. To źle mieć niezadowoloną żonę, wtedy dom staje się piekłem. Jeśli więc będziesz chciała iść do pracy, to sam cię tam zaprowadzę, bylebyś tylko była szczęśliwa”.

Jeśli chodzi o akceptację tego, że jestem chrześcijanką, dowiedziałam się od Ahmeda, iż Koran to akceptuje, a islam wręcz pochwala takie związki. Potem się przekonałam, że dzieje się tak dlatego, iż jeśli nawet po ślubie żona nie przejdzie na wyznanie męża (co w zasadzie nie ma żadnego znaczenia, bo kobieta w małżeństwie muzułmańskim bez zgody męża i tak nie ma nic do powiedzenia), to i tak nie urodzi i nie wychowa chrześcijan, lecz muzułmanów. Jest to więc jedna z pokojowych i najbardziej skutecznych metod szerzenia islamu, taki dżihad bez dział, więc nawet lepszy. Z drugiej strony muzułmanka nie może wyjść za żyda ani chrześcijanina ze względów, o których wyżej wspomniałam.

Będę bardzo dobrym mężem

Wtedy czułam, że jesteśmy wielcy i wspaniali, że z naszą miłością, inteligencją, poczuciem humoru, wzajemnym zrozumieniem nic nie przeszkodzi nam być szczęśliwą rodziną. To sam Bóg prowadził nas do siebie — uważaliśmy — bo inaczej niemożliwe, żebyśmy tak idealnie na siebie trafili.

Modliłam się dużo i każda modlitwa, ba, każdy fakt w moim życiu, każdy ptaszek na drzewie, każdy kwiatek i chmurka, mówiły mi, że to ten, mój ukochany, mój przyszły mąż, że to na niego czekałam całe życie. Takiego ideału, myślałam sobie, nie mogłabym sobie nawet wyobrazić. Nic dziwnego, że jest Arabem i muzułmaninem, gdyby był Polakiem i katolikiem, to byłoby za dużo szczęścia naraz. Wiedziałam — choć inni nie podzielali mojej opinii — że to nie ma znaczenia. „Pokażemy im — mówił Ahmed — że można żyć dobrze z muzułmaninem. Wiem, że narażasz się swojemu środowisku, i jeszcze bardziej cię za to kocham i szanuję. Przysięgam ci, że będę bardzo dobrym mężem, tak, żeby twoje koleżanki zazdrościły ci udanej rodziny”.

Kipiałam ze szczęścia i pękałam z dumy. Kochający, wrażliwy i do tego taki mądry.

Islamski ślub

Potem pojawił się następujący problem: nadal nie miał prawa opuszczania miejsca pobytu — jego sprawa miała być rozpatrzona we wrześniu. Tylko ja mogłam przyjeżdżać do niego i siłą rzeczy u niego się zatrzymywać. Ta sytuacja bardzo mi nie odpowiadała. Popełniłam też inny, wielki błąd.

Otóż Ahmed wybłagał, żebyśmy natychmiast wzięli ślub islamski. Tłumaczyłam mu, że dla mnie to żaden ślub, że dla katolika tylko ten katolicki naprawdę się liczy i pozwala żyć z ukochanym bez grzechu, a załatwienie takiego ślubu trochę potrwa, że to najlepiej już w Polsce, no i razem z cywilnym.

Przytakiwał. Rozumiał. Zgadzał się, popierał i… nalegał. Że tylko tak pro forma, dla niego, żeby wiedział, że naprawdę chcę być razem z nim, że to niczego nie zmieni itd.

Zgodziłam się.

Jeżeli chodzi o ślub muzułmański, to na początku krótki wstęp: kultura arabska jest, według moich obserwacji, bardzo podobna do żydowskiej (chodzi mi o kulturę żydów praktykujących judaizm), a Koran bardzo często jest zbieżny ze Starym Testamentem, szczególnie w kwestiach obyczajowych. Otóż w obu tych kulturach ślub jest jedynie rodzajem umowy cywilno–prawnej, w której główną część stanowią sprawy majątkowe, ewentualnie specjalne uprawnienia dla żony, np. żeby mąż nie żenił się po raz kolejny „za jej kadencji” lub że zastrzega sobie prawo studiowania bądź pracy w wymiarze czterech godzin dziennie etc. Jeśli te ustalenia nie znajdą się na piśmie, nie mają żadnej mocy prawnej, czyli jest tak, jakby ich nigdy nie było.

Nie oznacza to jednak, że młodzi już mogą żyć razem jak małżeństwo. Tym bardziej, że panna młoda to często jeszcze dziecko… pan młody z reguły nie wyposażył jeszcze zapisanego w kontrakcie domu i nie kupił, również ujętego w kontrakcie małżeńskim podarunku ślubnego, którym są z reguły duże ilości złotej biżuterii. To wszystko nabiera znaczenia w momencie rozwodu — chodzi o to, żeby kobieta nie została z niczym. Takich rzeczy pilnują jej męscy krewni — oni zresztą przyjmą ją po rozwodzie pod swój dach, nic więc dziwnego, że dbają o interesy.

Jeśli zapadnie wreszcie decyzja, że młodzi mogą mieszkać razem (bo wszystkie warunki kontraktu zostały spełnione lub renegocjowane), urządza się wesele. I to ono jest przepustką do wspólnego życia.

Zapomniał, ale mi kupi

Nasz „ślub” wyglądał tak, że poszliśmy w roboczych strojach (Ahmed tylko prosił, żebym miała długie spodnie i golf) do meczetu, w którym jacyś faceci grali w ping–ponga i coś czytali.

Siedliśmy na podłodze, był szejch, my i dwóch świadków. No i piłeczka pingpongowa, która co jakiś czas do nas wpadała. Szejch czytał z gotowego formularza pytania, czy chcę poślubić Ahmeda i czy on mnie, jaki dostałam prezent przed ślubem (nic nie dostałam, ale Ahmed powiedział, żeby wpisać złoty łańcuszek za 200 marek…, że zapomniał, ale mi kupi… prosiłam, żeby tego nie pisać: — Wiesz, my w tej Europie mamy tę oryginalną potrzebę prawdy, zgodności deklaracji z rzeczywistością… Oczywiście łańcuszek został wpisany. I nigdy niekupiony).

Potem nastąpiły szczegółowe pytania o to, co ma należeć do mnie w małżeństwie i po rozwodzie — dom, samochód, może jakaś kwota pieniędzy. Byłam zupełnie na to nieprzygotowana, Ahmed się kajał, że zapomniał mnie uprzedzić. Nasza katolicka mentalność, że ślub po grób, a oni o podziale majątku…

Prosiłam, żeby wpisali, że nic od niego nie chcę. Ani sztabki złota, ani cegiełki. Jeśli się mamy rozstać, to po co mi biżuteria po nim? I do dziś gratuluję sobie tego podejścia.

Oczywiście świadkowie podziwiali moją miłość, cmokali, że czegoś takiego jeszcze nie widzieli.

Potem zaczęli gratulować Ahmedowi, ściskać go, całować. Ja też chciałam, ale… nie, nie wolno. Ostatecznie po krótkiej dyskusji podali mi dłonie, choć z ukrywanym, ale jednak niesmakiem. Potem przeszliśmy do obskurnego sklepiku z arabskimi produktami spożywczymi i tam zjedliśmy po batoniku (potem przekonałam się, że jest to jednocześnie… sala modlitewna dla kobiet, bo one nie mogą modlić się z mężczyznami). Ahmed rozmawiał z kolegami, a ja stałam i czekałam, aż skończą i pójdziemy wreszcie do ludzi.

Wyszliśmy, a Ahmed zaczął przebąkiwać coś o tym, żebyśmy zaprosili gości. I tak w ciągu tygodnia zmontował imprezę. Miało być paru znajomych. W rezultacie była wielka sala, pół miasteczka gości i napisy po arabsku: „Witamy na weselu”, po polsku i po niemiecku: „Uroczystość zaręczynowa”.

Dla niego byłam już halal, czyli „dozwolona”. Mógł ze mną legalnie, w myśl Koranu, współżyć i skorzystał z tego, kiedy tylko pierwszy raz się u niego zatrzymałam.

To oczywiście nie był gwałt, raczej takie posuwanie się krok po kroku aż do skutku. Nie usprawiedliwiam się, chociaż byłam na niego zła i w ogóle załamana. On to w końcu zrozumiał, chociaż podobno kobiety arabskie o niczym innym nie myślą, tylko o współżyciu, i trudno było mu zrozumieć moje opory. Tym bardziej że w głębi duszy nie traktował przecież poważnie moich religijnych obiekcji. No cóż, swoją uległością, niestety, się do tego przyczyniłam…

Ślub kościelny

Pracowałam natomiast nad załatwieniem ślubu kościelnego. Co za głupota!

Ale to był mój pierwszy mężczyzna. Zupełnie mnie ta sytuacja upupiła. W dodatku on w pewnym momencie stwierdził, że ślub cywilny lepiej będzie wziąć później, bo on jest teraz uchodźcą, więc lepiej poczekać, aż jego sytuacja będzie lepsza.

Ślubu kościelnego sam chciał o tyle, że męczył go mój opór przed pożyciem i żale po. Chyba zdał sobie także sprawę, że po tym ślubie nigdy go już nie opuszczę.

Dlatego kupował mi krótkie sukieneczki, które mi się podobały na wystawach, chodziliśmy na plażę i imprezy z moimi znajomymi, nie zabraniał mi picia alkoholu (oczywiście nie mam zwyczaju się upijać, ale lampka wina na przyjęciu to dla mnie coś normalnego), chodziliśmy też w gości do jego znajomych. Styl życia jak w Europie.

Wszystkie wymienione wyżej rzeczy stały się wspomnieniem, od kiedy się po katolicku i przy moich rodzicach pobraliśmy. W czasie ślubu nawet klęknął, żeby przyjąć błogosławieństwo! Wszystko przebiegało normalnie, bez zakłóceń, jak na normalnym ślubie.

Chyba naprawdę bardzo mu na mnie zależało, skoro godził się na taki teatr. Na weselu było tylko trzynaście osób. Ahmed nie zaprosił nikogo ze swojego środowiska, nawet brata, który był już w Niemczech.

Krok po kroku

Zamieszkaliśmy wreszcie normalnie razem, w wynajętym minimieszkanku. Trochę jeszcze jeździłam do Polski, bo studiowałam na dziennych.

Mimo to zrobiło się już tak zupełnie małżeńsko, czyli szarzyzna dnia codziennego: gotowanie, sprzątanie, zarabianie, załatwianie miliona spraw w urzędach — Ahmed uzyskał w końcu prawo do stałego pobytu, potem wyrabiał sobie paszport, a wreszcie wizę do Polski, a także pozwolenie na pracę itd. — Niemcy, papiery, rejestracja, Ausländerbeherde, Arbeitsamt etc. Trzeba było współpracować — i to było piękne, myślę, że gdyby nie te koszmarne różnice środowiskowe, kulturowe, religijne, bylibyśmy tacy szczęśliwi. Ale człowiek nie żyje w próżni. Moich znajomych było już dość mało — stypendia się pokończyły, na stałych studiach było zaledwie parę osób. Poza tym Ahmed krzywo patrzył na moje wyjścia z domu, a gdy spotykałam się z kolegami, był po prostu chory. Robił mi sceny zazdrości (nigdy nie przy ludziach), dawał jasno do zrozumienia, że jego żona nie będzie się spotykała z żadnymi mężczyznami. W islamie wszystko kojarzy się z seksem, jeśli tylko w czymś biorą udział ludzie różnej płci!

Nie było czasu na udawanie. Jedzenie miało być islamskie — na wszelki wypadek Ahmed sam zaczął robić zakupy, żeby nie było szynki, alkoholu. Doszło do tego, że potajemnie kupiłam ojcu buteleczkę rumu w winiarni! No i oczywiście obrazy religijne (jeden przywiozłam z USA i zawiesiłam go jeszcze przed ślubem, drugi dostaliśmy w prezencie), które Ahmed po prostu… zrzucał ze ścian. Na początku nawet wierzyłam, że same spadały! Potem, że Ahmed naprawdę tak się śpieszył, że nie miał czasu ich wydobyć zza szafy! No, ale ile razy? I te argumenty, że nie miał siły odsunąć telewizora (bo tam „spadł” obraz), choć sam go wcześniej wniósł na drugie piętro.

Nie możesz mi ustąpić?

Najgorsze było to ciągłe udawanie, nieszczerość. Wiedział przecież przed ślubem, że te obrazy będą tu wisieć. „Ale muszą? Nie możesz mi ustąpić, być mądrzejsza?”. Jasne, że mogłam. Tylko w gąszczu tych ustępstw poczułam, że mnie już po prostu nie ma! Nie tak jem, nie tak się modlę, rozmawiam, kiedy powinnam milczeć, milczę, kiedy powinnam się uśmiechać! No i złoszczę się, kiedy on wychodzi i nie wiadomo, kiedy wróci. To nienormalne! Tak nie może być! Dzwonię po niego, gdzie jest i kiedy będzie! Jaki wstyd przed kolegami! Tłumaczyłam, że jestem sama w domu, w mieście i w kraju, a poza tym martwię się o niego. Rozumiał, przytulał, całował, podziwiał moją troskliwość i opiekuńczość i… nic się nie zmieniało. Pożyczył mój rower koledze — akurat, gdy wybierałam się do kościoła. Spóźniłam się 20 minut… A potem: „Jaka jesteś nerwowa, ale ja Cię i tak kocham, zmienię Cię tak, żeby już tych nerwów nie było”.

Rower przez tydzień był nie do odzyskania, bo… kolegi nie można było spotkać, ale ponieważ mieszkał w naszej klatce, powiedziałam, że może ja będę mieć więcej szczęścia. Ahmed pociemniał na twarzy: „Nie zrobisz tego!”. Nie zrobiłam. Ze strachu. Zamiast tego złościłam się o drobiazgi, bo czułam się poniżona i potraktowana jak rzecz, która nie ma prawa głosu. Ze strachu przyniosłam z kościoła taką kubistyczną szopkę, żeby się mój arabski mąż nie połapał, że to Święta Rodzina… udało się, nie rozpoznał konturów ludzkich, nie wyrzucił…

Miejsce kobiety

A byliśmy niespełna dwa miesiące po ślubie. To wtedy przyznał mi się, że był już żonaty. Pytałam go o to przed ślubem — zaprzeczył, i to patrząc mi głęboko w oczy spojrzeniem niewinnego człowieka podejrzewanego o świństwa. Był zraniony moimi podejrzeniami!

Był to dla mnie potworny szok. Oczywiście mówił, że pewnie mnie utraci, że jestem jak złoto, a on nie jest mnie wart, że jeśli teraz od niego odejdę, to on straci największy skarb swego życia, przegra je, ale takie są fakty.

Nietrudno sobie wyobrazić, co czułam. Z dala od bliskich — fizycznie i mentalnie, przebywając niby w Niemczech, ale właściwie wyłącznie — poza sklepami i urzędami — w gronie Arabów, i to głównie mężczyzn, z którymi rozmowy były mi coraz bardziej radykalnie zabronione. Byliśmy raz na rodzinnej imprezie. Niestety, wylądowałam z kobietami w kuchni, a on przy stole z gośćmi, czyli z mężczyznami. To wszystko było dla mnie zaskoczeniem. Mogłam ostentacyjnie wyjść albo zostać. Zostałam, bo chciałam się czegoś dowiedzieć o życiu tych kobiet, na szczęście jedna mówiła dość dobrze po angielsku. Jadłyśmy z jednego talerza, one brudne i śmierdzące tłuszczem po całym dniu roboty w kuchni, zmęczone — dla kogo niby się przebierać, skoro mężczyźni w innym pomieszczeniu, a trzeba będzie jeszcze zmywać? Mnie najwyraźniej statusu gościa nie przyznały, a co do mężczyzn, to rzecz jasna nie widziałam ich na oczy.

Teraz wiem, że kobieta w islamie ma pozycję zbliżoną do pozycji dziecka. Dobry mąż jest odrobinę jak dobry ojciec: wychowuje swoją żonę, wyznacza jej granice zachowań, kontroluje ją i zapewnia jej opiekę. Dobry mąż czasem musi nawet okłamać swoją żonę, żeby chronić ją przed złem tego świata i… przed swoim własnym złem (kiedy np. ją zdradza). A także, żeby sprawić jej przyjemność.

To tak jak z dzieckiem i św. Mikołajem (czy to kłamstwo? tak, ale z miłości, bo dla dziecka tak lepiej), z niedopuszczaniem dziecka przed telewizor lub w miejsce, w którym dzieje się coś nieodpowiedniego. Kobieta w islamie jest nie do końca wiarygodna (zeznanie przed sądem jednego świadka mężczyzny warte jest tyle, ile dwóch kobiet!), dziedziczy połowę tego, co jej brat, nie jest też samodzielna — zawsze i wszędzie musi znajdować się pod opieką mężczyzny, czy to ojca, brata, męża czy nawet syna.

To jest oczywiście dość skomplikowany układ i np. matka młodego muzułmanina ma na niego ogromny wpływ, a wręcz władzę nad nim. Tak powiedział mi kiedyś Ahmed: „Z żoną zawsze można się rozwieść, a matkę mam tylko jedną”. Muzułmanka może być jedną z wielu żon swego męża lub — w przypadku rozwodu — może mieć kolejnego małżonka, ale dla swego syna będzie zawsze wyjątkową, jedyną matką. Córka, niestety, będzie się musiała podporządkować teściowej, dlatego matki muzułmańskie mają do synów stosunek szczególny: to oni są ich oczami na świat, opiekunami, i wreszcie to za ich pomocą kobiety sprawują władzę. Chrześcijańskie „i porzuci on ojca swego, matkę swoją, i złączy się ze swoją żoną, i będą jednym ciałem”, ma dość rewolucyjny charakter. Zwłaszcza w świetle tego, że związek małżeński jest święty i wszelkie wtrącanie się teściów jest naganne (choć to bardzo częste i u nas, bo mające — według mnie — taki dość naturalno–biologiczny charakter). Islam niczego takiego nie uznaje, a więzy krwi to więzy krwi.

W kontekście takiej pozycji kobiety nawet karanie jej biciem lub izolacją może być zrozumiałe — tak jak w określonych okolicznościach jest to dopuszczalne w stosunku do nieposłusznego dziecka, dla którego jednak chce się przecież dobrze.

O tym, żeby podobnie traktować męża, nie ma oczywiście mowy. W małżeństwie muzułmańskim nie ma partnerstwa, a małżeństwo muzułmańskie to takie, w którym mąż jest muzułmaninem. Żona, jeśli nawet chodzi do kościoła, musi być mężowi posłuszna.

Kobieta i tak nic nie zrozumie

Spróbuję zilustrować ten protekcjonalny stosunek do kobiety, o którym wspomniałam. Otóż bratowa Ahmeda była u swojego ojca w Jordanii w ostatnich miesiącach ciąży, gdy brat Ahmeda zapragnął podbić świat i przedostać się do Europy. U wybrzeży Libii wsiadł na łódź i wraz setką takich jak on ruszył na rozwalającej się łupince przez Morze Śródziemne do Włoch. Nie wszyscy, zdaje się, przeżyli, bo łódź zaczęła tonąć — szczegółów nie znam, gdyż trudno było mi z tej historii wyłowić spójną wersję wydarzeń, ale on się w końcu przedostał na jedną z włoskich wysp, potem na kontynent, następnie do Francji, Niemiec i wreszcie dotarł do Ahmeda. Trochę to trwało, bo oczywiście łamał wszelkie możliwe przepisy, ciągle go ktoś na tym przyłapywał, uciekał z kolejnych ośrodków (podając, rzecz jasna, za każdym razem inne nazwisko i dane osobowe) etc. W tym czasie zrozpaczona żona dzwoniła do mojego Ahmeda, żeby się dowiedzieć, co się dzieje z jej mężem. On ciągle powtarzał, że już za dwa dni się spotkają i że zaraz potem ona będzie mogła do niego przyjechać. Byłam świadkiem tych rozmów (Ahmed tłumaczył mi potem ich treść) i złościło mnie, że nie mówi prawdy żonie swojego brata, który podjął ryzykowną walkę z morzem, a potem ze wszelkimi możliwymi instytucjami UE; że mogą mu nie dać prawa pobytu, a już ściągnięcie jej będzie na pewno bardzo skomplikowane i czasochłonne. Ale on mówił, że to przecież kobieta, i tak nic nie rozumie, po co ją denerwować etc.

Sugerowałam, że po dwóch tygodniach zapewnień, iż mąż za dwa dni będzie na miejscu, nawet najgłupsza kobieta się połapie, że jest oszukiwana i straci szacunek do osoby, która wprowadza ją w błąd, przestanie jej ufać i wierzyć nawet w innych kwestiach.

Pomijam już fakt podejmowania tego typu działań bez zgody i wiedzy żony, która jest w ciąży i może zostać wdową, nie wiedząc nawet o tym. I ten ich stosunek do naszego prawa…

Mnie to nie będzie dotyczyć

Niestety, obserwowałam wiele takich sytuacji u innych małżeństw arabskich i kurdyjskich. Na początku łudziłam się, że mnie to nie będzie dotyczyć — jesteśmy przecież małżeństwem mieszanym, Ahmed wiedział, że nie wejdę w pozycję arabskiej kobiety, mam aspiracje, wiedzę i podczas rozmowy jestem partnerem, a nie biernym odbiorcą. Rzeczywiście tak było, ale tylko o tyle, o ile nie stało to w kolizji z jego planami. Tzn. mogę pracować, chodzić do kościoła, modlić się czy urządzać dom tak, jak chcę, ale pod warunkiem, że on nie ma wobec mnie innych planów, np. kiedy on jest w domu, ja też mam w nim być.

Oczywiście, nie na zasadzie nakazu czy przymusu. Na początku nawet podobało mi się, że tak szuka mojej obecności, iż jest mu przykro, kiedy nie ma mnie w domu, zniechęca mnie do wyjścia czy do robienia jakichś rzeczy (nawet prania, a tym bardziej np. modlitwy), kiedy on jest i chce być ze mną blisko. Potem zaczęłam się w tym dusić i oczekiwać także od niego pewnej elastyczności: jeśli msza jest w niedzielę o 10, to chcę na niej być, jeśli mam ochotę kupić szynkę, to choć 10 razy dałam się namówić na co innego, ostatecznie chcę wreszcie zjeść tę szynkę, jeśli umawiam się ze znajomymi ze studiów, to nie widzę powodu, by kolejny raz na takim spotkaniu nie być, bo mąż jest wiecznie ważniejszy.

Masz zepsute nerwy

Ahmed nigdy nie podnosił głosu ani tym bardziej ręki. Stosował metodę małych kroków. Mówił, że wszystkie ważne rzeczy będziemy w małżeństwie konsultować, omawiać i dopiero potem podejmować decyzje. W rzeczywistości, jeśli faktycznie o czymś rozmawialiśmy i Ahmed nie przekonał mnie do swej wersji, robił swoje bez mojej aprobaty i nie widział w tym problemu. Raczej widział go po mojej stronie, — bo „przecież rozmawialiśmy na ten temat, więc dlaczego się tak złościsz, masz zepsute nerwy” — kiedy wychodził, np. zostawiając mnie samą w domu (Niemcy, Boże Narodzenie, zero Polaków, a my mamy jeden klucz, więc nawet nie mogę wyjść i z rozpaczy powłóczyć się po opustoszałych ulicach).

Mózg mi się lasował, kiedy myślałam o swojej przyszłości. Wyłam do Polski, ale nie chciałam zostawiać Ahmeda. Wreszcie krótko po sylwestrze, który spędziliśmy w domu sami, smażąc naleśniki (niby bardzo zabawne, raz w życiu tak można, ale czułam, że to ma być tak na zawsze), wyjechaliśmy do Polski. I to był początek końca naszego małżeństwa.

Po przyjeździe do Polski zaczął znikać na dobre. Nigdy nie wiedziałam, gdzie jest i kiedy przyjdzie. Czasem okazywało się, że pojechał do Warszawy, czasem, że jest w Niemczech. Wracał zawsze, jak gdyby wyszedł do sklepu i wrócił po 15 minutach. Nie rozumiał moich nerwów. Doszło do tego, że rzucał śnieżkami w moje okno, żebym mu otworzyła drzwi, kiedy wracał w nocy. Wstydziłam się przed rodzicami, u których mieszkaliśmy. Potem dałam mu swoje klucze i swoją komórkę. Niestety, przestał ją odbierać, widząc hasło „dom”!

Niewidzialny rozmówca

W Polsce prawdopodobnie Ahmed znalazł (bo też i ich szukał) takich muzułmanów lub też muzułmanina (szejcha), który mówił mu krok po kroku, jak ma ze mną postępować. Czasem miałam wrażenie, że nie rozmawiam z własnym mężem, ale z niewidzialnym rozmówcą, co do którego jednak mąż zawsze dawał mi wymijające odpowiedzi. Jednocześnie prosił, żebym nikomu nie opowiadała o naszych sprawach i problemach, bo ktoś może zechcieć zniszczyć nasz związek, nikomu, nawet własnej siostrze. Rzecz w tym, że nie mam siostry, o czym doskonale wiedział — prawdopodobnie jednak powtarzał jota w jotę to, co usłyszał od swego duchowego mistrza, tłumacząc mi to tylko na polski.

Upłynęło wiele czasu, zanim zorientowałam się, że izolując mnie od mojego środowiska, a nawet rodziny (choć mieszkaliśmy z moimi rodzicami i bratem! Ale oni nic nie wiedzieli, a on był cudownym zięciem, który zmywał gary i okazywał najwyższy szacunek mojej matce!), sam jednocześnie opowiada o wszystkim, co się między nami dzieje, „swoim”.

Parę razy byliśmy w gościnie u jego znajomych Arabów, którzy osiedlili się w moim mieście. Niektórzy się pożenili się z Polkami, z których część przeszła na islam.

Dla mnie to było coś jak z Procesu Kafki, podziemny świat, który jest jednak tak mocno obecny w moim mieście, że wchodząc do niego, można w ogóle zapomnieć, iż się jest w środku Europy.

Próbowali robić mi pranie mózgu, podważali Pismo Święte, jeden mówił, że przez parę lat podszywał się pod świadka Jehowy, żeby poznać Biblię oraz ich metody działania. Potem udało mu się zwerbować część wyznawców, głównie kobiety, które przyszły na islam i mają muzułmańskich mężów. Ahmed milczał jak zaklęty, był im totalnie posłuszny, nie bronił mnie przed atakami, nawet kiedy z płaczem go o to prosiłam. A oni mówili: „Dlaczego się trzęsiesz, to chyba z nerwów, dlaczego nie odpowiadasz na pytania, dlaczego nie patrzysz mi w oczy???”. Modliłam się w duchu, a oni czuli, że się odcinam. Powiedziałam przez zęby, że teraz rozumiem, jak można bezkrytycznie wsiąść do samolotu i zaparkować w biurowcu pełnym ludzi. Nie wszyscy w końcu są w stanie oprzeć się indoktrynacji. Krzyczeli, że ich obrażam, że jestem niemiła, a oni są przecież mili, że boli ich takie porównanie (w tle non stop jakaś Al–Jazeera czy inna arabska TV, Palestyńczycy piorą się z Żydami), dookoła ciekawskie dzieci, no i ja.

Po jednej takiej wizycie pokłóciliśmy się z Ahmedem, który powiedział, że będę musiała przeprosić tego faceta, że to najlepszy muzułmanin w okolicy (z wykształcenia jest lekarzem, pracuje w kebab–barze, bez obywatelstwa, kompleksy czuje się na kilometr, silna osobowość; żona lekarka, Polka, przeszła na islam, ślepo posłuszna mężowi, nawet umalowana po arabsku i w sandałach, choć to była zima, no i chusteczka na głowie; mieszkają w służbowym mieszkaniu, które przysługuje jej, bo jest kierowniczką wiejskiej przychodni; a wychowała się… dwie ulice od mojego rodzinnego domu!).

Powiedziałam, że nie chcę tego człowieka więcej widzieć, że nikt nigdy nie potraktował go w ten sposób w domu moich przyjaciół, choć to on jest tu obcy.

Dziecko jak noga

W czasie tamtej wizyty rozmawiałam z żoną owego Palestyńczyka o naszych postanowieniach, że dzieci będą wychowane po chrześcijańsku etc. Parę dni potem Ahmed powiedział mi, że to absolutnie niemożliwe, że jego syn będzie recytował Koran lepiej od niego, do kościoła dzieci nie pójdą, w przeciwnym razie nigdy ich nie zobaczę, że jego dziecko, to jak jego noga: jak chce, może odciąć i wyrzucić. Mój Ahmed nie brał poważnie pod uwagę tego, że dzieci mogą nie być muzułmanami. Był przekonany, że Allach mu w tym dopomoże, jeśli tylko on będzie postępował w odpowiedni sposób.

I to był koniec. Mogłabym znieść jeszcze wiele upokorzeń, ale lęk o dzieci — których nie mieliśmy, ale w końcu pożycie prowadzi do ich poczęcia — zadecydował jednoznacznie o tym, że podjęłam decyzję o rozstaniu. Tego wieczoru Ahmed wyjeżdżał do Niemiec.

Powiedziałam mu, że nie będziemy razem sypiać, jeśli nie odwoła swoich nowych ukazów. W głębi duszy wiedziałam, że nie ma już dla nas szans. Wiedziałam, że niczego nie odwoła, bo… to było to, czego on się od początku trzymał, tylko to ukrył. Pokazałam mu nasz protokół ślubny, w którym była mowa o katolickim wychowaniu potomstwa, i jego deklarację, że nigdy przedtem nie był żonaty. Udawał, że pierwszy raz widzi go na oczy!

Ostatnia rozłąka

Potem znów była długa rozłąka. On był w Niemczech, dzwonił, próbował mnie tam ściągnąć. Mówiłam, że tym razem nie będę już jeździć, że teraz ja czekam na niego.

Miałam sesję, zaczęłam chorować z nerwów. Chudnięcie, krwawienie z żołądka, lekarze nie wiedzieli, co mi jest. Kiedyś straciłam przytomność u lekarza, musieli mnie reanimować, bo ustała akcja serca.

Nikt nie wie, skąd takie objawy. A mój mąż wzywa mnie do Niemiec! Nie wytrzymałam, powiedziałam rodzinie. Próbowali z nim rozmawiać telefonicznie, ale mówił, że np. nie może rozmawiać, że zadzwoni za godzinę, no i o 3 w nocy szliśmy wreszcie spać, nie doczekawszy się kontaktu. Mnie mówił, że go sprzedałam. A ja go tak bardzo kochałam! Jakie to byłoby proste, gdyby był mi obojętny!

W końcu przyjechał. Przymilał się. Nocował raz u mnie, raz poza domem. Oczywiście, bardzo mnie kochał, byłam jego skarbem, którego nie jest wart, prosił, żebym się zgodziła na islam w domu, bo on nie może inaczej, nie wolno mu. A mnie wolno?! Oczywiście nie rozumiał, że ja też nie mogę. Nie mogę gwałcić siebie, udawać, że uznaję pewne aspekty islamu, które są dla mnie barbarzyńskie, obrzezanie dzieci, dyskryminacja kobiet, ten tępy, bezkrytyczny absolutyzm, ignorowanie niemuzułman, nie–nas! Nie mogę tłumaczyć dzieciom, że posiadanie czterech żon jest normalne i jednocześnie, że to niewierność! Jak mogę uziemiać swoją córkę nieustającą kontrolą rodziny, a syna nie, bo ona się na pewno puści, a on nie!?

Jak mogę nie uczyć dzieci tego, co dla mnie najważniejsze, a jednocześnie karmić je, przewijać i opierać? I w swoim kraju, przez tyle lat niewolonym z zewnątrz, czuć się jak niewolnica i wstydzić się jedzenia wieprzowiny, która w naszym klimacie jest mięsem bardziej odpowiednim niż wołowina i baranina?

Takie bezpłodne dialogi, przetykane zapewnieniami o miłości trwały około trzech miesięcy. Odchodziłam od zmysłów. Poszłam do sądu kanonicznego, ale tam też nikt nie witał mnie z otwartymi rękami. Nie mogli zrozumieć, że nie znam adresu Ahmeda (zmienił mieszkanie), że nie mamy ślubu cywilnego i całej masy drobnych szczegółów. Ahmed był w Niemczech. Pewnego dnia zaczęłam się modlić, leżąc krzyżem na ziemi, błagając Boga, żeby dał mi odrobinę światła w tej sytuacji, bo czułam, że zaczynam ocierać się o obłęd.

Godzinę później zadzwonił telefon — Ahmed był w Polsce i prosił o spotkanie.

Właściwie do dziś nie wiem, po co się ze mną chciał spotkać. Pytał, czy do niego wrócę. Chciał mieć ze mną dziecko, chciał, żebyśmy pojechali do Niemiec.

Oczywiście nadal obstawał przy islamie i nie potrafił powiedzieć, co robił przez te ostatnie trzy miesiące.

Ale mnie przecież kochał! Powiedziałam mu, że nie czuję się przy nim bezpieczna i że te ciągle kłamstwa sprawiają, że mu nie wierzę. Pokazał mi jakiś adres i pytał, czy nie wiem, gdzie to jest.

Podjechaliśmy w to miejsce razem i wtedy okazało się, że to nowa siedziba meczetu, większa od poprzedniej. Parę osób witało się z nim, ale on natychmiast chciał się zbierać. Dziwiło mnie to… Na drugi dzień, targana jakimś dzikim niepokojem, poszłam do tego meczetu w porze ich modłów z myślą, że muszę coś mu powiedzieć, sama nie wiedziałam co, ale byłam wściekła…

Jaka zła żona, jaki on biedny

Przyszłam wprost… na jego wesele.

Chcieli mnie wyprosić, a potem wyrzucić… Byłam w szoku, ale nie dałam się tym razem zastraszyć i wpędzić w poczucie winy. Pannę młodą zabarykadowano na górze, w kobiecej części. Inne baby, w większości Polki (oczywiście w chustkach), krzyczały „jak go kochasz, to mu nie przeszkadzaj!” albo „jaka zła żona, jaki on biedny”.

Część z nich znałam, byłam u tych ludzi w domach. Ahmed schował się w jakimś pokoju. Krzyczałam, żeby go tu przyprowadzić, żeby nie tchórzył. Ktoś zaczął mi wymyślać po niemiecku. Jakiś wielki Murzyn chciał mnie koniecznie wyrzucić siłą, ale inny maleńki Arab przekonywał go, że lepiej zawoła policję. Zachęciłam go do tego… Ktoś w końcu zepchnął mnie ze schodów, przy okazji pospadało trochę dzieci, których nikt nie zabrał z placu boju.

I w takiej przemiłej atmosferze wymienialiśmy zdania, z których dowiedziałam się lub domyśliłam, że ta kolejna żona mojego męża to też Polka z mojego miasta, która przeszła na islam. Myślę, że nie było tam nikogo z jej krewnych, bo po tym, co usłyszeli na temat Ahmeda, powinni się byli zainteresować kontaktem ze mną. To wtedy dowiedziałam się, że nasza sytuacja była na ustach całego meczetu. Ahmed powiedział szybko coś jak abrakadabra i to, wytłumaczyli, jest rozwód.

W końcu uciekł z tą swoją kobietą. Potem przyjechał po mnie mój brat, którego wezwałam przez komórkę, i natychmiast zadzwonił na policję, mówiąc, że są tu nielegalni imigranci. Ten mały Arab rozpaczliwie próbował go powstrzymać, piszcząc, że on tu jest gospodarzem, a jak mu się nie udało, natychmiast zwiał wraz z całą resztą, która dostała nagłego przyspieszenia.

I wtedy widziałam Ahmeda ostatni raz.

Żyć z muzułmaninem
Sylwia Gawron

była żona muzułmanina....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze