W górę rzeki

W górę rzeki

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Podróżować, patrzeć, jak zapada zmrok, przybywać do wsi, widzieć, jak pojawiają się pierwsze lampy i nie mieć nic do jedzenia, ani miejsca do spania i zdać się na łaskę Boga i ludzi — dla mnie to najwspanialsza i najczystsza radość na świecie — powiedział Jezus.

Nikos Kazantzakis
Ostatnie kuszenie Chrystusa

Poniższe zapiski „z drogi” to ślad nie planowanej, letniej wędrówki–pielgrzymki do Taizé brzegiem Loary, która przydarzyła się mi przed laty podczas mego trzymiesięcznego pobytu we Francji. Mimo iż obrazek ten nie może pretendować do miana całości, myślę, że przybliży nieco fragment francuskiej rzeczywistości. To ledwie szkic, bardzo zdawkowy, tej 10–dniowej wędrówki, pisany dosłownie na kolanie, stanowiący dla mnie do dziś wcale niezłą przypowieść; wędrówki, której istotą były: samotny marsz, długie godziny milczenia oraz cicha modlitwa. To przecież pozostało poza zapisem.

7 sierpnia, w pociągu do Chartres

Minęła 23. Ciężki dzień. Zamiast do Rambouillet, do końca trasy metra, zajechałem do centrum Wersalu. Piechotą obok pałacu i ogrodów i dalej. Sądziłem już, że Paryż za mną, bo to i las, i jakieś miasteczko, gdy niespodziewanie znów moloch, jego przedmieścia. Skrajem autostrady, w skwarze, do La Verierre. Stąd RER–em do Rambouillet (zdewastowana stacyjka) i teraz pociągiem do Chartres. Jutro do Taizé. I koniec. Żadnych jazd po Francji. Zmęczenie.

8 sierpnia, Chateaneuf sur Loire

W Chartres przed północą. Zaraz w stronę katedry. Wspaniała. Posiedziałem na ławce, gapiąc się w jej fronton, wieże, rozetę… Chwila i zgasły oświetlające ją światła. Olbrzymia, majestatyczna na tle nocy. Spałem w pobliżu, na trawie. Było jeszcze ciemno, gdy wstałem. Nad katedrą Wenus, gołębie kryjące się w koronkach witraży. Pod drzwiami, w podcieniach, śpiąca dwójka wędrowców. Śmieciarze witający mnie wraz z dniem. Obszedłem starówkę, chwilę na stacji — toaleta (obskurna), kawa w kafejce i do katedry. Otwarta. Wielka, wielka otwarta przestrzeń, ale dla Jezusa tylko — z tyłu — maleńka wnęka–kapliczka.

Śniadanie w parku i na wylotową do Orleans. W niespełna godzinę byłem tutaj, w Chateaneuf. Loara przypomina Pilicę w Nowym Mieście (z pielgrzymki), choć dwa razy szersza. Płaski krajobraz, łachy, niski, zadrzewiony drugi brzeg. Ławka między dwoma platanami, w cieniu. Upał, ale i wietrzyk od rzeki. Dzwony bijące na Anioł Pański. Południe.

St-Benoit sur Loire

Ładne miasteczko — Chateaneuf. Przechodząc obok kościoła, usłyszałem grające organy. Przejmujący, krótki koncert. Po chwili organista zszedł na dół; w ręku miał białą laskę… Trzeba więc nie widzieć, żeby tak grać?

Spacerem przez miasteczko. Pół–wczasowisko. Zameczek. Potem ładnym „bulwarem”, alejką nadrzeczną, wysokim brzegiem. Straszne słońce. Zaczęła się ścieżka, w końcu i leśna droga, a przy niej ukryte wśród drzew prywatne domki. Chwyciłem za różaniec. Szedłem wzdłuż, ściślej — w górę rzeki, skrajem lasu lub łąk. Raz po raz perspektywa na wiele, wiele kilometrów. Dal. Bliżej soczysta trawa, krzaki jeżyn, których tu nikt nie zrywa, dzieci ganiające nad brzegiem, pilnujące krów. Wreszcie St–Benoit, które chciałem ominąć. Odpocząłem nad rzeką, poza wsią, z dala od campingu. Podszedłem do pobliskich zabudowań. W towarzystwie psów, które wybiegły z jednej z zagród, wszedłem na podwórze. Wyszli gospodarze. Mężczyzna, bardziej otwarty, i dwie nieufne, ostrożne z początku kobiety. Poprosiłem o wrzątek. Jedna z kobiet przyniosła mi herbatę i kawał bagiety z ciepłym farszem. Próba rozmowy. Spytałem o nocleg, o siano; stodoły jednak nie mieli. Gospodarz zawiózł mnie więc na niedaleką farmę; klasztorną, jak zrozumiałem. Tutaj i stodoła, i słoma. Gwiaździste, olbrzymie niebo. Niedaleko, z kilometr stąd — jasno oświetlony kościół. Zapach lata.

