Lustracja – tak, autolustracja – niekoniecznie

Lustracja – tak, autolustracja – niekoniecznie

Poprzedni numer „W drodze” poświęcony był lustracji w Kościele. Jako prowincjał zakonu, któremu w sprawie teczek co bardziej nerwowi publicyści ostatnio nieco dołożyli, nie omieszkam dorzucić swoich trzech groszy. Zawsze byłem za lustracją, czyli za taką sytuacją, w której powołana do tego instytucja sprawdza systematycznie – zgodnie z ustanowionym prawem i dobrymi zwyczajami – tzw. teczki dotyczące osób piastujących ważne funkcje w państwie i społeczeństwie. Jestem też za nieskrępowaną pracą historyków odkrywających – na podstawie archiwów IPN – zakryte karty najnowszej historii. Tyle że od pewnego czasu życzliwi ludzie próbują mnie przekonać, że w przeciwieństwie do dziennikarzy, prawników, nauczycieli, lekarzy, Kościół nie tylko powinien być otwarty na prace fachowców z IPN, ale musi dokonać autolustracji. Tymczasem autolustracja dość istotnie różni się od lustracji.

Kiedy padło oskarżenie, że wicedyrektor programowy TVN był współpracownikiem specsłużb, nikt nie nawoływał TVN do autolustracji. Nikt nie pytał: „Dlaczego do tej pory nie powołano w TVN wewnętrznej komisji, która przebadałaby wszystkich pracowników?”. Domagano się natomiast, aby odpowiednie władze czym prędzej położyły dowody na stół. I słusznie! Ale w przypadku księży jest inaczej – księża powinni lustrować księży, współbracia współbraci, przełożeni zakonni podwładnych, a podwładni przełożonych.

Niektórzy twierdzą, że „Kościół ma znakomitą sytuację, bo ma swoich historyków”, a zatem ma kim się autolustrować. No cóż! W mojej prowincji liczącej obecnie 302 jezuitów (razem z nowicjuszami) nie ma doktora historii, kogoś, kto z powodzeniem mógłby poświęcić się krytycznej lekturze tego, co znajduje się w IPN na temat powojennej historii jezuitów. A historyka od dominikanów nie będę wypożyczał, bo zapewne trzeba by drogo zapłacić…

Żarty żartami, ale obok argumentu, że – przy braku własnych profesjonalistów – nie ma sensu tworzyć fikcyjnych komisji, jest jeszcze argument o wiele bardziej istotny. Otóż zakon nie jest zakładem pracy, a przełożony nie jest dyrektorem, który według swej dyrektorskiej wizji zwalnia i zatrudnia ludzi. Zakon jest bardziej podobny do rodziny, a przełożony do ojca rodu. Rządy w zakonie są rządami duchowymi, to znaczy opierają się na wspólnej wierze w Boga, który chce konkretnej struktury zakonnej i powołuje do niej różnych ludzi. Oczyszczenie zakonu nie dokonuje się za pomocą administracyjnych środków, ale poprzez osobiste, podejmowane w wolności, nawrócenie. Podstawowym narzędziem zakonnych rządów jest rozmowa duchowa oparta na zaufaniu. Są to, oczywiście, dość słabe środki. Można być zwodzonym lub wręcz oszukanym. Mimo to nie ma alternatywy dla rządów duchowych. Bez nich zakon nie byłby zakonem.

Przełożony zakonny nie może powiedzieć: „Drodzy współbracia! Rozmawiamy sobie niby szczerze, również o dziedzictwie PRL–u, ale w gruncie rzeczy to ja wam nie wierzę. Dlatego będę was systematycznie sprawdzał”. Przełożony ma prawo zadawać bezpośrednio pytania dotyczące trudnych spraw i ma prawo oczekiwać szczerych odpowiedzi, ale nie może opierać swych relacji ze współbraćmi na programowej nieufności i podejrzeniach. Równie dobrze można by przekonywać ojca rodziny, że aby oczyścić sytuację rodzinną, powinien osobiście zlustrować żonę, dzieci i szwagra na dodatek.

Wolę stosować zakonne, „słabe” procedury, a „mocną” lustrację niech systematycznie prowadzą zewnętrzni wobec zakonu fachowcy. Z wynikami ich rzetelnych opracowań jestem gotów się skonfrontować i podjąć stosowne do danej sytuacji decyzje, o ile tylko są one w mojej jako prowincjała gestii. Tu nie chodzi o jakiekolwiek zamiatanie czegokolwiek pod dywan. Takie zamiatanie byłoby nie tylko niemoralne, ale przede wszystkim nieskuteczne, skoro powstał IPN. Chodzi natomiast o wyciągnięcie wniosków z oczywistego faktu, że wspólnota zakonna polega na różnych wzajemnych zależnościach i związkach duchowych, również tych sakramentalnych (niejednokrotnie zakonnicy spowiadają się u swoich współbraci). Autolustracja w zakonie nie jest więc najlepszym pomysłem. Nie rozumiem argumentu, że teczki to bomba, którą Kościół powinien sam swoimi rękami rozbroić, bo inaczej zajmą się tym jego przeciwnicy. Póki co niektóre osoby duchowne tak rozbrajają owe bomby, że raz po raz coś wybucha, o czym media szeroko informują. Nie widać tu żadnego oczyszczenia, ale za to gryzącego dymu jest dużo. Od min są wykwalifikowani saperzy. Duchowni nie muszą z wypiekami na twarzy ich wyręczać. Muszą natomiast być w pełni otwarci na wyniki ich działań. Wszak osoby, który się poważnie skompromitowały, nie powinny piastować istotnych funkcji w Kościele.

Ostatnio często cytuje się w kontekście lustracji ewangeliczne „Prawda was wyzwoli”. Tyle że w ewangelii chodzi o Jezusa Chrystusa, który jest prawdą, a nie o jakąkolwiek prawdziwą informację. Jeśli podam w mediach prawdziwą informację, że Pan Y zdradził swą żonę z Panią X w hotelu Z, to śmiem twierdzić, że owa prawda nie wyzwoli ani Pana Y, ani jego żony, ani Pani X. Kościół naucza o grzechu, pokucie i nawróceniu, ale Pan Jezus raczej by nie biegał z kamerą telewizyjną, aby przychwycić grzesznika in flagranti, a potem w celach wyzwoleńczych zademonstrować sprawę w telewizyjnym show. Tego rodzaju – niekiedy skądinąd pożyteczną – działalność Pan Jezus pozostawia m.in. autorom programu „Teraz my”.

Lustracja – tak, autolustracja – niekoniecznie
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....