Dobrzy ludzie z Syczuanu
fot. adam neumann m3r7MJ 08 / UNSPLASH.COM

Dobrzy ludzie z Syczuanu

Kiedy przed kilku laty wśród naszych znajomych powstał pomysł wyjazdu misyjnego do Chin, nie przypuszczaliśmy, że stanie się on naszym udziałem. Ich pragnienie, którym podzielili się z nami, zaczęło bardzo intensywnie żyć w naszych sercach. Realny termin wyjazdu został ustalony na czerwiec. Wyjeżdżaliśmy w trójkę. Jednak wiedzieliśmy, że jest to dzieło wspólne – nasze i tych, którzy zostali w Polsce, by wspierać nas swoją modlitwą. Celem naszego wyjazdu – nas, ludzi związanych z duchowością dominikańską – było, obok zapoznania się z sytuacją Kościoła lokalnego, głoszenie Ewangelii.

Chiny ’98

Przed wyjazdem zebraliśmy wiele różnych informacji na temat Kościoła chińskiego. Dowiedzieliśmy się, że jest on podzielony na Kościół oficjalny, nad którym częściowo sprawowana jest opieka rządu, oraz nieoficjalny, bardzo ukryty, który w takiej formie istnieje od początku lat pięćdziesiątych. W Chinach, nadal prześladowanych, jest wielu chrześcijan i księży, a obcokrajowcy nie mogą prowadzić oficjalnych akcji ewangelizacyjnych. Nie jest też wskazana żadna forma pomocy dla „świetnie prosperującego” Kościoła chińskiego.

Wyjeżdżaliśmy z Polski, nie wiedząc, jaką sytuację zastaniemy w kraju kilkadziesiąt razy większym od Polski. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to trudny wyjazd, liczyliśmy się nawet z możliwością niewrócenia stamtąd. Miesiąc to bardzo mało czasu na rozpoznanie sytuacji Kościoła chińskiego oraz możliwości misyjnych, dlatego staraliśmy się bardzo wsłuchiwać, w jaki sposób i gdzie Pan Bóg zechce nas zaprowadzić podczas pobytu w Chinach.

Po przylocie na pekińskie lotnisko przywitani zostaliśmy przez dalekiego znajomego. Zaprowadził on nas do zaprzyjaźnionej polskiej rodziny, która zaproponowała nam gościnę w swoim domu. Doświadczyliśmy od nich wiele życzliwości i pomocy, także finansowej. Dzięki nim odbyliśmy wiele dalszych podróży, podczas których mogliśmy rozmawiać z ludźmi o Panu Bogu.

W Pekinie spędziliśmy tydzień modląc się, przemierzając wiele miejsc i rozmawiając z gospodarzami. Dużą pomocą w wyborze miejsca, do którego powinniśmy się dalej udać, był dla nas przewodnik po Kościele chińskim, w którym znaleźć można adresy wszystkich oficjalnych kościołów, seminariów, księży i biskupów chińskich. Z niego wyczytaliśmy, że dominikanie zakładali kościół i prowadzili misje w prowincji Fujien, oddalonej ponad dwa tysiące kilometrów na południe od Pekinu. Zdecydowaliśmy się tam wyruszyć pociągiem. Jechaliśmy przez 38 godzin w wagonie, w którym było osiemdziesiąt, niczym od siebie nie oddzielonych, kuszetek. Takie warunki pomagały nam w nawiązywaniu znajomości. Na początku podróży wyciągnęliśmy rozmówki polsko–chińskie, z których pasażerowie uczyli nas kilku podstawowych zwrotów oraz liczb. W tym przedziale podróżowała również młoda szesnastoletnia dziewczyna, znająca język angielski — mogliśmy więc rozmawiać ze sobą. Po rozmowie wyciągnęliśmy instrumenty: bębenek i dwa flety proste i rozpoczęliśmy granie kilku tańców oraz pieśni średniowiecznych. Chińczycy, którzy rzadko mają okazję słuchać takiego repertuaru, przyglądali się z zaciekawieniem. Zebrała się mała grupka ludzi, którzy pytali nas, skąd jesteśmy, czym się zajmujemy, dlaczego przyjechaliśmy do Chin, o czym są pieśni, które śpiewamy? To była dla nas doskonała okazja, żeby opowiedzieć im o Polsce, o Panu Bogu. Potem przetłumaczyliśmy im jeden z tekstów pieśni, który mówił o zwiastowaniu Maryi nowiny, że została wybrana na Matkę Syna Bożego, którego pocznie, porodzi i nada mu imię Jezus. Na szczęście nie musieliśmy im tłumaczyć, co oznaczają imiona Jezus i Maryja, bo większość z nich je znała. Chińczycy z zaciekawieniem słuchali tych historii, oglądając obrazki, które mieliśmy ze sobą w brewiarzu: było tam Boże Narodzenie, ukrzyżowany Jezus i święty Dominik obejmujący krzyż, obrazek Pana Jezusa Miłosiernego, Matka Boska Częstochowska, św. Franciszek, św. Antoni Padewski… O każdym z nich staraliśmy się im trochę opowiedzieć. Kilkugodzinna rozmowa, przerywana śpiewem i graniem, wprowadziła nas w atmosferę pełną życzliwości.

Nadchodził wieczór, a więc pora, kiedy zbliżał się koniec naszej podróży i czas, kiedy powinniśmy znaleźć miejsce na nocleg. Wtedy dostaliśmy prezent od Pana Boga. Był nim Lee, młody nauczyciel paleografii, który podszedł do nas pod koniec podróży i zaoferował nam pomoc w znalezieniu noclegu. Po wyjściu z dworca pomógł nam zatelefonować do biskupa. Mimo iż go nie zastaliśmy, zdecydowaliśmy, że pojedziemy w stronę katedry i w jej pobliżu przenocujemy na świeżym powietrzu, bowiem temperatura w tamtym rejonie nawet w nocy nie spada poniżej 25-30 °C. Lee był bardzo zdziwiony naszym pomysłem. Kiedy okazało się, że ostatni autobus w tamtym kierunku odjechał, a my chcieliśmy iść do katedry pieszo, Lee zaproponował nam nocleg w domu swoich rodziców. Dziękując Panu Bogu za Lee, a Lee za gościnność i troskę, wsiedliśmy do taksówki i po kilkunastu minutach znaleźliśmy się w domu jego rodziców, którzy nas bardzo gościnnie przyjęli. W nocy rozmawialiśmy z nim o wierze, o Jezusie, o tym, że to, iż zaprosił nas do swojego domu, oznacza dla nas opiekę Boga nad nami. Rano dostaliśmy pyszne śniadanie, a Lee odwiózł nas na poranną mszę świętą do katedry. Jako wyznawca bogini, opiekunki Chin, nie uczestniczył w Eucharystii, ale przez chwilę został w kościele, słuchając kazania biskupa, który mówił o tym, że Pan Bóg opiekuje się i troszczy o swoje dzieci. Widać było, że sam Lee utwierdził się w tym, że Bóg nas prowadzi. Zostaliśmy tam kilka dni, w czasie których zapoznaliśmy się z historią i obecną sytuacją Kościoła oficjalnego i nieoficjalnego.

Następnym miejscem naszego pobytu był Szanghaj, dokąd dostaliśmy się z Fujien dzięki szczodrobliwości kolejnych dobrodziejów. Czas tam spędziliśmy modląc się, odwiedzając kościoły oraz grając i głosząc Ewangelię wśród hutungów. Hutungi to najuboższe domy szeregowe w chińskich miastach, zbudowane ze ścian o grubości jednej cegły, o jednej bądź dwóch izbach, w których mieszka cała, często wieloosobowa rodzina. Toalety i prysznice znajdują się tam zazwyczaj w zbiorowych łazienkach na zewnątrz budynku. Niekiedy zbiorowiska takich hutungów tworzą jakby małe wioski, w których wszyscy się znają, a dzieci bawią się na wspólnych podwórkach.

Kiedy przyszliśmy na jedno z takich podwórek i po modlitwie rozpoczęliśmy głośne granie, w drzwiach kilku domów natychmiast pojawiły się zaciekawione twarze. Jak mieliśmy się później przekonać, w Chinach nie ma tradycji ulicznego grania i śpiewania, toteż wkrótce wokół nas zebrała się grupka dzieci i dorosłych. Bardzo podobały im się utwory, które graliśmy, więc kiedy na moment przerwaliśmy granie, zaczęli nas pytać o to, co gramy, co ro-bimy na co dzień, skąd jesteśmy, dlaczego przyszliśmy akurat do nich? Byli bardzo życzliwi. Spodobały im się także nasze pocztówki i obrazki w brewiarzu. Część z nich pokazywała je sobie, robili znak krzyża, mówiąc: Jesu, Marija wskazywali na postacie Matki i Chrystusa na obrazkach. Wielu z nich słyszało o chrześcijaństwie, pojawiło się nawet kilka kobiet, które uczestniczą w coniedzielnej Eucharystii. W tłumaczeniu rozmów pomogła nam Chinka, która była katoliczką i dobrze znała język angielski. Kiedy zobaczyła, że nie mamy nic do jedzenia, przyniosła nam dwanaście bułek. Ktoś inny dał nam puszki z piciem oraz arbuza. Widać było autentyczną radość tych ludzi — z tego, że przyjechaliśmy z Polski, żeby także i dla nich grać i mówić im o Panu Bogu. Cieszyli się, że i oni także mogą nam coś dać.

W innym miejscu, gdzie graliśmy, zebrała się wokół nas grupa około siedemdziesięciu osób. Ludzie przyprowadzali ze sobą dzieci, a my pokazywaliśmy im, że pieśni, które gramy, opowiadają o Bogu i Jego miłości do ludzi. Mówiliśmy także o Polsce i śpiewaliśmy ludowe pieśni. Kiedy odchodziliśmy stamtąd, w niezrozumiałych dla nas rozmowach Chińczyków co jakiś czas rozpoznawaliśmy słowa Jesu, Marija.

Następnym etapem naszej wędrówki po Chinach była 44–godzinna podróż pociągiem z Szanghaju do Syczuanu, gdzie do 1953 roku przebywali polscy dominikanie. Pociąg, do którego wsiedliśmy, początkowo nie wydawał się nam miejscem bezpiecznym, poruszali się bowiem po nim młodzi mężczyźni z nożami za pasem, a ludzie zgodnie ze zwyczajem spluwali na podłogę oraz wyrzucali wszystkie śmieci za okno pędzącego pociągu. W całym przedziale panował bałagan i brud.

Postanowiliśmy pościć podczas podróży, ponieważ nie mieliśmy wielu pieniędzy na jedzenie. Był to stan, który bardzo dziwił Chińczyków, bowiem oni zaczynają jeść natychmiast po wejściu do pociągu i kończą po podróży. Podczas jazdy był taki moment, że jedna z nas rozpłakała się. Nasi chińscy towarzysze podróży połączyli sobie te dwa fakty i myśleli, że jest nam ciężko z powodu braku pieniędzy. Jeden z młodzieńców, który wyglądał na szefa gangu, dał nam pół arbuza z wbitym w środek ogromnym nożem, ktoś inny przyniósł dla nas ciastka, zupę i herbatę, potem ten sam człowiek wyciągnął 50 yuanów (ok. 25 zł) i na stacji kazał nam kupić sobie coś do jedzenia. Pomysł postu okazał się więc niewykonalny. Podziękowaliśmy za podarowane jedzenie i rozpoczęliśmy granie. Nasi chińscy dobroczyńcy słuchali z zaciekawieniem.

W pociągu poznaliśmy również studentki medycyny, z którymi sporo rozmawialiśmy o wierze, o chrześcijaństwie, o miłości Boga.

Następny dzień także rozpoczęliśmy w tym pociągu. Po śniadaniu wzięliśmy instrumenty i odwiedziliśmy znajome studentki. Rozpoczęło się wielkie granie, bowiem na dźwięk instrumentów zgromadziło się wokół nas około 25 osób chętnych do słuchania i wspólnego muzykowania. Studentki medycyny opowiadały zgromadzonym ludziom, że jesteśmy chrześcijanami z Polski i że przyjechaliśmy do Chin opowiadać o miłości Jezusa.

Zagraliśmy jeszcze kilka utworów, potem chińscy chłopcy zaśpiewali kilka pieśni ludowych, a trzy dziewczyny ze szkoły baletowej zaczęły tańczyć w wąskim przejściu do rytmów granych przez nas tańców. Długo przeplatały się pieśni polskie (np. Czerwony pas) z chińskimi, a całość naszego spotkania dopełniła się chińsko–polskim wykonaniem pieśni Ogniska już dogasa blask.

W Syczuanie udało się nam dotrzeć do seminarium diecezjalnego, do którego uczęszcza około 60 młodych kleryków. Studiują oni w bardzo ubogich warunkach: łazienki znajdują się na zewnątrz budynku, a seminarzyści mieszkają w dwóch, trzydziestoosobowych pokojach. Z powodu małej ilości miejsc, dopiero po sześciu latach można przyjąć do seminarium nowych adeptów. Zostaliśmy przez nich podjęci rozmową, kolacją i zaproszeniem do gry w kosza. Wieczorną porą, po ostatnich modlitwach, seminarzyści zebrali się w kaplicy, żeby posłuchać naszej gry i wychwalać Pana Boga wspólnym śpiewem.

Następnego dnia sporo rozmawialiśmy z klerykami dzięki pomocy Chińczyka, który uczył w seminarium języka angielskiego. Opowiadaliśmy im o świętym Dominiku, o jego miłości do ludzi, szczególnie do tych, którzy poszukiwali Boga, nie zawsze odnajdując się w Kościele, o cudach, które działy się poprzez niego i o zakonie dominikanów. Klerycy z wielką uwagą słuchali tych opowieści, zwłaszcza że o instytucji zakonu i o braciach kaznodziejach słyszeli po raz pierwszy.

W Syczuanie udało nam się również nawiązać kontakt z księdzem, który pamiętał, że na terenie tej prowincji do początku lat pięćdziesiątych przebywał polski dominikanin o. Sadok Maćkowiak.

Z Syczuanu przez Xi’an udaliśmy się do Pekinu, skąd po kilku dniach wróciliśmy cali i zdrowi do Polski.

Przez ten miesiąc przeżyty w Chinach Pan Bóg pokazał nam, że to, co po ludzku wydawało się niemożliwe, z Jego pomocą stało się wykonalne i że można, nawet w Chinach, codziennie docierać z Ewangelią do ludzi, którzy czasem przez całe życie na takie spotkanie czekają.

Dobrzy ludzie z Syczuanu
Dominika Pawelska

świecka ewangelizatorka, misjonarka....