Jak rozmawiać z dzieckiem o Bogu?

Jak rozmawiać z dzieckiem o Bogu?

Jak rozmawiać z dzieckiem o Bogu? Chyba tak samo, jak o Bogu z Bogiem. Kochać Go absolutnie i słuchać z pokorą. Przedszkolaka nietrudno wprowadzić w świat nadprzyrodzony, jest nastawiony na cudowności. Kiedy razem z trzyletnią wówczas córeczką Polą wyrywałyśmy chwasty, trafił się bulwiasty korzonek.

— Zobacz, Polusiu, co za dziwna roślinka — podsunęłam jej.
— Aha — odpowiedziała rezolutnie — dziwna, nie ma oczek, nóżek i nie mówi.

Półkule mózgowe do czwartego roku życia są niezrośnięte, więc maluch instynktownie zachowuje się zgodnie ze słowami Jezusa: Niech lewica nie wie, co czyni prawica. W dodatku dziecko traktuje z dogmatyczną dosłownością zasłyszane informacje. Rzucone przez nas banalne określenia mają dla niego zupełnie inny wymiar. Z trudem próbuje oddzielić siebie od świata, słowa przypasować do tego, co widzi. O tych wysiłkach intelektualnych dowiadujemy się najczęściej przypadkowo, przy okazji „zabawnych powiedzonek”. Na przykład, którejś niedzieli popędzałam córeczkę na ulicy.

— Mamusiu, dlaczemu biegniemy?
— Żeby zdążyć na mszę.
— To biegnijmy szybciej — zaproponowała — bo niedziela się skończy.

1. Co jest słuszne? Wpajanie „od dziecka” biblijnych tekstów, tłumaczenie świata na poziomie katechizmu czy zniżanie się do kilkulatka? Problem nie leży w metodzie, ale w rodzicach. Każda matka i każdy ojciec wyczuwają, jak najlepiej dotrzeć do dziecka. Cokolwiek mu powiedzą, byle konsekwentnie, dopasuje się do tworzonego w jego główce obrazu świata. Gorzej, gdy dziecko zaczyna wychodzić z domu i zderza się z oficjalnym katolicyzmem. Zaczyna od tzw. mszy dla dzieci. Tzw., bo nie bądźmy hipokrytami, to jest najzwyklejsza msza dla dorosłych, a dzieci są na niej tolerowane. A najczęściej ignorowane. Wolno im hałasować, łazić po kościele, ale nie uczestniczyć w nabożeństwie. Zaledwie podczas kazania ksiądz opowie bajeczkę albo podsunie mikrofon, by wysłuchać modlitw w różnych intencjach. Z tych modlitw, najczęściej za rodziców, dziadków i papieża, czasem wyrwie się nieoczekiwanie prośba skrywająca duchową żarliwość i szczodrość na miarę kilkulatka: „Pomódlmy się za Pana Boga”.

Dzieci, jeśli się nudzą i rozrabiają na mszy, to nie z bezmyślności. Próbują w tej sytuacji nadal być dziećmi wbrew pomysłom dorosłym, by usadzić je na godzinę w ławce i kazać słuchać. Maluchy są w stanie wytrwać kwadrans, a to dlatego, że uczą się wszystkimi zmysłami i muszą zmieniać metodę: od słuchania do patrzenia, biegania i dotykania. I w ten sposób lepiej też zapamiętują niż wyłącznie „na słuch”. Msza dziecinna (powinna być z założenia „zdziecinniała”, by dotrzeć do kilkulatków) musi pobudzać wszystkie zmysły. Dzieci nie są za małe na branie udziału w całym obrządku. Wystarczy go sprowadzić na poziom maluczkich i zaciekawić. Z misteriów katolickich rozwinął się przecież teatr, a dzieci uwielbiają przedstawienia. Zwłaszcza takie, w których mogą zagrać. Dotychczas widziałam tylko raz, w Piasecznie, młodego księdza z mikrofonem za uchem (aby mógł się swobodnie poruszać) wciągającego dzieci w liturgię. Był w tym znakomity, a dzieci „wniebowzięte”.

Dlaczego szaty księdza odprawiającego minimszę (bo i czas powinien być skrócony) nie mogą być bajecznie kolorowe, z poprzypinanymi kwiatami, pluszakami? Dlaczego by nie tłumaczyć za ich pomocą dzieciom, że świat jest szatą Boga, przez Niego stworzoną dla naszej radości, razem z kotkami, pieskami i liśćmi? Dzieci mogą też dopiąć własnoręcznie zrobione dary i maskotki. Nie należy bać się śmieszności, dzieci tego tak nie odczuwają. Zresztą, by przekonać dzikie plemiona do katolicyzmu, zapożycza się wiele z ich egzotycznych obrządków. Dzieci są takim plemieniem niewinności. Wprowadzając je przed mszą zbiorowo do kościoła, można razem z nimi „wspinać” się po stopniach, tłumaczyć, że idziemy wyżej do Boga, zostawiamy niepotrzebne w kościele rzeczy — garnki, samochody — bo tu będziemy się bawić i cieszyć, a nie pracować. Otwierając drzwi, stukać do nich, by uzmysłowić przejście ze zwykłej przestrzeni do sacrum cudowności. Obmywać buzie i rączki wodą święconą przy wejściu, tak jak myjemy ręce po przyjściu do domu. Uprościć czytanie, przełożyć je na prosty język (jest nawet Biblia dla dzieci polecana przez prymasa) i przedstawić je w formie teatrzyku kukiełkowego. Dzięki temu kilkulatek lepiej zapamięta, kim był np. Goliat i na czym polegała pomysłowość Dawida. Ewangelię można odgrywać z rodzicami, w prostym przebraniu. Nie należy bać się cudów, w rodzaju chleb z nieba (na przezroczystej lince), dzieci nie wpadną przez to w bałwochwalstwo. Będą przychodzić z ciekawością na mszę i zapamiętają z niej dużo więcej niż: „Siedź cicho, teraz klękamy”. Oczywiście tyle pokoleń chrześcijan wychowało się bez zamieniania mszy w eksperymentalny dom kultury, ale, po pierwsze, nie było tylu konkurencyjnych zajęć przyciągających uwagę dziecka, a po drugie, współczesna pedagogika wie trochę więcej o skutecznym nauczaniu i jego granicach. Msza niedzielna nie może być nudnym obowiązkiem. Powinna dzieci olśnić, zaciekawić, docierać do nich wszystkimi zmysłami: obrazem, historyjką do słuchania, dotykiem, smakiem. Nie będzie chyba profanacją rozdanie dzieciom chleba i kielichów z sokiem winogronowym, gdy ich rodzice przyjmują komunię. Ta część „spożywcza” budzi u kilkulatków największe emocje. Wyrywają się wtedy, by też dostać przy ołtarzu „opłatek”. Odegranie dla nich ostatniej wieczerzy wytłumaczyłoby na ich poziomie, o co w tym chodzi. Na poziomie dorosłych też jest to mało zrozumiałe — zostaje tajemnicą.

Zorganizowanie takiej mszy wymaga trochę pracy plastycznej, pomocy rodziców i miłości do dzieci. Może księża powinni sobie wziąć bardziej do serca słowa Chrystusa, gdy prosił, by pozwolono przyjść do Niego dzieciom. Kapłani, proszę, nie zanudzajcie dzieci, nie męczcie niezrozumiałym obrządkiem, do którego „muszą przywyknąć”. Ułatwiajcie im bycie z Chrystusem w zabawie, spektaklu. To są też mali parafianie, a co najważniejsze przyszli. Może kiedyś przyjdą do Kościoła. Dzieciństwo zostawia w psychice najmocniejsze ślady, na których buduje się osobowość. Dlaczego jednym z tych emocjonalnych śladów, do których się wraca, nie mogłaby być msza zamiast zabawa w pokemona czy gra komputerowa?

2. Gdy poszłam do dominikanów prosić o chrzest dziecka, ojciec Wojciech Prus zapytał mnie w zakrystii, czy decyduję się na katolickie wychowanie córki. Bez namysłu przytaknęłam. Oczywiście przełożę jej wszystkie przestudiowane mądrości na najbliższy mi religijnie język katolicyzmu. Co z tego, że jak przeczuwam, pustka buddyjska, kabalistyczna otchłań i Bóg osobowy dadzą się połączyć gdzieś na zawrotnych szczytach komparatystyki ekumenicznej? Problem, z czego nie zdawałam sobie sprawy, nie sięgał tak wysoko, nie zahaczał o abstrakcję pojęć. Był o wiele bardziej przyziemny, mianowicie, dlaczego nie ochrzciłam dziecka w mojej parafii? Dlaczego wybrałam dominikanów, dojeżdżając do nich na nabożeństwa 30 kilometrów i mijając po drodze z dziesięć kościołów? W mojej parafii ksiądz porozsyłał ulotki napominające rodziców: „Jeżeli w czasie mszy nie jesteście w stanie upilnować małych dzieci, to co będzie, gdy dorosną?!!”. Chodziło o „skandaliczne zachowanie” polegające na zaglądaniu do żłóbka i przestawianiu zwierzątek. Moja córeczka przyłączyła się do „raczkującej bandy” i próbowała wynieść pod płaszczykiem Jezuska. „Bo mu zimno!”.

Czy należymy do surowych kwakrów? Czy dzieci u stóp ołtarza mają się turlać z nudów i płakać, protestując? Prawdopodobnie Kościół, w którym służą osoby zobowiązane do celibatu, ma małe pojęcie o potrzebach najmłodszych i zmianach, które zaszły w ich traktowaniu. Maluchy traktuje się jak zło konieczne, czekając, aż dorosną do sakramentów. A kiedy dorosną… Będzie jeszcze większy problem. Jak mam wytłumaczyć kilkuletniej dziewczynce, dlaczego nie może zostać księdzem? Na to jeszcze ma czas (mam nadzieję, że Kościół też), ale dlaczego by nie miała być ministrantem? Ona zaczyna dostrzegać już tę dziwną niesprawiedliwość. Jej kuzyni służą do mszy, a ona nie. Proboszcz odpowiedział, że jest to możliwe pod warunkiem, że zabraknie chłopców. Powtórzyć to dziecku? Wychowanemu w normalnym, nowoczesnym świecie, w którym tatuś i mamusia pracują, prowadzą samochód i razem wypełniają obowiązki domowe? Pan Bóg mniej cię kocha, a proboszcz nie docenia? Dlaczego mam chronić dziecko przed anachronizmem Kościoła, nie znajdując żadnego fragmentu Ewangelii zakazującego kobietom kapłaństwa.

3. Podróże uświadamiają młodym ludziom, że kościoły chrześcijańskie mogą działać na bardzo przejrzystych zasadach ekonomicznych i przy współudziale wiernych — np. protestanckie. Katolickie też różnią się od tego w Polsce. Pierwsza komunia w arcykatolickiej Bretanii nie polega na niezliczonych próbach i strojeniu się w alby czy suknie balowe. Wystarczy ciemny sweterek i czysta spódnica. U mnie kilkanaście kilometrów od Warszawy zaciąga się komunijne kredyty, by wyprawić bal. Uważam, że księża mają wpływ na sposób przeżywania kościelnych ceremonii. Nawołują, co prawda, wtedy do trzeźwości, ale ja prosiłabym o trzeźwe spojrzenie kleru. Nie chcę, by moje dziecko było rozpraszane ceremonią pod linijkę, próbami, strojami, pamiątkami. Zaczęłam się zastanawiać, czy Pola nie powinna dorosnąć do komunii i nie przyjąć jej w wieku lat –nastu, gdy zacznie odróżniać obrządki od przeżycia duchowego.

4. Drugi dzień pobytu w Tajlandii wystarczył mojemu wtedy trzyletniemu dziecku do kategorycznego stwierdzenia: „Jestem buddystką!”. Zachwycił je ceremoniał, ołtarzyki, figurki. Nie przywoływałam Poli do porządku, mówiąc: „Jezusek się pogniewa”. Wytłumaczyłam natomiast, na czym polega buddyzm (karma jest logiczniejsza od teodycei), i po powrocie do Polski poczekałam, aż w buddyjskiej kapliczce znowu zamieszka Matka Boska. Nie podjęłabym się prowadzenia wojen religijnych w umyśle kilkulatka. Pokazałam jej przed lustrem zmianę umalowanej twarzy, zasłoniętej maską. — To ciągle ja, ta sama osoba — powiedziałam — chociaż inaczej wyglądam. Nie wiem, czy kiedyś moja córka dozna wizji Boga osobowego czy nadprzyrodzonego światła. Jeśli dojdzie do takiego etapu rozwoju duchowego, na pewno znajdzie przewodnika. Moja rola polega na nieprzeszkadzaniu w jej duchowej spontaniczności i chronieniu przed traumą.

Z okazji urodzin Poli chcieliśmy zaprosić chrzczącego ją zakonnika. Mała coś z tego podsłuchała i zażądała wizyty papieża.

— Polusiu, ależ papież nie żyje — rozmowa toczyła się przed konklawe.
— No to co, ja chcę papieża!
— Niemożliwe.
— Jak to niemożliwe? Chcę MOJEGO papieża!

Wtedy zrozumieliśmy, że chodzi o też ubranego na biało, ojca Wojciecha, dominikanina.

Dziecko potrafi mieć swojego prywatnego papieża. Również swoje diabły wychodzące nocą spod łóżka i widzialne tylko dla jego przerażonych oczu. Katechetka ucząca w jednym z przedszkoli, do których chodziła Pola, straszyła dzieci Belzebubem. Niechybnie ją nawiedzał, skoro wpadła na pomysł opowiadania przedszkolakom o piekielnych mękach.

Dla dziecka Bóg jest konkretem: Jezuskowi jest zimno, Matka Boska ma na pewno koronę z pozłotka. To są prawdy wiary kilkulatka. Po święceniu kapliczki w naszym ogródku została miseczka z wodą święconą. Pola wzięła ją i po gospodarsku spytała: — Wodę święconą to do lodówki czy zamrażalnika?

Myślę, że trzeba dziecku tłumaczyć te właśnie konkrety, pokazywać ich rolę w czasie mszy. Ojciec Pio mający wizje w wieku trzech lat jest wyjątkiem, zwykle dzieci wyobrażają sobie nadprzyrodzone za pomocą realności. I prędzej uwierzą w czary wróżki, zmartwychwstanie lwa z Narnii niż zmartwychwstanie Chrystusa. Przynajmniej w tej formie, w której podaje to kilkulatkom katecheza. Dziecko jest bezbronne w swojej wierze. Ono wierzy, bo tak powiedzieli rodzice i dorośli. Ale w zderzeniu z opinią racjonalnego kolegi: — No co ty, to zwykła woda i chleb! — będzie musiało znaleźć więcej pewności, by odpowiedzieć: — Tego się nie widzi, ale czuje, ja to czuję i to działa.

5. Co zostało z mojego Kościoła, do którego chodziłam jako dziecko i nastolatka? Rodzice są gorliwymi katolikami, dla dziadków wiara była czymś więcej niż wyznaniem. Była tożsamością (chodzili do obcych szkół pod zaborami). Mój Kościół znika. Ma fundamenty Ewangelii, pism mistyków, doktorów Kościoła i wiarę w charyzmę kapłaństwa. Ozdobiony jest sentymentem, ale nie ma już ścian. Już go nic nie chroni przed wątpieniem w sens polityki kościelnej. Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego, ale nie wiem, czy wierzę w Kościół powszechny, w tym stanie, w jakim jest, w instytucję. Mówiąc, że jestem katoliczką, zastanawiam się często, jakiego wyznania. Znajomy Amerykanin, słysząc moje wątpliwości, poradził mi Kościół anglikański: „Tam masz protestanckie porządki i księży uznawanych przez Watykan”. Ale ja nie chcę być anglikanką, nie chcę iść do innego Kościoła. Chcę iść prosto do Nieba. I przeszkadza mi w tym, że nie idę razem z Kościołem. To, że Kościół nie nadąża za wiernymi (np. w kwestii homoseksualizmu, kapłaństwa kobiet, antykoncepcji), to jeszcze można zrozumieć, znając jego historię. Ale on nie nadąża coraz częściej za Chrystusem. Czy nie powinien obawiać się tego bardziej niż sekularyzacji społeczeństwa? Bardzo trudno być księdzem w nowoczesnym świecie. Być kimś między urzędnikiem a świętym. Ludzie wraz z rozwojem demokracji mają większe wymagania względem urzędów, a świętych znajdują pod różnymi postaciami. Pytanie więc, jak rozmawiać z dziećmi o Bogu i katolicyzmie, oznacza kwestię, jak ze swymi dziećmi będzie w przyszłości rozmawiał Kościół.

Jak rozmawiać z dzieckiem o Bogu?
Manuela Gretkowska

urodzona w 1964 r. – pisarka, debiutowała w 1991 roku My zdjes emigranty, matka Poli, o której narodzeniu napisała Polkę. Autorka m.in. Kabaretu metafizycznego, Europejki....