Przeczucie

Przeczucie

Było po jedenastej, gdy nacisnąłem dzwonek do Mizerów. Po chwili na ganku pojawiła się Helena, w szlafroku.

– Przepraszam za strój, ale w nocy nie bardzo spaliśmy…
– Państwo już wiedzą? – spytałem, lekko zdziwiony. A jednak policja nie czekała z informacją do rana.
– Tak, oczywiście.

Helena pokiwała głową, ale wydało mi się, że jakoś radośnie. Trochę to było nienormalne. Pewnie nawet w tej tragicznej śmierci dopatrzyła się działania niebios. Dziwna kobieta. Weszliśmy do salonu.

– Kawa czy herbata? – spytała rzeczowo.
– Kawa, zdecydowanie kawa.

Wszedł Mizera. Jak zwykle w białym sweterku tenisisty, błękitnej koszuli i amarantowej apaszce. Mimo wszystko zaskoczyło mnie, że w takim dniu i po nieprzespanej nocy dbał o rytualny strój.

– A państwo kiedy się dowiedzieli? – zacząłem dopytywać.
– No wczoraj…
– Jak to wczoraj? To niemożliwe – powiedziałem zdezorientowany. – Gdy wychodziłem z kościoła, było po północy.
– A o czym my mówimy? – Mizera wzmocnił pytanie zdziwioną miną. – Byliśmy z księdzem w banku, by zrobić przelew na parafię. Wtedy nam powiedział, że znalazł się gość, który postanowił ofiarować dachówkę, to znaczy sprzedać za jedną trzecią ceny.
– Chodzi mi o to, kiedy państwo dowiedzieli się o śmierci proboszcza.
– Proboszcza? – Alojzy zaniemówił. – Górski nie żyje?!
– Wczoraj w nocy znalazłem go martwego – wyjaśniłem, coraz mniej rozumiejąc.

Podszedł do komody. Bez słowa wyciągnął papierosy. Zapalił. Helena otworzyła usta i z niedowierzaniem pokręciła głową.

– Czemu nas pan nie zawiadomił? – rzekł z pretensją jej mąż.
– Pomyślałem, że już za późno, żeby dzwonić z takimi informacjami – nie zdradziłem się oczywiście, że brałem pod uwagę jego stan pozawałowy.

Skrzywił się niemalże z politowaniem na moje tłumaczenie.

– Jak zmarł?
– Zabił się, to znaczy spadł z drabiny w kościele.
– Kto przyjechał z dochodzeniówki? – gromadził informacje Mizera.
– Jakiś sierżant Dawidziuk.
– Guma… – potaknął, przywołując bez wątpienia pseudonim policjanta. – Coś mówił?
– Mnie nic, ale rozmawiał przez telefon, chyba z prokuratorem. Poinformował go, że to wypadek.
– O której znalazł pan księdza? – kontynuował przesłuchanie Mizera.
– O wpół jedenastej. Zajechałem, bo nie odbierał telefonu.

Zamilkł na chwilę, zdawało się, że dokonuje wizualizacji wczorajszego dramatu.

– Szalony – chwycił się za czoło i kręcił głową z wyrzutem. – Mó-wił coś, że musi sprawdzić belki. Ostrzegałem go, że to próchno, żeby sobie dał spokój, że trzeba całą więźbę od nowa… Myślał, że da się coś uratować. – Chwycił poręcz stojącego obok krzesła, by powstrzymać drżenie rąk.

Nie zauważyłem, kiedy Helena wyszła się przebrać. Stanęła w drzwiach gotowa do wyjścia.

– Nie ma co tu szat rozdzierać, trzeba jechać – oznajmiła. Postanowiła przystąpić do działania. Uznała, że dywagacje na odległość nie wystarczą. Trzeba dokonać wizji lokalnej.
– Panie Staszku, mam prośbę – popatrzył jakby spłoszony. – Mógłby pan podwieźć żonę? Ja zostanę…
– Ale co ty, Aloś? – zaniepokoiła się Helena.
– Zostanę… – powiedział zmęczonym, a jednocześnie ucinającym dyskusję tonem.
– Niech się pan nie dziwi, panie Staszku – powiedziała Helena, gdy wsiedliśmy do samochodu. – To dotknęło go osobiście. Nie wszystko między nimi było idealnie, ale jeden bez drugiego nie potrafił żyć. Teraz się będzie zadręczał.

Kościół był otwarty. W środku znajdowało się kilka rozmodlonych osób. Przed ołtarzem, pomiędzy wazonami z kwiatami, ustawiono kolorowe zdjęcie Melchiora. Skąd je zdobyto? Kobiety odmawiały różaniec. Ołtarz od ławek oddzielała żółta taśma, na której zawieszono kartkę z odręcznym napisem: „Wstęp wzbroniony. Grozi zawaleniem”. Helena przyklękła w pierwszej ławce. Wpatrywałem się w sutannę ojca Pio. Z tej odległości nie mogłem stwierdzić z całą pewnością, ale wydawało mi się, że nikt nie zmył śladów krwi Melchiora, która nabrała barwy zbliżonej do koloru habitu. Pio i Melchior połączeni więzami krwi. Proboszcz nie bardzo wierzył w misję i świętość włoskiego stygmatyka. Jego sceptycyzm zmalał w zeszłym tygodniu, kiedy okazało się, że dzięki wstawiennictwu Pio znalazł się człowiek, gotowy sponsorować remont dachu kościoła. Gdyby nie ów darczyńca, parafianie musieliby się gromadzić na wolnym powietrzu albo jeździć do odl









Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się