Miłość nie zna granic

Miłość nie zna granic

Są książki, które odmieniają ludzkie życie. Często są to dzieła świętych pociągające czytelników głębią życia duchowego, jak Wyznania św. Augustyna, Dzieje duszy św. Teresy czy Dzienniczek św. Faustyny. Być może dyskretny początek pochodu przez dusze jednej z takich lektur obserwuję właśnie teraz.

Książkę tę znalazłem trzy lata temu na strychu mojej teściowej. Nie znam języka węgierskiego, więc jej tytuł (Szeretet nem ismer hatart) nic mi nie mówił. Moją uwagę przykuło natomiast zdjęcie na tytułowej stronie. Przedstawiało twarz kobiety ze stygmatami korony cierniowej. Oczy miała zamknięte, a z jej oblicza emanował spokój. Podpis głosił, że nazywała się Erzsebet Galgoczy. W Internecie odnalazłem węgierską pisarkę o tym samym imieniu i nazwisku, ale była to inna osoba. O stygmatyczce nie było żadnej wzmianki. Poprosiłem moją żonę Angelikę, dla której język węgierski jest mową rodzinną, aby przeczytała książkę i opowiedziała mi o niej.

Wkrótce potem wyjechałem na Morawy na spotkanie redaktorów czasopism z krajów Grupy Wyszehradzkiej, a w tym czasie moja małżonka sięgnęła po lekturę, którą dotąd odkładała. Po powrocie usłyszałem od Angeliki, że książka odmieniła jej życie. Po jej przeczytaniu zrozumiała i pokochała Maryję. Do tej pory miała z tym pewien problem. Po matce, której rodzina od wieków jest kalwińska, małżonka wyniosła z domu protestancką nieufność do kultu maryjnego. Chociaż ojciec był prawosławny i szanował Matkę Bożą, to jednak na formacji religijnej Angeliki zaciążył osad braku zrozumienia dla osoby Maryi.

Angelika modliła się wcześniej różańcem, ale od momentu przeczytania książki zaczęła się nim modlić z miłością do Maryi. Mówiła, że się czuje, jakby zyskała matkę w niebie. Moja lepsza połowa nie miała wątpliwości: zapiski Erzsebet Galgoczy trzeba koniecznie przetłumaczyć i wydać w Polsce. Zobowiązała się, że przeznaczy na to własne fundusze zarobione podczas tras koncertowych.

Minęły trzy lata i oto w tym roku polski przekład ujrzał światło dzienne. Miłość nie zna granic. Życie i cierpienie Erzsebet Galgoczy naprawdę ma moc dotykania serc. Byłem w swoim życiu wydawcą kilkudziesięciu książek, ale żadna z nich nie trafiała do ludzkich wnętrz tak mocno, jak owe wyznania węgierskiej mistyczki. Każdy, kto czytał ową książkę, a z kim miałem okazję rozmawiać, mówił mi, że mocno wpłynęła na jego życie. Działo się to już na etapie pracy redakcyjnej, gdy mówiła mi o tym i tłumaczka, i redaktorka, i autor posłowia.

Potem dostałem kilka relacji o tym, że książka ta pomogła osobom umierającym pogodzić się z Bogiem przed odejściem na tamten świat. Dowiedziałem się też, że pomogła przyjąć z pokorą wolę Bożą kilku osobom, u których zdiagnozowano śmiertelną chorobę. Słyszałem również o ludziach, którzy dzięki zapiskom stygmatyczki odkryli u siebie charyzmat cierpienia wstawienniczego w intencji innych. Jeszcze później poznałem księdza, który kupił większą liczbę egzemplarzy książki, by rozdawać je wiernym podczas spowiedzi z nakazem przeczytania w ramach pokuty. Inny z kolei zakonnik, którego uważam za osobę świętą, a do którego z całej Polski zjeżdżają ludzie po porady duchowe, napisał mi, że po lekturze tej książki czuje się zawstydzony, gdyż widzi, jak bardzo niewdzięczny jest wobec Boga i niegodny Jego łask.

Dzieło żyje już własnym życiem, zbieram na jego temat sygnały dochodzące z całej Polski (a także z Węgier i Włoch) i zastanawiam się nad źródłem jego oddziaływania. Wyznania węgierskiej mistyczki, podobnie jak w przypadku siostry Faustyny, pisane były przez kobietę z wykształceniem podstawowym, językiem prostym, ale pełnym ufności, żarliwości i dziecięcej wiary. Zarazem nie było to wierzenie naiwne, lecz wypróbowane, bo wypalone w ognistym piecu cierpienia. Erzsebet Galgoczy bowiem przyjęła na siebie cierpienie dobrowolnie, by ofiarować je w intencji innych ludzi. Przejmującym opisom chorób i bólu młodej Węgierki towarzyszą opisy wydarzeń mistycznych, w których autorka opowiada o swych spotkaniach z Jezuskiem i Marysieńką (to zdrobnienia charakterystyczne dla węgierskiej pobożności ludowej). Dla umysłu materialistycznego opowieści te brzmią jak Baśnie z tysiąca i jednej nocy, a jednak przebija z nich taka szczerość i prostota, że czytelnik ani przez moment nie wątpi w prawdomówność mistyczki.

Poprosiłem dominikanów z Budapesztu i franciszkanów z Miszkolca, aby znaleźli więcej informacji na temat węgierskiej stygmatyczki, ale nie byli w stanie tego zrobić. Jej postać była owiana mgłą niewiedzy. Właściwie to nic dziwnego, jeśli weźmie się pod uwagę, że sama, kiedy ofiarowywała wszystko, co miała, Chrystusowi, poprosiła, żeby zabrał jej także pośmiertną chwałę i widzialną świętość ołtarzy. Dla Jezusa godziła się na każdą ofiarę, także tę, by być zupełnie zapomniana w Kościele (swoje zapiski prowadziła tylko z posłuszeństwa wobec kierownika duchowego).

Wybacz, Erzsebet, że działam wbrew Twej intencji, że nie pozwalam, by o Tobie zapomniano. Wyrzekłaś się przyszłej chwały ołtarzy, a ja najchętniej widziałbym Cię na tych ołtarzach. Prosiłaś Boga, by zapadło po Tobie głuche milczenie, a ja gadam i gadam o Tobie (a moja żona ile opowiada!). Myślę jednak, że jest jakiś sens w tym, że Twoje zapiski ocalały i może je czytać tylu ludzi.

PS. Właśnie rozmawiałem z pewnym polskim księdzem, który mieszka we Włoszech. Powiedział mi, że planuje przekład i wydanie książki w języku włoskim.

Miłość nie zna granic
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...