9 sierpnia

Wstałem po szóstej. Do miasteczka zdążyłem odśpiewać Godzinki. Kościół okazał się benedyktyńską, starą, przyklasztorną bazyliką. Ta — jak wszystkie tutaj — pełna surowej prostoty, harmonii, niepowtarzalnego smaku. Najpiękniejsza tu jednak — wisząca na piaskowej, kamiennej ścianie fotografia świętej — Teresy z Lisieux. Portret en face, a na nim młoda, delikatnie uśmiechnięta, „opakowana” w zakonny welon twarz dziewczyny. Święta na fotografii — zupełnie to co innego niż podkolorowane obrazki.

Msza św.; w chórze około 40 zakonników. Cudowne, śpiewane na dwa głosy psalmy — zwłaszcza te po francusku. Przedziwna lekkość. Po mszy chwilę w sklepiku z książkami — duży wybór i drogo. I tutaj — w wiejskiej knajpce–sali, gdzie piję kawę i piszę (może siadywał tu samotny Max Jacob?). Nie wiem — zostać tu, u benedyktynów, czy iść dalej, do Sully?

Ouzouer

Siedzę pod płotem, na „przedmieściach” Ouzouer, niewielkiej mieścinki. W St–Benoit wysłałem jeszcze listy na poczcie. Z pompy na ryneczku nabrałem wody do butelki. I w drogę. Przechodziłem wśród zadbanych pól benedyktyńskich (kukurydza, buraki). Upał, ale mniejszy niż wczoraj. W kościach jeszcze niedzielne przemęczenie. Doszedłem do rzeki — dość tutaj krętej. Obiad nad wodą, kąpiel i brzegiem do pobliskiego Sully. Do Ouzouer dobiłem pod wieczór. Taka sobie zagródka; długi, trawiasty ganek, domek z werandą, ogródek. Wygląda na letnisko. Ludzie tu bardzo mili. Jest i wrzątek, do tego… jabłko, śliwki, soczysta brzoskwinia; przed chwilą gospodarz przyniósł mi ciastka. Za mną więc trzeci, a drugi nad rzeką, dzień marszu. Był i dziś różaniec, była modlitwa. Lepiej niż na Jasną Górę. Zmierzcha. Komary.

10 sierpnia, Nevoy, 11:30

Noc bez większych chłodów. Trochę rosy na śpiworze. W miasteczku kupiłem mleko i chleb. Potem dłuższą chwilę w kościele. I w drogę na Nevoy, przed siebie. Godzinki, trochę pieśni pielgrzymkowych, milczenie. Długa, prosta droga wśród wyschłego lasu. Skwar. Wreszcie na wprost — elektrownia atomowa. Cztery wielkie „kominy” — te same, które widziałem wczoraj z daleka. Gdy je mijałem, „przymknęło” mnie, jakoś przygniotło. Później las i w końcu, nieco w dole, bliżej rzeki, wśród łąk, zieleni — Nevoy. Siedzę w barze, w męskim towarzystwie. Panowie, przy barze, gwarząc wesoło, sączą winko; ja — zimne, przynoszące ulgę, piwo.

