Niech żyjemy!

Niech żyjemy!

Pewnego dnia wdałem się ze znajomym dziennikarzem z konkurencyjnej gazety w dyskusję o wielkości rzeczy małych. Miejsce naszej rozmowy było szczególne: Paryż. W stolicy Francji powinniśmy raczej rozmawiać o wielkości rzeczy wielkich. Wieża Eiffla czy Łuk Triumfalny nie są raczej owocami minimalistycznego trendu w architekturze, ulubiony park Paryżan nie na darmo nazywa się Las Buloński, że o monstrualnym ego obecnego prezydenta Republiki nie wspomnę.

Ale akurat owego dnia, w tym czarującym skądinąd mieście naszła nas obu myśl, która nachodzi zazwyczaj mężczyzn dojrzewających (celowo nie użyłem słowa „dojrzałych”, gdyż jak powszechnie wiadomo, w przyrodzie nie występuje „mężczyzna dojrzały”). Myśl taka mianowicie, że powinniśmy przestać się ścigać sami z sobą, wyznaczać sobie kosmiczne cele i nieustannie zamartwiać się, iż nigdy tych celów nie osiągniemy. Ciągle nam się wydaje, że to, co już w życiu zdobyliśmy, jest funta kłaków warte, że przecież mogliśmy więcej, lepiej, że nie zrobiliśmy doktoratu, że nasze pensje są pięciokrotnie mniejsze niż zarobki żurnalistów w Londynie czy Frankfurcie, nasze dzieci nigdy nie pójdą na Sorbonę czy Oksford, że nie zacumujemy naszych jachtów w Monako, a jeśli przyjedziemy kiedyś jeszcze do Paryża, to będziemy raczej mieszkać w Ibisie, a nie w Ritzu. Jeśli nie na campingu.

Ale przecież tak naprawdę mamy w życiu wyjątkowego farta!

Msza w katedrze Notre Dame. Uroczysta oprawa, trzyosobowy chór braciszków raczy wiernych chorałami, ołtarz spowity dymem z kadzidła. Liturgię sprawuje arcybiskup Paryża André Vingt-Trois. W bocznych nawach setki turystów robiących zdjęcia i spoglądających w zachwycie na witraże.

Amerykanie, Chińczycy, przybysze z Brazylii, Japonii… Dla nich to podróż życia, być może pierwsza i ostatnia, na którą oszczędzali wiele lat. Wielu z nich to emeryci. Szczególnie dla Amerykanów wakacje w Europie to rzecz absolutnie mityczna i nieomal mistyczna. A dla nas?

Paryż jest przecież na wyciągnięcie ręki. Rzym też. Wenecja. Londyn. Barcelona. Praga, jedno z najpiękniejszych miast, jakie widziałem w życiu – o rzut beretem (ja sam urodziłem się niecałe 200 kilometrów od stolicy Czech). Do Wiecznego Miasta Polacy ciągną co roku tysiącami. Także dla nich to podróż życia, ale nie jest to jednak podróż na drugi kraniec globu. Ile razy słyszymy: „Muszę wrócić kiedyś do Rzymu”. Dla Amerykanina „powrót do Rzymu” to marzenie jak z filmu. Dla Polaków, nawet tych niezamożnych – całkiem realna perspektywa.

Mamy zatem szybki i stały dostęp do pereł europejskiej architektury, do arcydzieł malarstwa, do dziedzictwa jednej z najwspanialszych cywilizacji na świecie.

Ale – uwaga – nie musimy wcale mieszkać w Rzymie czy Londynie. Płacić horrendalnych czynszy w Paryżu, łatać sypiących się tynków w Wenecji, jeździć londyńskim metrem za pół naszej pensji, znosić smrodu oraz hałasu Barcelony. Nie musimy oglądać śmieci zalegających na ulicach Neapolu ani twarzy ponurych Skandynawów w Sztok-holmie czy Kopenhadze.

No dobrze, nie mamy i pewnie nie będziemy mieć stumetrowych jachtów jak Roman Abramowicz, ale czyż kajak spływający mazurskimi kanałami nie jest równie atrakcyjny? Jak może się równać kieliszek Dom Perignon wypity na pokładzie luksusowego katamarana do zimnego piwa, pociąganego z butelki przy ognisku, gdzieś między Giżyckiem a Mrągowem?

Czy Niemcy mają lepsze autostrady? Oczywiście, że mają. Ale ilu Polaków marzy o tym, by mieszkać i pracować w Niemczech, oglądać niemiecką telewizję i słuchać niemieckich dowcipów opowiadanych przez niemieckich sąsiadów? Zdaje się, że coraz mniej.

Włosi są sympatyczni i mają fantastyczną kuchnię, ale mają też trzęsienia ziemi, kamorrę i kastę polityków, przy których nasi ministrowie i parlamentarzyści jawią się jako cnotliwe panienki z katolickiego pensjonatu.

Hiszpania? Wspaniali ludzie i cudowny klimat. Tylko że zimą, gdy spadną dwa centymetry śniegu, cały kraj jest sparaliżowany. Latem zaś… Cóż, nie życzyłbym najgorszemu wrogowi, by miał spędzić kilka godzin w Kordowie (ja spędziłem…).

Nie jesteśmy ani najwięksi, ani najbogatsi, ani najpiękniejsi. Ale w tym naszym kraju bez autostrad, bez wieży Eiffla i bez Big Bena, w kraju małych smutków i małych radości, jest jednak całkiem przyjemnie…

Niech żyjemy!
Marek Magierowski

urodzony 12 lutego 1971 r. w Bystrzycy Kłodzkiej – iberysta, absolwent hispanistyki na UAM, dziennikarz prasowy, polityk i dyplomata, od 25 czerwca 2018 r. ambasador RP w Izraelu. Karierę dziennikarską rozpoczynał w „Najwy...