Mój różaniec ratunkowy
fot. jenny yang / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Triduum Paschalne. Przewodnik

1 votes
Wyczyść

Brak modlitwy różańcowej nie jest grzechem, różaniec nie jest konieczny do zbawienia. I przed jego wynalezieniem żyło mnóstwo świętych, ludzie służyli Bogu i kochali Go.

Są ludzie, dla których różaniec jest od dzieciństwa naturalnym i oczywistym elementem ich pobożności. Lubią go i nie mają z nim problemów. Niech dziękują Bogu – i niech nie czytają dalej tego tekstu. Po co im cudze kłopoty albo odpowiedzi na cudze pytania? Ale są także ludzie, którzy mają problem z różańcem. I nawet jeśli zwykli za niego dziękować Bogu, to będą Mu tym goręcej dziękować, kiedy znajdą jakieś wyjście z tej kłopotliwej sytuacji albo doświadczą przebłysku sensu modlitwy różańcowej.

Może prowadzić do tego wiele dróg. Prezentowana poniżej jest skutkiem bardzo konkretnego zestawu trudności.

Udręka

Przez ponad pół wieku różaniec był dla mnie udręką. Po pierwsze, jedno Zdrowaś, Maryjo wydawało mi się wspaniałą modlitwą, tym właśnie, co chcę powiedzieć – ale już trzy pod rząd stawały się klepaniem, bo uwaga uciekała; dziesięć – tym bardziej, więc perspektywa i konieczność odmówienia pięćdziesięciu Zdrowaś, Maryjo, nie mówiąc już o stu pięćdziesięciu (jeszcze wtedy nie dwustu!), stawała się dość koszmarna. To była po prostu modlitwa przegadana – nawet bez tych wszystkich dodatków, które jak ogon komety ciągną się w parafialnych nabożeństwach za każdą dziesiątką.

Po drugie, co właściwie miałam w tym czasie robić? Na co skierować uwagę: na słowa modlitwy czy na temat rozważania? Uczono mnie, że różaniec jest modlitwą kontemplacyjną, więc słowa są w nim coraz mniej ważne, aż w końcu redukują się do jednego – JEZUS. No dobrze, ale te pozostałe nadal trzeba klepać, chociaż się na nie już nie zwraca uwagi! Najgorsza była „dobra rada”, jakiej udzielali niektórzy mistrzowie, żeby słowa traktować po prostu jako miarę czasu, poświęcanego każdej tajemnicy. Czyli klepać je, żeby minęło mniej więcej pięć minut… (na co potrzeba około „dziesięciu Zdrowych Maryi”, jak liczono w XVII wieku). Dla mnie to było wprost oburzające. Różaniec tak pojęty stawałby się szkołą bezmyślnego traktowania słów modlitwy – i jednym wielkim ćwiczeniem w oddzielaniu myślenia od mówienia, a tym samym motorem rosnącej dewaluacji słowa. Być może dla ludzi ciągle pouczanych, że modlitwa ustna jest czymś niższym od modlitwy myślnej nie ma w takim stawianiu sprawy nic nagannego. Ale trudno się z nim pogodzić, jeśli się wierzy – jak wierzył autor naszej reguły – że na modlitwie myśl i słowo powinny być zgodne. Zawsze. Modlitwa ustna, pozbawiona myślnej, staje się pustym obrzędem; a myślna, pozbawiona treści wyrażalnych słowami (choćby bezgłośnymi), staje się równie pustą grą uczuć albo zagapieniem. (Nie mówię tu oczywiście o kontemplacji wlanej, o której nie mam pojęcia, ale o modlitwie dostępnej dla każdego). A tu mamy: albo, albo. Słowo idzie w swoją stronę, myśl w swoją. Ideałem byłoby je zgrać, pogodzić – ale jak?

Pod okiem Maryi

Najpierw spróbujmy ustalić kilka zasad, które mogą być wstępem do szukania wyjścia.

Po pierwsze, wyciszmy nerwy i ewentualne skrupuły. Jeżeli wyjścia nie znajdziemy, to przecież brak modlitwy różańcowej nie jest grzechem, różaniec nie jest konieczny do zbawienia. I przed jego wynalezieniem żyło mnóstwo świętych, ludzie służyli Bogu i kochali Go. Niemniej, skoro Kościół usilnie zaleca tę modlitwę, to dobrze będzie zrozumieć, dlaczego; i dobrze będzie pójść za tym zaleceniem, byleby z dobrej woli, bez balastu przymusu.

Po drugie, zgodnie ze sformułowaniem Jana Pawła II, różaniec nie jest modlitwą do Maryi, ale raczej modlitwą pod okiem Maryi. Ma być więc zwrotem do Boga pod okiem Tej, która nie tylko uczestniczyła w wydarzeniach ewangelicznych, ale i „rozważała je w sercu”. Dlatego może i nas tego uczyć.

Po trzecie, są różne sposoby rozmyślania. Jeden to stawianie twierdzeń i wysnuwanie z nich wniosków – ale w przypadku różańca takiemu rozmyślaniu przeszkadza tekst modlitwy ustnej. Inny sposób polega na stanięciu twarzą w twarz z tematem i prostym pokłonieniu się mu. W takim wypadku tekst jest nawet pomocny, ale może dla kogoś być za długi. Pokłon dużo czasu nie zajmuje.

Po czwarte, zastanówmy się nad tym, co oznacza błogosławieństwo, o którym przecież mowa w Zdrowaś, Maryjo. Błogosławieństwo, jeżeli to Bóg nam błogosławi, oznacza dar i łaskę; jeżeli my błogosławimy kogoś z ludzi – na przykład Maryję – oznacza podziw dla daru Boga i łaski w Niej złożonej. Jeżeli błogosławimy Boga, wyrażamy adorację i dziękczynienie. Pojęcie to jest kluczowe i dobrze je wyjaśnić na wstępie.

Nadal jednak pozostaje problem: jak pogodzić w różańcu słowo i myśl, zakładając, że słowa modlitwy nie będą tylko szelestem piasku w klepsydrze, ale nośnikiem istotnej treści?

Koło ratunkowe

Oczywiście na początku musi być Ojcze nasz – z tego tekstu wypływa cała chrześcijańska modlitwa. Ale co robić z przegadanym ciągiem dalszym? Ostatecznie nie widziałam już innej rady, niż zredukować – na prywatny użytek! – liczbę słów do tych, które wydają mi się najważniejsze, niezbywalne. W miejsce całej zdrowaśki powstała więc zwrotka:

BŁOGOSŁAWIONA.

BŁOGOSŁAWIONY JEZUS.

MÓDL SIĘ ZA NAMI.

Wedle takiego pojęcia istotną treść modlitwy Zdrowaś, Maryjo stanowiłoby podwójne błogosławieństwo i prośba o pomoc (a tym samym wyznanie własnej słabości). W pierwszym słowie zawiera się serdeczne wezwanie Maryi jako Tej, która również wpatruje się w dany epizod życia Jej Syna; w drugiej, kluczowej linijce jest pokłon i dziękczynienie oddane temuż Synowi. Potem już skrzydła opadają – „módl się za nami” to raczej mozolny wzlot gołębia niż swobodne szybowanie bociana – ale za chwilę uniosą się znowu.

Przedmiotem mojej adoracji jest Chrystus widziany jako Syn Ojca, dokonujący dzieła Ojca na świecie i składający Ojcu ofiarę z własnego życia – czego nie mógłby zrobić jako Bóg, ale może jako człowiek. We wszystkich tajemnicach różańca odnajduję obecność tej trynitarnej Miłości, która Go do tego popchnęła. Niespodziewanie nawet te tajemnice, które poprzednio niewiele dla mnie znaczyły, nagle się rozświetliły; pamiętam radość chwili, w której zrozumiałam, jak ważna jest piąta tajemnica radosna, kiedy to Jezus po raz pierwszy deklaruje swoją miłość do Ojca. Tak Go pojmuję i tak Go wielbię – przez okamgnienie, bez dodatkowych słów. Ale ten akt uwielbienia można mnożyć: dziesięć razy albo i więcej, któż zabroni? Byleby dodać na końcu Chwała Ojcu, bo to wynika z całej poprzedniej modlitwy. Wszystkie inne dodatki zastępuję jednym „alleluja”, żeby nie odrywały uwagi od właściwego jej przedmiotu.

Ktoś, kto moich trudności nie dzielił, powiedział mi ze smutkiem, że to już nie jest różaniec. Ale dla mnie to jedyna możliwa jego forma. Nie będę się spierać o nazwy. Chodzi mi o to, żeby móc przy Maryi rozważać dzieło Jezusa i wielbić Go – ku chwale Ojca, bo to ta chwała przecież jest upragnieniem Jezusowego Serca i Jego celem nadrzędnym.

Pierwotnie przypuszczałam zresztą, że taka forma różańca będzie tylko pierwszym stadium i że w dalszym rozwoju wrócę w końcu do pełnego tekstu, który stanie się nośnikiem adoracji, a nie klepaniną. To się do tej pory nie wydarzyło i pewnie już się nie zdąży wydarzyć, skoro dobijam pomału osiemdziesiątki. Trzeba by w tym celu być kimś o mniej podzielnej i mniej przelotnej uwadze. Ale – na swój użytek – wolę to połowiczne rozwiązanie problemu niż żadne…

A na użytek tych, którzy mają problemy podobne do moich, jednak zdolność koncentracji większą, proponowałabym następujący schemat:

Krok pierwszy. Wybrać sobie ze Zdrowaś, Maryjo wedle własnej potrzeby serca kilka najistotniejszych słów.

Krok drugi. Zwrócić uwagę na którąś tajemnicę różańca i z myślą o Chrystusie wypowiedzieć te kilka słów. I koniec, amen; modlitwa już miała miejsce.

Krok trzeci. Dodawać kolejne wezwania, póki nam myśli i aspektów starczy. Może warto przez jakiś czas zatrzymać się na tym kroku, bez żadnych jeszcze narzucanych sobie ram zewnętrznych. Jeśli nasza myśl napełnia się treścią tajemnic, to dobrze; jeśli milczy, to jeszcze lepiej, bo adoracja jest tym czystsza.

A dalej już każdy chętny musi odnaleźć własną ścieżkę powrotu do pełnego tekstu: nie mogę prowadzić innych tam, gdzie sama nie doszłam.

Szczęśliwej drogi.

Mój różaniec ratunkowy
Małgorzata Borkowska OSB

urodzona 10 listopada 1939 r. w Warszawie – właśc. Anna Borkowska, polska benedyktynka, historyk i znawczyni historii życia zakonnego, tłumaczka, pisarka, uhonorowana tytułem doktor honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze