Nasze polskie Cannes
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
Wyczyść

Największym znakiem zapytania i jednocześnie największym mankamentem nadmorskiego święta kina była gorzka konstatacja wielu widzów, że wszystkie konkursowe filmy, to historie smutne.

Gdynia to młode portowe miasto. Te dwie cechy nadmorskiej miejscowości niespodziewanie znalazły swoje odbicie w 36. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Tegoroczne święto rodzimej kinematografii było bowiem powiewem młodości. Nie tylko w postaci Michała Chacińskigo, nowego czterdziestoletniego dyrektora artystycznego, i jego odświeżonej wizji festiwalu, ale także za sprawą młodych i zdolnych twórców, którzy szturmem wdarli się do konkursu głównego. Aż pięć z dwunastu zakwalifikowanych tytułów było debiutami pełnometrażowymi.

Porty od zawsze postrzegane są jako okna na świat. Powiew morskiej bryzy kojarzy się tu nieodmiennie z wielkimi przestrzeniami przemierzanymi przez statki i marynarzy, dając tym nadbrzeżnym skrawkom lądu posmak innych krajów, kontynentów, kultur, języków. Również ten element był istotnym składnikiem festiwalu. Istotnym na tyle, że zaciążył na jego przebiegu, a przede wszystkim na końcowym werdykcie. Międzynarodowe jury to całkowite novum w Gdyni i można było się spodziewać, że ten eksperyment podziała jak wkładanie kija w mrowisko.

Wiatr zmian

Stanowisko dyrektora artystycznego festiwalu powierzono Chacińskiemu na lata 2011–2013. Mając zatem przed sobą trzy edycje, zaproponował dość radykalne zmiany od razu na początku kadencji. Co prawda idea gdyńskiej imprezy pozostała ta sama – festiwal ma być świętem polskiego kina – jednak pomysł na to świętowanie w tym roku był całkowicie nowy.

Przez wiele lat główny konkurs, w którym walczono o prestiżowe Złote Lwy, miał formułę przeglądu większości produkcji, które powstały w Polsce na przestrzeni ostatniego roku. Ponieważ obecnie nasz rodzimy przemysł kinematograficzny dość dynamicznie się rozwija i rocznie powstaje ponad czterdzieści propozycji filmowych, Chaciński zdecydował się na dopuszczenie zaledwie dwunastu najlepszych filmów do konkursu głównego. Jak sam tłumaczył, miały to być obrazy najbardziej wartościowe, crème de la crème najnowszych osiągnięć polskich filmowców.

Z perspektywy pofestiwalowej trzeba przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Widzieliśmy dwanaście niezwykle różnorodnych dzieł filmowych, które wystawiają dobrą ocenę polskim twórcom. Wszystkie pozycje konkursowe warte były uważnego obejrzenia, a prawie wszystkie zasłużyły na pochwały. Taka wąska selekcja miała również tę zaletę, że każdy uczestnik festiwalu mógł zobaczyć w ciągu pięciu dni te dwanaście propozycji i nie czekając na werdykt jury, wyrobić sobie własne zdanie na temat faworytów.

To nie jedyna nowość wprowadzona przez Chacińskiego (poza wspomnianym już międzynarodowym jury). Niezwykle cenną zmianą jest to, że festiwal coraz bardziej staje się świętem kinomanów, a nie – jak to czasem bywało – wybranych grup i koterii. W tym roku każdy widz mógł nie tylko zakupić akredytację, karnet czy bilet na poszczególne projekcje w gdyńskim Multikinie Gemini – filmy konkursowe miały w swoim repertuarze także Multikina w Gdańsku i Sopocie.

Bardzo ciekawym pomysłem jest wprowadzenie sekcji specjalnych zatytułowanych „Masterclass: Anatomia sceny” oraz „Jak to się robi”. To wielka gratka przede wszystkim dla młodych, początkujących twórców, ale też dla wszystkich miłośników kina. Nieczęsto się bowiem zdarza, by mistrzowie tego kalibru co Andrzej Wajda, Janusz Morgenstern, Krzysztof Zanussi czy Agnieszka Holland przedstawiali publiczności wybraną scenę z własnego filmu i na oczach widzów rozkładali ją na czynniki pierwsze, wyjaśniając wszelkie aspekty filmowe i pozafilmowe, które spowodowały, że scena ma akurat taki kształt. Równie rzadko mamy możliwość podejrzenia kuchni filmowej i dopuszczenia do tajemnic pracy nad efektami specjalnymi. Kto miał okazję przyjść na ogólnodostępną prezentację z cyklu „Jak to się robi” dotyczącą kończonego właśnie filmu Marka Koterskiego pt. Baby są jakieś inne, ten bez wątpienia zrozumiał, czym jest postprodukcja, jak ogromna jest jej rola we współczesnym kinie, a jednocześnie jaki wielki komfort pracy dzięki niej ma reżyser.

Wielkim ukłonem odmienionego festiwalu w stronę mistrzów naszego kina była też sekcja „Czysta klasyka”, w której zaprezentowano pięć perełek rodzimej kinematografii w nowych, pięknych, cyfrowo zrekonstruowanych wersjach. Włączenie tej i dwóch wcześniej wymienionych sekcji do festiwalu świadczy o tym, że Michał Chaciński zarówno ceni wartościowe dziedzictwo polskiego kina, jak i doskonale rozumie potrzeby i wyzwania współczesności.

Męskie kino

Gdyński festiwal jak magnes przyciąga ważne osobistości polskiego kina. Wystarczy pospacerować po ścieżkach wyznaczonych przez trójkąt: Teatr Muzyczny, Multikino Gemini i Hotel Orbis Gdynia, by wpaść na jakąś znaną postać, może nawet na ulubionego aktora.

Aktorzy w tegorocznym konkursie głównym odegrali role pierwszoplanowe. Mieliśmy prawdziwy urodzaj na dobre, silne i wyraziste postacie. Marcin Dorociński otrzymał nagrodę za najlepszą główną rolę męską. Werdykt jak najbardziej trafny co do osoby. Jednak od kreacji w filmie Róża Wojciecha Smarzowskiego, którą wyróżniło jury, zdecydowanie lepsza jest rola Dorocińskiego w Lęku wysokości Bartosza Konopki, gdzie z równie dobrym Krzysztofem Stroińskim stworzyli rewelacyjny duet synowsko-ojcowski.

Świetne aktorstwo pokazali też Robert Więckiewicz w Wymyku Grega Zglinskiego, Borys Szyc i Marian Dziędziel (nagroda za drugoplanową rolę męską) w Krecie Rafaela Lewandowskiego, Andrzej Chyra i Mariusz Bonaszewski w Daas Adriana Panka, Jakub Gierszał w Sali samobójców czy Vincent Gallo w Essential Killing Jerzego Skolimowskiego.

Aktorski urodzaj dotyczył przede wszystkim ról męskich. Z udanych kreacji żeńskich warto wymienić postać tytułowej Róży, w którą wcieliła się Agata Kulesza. Dziwi werdykt jury doceniający Romę Gąsiorowską za rolę w Ki Leszka Dawida. To prawda, że ta tyle utalentowana, co kontrowersyjna aktorka po raz pierwszy w tym właśnie filmie wydobyła się ze swojej bardzo drażniącej maniery grania i niewyraźnego mówienia (dającej się zaobserwować choćby w Sali samobójców czy W imieniu diabła). Jednak nagroda za najlepszą rolę pierwszoplanową powinna być przyznawana po prostu za najlepszą rolę pierwszoplanową, a nie za postępy w karierze.

Konkurs główny został zdominowany nie tylko przez dobre męskie role, ale również przez reżyserów płci męskiej. Na dwanaście tytułów mieliśmy tylko jedną kobietę reżyser – Barbarę Sass-Zdort, która pokazała w Gdyni najsłabszy w stawce obraz W imieniu diabła. Warta jednak zauważenia jest dobra rola w tym filmie młodej Katarzyny Zawadzkiej, za którą otrzymała nagrodę w kategorii debiut aktorski.

By dołożyć łyżkę dziegciu do tej beczki miodu – bo aktorstwo było mocną stroną tego festiwalu – nie sposób nie zauważyć, że twórcy tegorocznych filmów zbyt często korzystają z tych samych aktorów, podążając najwyraźniej za aktualnie panującym trendem na konkretne nazwiska. I tak Mariana Dziędziela widzieliśmy aż w czterech z dwunastu filmów konkursowych (!), Agatę Kuleszę i Romę Gąsiorowską w trzech, Marcina Dorocińskiego w dwóch…

Historie stare i nowe

Polscy reżyserzy nadal lubią sięgać po tematy historyczne i rozliczeniowe. Gdyński przegląd pokazuje jednak, że wraz z dojrzewaniem nowego pokolenia, które słabo pamięta PRL, zmienia się sposób patrzenia i w efekcie opowiadania o wydarzeniach sprzed trzydziestu czy czterdziestu lat. Zestawienie Czarnego czwartku i Kreta najdobitniej obrazuje tę zmianę. Film Antoniego Krauzego (rocznik 1940) opowiada o tragicznych wydarzeniach w Trójmieście zimą 1970 roku. Jest to obraz poruszający, głęboko dotykający naszej polskiej romantycznej duszy. Jednak jego siła płynie głównie z samych historycznych wydarzeń, sprawnie opowiedzianych i dobrze zagranych. Oglądamy tu tradycyjne kino bohaterskie, w którym mężczyźni idą walczyć, a kobiety zostają w domach z dziećmi. Jest to Polska, w której się kochamy, Polska rodem z Sienkiewicza.

Zupełnie inne spojrzenie na czasy PRL-u przynosi Kret Rafaela Lewandowskiego (rocznik 1969). Patrzymy tu na minione czasy z perspektywy współczesnej i z zaskoczeniem obserwujemy, że tamte historie nie zakończyły się raz na zawsze w 1989 roku. Czterdziestoletni reżyser zrobił inteligentny film nie tylko o dramatycznych wydarzeniach i niełatwych wyborach okresu komunizmu. Udało mu się przerzucić emocjonalny i konsekwentny pomost do teraźniejszości, po którym ukryte grzechy przeszłości wracają do grzesznika po latach. Ale nie tylko to. Jest to bowiem również filozoficzna powiastka o tym, że winy ojców przechodzą na synów, o tym, że nie da się uciec przed odpowiedzialnością za swoje czyny, a kara musi przyjść, jeśli nie teraz, to za kilkadziesiąt lat lub w następnych pokoleniach. Również o tym, że synowie biorą na siebie winy ojców, powtarzając ich błędy i w ten sposób przejmując pałeczkę zła w wielopokoleniowej sztafecie. I jeśli po obejrzeniu Czarnego czwartku wychodzimy z kina prawdziwie poruszeni polską martyrologią, to z Kreta wynosimy coś więcej, coś, co dotyka naszego człowieczeństwa, naszej ludzkiej kondycji.

Tematykę historyczną podejmują także Wojciech Smarzowski w Róży i Adrian Panek w Daas. Ten drugi ewidentnie próbuje wpisać się w ten nurt polskiego kina, który tak wspaniale zapoczątkował Wojciech Jerzy Has. Niestety jest to próba udana tylko połowicznie. Daas to bardzo odważny film kostiumowy opowiadający o niezwykle tajemniczej postaci, jaką był Jakub Frank, osiemnastowieczny mistyk i herezjarcha. Jednak pomimo świetnych, klimatycznych zdjęć Arkadiusza Tomiaka oraz dobrych kreacji aktorskich Andrzeja Chyry i Mariusza Bonaszewskiego, obraz Panka zostawia nas z poczuciem sporego niedosytu, który wynika z tego, że film nie porusza, nie wzbudza żadnych emocji, nie pozostawia w widzu niczego istotnego oprócz zainteresowania ciekawą postacią historyczną.

Zgoła odmienne reakcje wywołuje Róża. Ten obraz jest niezwykle sugestywny, aż gęsty od emocji, zrobiony w stylu, do którego zdążył już nas przyzwyczaić reżyser Wesela i Domu złego. Świetnie opowiedziana historia z końca II wojny światowej i początków rodzenia się polskiego państwa na Mazurach w istocie zabiera nas w podróż po szerokich pokładach zła, które gnieździ się głęboko w człowieku. Smarzowski wydobywa z ludzi okrucieństwo i brutalność, by z tym wszystkim nas potem zostawić – porażonych i z zachwianym poczuciem rzeczywistości jak po uderzeniu obuchem.

Filmowa współczesność

Pod względem emocjonalnym Róży dorównuje tylko Sala samobójców, doskonały debiut fabularny Jana Komasy. Ta dramatyczna historia współczesnego nastolatka opowiedziana w bardzo nowoczesny i przekonujący sposób była jednym z faworytów w konkursie. Jak później opowiadali członkowie jury, tylko jeden głos zadecydował, że zamiast Złotych to Srebrne Lwy powędrowały do rąk młodego reżysera.

Również Leszek Dawid w Ki pokusił się o sportretowanie współczesnego młodego pokolenia, za temat przewodni obierając trudną sytuację młodej samotnej matki z dzieckiem. Kolejny debiutant pokazał się z bardzo dobrej strony, tworząc historię autentyczną, wiarygodną i poruszającą. Siła wyrazu tego obrazu może nie jest tak duża jak w Sali samobójców, ale w przyszłości możemy po tym twórcy spodziewać się wiele dobrego.

Na specjalną uwagę zasługuje dwóch kolejnych młodych reżyserów, którzy jak najbardziej zasłużenie otrzymali ex aequo nagrody za debiut lub drugi film: Bartosz Konopka i Greg Zglinski. Ich filmowe dzieła (Lęk wysokości i Wymyk) prezentują pod każdym względem najwyższy poziom i z powodzeniem mogłyby konkurować z laureatami Złotych i Srebrnych Lwów.

Greg Zglinski (czy też Grzegorz Zgliński) ważył się na podjęcie tak trudnego tematu, jakim jest wina zaniechania i jej konsekwencje. Ten prawdziwie Conradowski dylemat, jakby żywcem wyjęty z Lorda Jima, reżyser przeniósł w scenerię polskiej prowincji. I wygrał – stworzył film dramatyczny, przemyślany i mądry. Lęk wysokości można by opisać dokładnie tymi samymi przymiotnikami. Konopka nakręcił obraz bardzo osobisty, nie kryjąc, że w filmowej historii wiele jest z jego własnego życia. Temat trudnej relacji dorosłego syna z ojcem nie jest tak oryginalny, jak w Wymyku, ale reżyser doskonale wybrnął z pułapki powielania schematów, budując własne autonomiczne kino.

Na przeciwległym biegunie trzeba by umieścić dwa kolejne filmy gdyńskiego konkursu: najbardziej kontrowersyjny i najsłabszy, czyli Italiani Łukasza Barczyka oraz W imieniu diabła Barbary Sass-Zdort. O tym drugim trzeba niestety napisać, że jest produkcją nieudaną. Choć podejmuje bardzo ciekawy temat, bo odwołuje się do głośnej historii sióstr betanek z Kazimierza Dolnego, absolutnie nie przekonuje. Psychologiczne przemiany sióstr są niewiarygodne, a postać ojca Franciszka wręcz groteskowa. Nic dziwnego, że podczas uroczystej projekcji w Teatrze Muzycznym często można było usłyszeć śmiech widzów, który towarzyszył scenom w istocie dramatycznym.

Śmiech słychać było także podczas projekcji Italiani. Niezrozumienie najnowszego filmu Barczyka nie wynikało jednak ze słabych kreacji aktorskich czy przerysowanych schematów przemian osobowościowych. Jest to po prostu obraz bardzo trudny w odbiorze, co nie oznacza, że pozbawiony walorów artystycznych. Warto dostrzec dobre zdjęcia Kariny Kleszczewskiej. Intensywność barw łączy się tu spójnie z intensywnością emocji obecnych w tej dramatycznej historii i jednocześnie kontrastuje z ubóstwem akcji oraz dialogów. To niezwykłe jak na polskie kino połączenie może budzić skrajne emocje.

Polskie okno na świat

Ale jeszcze bardziej niepolskie wydają się dwa najhojniej nagradzane przez gdyńskie jury filmy, czyli Essential Killing i Młyn i krzyż. Mogłoby się wydawać, że te międzynarodowe produkcje z niezwykle międzynarodową obsadą (Vincent Gallo, Emmanuelle Seigner, Rutger Hauer, Michael York, Charlotte Rampling), które zaistniały już na światowych salonach filmowych (Sundance, Rotterdam, Wenecja), trafiły do Gdyni przez przypadek. Czy jednak fakt, że Jerzy Skolimowski i Lech Majewski robią filmy międzynarodowe, może dyskwalifikować je w konkursie Polskich Filmów Fabularnych? Na pewno nie, co nie zmienia faktu, że Michał Chaciński z problemem multinarodowości będzie musiał sobie jakoś poradzić i odpowiedzieć na pytanie: Co jest ostatecznym kryterium polskości danej produkcji? Czy aktorzy zagraniczni mogą walczyć o nagrody za najlepsze kreacje aktorskie na równi z aktorami polskimi? Czy Festiwal Polskich Filmów Fabularnych nie będzie musiał w pewnym momencie przekształcić się w festiwal międzynarodowy?

Werdykt jury wyróżniający Złotymi Lwami Essential Killing (a także nagrodami za reżyserię, zdjęcia, muzykę i montaż) oceniono jako kontrowersyjny. Zapewne taki jest, ale trzeba przyznać, że niezwykle trudno było wybrać film najlepszy z grona kilku równych poziomem produkcji. Równie dobrze można było nagrodzić Salę samobójców, Lęk wysokości, Wymyk czy Różę. Ta liczba równorzędnych, mocnych kandydatów do głównej nagrody bardzo dobrze świadczy o naszej kinematografii anno domini 2011. I również bardzo dobrze świadczy o 36. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Największym znakiem zapytania i jednocześnie największym mankamentem nadmorskiego święta kina była gorzka konstatacja wielu widzów, że wszystkie, dosłownie wszystkie dwanaście konkursowych filmów, to historie smutne.

Nasze polskie Cannes
Konrad Sawicki

urodzony w 1974 r. – absolwent teologii, publicysta, redaktor „Więzi”, współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i Deon.pl. Żonaty, mieszka w Warszawie....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze