Rodzina w społeczności świata

Rodzina w społeczności świata

1. Pragnąc mówić sensownie o rodzinie, trzeba ją traktować jako żywy system dynamiczny. Nie jako komórkę społeczną, spełniającą stale te same funkcje, lecz jako system wciąż zmienny i plastyczny do pewnych granic. Jako system, którego cel wspólny składa się z różnych celów indywidualnych jego elementów. System, który uwzględnia znaki czasu, lecz na którym opiera się zarazem ciągłość istnienia narodu: jego wartości i tradycji. Może inaczej jeszcze, może nie dla wszystkich zrozumiale i trochę patetycznie, lecz chyba prawdziwie: system zawierający w sobie, nieco podobnie jak Kościół w Polsce, zarówno katolicki, jak protestancki — duszę narodu. Niejako przechowujący ją, przekazujący następnym pokoleniom. A dotyczy to nie tylko Polski.

Po tych uwagach przechodzę do sprawy najprostszej i jednej z najważniejszych zarazem: co mamy na myśli, mówiąc „rodzina”?

2. Mówimy o dobrej rodzinie i złej rodzinie, o rodzinie zgodnej i niezgodnej, o żyjącej razem, wspólnie — i o rodzinie rozbitej. O rodzinie konfliktogennej, pełnej tłumionej lub jawnej agresji, i o takiej, w której konflikty rozwiązywane są w atmosferze wzajemnej przyjaźni lub miłości.

Mówimy także o rodzinie wtedy, gdy kobietę i mężczyznę, żyjących razem i mających dzieci, nie łączy żaden ślub — ani kościelny, ani cywilny. Lecz gdy brak zarówno ślubu, jak też dzieci, jesteśmy raczej skłonni mówić o bliskiej przyjaźni lub o rodzinie nieformalnej, mimo że łączące dwoje ludzi więzi mogą być bardzo silne i trwać przez całe życie.

Wtedy natomiast, gdy kobietę i mężczyznę łączy ślub, lecz nie mają dzieci, mówimy jednak wprost, bez dopełniacza: rodzina. Bezdzietna, lecz rodzina.

Mądrość języka potocznego wskazuje tu na najważniejszą, najbardziej istotną cechę pojęcia rodziny: więzi + odpowiedzialność. Lecz nie tylko więzi przyjaźni, nawet bliskiej. Są to więzi czy to w postaci ślubu łączącego kobietę i mężczyznę, czy też więzi, jakie tworzą się dzięki posiadaniu dzieci, a także więzi między dziećmi tej samej rodziny oraz między dziećmi a rodzicami. Więzi te są bardzo różnego rodzaju, mają jednak w większości przypadków wyraźny element wspólny: tym elementem jest przede wszystkim, w każdym razie na początku, w każdym razie w większości przypadków — to, co łączy, i to łączy w sensie plusowym, pozytywnym. Tak, jak łączy miłość w różnych jej barwach i odcieniach, nie zaś tak, jak łączy nienawiść, również zresztą w różnych odcieniach.

Nie tylko łączy — ma również szanse na to, by połączenie to było trwałe. Można powiedzieć inaczej, szerzej: łączy i zobowiązuje jednocześnie, czyni odpowiedzialnym.

Zobowiązuje inaczej niż bliska przyjaźń: bliska przyjaźń zobowiązuje ludzi wzajem przed sobą i własnym sumieniem, ślub — zobowiązuje bądź przed Bogiem, ludźmi i własnym sumieniem, bądź tylko przed ludźmi i własnym sumieniem. Dzieci zaś zobowiązują dlatego właśnie, że są dziećmi.

Tego rodzaju więzi pozytywnych — tak, w większości przypadków, silnych, tak międzypokoleniowych i tak zarazem zobowiązujących — nie ma w żadnej innej ludzkiej organizacji. Przy szerszym rozumieniu pojęcia organizacji rodzina jest organizacją niezwykłą, jedyną w swoim rodzaju: jednocześnie formalną, tj. wyodrębnioną przez prawo cywilne każdego kraju i wyraźnie określone przepisy — jak też nieformalną, tj. taką, w której więzi międzyludzkie odgrywają bądź najbardziej istotną rolę, bądź jedną z ról najbardziej istotnych. Jest organizacją najważniejszą w społeczności ludzkiej i najbardziej przyczyniającą się do jej trwania jako społeczności: właśnie w rodzinie powstają — od początku życia człowieka — więzi pozytywne natury podstawowej. Bez nich nie może przetrwać, chyba tylko w oparciu o skrajną przemoc, żadna społeczność ludzka, żaden ład społeczny.

Ten zatem, kto chciałby zniszczyć ład społeczny i uczynić ludzi narzędziami mniej lub bardziej obłędnej ideologii, przede wszystkim zwróci się przeciw rodzinie. Podważy jej cel i sens istnienia.

3. Jest taka dyscyplina naukowa, tzw. „poprzeczna”, znana uczonym różnych specjalności: ogólna teoria systemów. Jej część stanowi teoria organizacji. Bardzo rzadko rozpatruje się rozwój rodziny ludzkiej z punktu widzenia ogólnej teorii systemów, zwłaszcza teorii organizacji. Być może dlatego, że jest to rozwój wielce specyficzny, można rozpatrywać go na wielu płaszczyznach.

Jeśli potraktujemy rozwój rodziny na płaszczyźnie głównie fizycznej, obraz jest następujący: z początku, nawet w najlepszej rodzinie, śmierć bowiem nie czyni różnic, umiera na ogół babcia i dziadek, czasem niedołężni i zdziecinniali w starości. Potem umiera ojciec i matka — pozostają dzieci i wnuki, które, niestety, również umierają. Rozwój rodziny na płaszczyźnie fizycznej zawsze kończy się śmiercią wszystkich członków rodziny: czasem kolejną, naturalną, czasem nagłą, jak w sytuacjach ekstremalnych.

Ludzie żyjący we względnie dobrej rodzinie myślą jednak nie o śmierci, lecz o życiu. O życiu zaś — zwłaszcza o życiu człowieka, o którym wiemy tak mało — można zasadnie i logicznie myśleć wtedy, gdy traktuje się je jako to, czym w istocie jest dla nas: tajemnicę. Wtedy z płaszczyzny materialnej przechodzi się na inną — duchową. I dopiero wtedy można słusznie mówić o rozwoju, zarówno poszczególnego człowieka, jak rodziny.

Wtedy też — i tylko wtedy — można sensownie mówić o wartościach, którym służy rodzina i o jej celu. W sferze duchowej podstawowe wartości są jasne: prawda i miłość.

To są bardzo stare słowa używane od tysięcy lat, aż dziw, że dotychczas nie stały się banałami, że można jeszcze ich używać w nie zmienionym znaczeniu. Muszą zatem mieć w sobie jakąś siłę, muszą mieć w ludzkiej psychice jakieś realne odpowiedniki, nie podlegające wpływowi czasu.

I mają je. Jest to zwłaszcza widoczne w rodzinie, w relacjach między członkami rodziny. Tam, gdzie zaczyna się kłamstwo, gdzie miłość przestaje być czymś realnym, codziennym, prostym — rodzina upada, ulega rozprzężeniu, rozbiciu.

Dlaczego? Dlatego, że relacje prawd między ludźmi oraz relacje sympatii i szacunku, wszelkie odcienie rzeczywistej miłości między ludźmi są konieczne, by ludzie potrafili — bez stosowania wysokiego stopnia przemocy, bez zagrożenia przemocą — być razem w niewielkiej grupie. W większej również.

Gdy brak prawdy, gdy brak miłości — do rodziny wkracza przemoc w różnych jej postaciach: psychicznej, fizycznej, zakamuflowanej i potencjalnej. Lecz wtedy nie będziemy już mówili o dobrej czy względnie dobrej rodzinie — wręcz odwrotnie. Wtedy będziemy mówili — tak, jak czynią to często środki masowego przekazu — o patologii i tylko o patologii. Rozglądając się jednak uważnie wokół widzimy, że nie ona przeważa: żyjemy, jak dotychczas, w świecie normalnym.

W rodzinie, którą nazwiemy normalną — a takich rodzin, mimo niesprzyjających warunków technologicznych, jest większość — odgrywa bardzo dużą, niedocenianą jeszcze rolę synergia używana zarówno w teorii systemów, jak w teorii organizacji, znaczy w tym przypadku: jeśli połączymy wszystkie dążenia pozytywne wszystkich członków rodziny, ich wzajemne relacje pozytywne, które wyrażają się przecież w słabo dotychczas zbadanej, lecz wyraźnie ukierunkowanej energii — to połączenie ich stworzy pewną odrębną całość, która będzie miała znacznie większą siłę, tzn. będzie znacznie silniej oddziaływała niż prosta ich suma.

Nie znając terminu „synergia” ani związanych z nią badań, które wielokrotnie potwierdziły jej funkcjonowanie w różnych organizacjach — do niedawna jeszcze, a i dziś niekiedy dba się w wielu rodzinach o to, aby przynajmniej jeden posiłek był wspólny, aby rodzina zbierała się razem. Zakładając, że postawy ludzi siedzących przy wspólnym stole są wzajem w stosunku do siebie pozytywne — osiąga się to, co nazywamy właśnie synergią: z niczym nieporównywalną atmosferę rodziny. Ona daje siłę, daje możność stawienia czoła wielu przeciwnościom losu.

Jeśli słabe są postawy pozytywne członków rodziny wzajem do siebie — wtedy brak synergii, wtedy trudno rodzinie przetrwać przy tylu tendencjach egoistycznych i destrukcyjnych, funkcjonujących w człowieku: wzmaganych przez bezmyślny stosunek ludzi do współczesnej technologii.

To jest właśnie specyfika rodziny, specyfika jej rozwoju, który trudno ująć z punktu widzenia ogólnej teorii systemów; można jednak. Można stwierdzić zasadnie, że rodzina stanowi, wśród wszystkich żywych systemów, wyjątkowy: właśnie w dzieciństwie, właśnie w młodości, przede wszystkim w rodzinie ludzie uczą się od samego początku opanowywać swoje dążenia egoistyczne i destrukcyjne — tego nie nauczy ich żadna szkoła. Żadna szkoła — też przecież stanowiąca wyraźnie określoną organizację — nie nauczy człowieka od najwcześniejszych lat życia kierowania samym sobą tak, jak można nauczyć się tego w dobrej, nawet względnie dobrej, rodzinie. To nawet nie kwestia nauczenia się: to sprawa kształtowania własnej osobowości, własnych dążeń, własnego stosunku do Boga, do ludzi i do świata.

4. Rodzina — wbrew niektórym pozorom — uczy, czy raczej może uczyć jeszcze jednej rzeczy, o której rzadko się mówi: ładnej miłości. W tym również — ładnej miłości fizycznej. Mówiąc to samo inaczej: rodzina uczy człowieka, że jego życie seksualne ma być połączone z miłością, uczy, że miłość ma być przede wszystkim — lub przynajmniej równorzędnie, w tym samym stopniu — w warstwie psychicznej człowieka, w jego sferze duchowej. To jest trudne, obecnie zaś — coraz trudniejsze.

Od pewnego czasu czynność zbliżenia fizycznego między ludźmi różnej płci — a od krótszego czasu również między ludźmi tej samej płci — nazywa się „kochaniem” lub „kochaniem się”. Te słowa — na określenie tych właśnie czynności — narzuciły mass–media, a żargon hippisów wszedł do języka obiegowego całej cywilizacji zachodniej.

Gdy np. mąż stanu, a zarazem mąż danej żony mówi w wywiadzie prasowym o sobie i o żonie, że „kochamy się dużo i często”, to znaczy, że mają oni wzajem ze sobą bardzo intensywne i częste bliskie kontakty fizyczne. Lecz wtedy — jakiego słowa użyć na to, że oni się naprawdę kochają, jeśli tak rzeczywiście jest?

Otóż w dobrej czy względnie dobrej rodzinie ludzie się naprawdę kochają, w sensie psychicznym, w różny sposób. Między mężem i żoną, kobietą i mężczyzną znaczy to, że to właśnie ona — ta miłość — jest na miejscu pierwszym, nie zaś „kochanie się” w sensie tylko fizycznym, które też jest ważne, też ma swoją rolę, nie jest jednak najważniejsze.

Rodzina uczy człowieka opanowania jednego ze swoich najsilniejszych instynktów, czy też dążeń natury psychofizycznej. Opanowując zaś takie pożądanie seksualne, które więcej ma wspólnego z agresją niż z miłością — łatwiej opanować we własnej psychice inne dążenia agresywne, które również nie mają nic wspólnego ani z miłością, ani z takimi jej odcieniami, jak sympatia i szacunek dla innych ludzi.

Głęboka, mocna, oparta o Boga, uświadomionego lub nieuświadomionego, miłość między ludźmi, zwłaszcza między mężczyzną a kobietą, nie jest czymś niesłychanym i wyjątkowym. Być może nie zdarza się często i na pewno nie sprzyja jej fakt, że wciąż mówi się o niej, wciąż się ją pokazuje na ekranach, zarazem deprecjonując ją, sprowadzając ją tylko lub głównie do „kochania się”: w łóżku, w samochodzie, gdziekolwiek, które piękne jest wtedy, gdy towarzyszy mu miłość, gdy stanowi jej rezultat, a nie zastępnik.

Wydaje się — tak na podstawie literatury przedmiotu, jak obserwacji potocznej — że we względnie dobrej rodzinie wystarczy ta forma miłości, którą określa się jako wzajemną sympatię i szacunek oraz dążenie do utrzymania tej sympatii i szacunku. Dążenie to, jeśli jest realizowane, wpływa bez zbędnych słów na całość życia rodziny: zarówno na dzieci, jak i na pokolenie starsze. Pod warunkiem, że ta sympatia i szacunek będą nie tylko wzajemne, lecz będą także promieniowały na innych, na ludzi wokół. Wtedy realizowane są te wartości podstawowe w życiu rodziny, jakie zawarte są w Dekalogu. W humanizmie również. Miłość bowiem stanowi ich podstawę. Bez niej zaś — nawet wiara jest martwa, co zresztą powiedziane jest w Piśmie Świętym.

5. Rodzina jest najmniejszą „jednostką organizacyjną”, najmniejszym zorganizowanym elementem tego na razie jeszcze mało spójnego wielkiego systemu, jakim staje się coraz szybciej cała społeczność ludzi. Podsystemy tej całości — państwa jedno- i wielonarodowe — są wzajem ze sobą powiązane, głównie przez gospodarkę, lecz również przez komunikację i środki przekazu.

Ten wielki system jest na razie, jak zaznaczyłem, mało spójny, wykazuje jednak wyraźne tendencje do tego, by stać się spójnym. Za gospodarką bowiem, za środkami komunikacji, za technologią i środkami masowego przekazu — idzie polityka. Gdy system złożony z państw jedno- i wielonarodowych stanie się spójny, tak jak spójna jest np. obecnie Unia Europejska — co wtedy? Jakie będzie jego oblicze, jego główne cechy charakterystyczne? Na to pytanie nikt nie potrafi obecnie rzeczowo odpowiedzieć. Tym bardziej, że wielkość tego systemu i różnorodność wchodzących w jego skład krajów będzie niewspółmiernie większa niż Unia Europy.

