O tym jak dominikanie z Królową Tatr zamieszkali

O tym jak dominikanie z Królową Tatr zamieszkali

Dlaczego właśnie tu, wysoko w górach? Dlaczego prostej dziewczynie pasącej owce? Dlaczego ludzie w to uwierzyli, dlaczego nigdy nie zapomnieli, dlaczego tu przychodzili i przychodzą? Jak to opowiedzieć, by nie było sentymentalnie i tandetnie jak z obrazka kupionego na parafialnym odpuście? Czego się uchwycić?

Każde objawienie jest tajemnicą, balansuje między tym, co prawdziwe i nieprawdopodobne. Odwołuje się do wiary, ale domaga się rozumu. Nie ma tu rany, w którą można włożyć palec. Jest tylko historia zapamiętana przez ludzi, przechowana w ich sercach. Jest doświadczenie tych, którzy przyszli i choć nie mogli zobaczyć – uwierzyli.

Są wreszcie słowa Jezusa, że przecież Bóg wybrał to, co głupie w oczach świata. I o tym będzie ta opowieść.

Polana

Nie da się tu przyjechać. Trzeba wejść. Droga nie jest zbyt uciążliwa nawet dla niewprawnego turysty. Szeroka, kamienista. Można napić się wody ze strumienia, można przysiąść na drewnianej ławce, by na chwilę odpocząć. Nawet w upalny dzień nie jest upalnie. Czuć przyjemny chłód lasu, który nie pozwala słońcu zbytnio rozgrzać ziemi. Każdy, kto wejdzie na Polanę, powie, że jest tu najpiękniej, że widoki niezapomniane. Poezja natury. Można siąść na kamieniu albo na trawie i się gapić. Bez końca. Na Hawrań i Murań, na Płaczliwą Skałę i Szalony Wierch, na Gerlach, Rysy, Mięguszowieckie Szczyty. Latem i zimą.

Kiedyś turystów, którzy przyszli na Rusinową Polanę, witała Babka Kobylarczykowa. To było jej miejsce na świecie, jej dom. Częstowała herbatą i mlekiem, robiła ser, dzieliła chleb. Dawała dach nad głową. Przez długie lata była symbolem i legendą tej polany. Drobna, wręcz filigranowa staruszka była gaździną pełną gębą. Jej szałas stał się nie tylko schronieniem przed nocą, burzą czy wiatrem. Jej szałas był miejscem spotkania. Ktokolwiek tu zaszedł, witał się z Babką Kobylarczykową jak z kimś bliskim, do kogo się wraca. Rozpoznawała znajome twarze, cieszyła się z tych nowych, pamiętała imiona i przyzwyczajenia stałych bywalców. Wysyłała po wodę do strumienia, prosiła, żeby drzewo narąbać. Nikt jej nie odmawiał, nikt z nią nie dyskutował – polecenia Babki Anieli były niemal święte. Nawet Karol Wojtyła, który często zaglądał na Rusinową Polanę, już jako kardynał ochoczo chwycił wiaderka i pobiegł po wodę.

Przeziębionych leczyła ciepłym mlekiem albo ziołami, pilnowała, żeby w piecu zawsze był ogień, bo przecież nie mogło nigdy zabraknąć gorącej herbaty. Lubiła siadać przed swoim szałasem, by przesuwając paciorki różańca, modlić się po swojemu – za ptaki, za kwiatki, za krowę, żeby się ocieliła, za pogodę, za syna. Wieczorem, niby zapraszając, niby przynaglając, ciągnęła nawet tych najbardziej opornych do kaplicy na Wiktorówki na wieczorną modlitwę. Ilu ludzi ją znało? Ilu spało na sianie w szałasie Babki Kobylarczykowej? Ilu piło herbatę, którą podała? Ilu jadło chleb, który podzieliła? Ilu z tych, którzy czytają teraz te słowa, miało szczęście poznać Babkę?

Zimą schodziła na dół do rodzinnego Gronia, by na wi

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się