Na szczycie bywa się rzadko

Na szczycie bywa się rzadko

Oferta specjalna -25%

Sankofa. Nie zmarnuj życia

1 opinie
Wyczyść

W górach bezpieczeństwo osiąga się przez pokorę, przez minimalizowanie zagrożenia. Nigdy nie wychodzę w góry z poczuciem, że tyle razy już tu byłem, że wszystko znam i wiem, co mnie czeka, a co mi tam.

Tomasz Ponikło: Czego nauczyły pana góry?

Adam Marasek: Przede wszystkim pokory.

A czym jest pokora?

Pokora to poczucie, że w górach jest się malutkim, ale – szczęśliwym. Wychodzisz i zdobywasz – jesteś dumny. Ważne jest samo wejście w góry: w ich majestat, potęgę. W górach bliżej do Pana Boga. Tak mówią. I według mnie tak jest. Poza tym mówią, że w górach ludzie są lepsi. Zatem to też jest jakiś przedsionek raju. Człowiek pokornieje przy tym, co takie wielkie i piękne – może się zadumać i wyciszyć.

Pokora i szczęście w jednym zdaniu?

Bo człowiek pokorny może być bardzo szczęśliwy. Nie trzeba się wywyższać, wynosić, nadymać swoimi osiągnięciami – tylko w cichości być szczęśliwym.

Nie zawsze trzeba być na szczycie?

Nie, bo na szczycie bywa się rzadko. Codzienne życie nie toczy się na wyżynach.

I można być szczęśliwym pod szczytami, żyjąc u podnóża gór?

U podnóża, ale jednak już w górach. Dzisiaj zresztą trudno, żebym mówił o zdobywaniu, bo nie jestem czynnym taternikiem, ale każdy ma swój Everest i szczęście można budować z drobnych rzeczy.

Po tylu latach Tatry to nie rutyna?

To raczej jak bycie u siebie, w domu.

Przestrzeń oswojona?

Ale tylko w porównaniu z innymi górami. Mogę się tu bezpieczniej poruszać, bo znam teren. Poza tym Tatry są na ludzką miarę. Wchodząc w Alpy, człowiek jest zawsze daleko od domu, a nawet od schroniska.

Bycie u siebie kojarzy się z bezpieczeństwem.

W górach bezpieczeństwo osiąga się właśnie przez pokorę, przez minimalizowanie zagrożenia. Nigdy nie wychodzę w góry z poczuciem, że tyle razy już tu byłem, że wszystko znam i wiem, co mnie czeka, „a co mi tam”. Bo życie zaskakuje, także tych młodszych, silniejszych, doświadczonych.

Jednak góry to przestrzeń, nad którą nie da się zapanować.

W ogóle nie myślę w kategoriach panowania czy ujarzmiania. W stosunku do gór to złe słowa. Wobec gór trzeba zachować własną miarę, a tę najlepiej widać, kiedy w nie wchodzimy: jesteśmy maleńcy.

I nie ponosiła pana nigdy brawura: jeszcze szybciej przejść szlak, w jeszcze trudniejszych warunkach?

Za młodu cieszyłem się z takich rzeczy, a gdy myślę o tym po latach, dochodzę do wniosku, że Anioł Stróż czuwał nade mną. Bo głupot człowiek zdążył zrobić wiele.

Doświadczył pan sytuacji granicznych w górach?

Odkąd w 1972 roku wstąpiłem do pogotowia, kilka ich miałem. W tej pracy w pewnym momencie trzeba zbliżać się do granicy, a tę nie zawsze da się określić. Natomiast przy wspinaniu zdarzało się, że się człowiek omsknął, że się wycofał.

Wycofałem się, nie zdobyłem szczytu – skapitulowałem.

To nie kapitulacja. O wiele trudniej podjąć decyzję o wycofaniu się niż o kontynuowaniu wspinaczki. Większą odwagą jest powiedzieć: dość, dziś nie, albo nawet: już w ogóle nie – niż brnąć dalej, „a nuż się uda”. A jak się nie uda, to co?

Woli być pan w górach sam czy z ludźmi?

W górach można być samotnym w grupie. Lubię przebywać z przyjaciółmi i znajomymi, ale samemu też jest dobrze. Potrafię nawet w towarzystwie zrobić sobie taki kokon, w którym człowiek jest wyciszony, zadumany. Czasem wystarczy odejść dwa kroki dalej albo iść z ludźmi o podobnej wrażliwości.

Lekcja gór odbija się na domu?

Głównie na żonie. Kiedy szedłem do pogotowia, zostawała z dziećmi. Zdarzało się, że człowiek wychodził w nocy na wyprawy, nie przyznając się do tego, albo na noc z wyprawy nie wracał…

Czemu zdecydował się pan na pogotowie?

To wydawało się dość naturalne. Na studiach zostałem instruktorem narciarskim i przewodnikiem tatrzańskim. Kolejnym etapem było spożytkowanie tej wiedzy i zdobycie dodatkowych umiejętności, więc przyszedł czas na pogotowie. Chodziło o to, żeby się rozwijać i, mówiąc górnolotnie, czasem pomóc innym. Ale nie będę dorabiał do tego żadnej wielkiej filozofii.

Jest inne górnolotne słowo: powołanie. W pogotowiu nadstawianie karku jest wpisane w zasady gry.

Nie demonizujmy: przez sto lat na dyżurach zginęło ośmiu ratowników. Nie jest tak, że codziennie nadstawiamy karku, a co drugi z nas ginie. Oczywiście są sytuacje nie zawsze bezpieczne. Ale po coś te umiejętności rozwijamy, przechodzimy szkolenia, ufamy sobie nawzajem w grupie. Pozostaje tylko to, czego nie da się przewidzieć: jest noc, przychodzi mgła, zrywa się zadymka…

Jak się czuje ratownik, który nie może rozpocząć akcji?

Kalkulacja jest prosta: jaka odległość, jaki teren, jakie warunki. I już z grubsza wiadomo, czy są szanse. Choć zabrzmi to brutalnie: życie ratownika jest ważniejsze. Przepraszam, że to mówię, ale nie wolno podejmować nadmiernego ryzyka. Nie zawsze można je dobrze ocenić, ale jeśli wszystkie przesłanki podpowiadają, że nie ma szans… tak działają służby ratownicze na całym świecie: czekają na poprawę warunków, bo nie można ratowników skazywać na możliwą śmierć.

Wyruszył pan kiedyś na akcję, podczas której nie udało się dotrzeć do poszkodowanego?

W TOPR nie ma działalności indywidualnej – pojedynczy człowiek może co najwyżej dojść na miejsce wypadku, o ile teren nie jest trudny. Działamy zespołowo. Dowódca podejmuje decyzje, za które osobiście odpowiada. Może się konsultować z zespołem, ale gdy już zadecyduje – koniec rozmowy. Czekamy na poprawę warunków albo do świtu. W górach musi być samodyscyplina. Kiedy grupa rozdziela się na podzespoły, decyzję o danym terenie podejmuje ratownik – i wtedy to kierownik musi zaufać jego rozeznaniu. Nie zawsze dociera się do zaginionego.

Jaka była pańska najtrudniejsza decyzja?

Przed laty na Filarze Szczytu Mięguszowieckiego wspinała się dwójka młodych ludzi. Załamanie pogody, opady śniegu. Pod koniec dnia, będąc w połowie Filara, zaczęli wzywać pomocy. Jak do nich dojść? Już nocą podchodziliśmy Mnichowym Żlebem na Małą Galerię, by stamtąd wejść na Wielką Galerię i dalej trawersować w kierunku Filara. Kiedy byliśmy w górnej części żlebu – a szło nas dwunastu – wyjechała lawina. Na szczęście znajdowaliśmy się prawie na samej górze i mimo że porwała nas wszystkich, udało nam się zatrzymać. Śnieg pojechał w dół, mogła być jatka. Więc decyzja: wycofujemy się. Chociaż para dalej jest w ścianie.

Rano drugie podejście, przez Mnichowe Stawki w kierunku Zadniej Galerii. Doszliśmy znów do Małej Galerii, gdzie zalegały masy śniegu. Przy próbie ich przekraczania pierwszy ratownik robił za miotłę: asekurowany na linie szedł kilkanaście kroków, pękał pod nim śnieg, wszystko zjeżdżało, a on zawisał na linie. Jak wyjechało to, co pod nim, wisiało to, co nad nim. I tak kawałek po kawałku. Aż doszliśmy do takiego żlebu, że gdyby śnieg wyjechał, lina by nie wytrzymała albo przecięła kolegę na pół. Wszyscy stanęliśmy bezradni, bo warunki nie pozwoliły nam iść dalej.

Okazało się, że w nocy chłopak wychłodził się i zmarł, a dziewczyna – byli razem na stanowisku – trzymała się resztkami sił. Kiedy próbowała się poprawić, spadła. Leciała w żleby i półki. Na półkach wbijała się w śnieg, co amortyzowało uderzenia, żlebami jechała ze śniegiem kilkanaście metrów, znów przelatywała przez jakiś próg, i tak zleciała aż do podstawy ściany. Dla niej skończyło się tylko złamaniem nogi, a gdyby nie spadła, nie przeżyłaby. Ciało chłopaka zdjęliśmy, jak tylko poprawiła się pogoda i stężał śnieg.

A kiedy nie udaje się znaleźć człowieka?

Teraz jest trochę łatwiej, bo prawie każdy ma telefon komórkowy. Dzięki temu można z grubsza namierzyć, gdzie jest osoba, która potrzebuje pomocy. Operator za pośrednictwem policji może nam dostarczyć takie informacje. Gdy mamy tylko zgłoszenie – a nie mamy innych informacji, od tego zaczynamy.

Poszukiwani czasem podają błędne lokalizacje, bo nie znają topografii. Zawsze próbujemy wypytać o jakieś szczegóły. Na miejscu można się nawoływać, nocą strzelamy z rakietnicy. Najgorzej, a tak się zdarza, gdy informacja sprowadza się do tego, że ktoś „wyjechał w góry”. I od czego zacząć? Staramy się wypytać członków rodziny albo gospodarzy pensjonatu, czy poszukiwany zostawił wiadomość, mówił o planach, wpisał się do książki. Potem sprawdzamy w schroniskach: czy się meldował, czy ktoś widział kogoś podobnego. Dzwonimy na jego telefon, wysyłamy SMS-y, prosimy o informacje. Kontaktujemy się z operatorem – nim poda lokalizację, mija czas, bo procedury są obwarowane przepisami. A gdy człowiek jest nieprzytomny, to ani nie odbierze, ani sam nie zadzwoni. Jeśli dalej nic, przy lotnej pogodzie wyrusza śmigłowiec i z pokładu przepatruje się teren, głównie ten, gdzie najłatwiej spaść, gdzie najczęściej dochodzi do wypadków. Jeśli ze śmigłowca nie uda się nic dostrzec, idą tam ratownicy. Aż do skutku. Jeśli po paru dniach nie ma informacji ani wskazówek, zawiesza się akcję. Czasem wieści przychodzą znacznie później, np. od turystów, którzy natknęli się na pozostawiony plecak czy zwłoki.

Kiedy jest szansa, że człowiek zaniemógł, ale żyje, szukamy bardzo intensywnie, a po kilku dniach bezskutecznych poszukiwań akcja spowalnia się lub zawiesza, najczęściej bowiem ratownicy muszą uczestniczyć w innych wyprawach ratunkowych.

Samobójcy skaczący z Giewontu to fakt czy legenda?

Fakt. Są przypadki, że ktoś zostawia list pożegnalny, rodzina do nas dzwoni. Niektórych udaje się uratować. Ktoś się rozmyśli, ktoś przestraszy skoku. Ktoś zostanie zatrzymany przez nas w trakcie wejścia. Ale nie zawsze zdążymy. Zazwyczaj takich zdarzeń jest od trzech do pięciu w roku.

Jaki jest kontakt ratownika z rodziną poszkodowanego?

Zasada jest taka, że ratownicy nie są specjalnie wylewni. I to nawet wobec swoich żon. Mówią, że był wypadek, że ktoś zginął, ale bez szczegółów.

Informował pan rodziny, że poszukiwany zginął?

To trudne doświadczenie, nikomu nie życzę być posłańcem takich wiadomości.

Rzeczywiście nie jest pan wylewny. Podobno ratownicy potrafią tak przyjąć chłód gór w siebie, że nie da się ich przełamać. Będą mówić konkrety, ale unikać emocji.

Wie pan… to jest też forma obrony. Takie rzeczy trzeba odsuwać od siebie jak najszybciej. Nie wnikać, nie gromadzić. Odepchnąć te złe doświadczenia, żeby w pewnym momencie nie zwariować. Grabarz nie płacze na pogrzebach. To niezdarne porównanie, ale trzeba obronić siebie samego przed tym, co złe. Stało się, było, mnie to bezpośrednio nie dotyczy, nie dotknęło moich najbliższych – po co pamiętać szczegóły, po co o tym mówić? Tak jest w ratownictwie. Przede wszystkim trzeba się skupić na tym, by bezpiecznie wykonać swoje zadanie, często w trudnym, eksponowanym terenie – a nie rozklejać się.

Między sobą też nie rozmawiacie o trudnych przypadkach?

Przyczyna, okoliczności, jak można było zapobiec, jakie były błędy – o tym tak. A że ciało było zmasakrowane – po co?

Są decyzje, których pan żałuje?

Na pewno były takie sytuacje. Ale trzeba pamiętać, że informacje przychodzą w czasie, że zmieniają się okoliczności. Bywa i tak, że działamy w oparciu o błędne dane.

W ubiegłym roku dwóch chłopaków przygotowywało się do wyjazdu na Alaskę. W zimie z ciężkimi worami szli granią i na odcinku między Przełęczą pod Kopą Kondracką a Kasprowym weszli na poduchę nawianego śniegu – i zabrała ich lawina. Jednego zasypała całkowicie, drugiego częściowo – ten się odgrzebał, zaczął szukać kolegi, bez skutku. Nie mieli ze sobą detektorów lawinowych, więc był bez szans. Bateria w jego telefonie się wyładowała. W związku z tym chłopak musiał dopiero iść po pomoc. Zadzwonił do nas z Kasprowego. I powiedział, że wypadek wydarzył się na przełęczy Nad Zakosy, między Pośrednim Goryczkowym a Kasprowym. Zaczęliśmy szukać – bez rezultatów. Okazało się później, że mężczyzna pomylił przełęcze. Oni spadli ze Świńskiej Przełęczy do Świńskiego Kotła. A czas płynął. Nim ekipa się przemieściła, nim odnalazła zasypanego w lawinie, chłopak nie miał szans na przeżycie.

Także w wypadku obrażeń istotne są wyczerpujące zgłoszenia. Ratownik nie nosi ze sobą całego szpitala. Jeśli informator mówi, że ofiara leży i ma złamaną nogę – bierze się szyny i opatrunki. Na miejscu okazuje się, że człowiek stracił przytomność, ma na przykład złamaną podstawę czaszki. Więc potrzebne są inne nosze, szybki transport, na wszelki wypadek defibrylator. Niepełne informacje mogą spowodować, że decyzje nie będą precyzyjne.

A decyzje błędne?

Czasem się zdarzają. Wynikają głównie z niepełnych i często błędnych informacji, które się biorą przede wszystkim z tego, że turyści nie znają topografii, czasem z szoku po upadku, ale również z niemożności pełnej oceny zagrożenia dla działających ratowników, zwłaszcza gdy akcja ratunkowa toczy się w nocy, w zadymce, we mgle, przy bardzo ograniczonej widoczności i przy świadomości, że jeśli nie dotrze się do poszkodowanego na czas, ten w wyniku odniesionych obrażeń czy wychłodzenia nie przeżyje. To są sytuacje, kiedy bardzo trudno kierującemu akcją ratunkową podjąć decyzję o jej przerwaniu, kiedy bardzo trudno wyważyć, czy przekracza się granicę. Nadmierna bojaźń też jest niedobra, bo ktoś czeka na pomoc. Gdyby to dotyczyło kogoś z pana rodziny, jak by pan to traktował? Że ratownikom nie chce się ruszyć, że się boją?!

A w marcu tego roku, co pan czuł? W górach zginęły trzy bliskie panu osoby, o śmierć otarły się żona i córka…

Informacje o wypadku dostałem jako pierwszy – zadzwoniła do mnie żona, więc wiedziałem, że i jej, i naszej córce nic się nie stało. Strach o najbliższych mnie nie dotknął. Ale rzecz dotyczy moich przyjaciół… i oczywiście, to działa na człowieka, nie ukrywam tego.

Jak działa?

Najpierw ma się pretensje do losu… W zasadzie to miałem pretensje do moich przyjaciół. Zwłaszcza że dzień wcześniej rozmawiałem z nimi i prosiłem, żeby nie szli tamtędy, gdzie zamierzali. Decyzję o wejściu w feralny rejon podjęli w trakcie wycieczki skiturowej spontanicznie i dla mnie zupełnie niezrozumiale. Gdyby zgodnie z planem poszli szlakiem, nic by się nie stało. Mieli dojść na Halę Gąsienicową. W pewnym momencie zadecydowali, że wejdą w żleb, żeby nim jechać. Przez myśl mi nie przeszło, że zboczą ze szlaku, bo przecież poza nim były już kamienie.

I zeszła lawina. Przyjaciel był wyżej, córka była wyżej. Inni złapali się kosówek, śnieg ich nie porwał, ale… Boguś, nie wiadomo dlaczego, nie uciekał z lawiny, tylko jechał na jej czole długi czas – a miałby szansę się uratować. Ania i Basia chyba zostały zaskoczone. Tam, gdzie się znajdowały, żleb mocno zakręcał, raczej nie widziały lawiny, ale pewnie słyszały, że trzeba uciekać. Dlaczego nie zdążyły, czy nie mogły też złapać się kosówek?

Błąd był taki, że w żleby nie należało wchodzić. Poprzedniego dnia i w nocy wiał mocny wiatr, który wwiewał resztki śniegu do żlebów, odkładał go tam, a zaraz potem przyszło ocieplenie. Dwukrotnie z nimi wieczorem rozmawiałem, żeby tam nie szli… Do dziś nie rozumiem, co się stało.

Człowiek ma siłę brać udział w akcji ratunkowej swoich bliskich?

To jeszcze bardziej motywuje.

A ryzyko narażenia się pod wpływem emocji?

Wtedy jest zespół, który nie pozwala na samowolę.

Na pewno nie jest teraz tak samo, kiedy żona czy córka idą w góry.

Oczywiście, że nie jest tak samo, ale… musi być tak samo. Przecież nie powiem córce: „Nie idź”. Nie zabronię synowi pracy w pogotowiu. Ale uczulam ich na warunki i okoliczności, pytam, czy wiedzą, gdzie może być na trasie trudniej, jak pójść alternatywnie. Z kim idą, kiedy planują wrócić…

Nie rośnie strach, kiedy w górach giną przyjaciele?

To kwestia podejścia. Bardziej się boję, jeżdżąc po drogach, na których jest statystycznie więcej wypadków i ofiar niż w górach.

Pojawia się myśl, że taternikowi byłoby dobrze zginąć w górach?

Podobno alpiniści modlą się: „od śmierci w dolinach uchowaj nas, Panie”. Bo co to znaczy, że dobrze byłoby zginąć w górach? Wierzę w przeznaczenie, będzie to, co komu pisane.

Często pan powtarza: „Widocznie Bóg tak chciał”.

Bo los jest nam zapisany, i jakkolwiek by się człowiek z nim szarpał, w jakiej zbroi chodził – i tak go dopadnie. Z wiekiem rośnie rozsądek i pokora, dystans do tego, co się robi. Bo widziało się wielu takich, którzy wiele chcieli, a teraz – wielu z nich już nie ma.

Parę miesięcy temu zginął nasz kolega z pogotowia. Młody, sprawny, znający się na rzeczy. Chłopcy wspinali się na grań Giewontu. Jeszcze bez asekuracji, bo byli w dość łatwym terenie. Jeden błąd, zawadzenie rakiem o rak. Stracił równowagę, runął…

Więc trzeba się cieszyć dniem dzisiejszym, bo co Bóg da jutro?  

Na szczycie bywa się rzadko
Adam Marasek

urodzony w 1947 r. – ratownik ochotnik w grupie tatrzańskiej GOPR od 1974 r. W wieku 3 lat dostał od rodziców pierwsze, drewniane narty i od tego czasu zaczęła się jego narciarska przygoda, która trwa do dzisiaj. W latach 1984-2009 pracował jako ratownik zawodowy w Górskim Ochotniczym Pogotowiu Ra...

Na szczycie bywa się rzadko
Tomasz Ponikło

urodzony w 1985 r. – socjolog, dziennikarz działu religijnego „Tygodnika Powszechnego”, redaktor naczelny Wydawnictwa WAM (2017-2019), członek Fundacji Kultury Chrześcijańskiej Znak. Autor książek Chrześcijanin. Rozmo...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze