Bracia dominikanie
fot. Maciej Chanaka OP

W tej sprawie zawiniło wiele osób, ale żeby uniknąć rozmywania odpowiedzialności, trzeba powiedzieć wprost, że w zakonie podstawowa odpowiedzialność spada na nas – prowincjałów. Decyzje w sprawie Pawła M. od początku były złymi decyzjami.

Sprawa Pawła M.

Rozmawiają Paweł Kozacki OP, Krzysztof Popławski OP i Katarzyna Kolska, Włodzimierz Bogaczyk

Czy gdyby nie odwaga i determinacja jednej z zakonnic – wykorzystanej psychicznie i seksualnie przez waszego współbrata Pawła M. – która zgłosiła się do prokuratury, to nigdy nie dowiedzielibyśmy się o tym, co się wydarzyło we Wspólnocie św. Dominika we Wrocławiu?

PK: Chyba byśmy się dowiedzieli. Dwie sprawy mogły o tym zadecydować. Po pierwsze – determinacja poszkodowanych, którzy podejmowali działania w celu wyśledzenia, co robi Paweł M. oraz domagali się wyjaśnienia, dlaczego głosi rekolekcje. To oni odszukali siostrę Małgorzatę. Po drugie – nasz współbrat Marcin Mogielski, który zaangażował się w działania przeciwko księdzu Dymerowi (oskarżonemu o seksualne wykorzystywanie nastoletnich chłopców – przyp. red.). Ktoś mu wtedy powiedział: Zajmujesz się Dymerem, a wy macie w swoich szeregach Pawła M. I Marcin zaczął nawiązywać kontakty z poszkodowanymi. Sam niestety byłem przekonany, że sprawa została dawno zamknięta, a ja mogę jedynie pilnować, żeby Paweł nikogo już nie skrzywdził.

A może czekaliście, aż umrze ojciec Maciej Zięba, który jako pierwszy z waszej trójki dowiedział się o przestępstwach Pawła M.?

PK: Ja nie czekałem.

KP: Kiedyś myślałem w tym kontekście o osobach pokrzywdzonych, które miały z Maciejem Ziębą bardzo bolesne doświadczenia i być może jego śmierć coś w nich uwolniła, ale z drugiej strony wiem, że któraś z osób przygotowywała się już do podjęcia kroków prawnych przeciw niemu, kiedy jeszcze żył. Myślę, że jednak jego przedwczesna śmierć wszystkich zaskoczyła.

Czytając raport, odniosłem wrażenie, że były osoby, które starały się coś w tej sprawie zrobić. Ale jest też tam sporo obojętności: Coś słyszałem, coś do mnie docierało, ktoś coś mówił, ale nie bardzo mnie to interesowało. Jak oceniacie dzisiaj swoje zaangażowanie w wyjaśnienie tej sprawy?

PK: Trudno mi myśleć o sobie i swoim postępowaniu jako o obojętności, bo już w latach 90., gdy się dowiedziałem o sekciarskich zachowaniach Pawła M., jako jeden z pierwszych alarmowałem ówczesnego prowincjała Macieja Ziębę. W tym, czego się wtedy dowiedziałem, nie było jeszcze mowy o wykorzystaniu seksualnym. Po ujawnieniu nadużyć wrocławskich wierzyłem, że Maciej odpowiednio sprawę załatwił, to znaczy, że zajął się osobami pokrzywdzonymi, a Paweł został ukarany adekwatnie do sytuacji. Zresztą przez niemal dziesięć lat pomagałem duchowo wielu osobom z dawnej wspólnoty Pawła M. w Poznaniu, nie znając dokładnie całej historii wrocławskiej. Sprawa wróciła do mnie w innej perspektywie dopiero w 2014 roku, gdy zostałem prowincjałem.

I wtedy zajrzał ojciec do dokumentów…?

PK: Tak. Od Krzysztofa Popławskiego, mojego poprzednika, dowiedziałem się, że sprawa została prawnie zamknięta. Krzysztof powiedział mi wtedy jeszcze coś takiego: „Gdyby to ode mnie zależało, wyrzuciłbym natychmiast Pawła z zakonu, ale w tym momencie nie możemy już nic zrobić”. W związku z tym jako prowincjał przeszedłem na pozycję człowieka, który pilnuje, żeby Paweł nikogo nie skrzywdził.

Kto ponosi odpowiedzialność za to, że Paweł M. do dzisiaj jest księdzem?

PK: Odpowiedzialność jako kierujący prowincją zakonu ponoszą wszyscy trzej prowincjałowie, czyli nieżyjący już Maciej Zięba, mój poprzednik Krzysztof Popławski i ja, obecny prowincjał.

Czy macie poczucie winy i czy obawiacie się pociągnięcia do odpowiedzialności za zaniedbania z waszej strony, o których mówi raport?

PK: Jestem gotowy ponieść karę. Nawet jeśli sam raport tego nie sugeruje. Powiedziałem to, kiedy została ujawniona ta sprawa, i cały czas to podtrzymuję. Mam tylko nadzieję, że mnie nie wyrzucą z zakonu.

KP: Ja dokładnie tak samo. Mam poczucie odpowiedzialności moralnej. To nawet ważniejsze dla mnie niż ta tak zwana odpowiedzialność polityczna, o której mówi komisja. Ten raport jeszcze bardziej uświadomił mi skalę skrzywdzenia bardzo konkretnych osób. To jest coś, co przekracza moją wyobraźnię. I dlatego chcemy przeprosić skrzywdzone osoby i prosimy je o przebaczenie.

Kto na to pozwolił?

KP: Jest wiele winnych osób, ale żeby nie rozmywać odpowiedzialności, trzeba powiedzieć wprost, że w zakonie podstawowa odpowiedzialność spada na nas. Decyzje w sprawie Pawła M. od początku były złymi decyzjami, nawet jeśli jako prowincjałowie korzystaliśmy z opinii prawników oraz biegłych psychologów i psychiatrów, które okazały się błędne.

Czy można powiedzieć, że zostaliście zwiedzeni przez prawników?

PK: Nie użyłbym słowa „zwiedzenie”, bo prawnik prowincji, z którym współpracowałem, był głęboko przekonany, że nie mamy ruchu. Natomiast rzeczywiście działałem zgodnie z tym, co mówił. Gdybym usłyszał od niego – a Krzysztof może powiedzieć pewnie to samo – że istnieje sposób wydalenia Pawła M. z zakonu, to bym to zrobił. Jeżeli tego nie zrobiliśmy, to dlatego, że według naszej ówczesnej wiedzy nie było to możliwe.

A co z opiniami psychiatrów?

PK: Po wyborze na prowincjała byłem przez Pawła M. naciskany, bym zezwolił mu na prowadzenie działalności duszpasterskiej. Sporządzenie opinii powierzyłem profesorowi psychiatrii, który zajmuje się diagnozowaniem przestępców seksualnych opuszczających więzienie, żeby sprawdzić, jakie stanowią zagrożenie dla otoczenia. Przyznaję – licz

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 10, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść