„Tata kupi mi auto…”

„Tata kupi mi auto…”

Tato, kiedyś powiedziałeś mi: „Widzisz, Jasiu, rozmawiasz z tylu wspaniałymi ludźmi i nieźle wychodzą ci te wywiady. Szkoda tylko, że z własnym Ojcem nie potrafisz rozmawiać”. „Co też Ojciec opowiada, mało ze sobą gadamy?”– odparłem, a Ty się uśmiechnąłeś, pokiwałeś głową, zacząłeś coś nucić i poszedłeś pracować do ogrodu. Miałeś rację. Nie wiem, jak to się stało, ale tak do końca nigdy z sobą nie porozmawialiśmy. Owszem, Ty często do mnie mówiłeś, ja Cię słuchałem i też coś mówiłem, ale to nie była prawdziwa rozmowa. Myślę, że nie byłem najgorszym synem. Nigdy się specjalnie nie buntowałem, nie kłóciłem z Tobą. Były jakieś przesłowienia, nieporozumienia i gorsze dni, ale nie było źle. Tylko dlaczego nigdy z sobą tak naprawdę nie porozmawialiśmy? Jakoś do tego nie dojrzeliśmy. Może tak było dlatego, że nigdy nie starałeś się być dla mnie partnerem, zawsze byłeś Ojcem, głową rodziny. Zawsze musiałeś mieć rację, przynajmniej do czasu.

Matkę kochałem w jakiś naturalny, cudowny sposób. I potrafiliśmy sobie tę miłość okazywać. Nigdy nie chciała być górą, była czystym, pulsującym sercem i nie szukała swego. Z Tobą było inaczej. Często byłeś szorstki i nie zawsze nam pobłażałeś. Potrafiłeś na mnie czasami spojrzeć tak karcąco i srogo, że może już bym wolał, żebyś mnie uderzył. Ale nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek to uczynił. Gdy sytuacja przy stole robiła się napięta, Matka nas wszystkich po kolei kopała pod stołem, aby nam dać do zrozumienia, żebyśmy poniechali sporów. Wiedziała, że słowa wypowiadane w gniewie zwykle nic nie dają.

Po śmierci Matki otworzyłeś dom dla wszystkich. Byłeś otoczony ludźmi: młodymi, starymi, obcymi. Za sprawą Magdy, Waszej wnuczki, którą wychowywaliście i która stała się ukochanym dziewiątym dzieckiem, w domu było pełno studentów. Pozwalałeś im mieszkać więcej niż za pół darmo. Garnęli się do Ciebie, przychodzili po rady, po wsparcie. Denerwowałem się, że wchodzili w moją rolę. A ja nie potrafiłem Cię zapytać o najprostsze rzeczy. Może gdzieś byłem podświadomie zazdrosny o to, że hojną ręką rozdawałeś miłość, która przecież nam, Twoim dzieciom, głównie się należała. Nazywali Cię swoim guru, dziadkiem, przyjacielem, a Ty im piekłeś placki, gotowałeś obiady i pomagałeś im, jakby nie mieli swoich rodziców.

Kiedy spostrzegłeś, że mamy już swoje życie, zacząłeś tworzyć nową, zupełnie inną rodzinę. Nie opartą na więzach krwi.

Do końca codziennie rano się gimnastykowałeś. Mnie nigdy na to nie starczało silnej woli. Jak mi coś nie pasowało albo poczułem się gorzej, porzucałem ambitne plany pracy nad swym ciałem. A Ty właśnie w takich chwilach ćwiczyłeś najwięcej. Ciągle chciałeś być sprawny. Pod każdym względem. U końca życia uczyłeś się jeszcze obcych języków.

I czytałeś, ciągle czytałeś. Uwielbiałeś literaturę norweską. Czytałeś też pasjami książki religijne, nawet takie, na które ja nie miałem siły. Wciąż musiałem dostarczać Tobie nowej lektury. Ale kiedy przyniosłem do szpitala książki na parę tygodni przed śmiercią, wykonałeś przeczący gest. Nie były Ci już potrzebne. Nie chciałeś też, żebym Ci przyprowadził jakiegoś mądrego księdza, z którymi przedtem tak bardzo lubiłeś rozmawiać. Ale zapytałeś, czy ta śliwka koło płotu pana Rychlika, która nigdy nie owocowała, ma kwiaty.

* * *

Odwlekałem rozmowę z Tobą, czekając na odpowiednią chwilę. Kiedy umarłeś — to słowo brzmi tak bezsensownie, bo przecież Ty żyjesz, tylko nie wiem, gdzie i jak to Twoje nowe życie wygląda — więc kiedy odszedłeś i zostawiłeś nas, uznawszy, że damy już sobie sami radę, coraz częściej z Tobą rozmawiam. I mówię Ci to, na co nigdy nie zdobyłem się za Twego życia.

* * *

Żyłeś przed wojną, znałeś wieś i dwory hrabiowskie, gdzie zakładałeś prąd. Znałeś plebanie i klasztory. Wyprawiałeś się wciąż do benedyktynów w Lubiniu, do swego brata Paschalisa. Okupację spędziłeś na robotach w Niemczech, przeżyłeś całą komunę, przeprowadziłeś przez nią naszą 10—-osobową rodzinę. Zobaczyłeś jeszcze, jak wygląda nowa Polska. Nasłuchiwałeś jej przez kilkadziesiąt lat, zasypiając umęczony nad radiem, z którego dolatywały trzaski „Wolnej Europy”. Miałeś co do opowiadania i do tego byłeś znakomitym gawędziarzem. Repertuar Twoich opowieści był ogromny, ale siłą rzeczy często się powtarzałeś. Słuchaliśmy ze zrozumieniem i rozbawieniem powracających opowieści. Ale kiedyś miałem złe dni, a życie gnało mnie niemiłosiernie do przodu. Więc uznawszy, że jest stratą czasu słuchanie po raz setny tych samych historii, powiedziałem: „Przecież to już nam Ojciec opowiadał”. Ty się nie obraziłeś, tylko przytoczyłeś zdarzenie sprzed wojny. „Kiedyś jako chłopak to samo powiedziałem dziadkowi Jakubowi, a on mi rzekł: Widzisz, Kaźmirek, muszę ci to opowiadać sto razy, bo inaczej tego nie zapamiętasz”. „To czemu Ojciec nie spisze Tych opowieści?” — odparłem. „Nie mam daru do tego, ale Ty możesz to zrobić”.

To nie takie proste. Ty miałeś znakomitą pamięć. Wystarczyło, że Dziadek Jakub opowiedział Tobie sto razy jedną historię i już jej nigdy nie zapomniałeś. Niestety, nie wdałem się w Ciebie. Z przerażeniem chwytam się dziś, że strzępów zapamiętanych opowieści nie potrafię sklecić w jakąś logiczną i barwną całość. Przepraszam Cię, Ojcze, za ten błąd. Boże, co bym dał, aby usłyszeć Twój głos w słuchawce. Zapytałbyś: „Wpadniecie, bo upiekłem akurat rogaliki?” A my byśmy pognali bez zastanowienia, by usłyszeć po raz kolejny o tym, jak żeście spijali proboszczowi wino i dolewali wody.

* * *

Siedem lat temu wyprawiliśmy się z Tobą i Justyną do Dolska, Twego rodzinnego miasteczka. Wiedziony resztką instynktu nagrałem w czasie tej podróży trzy kasety Twoich opowieści. To mało i dużo. Kilkanaście metrów taśmy elektromagnetycznej byłoby i tak doskonalszym zapisem historii niż mój umysł i kiepska pamięć. Te kasety stanowiły moje zabezpieczenie. W odpowiedniej chwili miałem je spisać i odtworzyć rodzinną historię. Nie wiem, czy to moja indywidualna wada, czy też sprawa pokoleniowa. Nie po-trafię pamiętać. Nie potrafię zapamiętać smaków, zapachów, barw przesuwającego się świata, tak jak potrafiłeś Ty i Dziadek Jakub. Przecież nie dlatego, że nagle w moich żyłach zaczęła płynąć inna krew. Ale przestałem ćwiczyć pamięć. Świat biegnie tak szybko, że człowiek wyrzuca z pamięci to, co wczoraj przeżył, bo by nie pomieścił, co mu jutro przyniesie.

No więc nagrawszy te kasety, jakoś się uspokoiłem. Cokolwiek się stanie, kaseta będzie pamiętać. Po latach wreszcie zabrałem się do spisywania Twoich opowieści. Długo czekałem na ten moment. Powtarzałem sobie, że zrobię to w najlepszej chwili, kiedy będę trochę wolniejszy. I dzisiaj z przerażeniem odkryłem, że z kaset ocalała tylko jedna. Nie wiem, gdzie są dwie pozostałe. Wszystko przewaliłem do góry nogami. Biurka i szafy, w pracy i w domu. Nadaremnie. Zawierzyłem ułomności, a diabeł dokonał reszty. Czuję się, jakbym utracił bramę do przeszłości, do Ciebie, Mamy, Dziadków…

* * *

Kiedyś po Twojej śmierci zastanawialiśmy się, co począć z rodzinnym archiwum, głównie chodziło o zdjęcia i o Wasze listy, które pisaliście do siebie z Matką w Niemczech w czasie okupacji. Potem już nie musieliście, bo też nigdy nie rozstawaliście się na dłużej. Boże, jak można było do siebie tyle pisać. Jest tych listów paręset. Wysyłaliście je do siebie co drugi, trzeci dzień. No więc Rodzina zgodziła się, że powinienem się zająć tym dziedzictwem, a kiedy je spiszę, wtedy je rozdzielimy.

Dotykam tych listów z przerażeniem. Nie tylko dlatego, że są one świadectwem miłości, jakiej nie znam. I na jaką pewno nigdy mnie nie będzie stać. W każdym z nich piszecie o swoich marzeniach, o przyszłości, którą zaczniecie budować po skończonej wojnie. Piszecie ciągle o Panu Bogu i o dzieciach, którymi być może was obdaruje. I ta cała przyszłość już się dokonała, Wasze marzenia już się urzeczywistniły, w większości już spopielały i przeminęły. Przeminęły jak oddech, a my jesteśmy tylko oddechem tego oddechu i wkrótce też przeminiemy. Dotykanie pamięci po rodzicach jest zgodą na śmierć, pogodzeniem się ze śmiertelnością. Roman Brandstaetter mówił mi, że bał się dotknąć listów, które pisali do niego rodzice z Treblinki. Wy byliście w innym obozie, nie napawającym taką zgrozą. Historie w Waszych listach są cudowne, ale tym niemniej boję się je czytać. Boję się czytać o przyszłości, która stała się przeszłością.

Patrzę na dziesiątki fotografii. Jacyś dziwni, śmieszni ludzie, z namaszczonymi, poważnymi minami. Większość z nich była pewno moimi krewnymi, ale ja już ich nie potrafię ponazywać. Prawie żadna fotografia nie jest opisana. Czy to dobrze, czy źle? Czy to ma jakieś znaczenie, że ta kobieta czy mężczyzna na fotografii była moim stryjem, czy ciotką?

* * *

Byłeś inżynierem elektrykiem, dobrym fachowcem, energetykę uważałeś za swoje powołanie. Dokonywałeś wynalazków, miałeś patenty. I byłeś niepoprawnym marzycielem. Ciągle marzyłeś o czymś więcej, o wiatrakach produkujących energię, o ogniwach słonecznych. A ja, dziecko, często padałem ofiarą Twego marzycielstwa. Kiedy chciałem mieć jakąś najprostszą zabawkę, jak moi koledzy, Ty mówiłeś: „Ech, co tam Jasiu, to głupstwo. Chcesz? Zrobimy konia na biegunach, ale na prąd, takiego, co będzie podskakiwał. To bardzo proste”. Brałeś kartkę, robiłeś projekt, a ja już biegłem na podwórko i o wszystkim opowiadałem kolegom.

Często śpiewałeś modną w latach 60. piosenkę „Tata kupi mi auto i radio, co w aucie gra…” Bardzo ją lubiłeś, chociaż nie wiem, dlaczego, bo przecież byłeś wrogiem motoryzacji. Twierdziłeś, że tylko komunikacja publiczna ma przyszłość, a jeżeli samochód, to musiałby być na prąd, bo wszystkie inne zatruwają powietrze. Pewnego lata na podwórku wybuchła moda na „gokarty”. Takie tam proste dwie deski i dwie osie, na których były osadzone łożyska kulkowe. Też chciałem taki mieć. Poprosiłem Cię, żebyś mi dał parę takich łożysk. Wiedziałem, że je masz, bo wypatrzyłem w szopce na regale. A Ty powiedziałeś, że się do tego nie nadają i dodałeś: „Ale co tam, Jasiu, nie martw się, my zrobimy prawdziwy samochód. Co to za samochód, jak cię musi kolega popychać. Zrobimy samochód na prąd”. „Jak na prąd?” „Normalnie. Silnik już mamy, chodź ci pokażę, a akumulator zdobędę bez problemu…” Mijał tydzień, drugi, trzeci, a Ty nie zabierałeś się do budowy, bo przecież miałeś inne sprawy na głowie. Więc kiedyś się przypomniałem, a Tyś na mnie spojrzał, jakbym opowiadał niestworzone rzeczy i rzekł: „Czyś Ty, chłopcze, zwariował!? Ja bym Ci dobry silnik na takie głupstwa miał dać?”

Rozpalałeś we mnie marzenia, a kiedy w nie czasem uwierzyłem, miałeś do mnie pretensje, jakbym się na żartach nie znał.

* * *

Byłeś fachowcem, miałeś swoje wynalazki i patenty, ale nie zgodziłeś się nigdy wstąpić do Partii. Niewiele zatem Ci to wszystko przynosiło pieniędzy. Więc żeby wyżywić naszą gromadę i zapewnić jej warunki do nauki, zdobyłeś ziemię i stałeś się też ogrodnikiem. Stałeś się ogrodnikiem, żeby dorobić na chleb, ale pokochałeś tę pracę tak, że nie wiem, co było Twoim większym powołaniem: energetyka czy ogrodnictwo.

* * *

Uwielbiałeś grać na harmoszce, gwizdać, nucić melodie. Kiedy przyjeżdżałeś z Poznania na ogród do Przeźmierowa, Twoje zbliżanie się można było rozpoznać z daleka. Na długo nim się pojawiłeś na horyzoncie było już słychać Twój głos. Śpiewałeś, przystawałeś przed furtkami sąsiadów, dla każdego miałeś słowo, przemawiałeś do ptaków, kotów, roślin. Od wiosny, skoro świt, doglądałeś rozsad, potem biegłeś na autobus, żeby zdążyć do Energoprojektu.

Muszę się przyznać Tobie, Tato, do głupoty mego dzieciństwa. Już chyba nie będziesz mi miał tego za złe, bo i ja sam teraz wiem, że byłem wówczas śmieszny. Kiedy wracaliśmy z ogrodu do domu w Poznaniu, bardzo się wstydziłem. Bardzo się wstydziłem, że wchodzisz z Mamą do nabitego autobusu z koszykami załadowanymi pomidorami i ogórkami. Starałem się czasem stanąć lekko z boku, aby choć przez chwilę nie być przypisywany do tych koszyków, które w mym dziecięcym umyśle kojarzyły się z biedą i wsią. Pewno zakodowałem sobie, że kiedyś jakaś kobieta zwróciła uwagę urażona, że przez te koszyki możesz jej zrobić oczka w pończochach. Jedno głupie zdanie, a ja bałem się, żeby już nigdy Ci tego nikt nie powiedział. Sądziłem, że do autobusu trzeba wchodzić z eleganckimi torebkami i siatkami. Byłem z miasta i chciałem być za takiego uważany. I wstydziłem się także tego, że znalazłszy miejsce w autobusie, po chwili zasypiałeś utrudzony całym dniem, trzymając spracowanymi rękoma pałąk od koszyka. Te Twoje ręce. Były popękane i nie sposób z nich było zmyć brudu od plewienia i obrywania pędów roślin. Były całe brązowozielone. Wstydziłem się Twoich spracowanych rąk. Nie wiedziałem wtedy, że taki „brud” jest oznaką prawdziwej czystości.

A ileż to razy wstydziłem się w szkole, bo co rusz wychodziło na jaw, że jestem ósmym dzieckiem. Koledzy się podśmiechiwali, koszmarem było dla mnie zaniesienie podania o zwolnienie z opłat na komitet rodzicielski. Nie, biedy nie cierpieliśmy, no ale przecież nigdy się nam nie przelewało. Pamiętam, jak kiedyś na lekcji historii pani mówiła o rzymskim proletariacie: powiedziała nam, że proletariat to były rodziny, które charakteryzowały się dużą liczbą dzieci i biedą. Zrobiłem się czerwony i bałem się wyjść na przerwę, by ze mnie koledzy nie kpili.

Tak, Tato, przepraszam Cię za tę dziecięcą niedojrzałość. Ale nie tylko za nią. Często w życiu wstydziłem się rzeczy, z których mogłem być dumny, a chlubiłem się tymi, których powinienem się wstydzić.

Krzychu opowiedział mi, że o mało co mielibyśmy za brata Murzyna. Jakiś czas przed moim narodzeniem, jeżdżąc na Ziemie Odzyskane, gdzie naprawiałeś turbiny w elektrowniach, dowiedziałeś się, że w jednym z sierocińców przebywa Murzynek, dziecko będące „pamiątką”, którą pozostawił w Europie amerykański żołnierz, Murzyn. Podobno po rozmowie z Mamą poczyniłeś starania w celu adoptowania tego dziecka. Krzychu się z nim zaprzyjaźnił i cała rodzina żyła atmosferą, że będziemy mieć nowego brata. Było wtedy nas już siedmiu: Krzychu, Maria, Anna, Ula, Jola, Irena, Jadwiga. Jednak odmówili Wam prawa do adopcji. Takie rodziny, jak nasza, uważano w tamtych „postępowych” czasach za wroga społecznego, ciemnogród. A Wam do tego zachciało się jeszcze Murzyna. Matka wracając z wizyty od pani ginekolog podobno była często zapłakana, bo ta jej czyniła wymówki, że jest kompletnie „nieodpowiedzialna”. I wkrótce ja się pojawiłem na świecie.

Czemu Ty mi nigdy o tym nie opowiedziałeś?

* * *

Tato, muszę Ci też się wytłumaczyć z tych zmian, które dokonałem na ogrodzie. Najpierw porozbierałem szopki, którymi obudowałeś altanę. Zalegało w nich setki, tysiące przedziwnych rzeczy, sprzętów, których w większości nie znam przeznaczenia. Kiedyś to wszystko wydawało mi się jakimś tajemniczym skarbcem, który w przyszłości poznam i będę mógł z niego korzystać. Głównie były to narzędzia i materiały związane z Twoim zawodem. Niestety, nigdy się w tej dziedzinie nie rozwinąłem. I nie wiedziałem, co począć z tymi wszystkimi silnikami, transformatorami, stycznikami, włącznikami, zwojami kabli. Ty projektowałeś i budowałeś urządzenia dla elektrowni, a ja nie potrafię nawet założyć głupiego kontaktu w domu. Nie odziedziczyłem po Tobie talentów. Potrafię murować, tynkować, ale z prądem jestem na bakier. Nie jestem też zbyt dobrym ogrodnikiem. Na drugi rok po Twoim odejściu zaraz wymarły winogrona, z których byłeś tak dumny. Przynosiły Ci plon stokrotny, a dla mnie nawet nie chciały puścić soków na wiosnę. Próbowałem też uprawiać pomidory, ale bez powodzenia. Do pewnego momentu rosły nawet nieźle, ale potem zawsze chwytała je jakaś zaraza. Jednego roku doprowadziłem je do owocowania, ale były wielkości czereśni albo co najwyżej śliwki.

Wiesz, Tato, teraz w ogóle nie opłaca się hodować warzyw. Wszystko staje się tak tanie, że aby samemu coś wyhodować, to trzeba do tego interesu sporo dopłacić. Więc rozebrałem szklarnię, która pordzewiała i coraz więcej szyb z niej wypadało. Zasiałem na jej miejscu trawę, założyłem stawek i po-sadziłem drzewa. Teraz prawie wszyscy tak robią.

Tydzień temu otworzyłem Twoje kalendarze. Myślałem, że dowiem się czegoś ciekawego z czynionych tam przez Ciebie notatek. A Ty jedynie w nich zapisywałeś, o której wzeszło i zaszło słońce; jaka była temperatura w powietrzu i przy gruncie; na wolnym powietrzu i w inspektach; kiedy wysiałeś pomidory, ogórki, sałatę. I tak co roku. Ciągle wyczekiwałeś wiosny. A wiosna dla Ciebie zaczynała się w lutym, a czasem i styczniu, wtedy, kiedy wysiewałeś nasiona w skrzynki.

* * *

Niektóre historie opowiadałeś mi po sto razy, ale są zdarzenia, o których milczałeś, tak jak z tym Murzynem. O jednym z nich dowiedziałem się dopiero w dniu Twojego pogrzebu, od Cioci Irki. Tuż przed wyzwoleniem was przez Amerykanów, kiedy większość Niemców uciekała ze swych domów, Polacy wraz z innymi nacjami wybrali się na szaber. Po paru godzinach wrócili do obozu ze swymi zdobyczami, najedzeni, napici, objuczeni. Tak jak być powinno. Lecz Tobie się to nie spodobało. Zapytałeś ich, czemu zrobili to ludziom, którzy byli tak samo niewinni jak oni.

Powiada się, że wojna ma swoje prawa i trudno rozdzielić na wadze dobro i zło. A Ty spróbowałeś, i to Ci się udało. Ciotka Irka powiedziała, że ludzie poszli i odnieśli swoje łupy.

* * *

Uczyłeś mnie, że byli źli i dobrzy Niemcy, tak jak źli i dobrzy byli Polacy, że granice dobra i zła — tak jak pisał Brandstaetter — nie biegną granicami narodów, lecz granicami poszczególnych ludzi. Ciągle powoływałeś się na Twojego majstra. Mówiłeś o nim „stary Ejde”. Nie wiem, czy to było jego nazwisko czy imię, i jak się je pisze. Dokształcał Cię nie tylko w Twoim fachu, ale udzielał Ci wskazówek moralnych.

Ale trudno mi pisać o tych sprawach, bo przecież nie przeżyłem wojny. To Ty, a nie ja miałeś prawo opowiedzieć o tych czasach. A jeżeli ten mój przekaz przeczyta ktoś, kto doznał najgorszych rzeczy od Niemców? I nie da mi wiary? Więc może lepiej puszczę tę kasetę, która ocalała z naszej wyprawy do Dolska. Ocalała akurat ta najsłabsza, nagrana w trakcie jazdy samochodem. Jest na niej pełno hałasów, tak, że nawet nie jestem pewien niektórych nazwisk.

* * *

— Jak Ojciec się znalazł w Niemczech?

— To było w 42 roku. Pracowałem wtedy jako elektryk w Kościanie, miałem dobrą robotę i może bym w ogóle nigdy do Niemiec nie pojechał, tylko naszego kierowcę z firmy, który miał żonę i troje dzieci, przeznaczyli na wywóz. A ja byłem w tej firmie czymś w rodzaju brygadzisty. Jej szefem był Niemiec. To był bardzo dobry człowiek, mówił po polsku i był antyhitlerowcem. Powiedziałem mu, że chcę jechać zamiast pana Andrzejewskiego. Mówi, że kierowca mu niepotrzebny, bo benzyny i tak nie ma. A ja mówię: „Panie Wolonschus, pan nam się zawsze jako człowiek przedstawiał. Pan bronił nas przed policją, to niech pan tutaj też okaże serce”. „To ja muszę z żoną pogadać.” No i pozwolił, żebym pojechał na ochotnika. Zresztą, prawdę mówiąc, to ten wyjazd był mi na rękę, bo mi już Niemcy po piętach deptali za to, żeśmy różne radia z firmy wynosili. Strach ma duże oczy. Mówię sobie, nie ma co, ino zwiać. Było tak, że Wolonschus wykupił wszystkie zdeponowane radia w mieście, a my je wynosiliśmy i dawali Polakom, żeby wiara Londynu mogła posłuchać. Niemcy zrobili mi w domu rewizję, a ja radia trzymałem w składanym tapczanie. Nie wiem, dlaczego, ale Niemcy tam nie zajrzeli. Mnie już wtedy zamknęli do więzienia, ale jak nic nie znaleźli, to mnie puścili. No i wtedy zaraz wyjechałem. Tu w Polsce za byle co można się było dostać do Oświęcimia, a w Niemczech to myśmy mieli swobodę. To było nieporównywalne…

— A Dziadkowie, gdzie wtedy byli?

— No w Dolsku. Mieszkali tu, przy ryneczku, gdzie to drzewo, w tym pierwszym okienku. Niemcy chcieli ich przenieść do wioski Studziany, kilkanaście kilometrów od Dolska. Wtedy ciotka Marycha napisała mi do obozu list: „Kochany bracie, takie nieszczęście, wyrzucili nas…” Ja akurat wtedy zakładałem prąd u personalnego i zacząłem wyzywać po polsku: „Bandyty, zbóje!” Pyta mnie, co ja taki wściekły jestem. „A jak mam nie być wściekły — powiadam — kiedy mi rodziców wyrzucili z mieszkania?” A on, że co ja takie głupstwa opowiadam, kto mi mógł rodziców wyrzucić? Więc mówię mu, co mi siostra w liście napisała. Zawołał Ukraińca, przysięgłego Dolmetschera i ten czyta jemu po niemiecku to, co Marysia mi napisała po polsku. Zaraz zadzwonił do komendanta policji, opowiedział mój przypadek i zapytał, czy można mnie puścić bez zaświadczenia policyjnego do domu. Legalnie mogli tylko mnie puścić, gdyby Ojciec zmarł albo był ciężko chory. Komendant mu powiada, że tak. Zresztą było widać, że to kumple. Więc pojechałem…

— Jak to, w czasie wojny?

— Tak. Przyjeżdżam do Dolska, idę do urzędu i mówię: „Herr Bürger-meister, ja w sprawie moich rodziców. Mieszkali tu w rynku i na rozkaz pana zostali wysiedleni do wioski Studziany”. A on na to: „I ty w sprawie takiego gówna żeś tu z Niemiec przyjechał?!” Więc mu odpowiadam: „Herr Bürgermeister, meine Eltern sind keine Scheist, moi rodzice nie są żadnym gównem”. No bo on takiego ordynarnego wyrażenia użył. „Precz!” — wrzasnął. No to ja poszedłem. Pojechałem do rodziców. Na drugi dzień znowu do niego idę i daję mu papiery z Niemiec. Tam pisało, że mam Urlaub i prosi się Bürgermeistra o poświadczenie, że byłem i że sprawa jest załatwiona. A on napisał: Ist erledig worden. Załatwione. No to ja bezczelnie czytam i mówię: „Ale panie Bürgermeister, przecież moi rodzice są nadal w Studzianach?” A on na to: Wie ist geschrieben. Tak jak napisane. Ale byłem na tyle dyplomatą, że nie pyskowałem dalej i wychodzę. A tam już ludzie krzyczą: „Kazik, po twoich starych jedziemy!” To jest prawdziwe zdarzenie. Dziwne to było. Ale to był prawy człowiek i jak Niemcy już uciekali, to on zwołał ludność i mówi tak: „My czasowo opuszczamy te ziemie i musi być władza, a więc wybierzcie między sobą burmistrza i do czasu naszego powrotu będzie sprawował władzę”. Ochockiego zrobili burmistrzem i pojechali. Bo dla Niemców najważniejsze, że wszystko musi być legalnie.

— A w czasie wojny, ile razy Ojciec był w Polsce?
— Siedem.
— To co to był za obóz?
— Jak by ci to powiedzieć. Personalny, ciekawy Niemiec był. Za wódkę dawał urlop. Przywiozło mu się litr wódki, to on się pytał: Wann willst du wieder fahren? Kiedy znowu chcesz jechać?
— A skąd Ojciec na podróż brał?
— Przecież ja normalnie zarabiałem. Normalną płacę dostawałem. To wiesz, dzisiaj tak gadają trzy po trzy. Ja się nie zgłosiłem po odszkodowania, bo nawet nie wiem, czy mi się należą. Bo przecież ja dostawałem wynagrodzenie takie jak Niemiec. A nawet więcej, bo ja dostawałem 78 fenigów, a Niemiec dostawał 73 na godzinę. W sumie to było jakieś 200 marek miesięcznie. Kiedyś mówię do majstra: „Jak to jest, że ja jako Polak dostaję więcej od Niemca?” A on mówi: „Kazik, głupio gadasz. Ty dostajesz więcej, ale odciągamy ci 15% na odbudowę Polski, a czyś Ty Polskę zniszczył?”

— A Mama?

— Mama pojechała do Niemiec przede mną, przymusowo. Była w Wolfenie, w fabryce Aqfy. Miała warunki bez porównania gorsze. Pracowała na hali, gdzie cały czas były opary kwasowe; obsługiwała jakieś dwadzieścia maszyn. Kiedy ją poznałem, postanowiłem przenieść do naszego obozu, żeby ratować jej zdrowie. Obgadałem już z majstrem, że zrobimy ją kreślarką. Wszystko zostało załatwione na szczeblu obozów i wtedy mat-ka odmówiła. Nie chciała opuścić swoich koleżanek, a zwłaszcza Irki. One się tak ze sobą przyjaźniły, że wyobraźcie sobie… Parę miesięcy wcześniej Irka pojechała do Polski i ktoś jej załatwił, że nie musiała wracać do Niemiec. Ale ona postanowiła, że wróci, bo nie chciała twojej Matki zostawić. No więc i Matka postąpiła podobnie. Matkę za wszelką cenę chcieli zro-bić Niemką, wpadła im w oko, twierdzili, że ma urodę typowo aryjską. Ale ją uratowało to, że pewien Niemiec zaczął się do niej dobierać i Mat-ka ugryzła go do krwi w palec. Pewno wtedy stwierdzili, że z niej Niemki nie zrobią.

— A ze złymi Niemcami też się Ojciec spotkał?

— No pewno, że byli fanatycy, tacy co nas prześladowali. Był taki jeden podły Niemiec, codziennie ktoś przez niego chodził głodny, albo dostawał cięższą robotę, no ale kiedyś na niego wiaruchna zaszykowała pułapkę, to już wam lepiej szczegółów nie będę opowiadał, no po prostu mu tam dziewuchę naraili, a potem go nakryli, nieważne. Dorwali go i mówią: „Czemu ty nas tak nienawidzisz?” A on odpiął mundur i pokazuje nam bliznę taką ogromną, że tam palec można było włożyć, chwyta się za swoją krzywą szczękę — było widać, że jest zdrutowana — i wrzeszczy: „Zobaczcie, co wasi mi pod Kutnem zrobili! Byłem ranny, a jeden z waszych do mnie podszedł i wyrżnął mnie kolbą w twarz”. „I jakżeś z tego wyszedł?” „No, polska pielęgniarka mnie uratowała”.

Wiesz, tych świadectw o Niemcach mogłoby być tyle, ile ludzi doświadczyło tej wojny.

* * *

Tak, Tato, a ja zagubiłem te dwie nieszczęsne kasety. Zagubiłem tyle zdarzeń. Jutro dam św. Antoniemu. Może mi pomoże, jak nieraz w życiu bywało. Nie wiem, co bez nich zrobię. A jeżeli ich nie znajdę, to może to znak, że bardziej powinienem ćwiczyć pamięć i że tyle, ile człowiek spamięta, jest mu potrzebne.

* * *

Jest już strasznie późno. Ale jeszcze jedna rzecz. Pamiętasz, jak za życia często robiłeś Mamie wymówki, że za dużo piecze różnych ciast, że nie zważa na swoją chorobę i się przemęcza. Nigdy nie miałeś zrozumienia dla spraw kuchni, to było królestwo Mamy. Ale kiedy zmarła, Ty, ku zadziwieniu całej rodziny, nauczyłeś się gotować, i to nie byle jak. Zacząłeś też wypiekać placki i rogaliki, na które nas zapraszałeś, albo sam przywoziłeś.

Ojciec Jan powiedział na Twoim pogrzebie, że miałeś pod koniec swego życia jakby dwie ręce — jedną matczyną, a drugą ojcowską. Tak samo, jak ojciec z obrazu Rembrandta Powrót syna marnotrawnego. I wiesz, Tato, muszę Tobie na koniec powiedzieć to, czego nigdy nie powiedziałem za życia. To znaczy, mówiłem Tobie to w szpitalu, ale nie wiem, czy mnie wtedy słyszałeś. Kocham Cię i jestem dumny, że jesteś moim Ojcem. Mamie to mówiłem wiele razy, ale Tobie nigdy, bo przecież byłeś twardym człowiekiem i może taka ckliwość byłaby nie na miejscu. A poza tym, nigdy nie byłeś mi tak bliski, jak teraz.

„Tata kupi mi auto…”
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...