Briare

Na końcu wsi, jeszcze w Nevoy, w jednej z zagród, poprosiłem o wodę. Gospodarz przyniósł mi nową butelkę, zimną, z lodówki. Moja, jak stwierdził, przeciekała. Zapraszał na obiad, lecz podziękowałem. Gdy wspomniałem o Taizé, wiedział, o co chodzi. Wyglądał na „letnika” z Paryża. Pożegnałem się. Nie uszedłem kilometra, gdy znalazłem się znów na głównej, ruchliwej drodze — w Gien, na jego przedmieściu. Szutrowy, spalony w słońcu chodnik. Skwar. W centrum (po jakichś czterech kilometrach) skręciłem nad rzekę. Wysoki, zabudowany brzeg. Odpocząłem pod platanem, w cieniu. Po drugiej stronie — nęcące kąpielisko, most jednak daleko. Dalsza droga już nad samą rzeką, ścieżką leśną lub polną, która w pewnym momencie zawiodła mnie w przedziwny gąszcz naniesionych przez rzekę uschłych kłód, konarów, gałęzi — krajobraz fantastyczny. Jednym słowem — pakowałem się w coś coraz bardziej beznadziejnego, bez wyjścia. Musiałem się cofnąć. Polną drogą dobiłem do szosy. W mijanej, niewielkiej zagródce poprosiłem o wodę. Młodzi — kobieta i mężczyzna, z nimi chwila rozmowy. I stąd asfaltem do Briare. Sporo aut, niektóre zatrzymywały się, by podwieźć… Upał. W końcu i miasteczko. Domy zwrócone frontem do długiej ulicy. Potem osiedle pięknie wkomponowanych w krajobraz ciekawych domków, skupionych wokół wielkiego placu–trawnika. Ta dbałość o krajobraz — bardzo tu widoczna. Na ten „smak” pracują wieki. Doszedłem do centrum. Kawa w barze i chwilkę nad kanałem–rzeczką przy ładnym klombiku, skwerze. Na nim krzyż metalowy z 1861 roku. Obok mała śluza i most. Dalej park — tam kamień ku czci ofiar wojny 1918/19 roku. Kolejny już. Dopiero patrząc na tę długą listę nazwisk, można zrozumieć Francuzów, ich niechęć do walki podczas następnej wojny. Nie chcieli ginąć, nie miał kto ginąć.

Kościół. Wchodziłem po dziewiętnastej, wyszedłem przed 21. Dokończyłem różaniec, posiedziałem. Kobieta zamykająca świątynię wskazała mi plebanię. Niestety, księdza nie ma. Siedzę na ganku–tarasie, w podwórzu, na tyłach kościoła. Zmierzcha. Na placu obok kilku mężczyzn grających w kule. Chmury na niebie, czyżby deszcz…?

Przyszedł „prezbiter” i już jestem w środku, w sali na plebanii. Gorąca herbata. Niezłe zakończenie dnia. Może iść jutro dalej?

11 sierpnia, nad kanałem

Wstałem ok. siódmej. Gdy pakowałem się, przyszedł ksiądz i zaprosił na śniadanie. Herbata, chleb z miodem. Zaprosił mnie na mszę o 930. Na godzinkę wyszedłem do miasta zobaczyć zachwalany przez Gospodarza pont canal, metalowy most–kanał przerzucony ponad Loarą przez Eiffla w latach 1890–97, najdłuższy ponoć tego typu most na świecie (664 m.). Zakupy — mleko i bagieta — i na mszę. Ksiądz przyszedł po mnie kwadrans po dziewiątej — niespodziewana spowiedź. Msza św. na plebanii, w pokoju. Było pięć osób, ksiądz i ja. Przystąpiłem do komunii. Czy nie za dużo tych „przy-padków”? Czy to jeszcze można tak nazwać? Do czego, dokąd prowadzisz mnie Boże? Cała ta ekskursja. Miałem wszak jechać do Lourdes, w Pire-neje, nad morze; miał być Avignon, Lyon, może Grenoble, Alpy… ale — Briare, Ouzouer, Gien…?

Po mszy w stronę rzeki; przeszedłem przez most–kanał nad Loarą i dalej — jego brzegiem. Znów upał. Tuż za mostem kanał przechodził ponad szosą, a potem — aż dotąd — szedł, idzie wyżej niż miasteczka, niż domy i pola. Każda „dziura” tutaj — obowiązkowo — z maleńką oczyszczalnią ścieków i wieżą ciśnień. Loara czysta, kanał czysty. Wszędzie można się kąpać. Rzeczka płynąca w Chatillon — kryształ! Urocze też małe śluzy, raz po raz przepływające wolniutko barki czy prywatne stateczki, łodzie. Ładne na czymś takim wakacje.

Siedzę w cieniu pod lasem, nad brzegiem kanału. Czytanie z dzisiejszej mszy św. (Ezechiel 12,1–20): „Jahwe skierował do mnie te słowa: Synu człowieczy, mieszkasz wśród ludu opornego, który ma oczy na to, by widzieć, a nie widzi, i ma uszy na to, by słyszeć, a nie słyszy, ponieważ jest ludem opornym. Synu człowieczy, przygotuj sobie rzeczy na drogę zesłania, za dnia i na ich oczach, i na ich oczach wyjdź z miejsca twego pobytu na inne. Może to zrozumieją, chociaż to lud zbuntowany. Wynieś swoje tobołki jak tobołki zesłańca, za dnia, na ich oczach — tak jak wychodzą zesłańcy. Na ich oczach zrób sobie wyłom w murze i wyjdź przez niego, i wyjdź, gdy zmierzch zapadnie. Zasłoń twarz, abyś nie widział kraju…”

Léré

Na dwa kilometry przed Léré dziwna słabość. Szosą do miasteczka — „ciekawy” rowerzysta. Za jakiś czas spotkaliśmy się znów — pod kościołem. Zagadaliśmy. Kanadyjczyk, aktor komediowy, studiuje w Paryżu. Jedzie do Jerozolimy — przez Francję, Włochy, Grecję, Turcję. Wszedłem do kościoła. Nie zdążyłem jeszcze dobrze uklęknąć, kiedy przyszedł kościelny i zamknął główne drzwi, kazał wychodzić. Pytam o księdza; on — że ksiądz daleko, że tu nie mieszka, a tylko przyjeżdża. Podszedł Kanadyjczyk. Mówimy, że chcemy tu gdzieś spać. Dziadek myśli, myśli, kopci swojego papierocha (mówił z papierosem w ustach), wreszcie kiwnął ręką, mamrocząc coś: „chodźcie za mną, do domu”. Dom był zaraz naprzeciwko, blisko kościoła. Przeszliśmy przez sień, do ogrodu. Tu nas usadził przy stole. Przyniósł jedzenie i sok jabłkowy. I tak trwało. Opowiadaliśmy. Dziadek znał trochę niemiecki, słyszał też o Taizé. Potem przyszła rodzina — Babcia, Mama i czworo dzieci. Pogadaliśmy, pograliśmy na gitarze. Zrobiło się późno. Ładny wieczór.

12 sierpnia

Śniadanie w ogrodzie. Dziadek zrobił kawę, dał bagietę z konfiturą (własnej roboty). Trochę jeszcze rozmowy i w drogę. Uszedłem ok. pięciu kilometrów. Minęła dziewiąta. Siedzę nad kanałem w jakiejś wsi, na drewnianym, niewielkim pomoście i moczę nogi. Po drodze z Léré odśpiewałem Godzinki. Piękne. Troszkę pochmurno. Może dojdę do La Charité?

La Charité

I tak szedłem, ani śladu zmęczenia. W Bannaye kupiłem ładny chleb. Zajrzałem do kościółka. Zapuszczony. W niewielkim wnętrzu słychać było, jak robaki zjadają drewno (ławki, ambonkę). Około południa ruszyłem w stronę Sancerre. Na przedmieściu (St.?) chwilę w starym, sporym kościele z 1100 roku (w sieni, za kratą). Nieco dalej — wielki kamienny wiadukt–akwedukt (rzymski?). Stąd z powrotem ku kanałowi i dalej — gęstą, pełną cienia alejką. Po ok. trzech kilometrach w jakiejś wsi–miasteczku, nad wodą, rower i rzeczy Kanadyjczyka. Był w sklepie. Kupiłem ser i mleko. Zjedliśmy wspólnie obiad. I znów, samotnie, w drogę.

Zaczęły się górki; jakby zupełnie inna, obca kraina. Bardzo obca. Droga odeszła daleko od kanału, jeszcze dalej od rzeki. Tylko sporadycznie pokazywała się z daleka. Zrobiło się jakoś nieszczególnie; do tego zachmurzone, sine niebo, duchota. Późno doszedłem do Herry — ot, miasteczko; puste, nieprzyjemne, obce. Dopiero w kościele poczułem zmęczenie. Byłem w nim długo, ze dwie godziny. Tam taka myśl w czasie modlitwy: ciało jest matką, glebą duszy…

Ktoś, nie zajrzawszy do środka, zamknął kościół. Myślałem już, czy się w nim nie przespać gdzieś w kącie, wyszedłem jednak bocznymi drzwiami. Poszukałem „odźwiernej”, mieszkała niedaleko. Powiedziałem o otwartym wejściu. Zapytałem o księdza; nie mieszkał tam. Zapytałem o nocleg, mogłem nie pytać. Pożegnałem się i ruszyłem dalej. Minęła 22. Do La Charité zaś małe 7 km. Znów bliżej rzeki, dalekie, obszerne łąki. Ciepła noc. W końcu i światła La Charité (Miłosierdzie!), szczególnie rozświetlone wieże kościołów. Długim mostem nad rzeką i w miasteczku. Było około północy. Przed kościołem — pusty, niewielki, zapyziały placyk. Czuć stęchlizną. W końcu tutaj, w parczku, na trawie. Ciało jest matką, glebą duszy… Zasnąłem szybko.

13 sierpnia, Imphy

Z rana na wylotową szosę do Nevers. Trochę wahań — stopem czy pieszo, droga tu jednak ruchliwa. Po kilku minutach już jechałem. Chwilę po ósmej w Nevers, pod katedrą. Mniejsza niż tamte, które widziałem. Jasna bardzo — u góry zwykłe okna. Z tyłu, w małej kaplicy, trwała msza; na niej trzy osoby. Znów u komunii. Po mszy św. na kawie, zakupy i w drogę. Gdy przechodziłem przez miasto, nagle z baru wybiegł za mną „mój” kierowca, wołając na całą ulicę: Polonais! Polonais…! Pożegnaliśmy się raz jeszcze. Wyszedłem na drogę do Decize. Nieciekawa. Znów wyraźnie inny kraj — również górki, ale jakby jaśniejsze, bardziej już „południowe”. Jestem w Imphy, nad rzeką.

Decize

Dalej był już tylko marsz. Okrutne słońce. Górki, pagórki, a w dole, daleko, z rzadka pojawiająca się rzeka. Wypiłem z trzy litry wody. Ale nie upał dziś, nie nogi, tym razem plecak wpijający się w ramiona. Jeden z postojów — St–Quen. Tutaj — maleńki, zniszczony romański kościółek. Same mury, bez podłóg, piach. Chwila modlitwy. Przed świątynią podszedł mały, trzy-letni może brzdąc; spytał: „co robisz?” Odpowiedziałem: idę… i jeszcze dokąd idę, jednocześnie myśląc — właśnie, co ja tak naprawdę robię, dokąd w rzeczywistości zmierzam…? Nieco dalej zagadnąłem pracujących w ogródku ludzi, jak daleko do Decize. Oni, że chyba ze sześć, i dokąd tak idę… Znów chwila rozmowy. Za wsią tablica: Decize 12 km. Była godzina 18. Więc jeszcze trochę.

Zaczęło się w końcu St–Leger des vignes, jakby dalekie przedmieście Decize — widocznego już w oddali nad rzeką. Nieco dodatkowej drogi do mostu, jednego z wielu tutaj. Jest bowiem i kanał, jakiś dopływ Loary i jej dwa koryta. Ciekawe miasto. Centrum na wzgórku, z górującą wieżą kościoła (jak myślałem); okazało się — wieżą samotną. Dalej, kawałek za nią, znalazł się i kościół. Wpierw wydał mi się opuszczonym „zabytkiem” (kilka wybitych szyb w oknach), ale zaraz za nim plebania: otwarta brama, domek, kawałek ogródka, garaże. Nikogo wewnątrz. Trochę poczekałem na schodach; potem rozłożyłem się w kącie podwórza. Zbliżała się dziesiąta wieczór. Nagle zajechał samochód; wysiadły dwie kobiety. Przedstawiam się, pytam, czy mogę tu nocować. One, że tak. To jeszcze proszę o wrzątek. Zajechał drugi samochód. Wysiada ksiądz, na którego mszy byłem w katedrze, w Nevers. Moment i wjeżdża trzeci samochód — proboszcza. Ten zaprasza do domu, każe rozgościć się w pokoju–biurze; pokazał kuchnię, łazienkę… A jeszcze gdzieś przed St–Leger tak sobie myślałem: Boże, skonany jestem, czy byłoby zbyt wielkim żądaniem prosić o kubek gorącej herbaty i spanie — choćby na podłodze, ale w domu?

14 sierpnia, nad kanałem

Podłoga wymasowała kości. Śniadanie z gospodarzami — kawa, sucharki z dobrym serem, powidła. Potem chwilę w mieście. Zakupy. O 1030 msza św. Wszystko do niej — jak wszędzie tutaj — szykowały kobiety. Przed mszą kapłan u wejścia do kościoła wita się z wchodzącymi. Śpiew na rozpoczęcie. Ksiądz, jako ostatni, zmierza ku ołtarzowi. Ludzi sporo, ale w ławkach trochę jeszcze wolnych miejsc — a to główna niedzielna msza. Wszelkie czytania w gestii świeckich, przeważnie kobiet. One też zbierały datki. Przed ofiarowaniem proboszcz zaprosił do ołtarza dzieci. Każde wzięło coś ze stoliczka na boku: kielich, hostie, etc. Dzieci było siedem, osiem, wszystkie uroczo naturalne, zagapione, przejęte. Zaniosły dary na ołtarz i stanęły przy nim. Ksiądz wzniósł chleb i wino ku górze — one powtarzały za nim słowa ofiarowania. Po tym wróciły na miejsca. Znów przy komunii ksiądz zaprosił dwie osoby z ławek. Wyszli kobieta i mężczyzna. Razem z kapłanem powtarzali słowa konsekracji. We trójkę też rozdawali komunię — jak wszędzie we Francji — przeważnie na rękę. Znów u komunii. Ładny gest księdza — ze znakiem pokoju podszedł do mnie zupełnie na bok. Po mszy oczywiście, u wejścia, ksiądz długo żegnał się z ludźmi; ot, miłe pogawędki. Piękna msza. Może dlatego, że prowadził ją w tak prosty sposób, że wszystkie te „wejścia” świeckich były bardzo naturalne. Tak więc znów przyjąłem Chrystusa. Niesamowita droga, pielgrzymka, której nie planowałem, o której nie myślałem. Zresztą, jeszcze w jej trakcie, niemal każdego dnia, mówiłem sobie: już dosyć, już dłużej nie mogę, jutro jadę… Minął tydzień, i wciąż idę.

Gannay

Nagle zebrało się na burzę; zahaczyła mnie bokiem. Znów zmiana krajobrazu: płasko, zielono, soczyście; raz po raz duża farma rolna. W jednej z mijanych wsi, na podwórku, grupa grających w kule — lubią to. Po dwudziestej byłem w Gannay. Zaszedłem do kościoła. Tutaj kobieta układająca kwiaty. Przyszedł też jakiś mężczyzna (ksiądz?). Porozmawialiśmy. Skierował mnie do mera, za miasteczko. Ten bardzo miły, ale jednak poprosił o paszport. Zobaczył, przeprosił. Zaprowadził mnie do „izby czeladnej”; tradycyjnie — wrzątek. Przyniósł mi go, ale i chleb, cukier, czekoladę. Spanie rozłożyłem na wielkim „blacie”. Tak kończy się dzień ósmy pielgrzymki.

15 sierpnia, w drodze do Dompierre

Wstałem jak zwykle. Śniadanie. Pożegnałem się z gospodarzem i w drogę. W Garnat, po jakichś 10 kilometrach (niemal prostej drogi), byłem po dziesiątej. Szedłem od razu „na kościół”. Zachodzę, a przed nim masa samochodów. Zdziwiłem się, zapomniałem o dzisiejszym święcie… Wchodzę; było już po czytaniach. Znów u komunii, i to z drogi, znów niespodziewanie (i — z rąk kobiety). Chwilę po mszy w kościele. Potem na kawie w barze naprzeciwko; w sklepiku dżem i mleko, chleba nie mieli. Gdy byłem już kawałek za sklepem, sprzedawczyni (ciężarna!) wybiegła za mną z połową, własnej zapewne, bagiety. Mili ci ludzie.

Wróciłem nad kanał. W kolejnej wsi, w jednej z zagród — ojciec z synem. Poprosiłem o wodę. Zapraszają do środka. Tu krótki odpoczynek — szklaneczka wina własnej roboty, rozmowa nad mapą, o wędrówce, o Polsce, o Taizé. Potem chłopak doprowadził mnie do właściwej drogi, gdyż było ich więcej. Stąd już ok. 10 km. do Dompierre, gdzie cystersi. Tak więc dziś może przenocuję w klasztorze?

Abbaye Notre Dame de Sept-Fons, cystersi, godz. 20:30

Cała droga znów w skwarze. Szosą, później bliżej kanału. W końcu minąłem krzyżówkę, na której przegapiłem drogowskaz z Abbaye. Nadłożyłem drogi. Doszedłem do przedmieść Dompierre, zapytałem, wróciłem. Byłem tu po 18. Olbrzymi klasztor, okolony długim, białym murem, z szeroką bramą wjazdową. Wewnątrz — spory, prostokątny podwórzec. Jak się okazało, to jakby zajazd–hotel, prowadzony przez zakonników i jedyny dostępny dla obcych z zewnątrz fragment klasztoru. Reszta, wraz z kościołem — niedostępne. Widząc już — z daleka — zajeżdżające tu auta, coś takiego podejrzewałem. Złożyłem tobół pod murem i zaszedłem na rodzaj portierni. Tutaj jeden ze starszych braci czy ojców. Spytałem, jak dojść do kościoła; wskazał mi kaplicę dla gości, w głębi podwórza. Tu bardzo długa, uroczysta msza, druga w dniu dzisiejszym. Znów u komunii. Troszkę się „zmartwiłem” tym hotelem — to nie to, czego się mogłem spodziewać. Po mszy znów na „portierni”; spytałem, czy mogę rozłożyć się z boku pod murem (pod lekkim daszkiem, bardzo ładne miejsce). Ojczulek nie oponował. W kaplicy raz jeszcze. Gdy wychodziłem, tenże ojciec woła mnie z daleka, kiwa, bym szedł za nim. Gdy przeszedłem podwórze, wprowadził mnie tutaj, do „izby czeladnej”. Trzy łóżka, stół, lampka. Zapraszał na kolację, poprosiłem jedynie o wrzątek. W kaplicy dwie dziesiątki różańca, jakie mi dziś zostały. Chwilę nad pobliskim kanałem. I tutaj — notatki. Jutro o ósmej msza i w drogę. Nie wiem jeszcze — pieszo czy stopem. Coś dzieje się z achillesem…

Dziś doszli już na Jasną Górę. Dalej więc, te dwa, trzy dni, szedłbym sam.

16 sierpnia, Taizé

Burza nad ranem. Msza w małej kaplicy obok. Przyjąłem komunię. Śniadanie u „siebie” i wymarsz. Ciężkie niebo, lekki deszczyk. Odśpiewawszy Godzinki, doszedłem do Diou, jakieś 3–4 km. Tu na pocztę — listy; zakupy obok — mleko i chleb. Stąd na ruchliwą drogę ku Mâcon. Deszcz wzmógł się, ból w nodze również — więc jednak stopem. Po pół godzinie byłem już w Digoin i zaraz dalej — przez Paray–le–Monial i piękne góry, podobne do naszych Beskidów. Po niespełna godzinie wysiadłem na krzyżówce niedaleko Cluny. Stąd do miasteczka ok. 6 km. W słońcu już wchodziłem w „tę” rozległą i długą dolinę, w której tyle się działo i dzieje. Tu biło serce odnowy przed wiekami, tu bije ono ponownie; wtedy Cluny, dziś — nie opodal — Taizé. Zaszedłem do kościoła Notre Dame. Skądś, jakby z daleka, jakby sprzed wieków, dobiegający cichy śpiew gregoriański; niestety — to tylko taśma. Obszedłem miasteczko: trochę ładnych uliczek, trochę staroci i ruin. Ruszyłem do Taizé, z Cluny jakieś 10 kilometrów. Im byłem bliżej, tym jakby więcej ludzkiej życzliwości na drodze. Zatrzymało się bodaj z pięć samochodów. Chciałem dojść jednak na własnych nogach. Sam. Wreszcie, na wzgórku, mała wioseczka — Taizé.

W górę rzeki
Roman Bąk

urodzony w 1958 r. w Ostrowie Wielkopolskim – polski poeta, tłumacz, redaktor, wydawca, z wykształcenia etnolog, wieloletni redaktor miesięcznika „W drodze” i Wydawnictwa W drodze. Jego początkowa twórczość (lata 80.) wpis...