Pytanie Boga
By pokochać samych siebie, potrzebujemy przede wszystkim pokochać innych ludzi, potrzebujemy osób wokół nas. Możemy zacząć od miłości bliźniego, a wtedy bezwiednie pokochamy samych siebie.
„Nienawidzić siebie jest łatwiej, niż się zdaje. Łaską jest zapomnieć siebie. Ale gdyby wszelka pycha w nas umarła, najwyższą łaską byłoby kochać pokornie samego siebie jak każdy z umęczonych członków Jezusa Chrystusa” – napisał Georges Bernanos w Pamiętniku wiejskiego proboszcza. Do tych słów wrócę za chwilę.
Żyjemy w ciekawych czasach. Wszystko wskazuje na to, że idą jeszcze ciekawsze. Tytułowa miłość samych siebie też już nie jest taka jak kiedyś. Cichaczem dokonał się w niej swoisty przewrót kopernikański – poczciwy św. Paweł nie mógłby się już posłużyć sformułowaniem w stylu: przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz każdy je żywi i pielęgnuje (por. Ef 5,29). I nie chodzi tylko o dość popularne dziś samookaleczanie się czy zaburzenia łaknienia (np. anoreksję lub bulimię), ale o podstawowe odniesienie do samych siebie. Ciało, a dokładniej jego wyidealizowana wersja, jest złotym cielcem współczesnej kultury, znakiem czasu, symptomem obecnych trudności z miłością własną. Sądzimy, że podobając się sobie, wreszcie zaczniemy siebie kochać. Jakże bardzo się mylimy…
Selfie – znak czasu
A cóż w tym złego, że ludzie zaczęli dbać o siebie, że dobrze się ubierają, zdrowo się odżywiają, uprawiają sporty itp.? – zapyta ktoś słusznie i podeprze się wcześniejszym cytatem ze św. Pawła. Anomalia polega na tym, że środek zastąpił cel, a z przykazania miłości bliźniego – w którym miłość własna („jak siebie samego”) była tylko metaforyczną podstawą dla osiągnięcia właściwego celu, tj. miłości bliźniego – zostało już tylko „miłuj… siebie samego”. Wydłubano cenną zawartość i została krucha skorupka. To, co miało pomóc wyjaśnić, zasłoniło wszystko. Zdradzona rzeczywistość zemściła się jednak okrutnie, niczym mityczni bogowie, którzy sprawili, że Narcyz zakochał się we własnym odbiciu w lustrze wody: współczesny człowiek zakochał się w niezdrowy sposób w samym sobie. Modnym znakiem tej miłości jest tak popularne dziś robienie zdjęć samemu sobie, tzw. selfie. Niby nic takiego, ale jednak coś jest nie tak, skoro w centrum każdego selfie musi być właściciel smartfona, a dopiero na dalszym planie znajomi, przyjaciele, ewentualnie egzotyczne obrazy, sławne postaci i miejsca. Wielki karnawał ludzkiego ja, odmienianego przez wszystkie miejsca, osoby, czasy i przypadki. Ja w Londynie, ja w Bangkoku, ja i papież Franciszek, ja i wielbłąd dwugarbny… Ja, ja, ja… Istne szaleństwo. Na dodatek każde takie zdjęcie podlega drobiazgowej weryfikacji: Czy dobrze wypadłem lub wypadłam? Czy nie widać jakichś mankamentów twarzy lub figury? Tylko te najbardziej udane trafiają na konta Facebooka, tylko te najkorzystniejsze można pokazać znajomym. Dzisiejszy Narcyz już nie ślęczy w bezruchu nad kałużą wody, on lub ona wygina się przed lustrem, wciąga brzuch, napina mięśnie, poprawia w nieskończoność fryzurę, a wszystko po to, by wypaść jak najlepiej, uwiecznić na zdjęciu własną doskonałość.
Anatomia narcyzmu
Dla znawców ludzkiej psychiki narcyzm to nic nowego. Upraszczając, można powiedzieć, że każdy przez to przechodził i nietrudno to wytłumaczyć. Nasz świat w pierwszych latach życia jest bardzo ciasny: w jego centrum jesteśmy my, a właściwie nasze budzące się nieśmiało do świadomego życia ja, i poczucie, że każde nasze życzenie od razu się spełnia. Stosunkowo szybko rzeczywistość przywołuje nas jednak do porządku i z bólem odkrywamy, że nie jesteśmy największą gwiazdą wszechświata, ba, nie jesteśmy nawet gwiazdą, tylko lichym satelitą, który dość łatwo się obija lub jest obijany przez inne satelity. Pierwotny narcyzm nie znika, przekształca się jednak w relacje z osobami, które pozwalają nam go zachować.
Jak twierdzi Heinz Kohut, jeden z największych znawców tematu, pojawiają się tzw. przeniesienia na osoby znaczące. Są one trojakiego rodzaju.
Pierwsze i najbardziej oczywiste to przeniesienie lustrzane. Mały człowiek znajduje w matce lub ojcu rodzaj lustra, w którym odbija się jego postać, i to w pięknej, wyidealizowanej formie. Bo dla którego rodzica pierwszy krok dziecka, pierwszy samodzielny rysunek, a nawet pierwsza samodzielna kupka w nocniku nie będzie wydarzeniem o doniosłym znaczeniu? I choć wydarzenie jest banalne, to jednak zainteresowany maluch jest przekonany – bo rodzice go w tym utwierdzają – że dokonał czegoś niezwykłego. We wczesnym etapie życia zachowania takie są czymś dobrym i pożądanym, stymulują rozwój. Z czasem muszą ulec przekształceniu, nie można bowiem wiecznie szukać odbicia własnej doskonałości w oczach innych ludzi. W to miejsce muszą się pojawić bardziej konkretne cele i zamiary, których realizacja będzie źródłem zdrowego poczucia własnej wartości.
Drugim rodzajem przeniesienia jest tzw. przeniesienie idealizujące: pierwotny narcyzm dziecka zostaje przerzucony na osobę rodzica, którą się idealizuje, by poprzez kontakt z nią zachować przekonanie o własnej szczęśliwej gwieździe. Kto z nas nie myślał w swoim czasie, że jego mama jest najpiękniejsza, a ojciec najsilniejszy na świecie? Nawet jeśli nie było to prawdą, z pewnością odegrało swoją rolę: wiązało nas bardzo silnie z rodzicami i dało poczucie bezpieczeństwa oraz przynależności do kogoś ważnego, silnego, mądrego. Rzecz jasna i to przeświadczenie nie może trwać w nieskończoność, bo żadna mama nie będzie wiecznie młoda, a i najsilniejszemu ojcu kiedyś zwiotczeją mięśnie. Tak więc i to przeniesienie musi ulec przemianie, która się dokonuje poprzez odkrycie świata wartości i ideałów. Paradoksalnie, w tym świecie ideałów można ocalić proste prawdy z dzieciństwa, że mama jest najpiękniejsza, a ojciec najsilniejszy.
Kohut wymienia jeszcze trzeci rodzaj przeniesienia, zwany przeniesieniem bliźniaczym, i określa je łacińskim sformułowaniem alter ego. Chodzi o prostą rzecz – każdy człowiek chce się czuć człowiekiem pośród innych ludzi. Służą temu m.in. wszelkie zabawy z dzieciństwa, w których dzieci naśladują dorosłych: syn gołowąs, stojąc obok ojca w łazience, nakłada sobie pianę na twarz i zaczyna ją golić jakąś niby-to-żyletką, a córeczka razem z mamą kroi warzywa i robi sałatkę na kolację. Takie lub podobne czynności mają niezwykłe znaczenie – pozwalają czuć się takim jak inni ludzie. Z czasem i te przeniesienia przekształcą się w pełen zakres umiejętności i talentów, dzięki którym naśladowanie innych nie będzie już konieczne dla podtrzymania miłości własnej.
I co z miłością własną?
Nie trzeba chyba tłumaczyć, że owe trojakie przeniesienia – lustrzane, idealizujące i bliźniacze – powinny zaniknąć w dojrzałym człowieku i przekształcić się w wewnętrzne struktury osobowości. Miejsce osób, które nas idealizowały, powinny zastąpić nasze realistyczne cele i zamiary. Miejsce tych, których my idealizowaliśmy, muszą zająć wzniosłe wartości i ideały. A poczucie bycia takimi jak inni mają wypełnić nasze talenty i umiejętności. Dzięki temu miłość własna traci swój prymitywny, narcystyczny i egocentryczny posmak, a nabiera kształtów bardzo zróżnicowanych i wysublimowanych sposobów bycia i działania w świecie. W pewnym sensie – jak chce cytowany na początku Bernanos – miłość własna znika z pola widzenia, bo jest zaspokajana, jakby bezwiednie i mimochodem, w dążeniu do wyznaczonych celów, w służbie ideałom i przy wykorzystywaniu wszystkich talentów i umiejętności.
To właśnie możemy zobaczyć u kobiety, która nie dosypia i nie dojada, bo w dzień i w nocy opiekuje się swoim chorym dzieckiem. I nie zastanawia się nad tym, jak wygląda, ani nie robi sobie selfie. Tak zachowuje się uczony, który jest o krok od wielkiego odkrycia, dlatego nie zaprząta sobie umysłu tym, jakie spodnie założyć i kiedy ostatnio odwiedził siłownię. Bycie matką czy odkrywcą w pełni zaspokaja ich głód miłości własnej. Nie znaczy to jednak, że nie jest możliwy powrót do bardziej prymitywnych sposobów reagowania. Regresja, czasem nawet o patologicznych znamionach, jest zawsze możliwa. Matka Polka, gdy odchowa swoje dzieci, być może poczuje się brzydka i nikomu niepotrzebna, a uczony – zwłaszcza wtedy, gdy jego odkrycie jest ignorowane lub lekceważone – doświadczy gorzkiego smaku rozczarowania. Wtedy poszukiwanie otuchy w ramionach kogoś życzliwego (przeniesienie lustrzane) albo wsparcia w grupie wiernych uczniów (alter ego) może się okazać niezłym pomysłem, pod warunkiem, że będzie to rozwiązanie tylko chwilowe. Wkrótce powinny się pojawić nowe osoby, nowe wyzwania i nowy twórczy sposób na życie.
Niestety, przeniesienia te nie są taką rzadkością. Ileż naszych relacji z innymi ma posmak takich prymitywnych, narcystycznych odniesień? Ile w nich zaborczości, zależności lub chorej uległości? Jeśli wspomniane wyżej życzliwe ramiona muszą być wciąż otwarte, a grupa uczniów zawsze wierna i potulna, to znak, że prymitywne przeniesienia wróciły do łaski, a ludzi zaczęliśmy traktować jak przedmioty. O czym to świadczy? Może to znak wielkiego kryzysu naszych ideałów i wartości? Może podążamy za czymś, co w istocie nie jest ideałem, tylko martwym idolem, jak choćby wspomniane na początku wyidealizowane ciało? No bo ileż można w nie inwestować: ono po prostu nie sprawdza się w roli złotego cielca. A nasze cele i zamiary? Może są zbyt przyziemne i banalne, dlatego trącą po jakimś czasie nudą. Ileż razy można się chwalić tym, że było się w Bangkoku albo że właśnie dostało się awans w pracy? Niewielu, i to z nami włącznie, na dłuższą metę to naprawdę interesuje. Albo nasze talenty i umiejętności – ileż tam ślepych uliczek. Można znać pięć języków obcych, ale w żadnym nie mieć nic istotnego do powiedzenia. Dlaczego? Dlatego że brakuje nam tej zasadniczej umiejętności w relacjach międzyludzkich: wczucia się w drugą osobę, empatii.
Kiedy nasz świat wartości, celów i ambicji nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością, uciekamy się do tego, co proste i możliwe do zrobienia. Manipulujemy bardziej lub mniej nieświadomie własnym obrazem po to, by mieć powód do tego, by każdego dnia podnosić się z łóżka. Rzeczywistość ukryta za tą manipulacją jest raczej smutna – za tym swoistym samouwielbieniem czai się coś odwrotnego – nienawiść do siebie, brak akceptacji, wstręt. Wystarczy tylko trochę podrążyć, a światło dzienne ujrzą smutek i depresja.
Panie, jak żyć?
Narcystyczne tendencje współczesności trzeba rozumieć jako próbę ratowania kruchego ludzkiego ja. Jest ona nieporadna i często nieudana, ale na krótką metę zdaje egzamin. Prawdziwa droga wyjścia z tego impasu wiedzie jednak poprzez przewartościowanie naszego życia i powrót do tego, co jest wartością, ideałem, celem i prawdziwą zdolnością. Duch ludzki nie zaspokoi się niczym mniejszym niż on sam. Dlatego potrzebujemy czegoś, co nam przynajmniej dorównuje, a jeszcze lepiej, co nas przerasta. Potrzebujemy innych ludzi, potrzebujemy Boga. Musimy wrócić do dwóch najważniejszych przykazań, o których mówił Jezus. I by na nowo pokochać samych siebie, potrzebujemy przede wszystkim pokochać innych ludzi, potrzebujemy osób wokół nas. Możemy zacząć od miłości bliźniego, a wtedy bezwiednie pokochamy samych siebie. Warto zacząć od tych najbliższych, od tych umęczonych członków Chrystusowego Ciała, z którymi On się utożsamia na każdym kroku w Ewangelii.
Wtedy odkryjemy ideały, które nigdy się nie skompromitują, cele i zamiary, które nigdy się nie znudzą, oraz umiejętności, którym nie będzie miary czy końca. Miłować Boga całym swoim sercem, całą swą duszą, całym umysłem, całą swą mocą i miłować bliźniego swego (por. Mk 12,28–30) znaczy pozwolić rosnąć sobie i tym wszystkim wewnętrznym strukturom w stronę nieskończonego. A do tego zostaliśmy stworzeni. Nie do tego, by się zamykać czy skupiać na sobie; to ostatnie jest synonimem piekła, i to piekła już tu na ziemi. Paradoks naszej sytuacji polega na tym, że nawet miłości do samych siebie uczymy się od innych ludzi. Dlatego – jak pisał pewien ksiądz poeta – śpieszmy się kochać ludzi…
Oceń