Jest zadziwiające, że najmniejsza jednostka organizacyjna tego wielkiego systemu, tj. rodzina, stanowi zarazem — mówiąc językiem teorii organizacji — punkt wyjątkowo uzależniający: ona bowiem, przede wszystkim ona, co starałem się poprzednio wykazać, nie technologia w potocznym znaczeniu tego słowa — kształtuje ludzi. Począwszy od narodzenia człowieka, poprzez jego dzieciństwo i młodość. Od tego zaś, jak ukształtowani są ludzie, jak bardzo odporni są na wpływ związanej na ogół z gospodarką, zwłaszcza w krajach rozwiniętych, propagandy politycznej oraz reklamy — zależy właśnie oblicze tego tworzącego się obecnie wielkiego systemu społeczności ludzkiej.

Wydaje się, że rodzina przechodzi obecnie nie tyle ewolucję, co kryzys. Jest to kryzys więzi pozytywnych, które są, z konieczności, natury duchowej.

Jeśli preferuje się materializm pragmatyczny, to nie znaczy tylko, że sferę duchową człowieka uważa się za drugorzędną. Nie — ją się niszczy. Niszczy się ją w ten sposób, że ulega ona zablokowaniu, przesłonięciu. Ją po prostu przesłaniają — odsuwają na plan nieistotny, nieważny — te cele i te wartości, które wyznacza sfera materialna, technologia globalnej wioski.

Jeśli sfera duchowa ulega atrofii — na co tak dobitnie zwracał uwagę Arnold Toynbee, jeden z najwybitniejszych badaczy ludzkich cywilizacji — to przecież ulega atrofii niemal wszystko to, co z nią jest związane. Ulegają zatem atrofii, ulegają częściowemu rozpadowi również więzi łączące rodzinę, łączące ludzi wzajem ze sobą i w rodzinie, i w obrębie narodu, i w społeczności świata. W globalnej wiosce nie widać, oczywiście, zaniku tych więzi. Tam bowiem widoczna jest głównie, a niekiedy tylko, technologia. Nie zaś to, co dzieje się w człowieku.

Na tym właśnie, na rozpadzie więzi pozytywnych tak w obrębie rodziny, jak narodu i szerzej, świata, polega to, co nazywa się atomizacją społeczeństwa: każdy jest sam, sam tworzy swoją karierę, samotny jeździec, samotny szeryf i samotny kowboj. I prawie każdy z nich tęskni do rodziny i marzy o niej.

Ludzie, według świadectwa tych, którzy tego doświadczyli, lecą w Kosmos naładowani wiedzą techniczną, a wracają — humanistami. Widzą bowiem z daleka całość Ziemi, zdają sobie sprawę, czym ona jest w istocie i czym jest człowiek na niej.

Jest to przeżycie nieporównywalne z niczym, chyba tylko, w pewnej mierze, ze spojrzeniem ludzi głęboko wierzących, niezależnie od wyznawanej religii. Bóg bowiem ogarnia całość, stąd spojrzenie na całość Ziemi, na całość ludzkiej społeczności, jest odblaskiem Jego spojrzenia.

Rodzina kształtuje człowieka nie tylko dla narodu, którego jest częścią, lecz także dla społeczności świata, której również jest częścią.

6. Lansowana obecnie duchowość bez Boga jest — z punktu widzenia mądrości społecznej — nonsensem. Znacznie łatwiej bowiem manipulować nią niż religią, którą też się przecież manipuluje. Znacznie łatwiej — o wiele łatwiej niż religię — uczynić ją narzędziem dla ideologii równie okrutnych, jak te, niedawno jeszcze istniejące w XX wieku, których ślady do dziś trwają w niektórych krajach. Może dokładniej: dla takich ideologii żadnej religii wyższej nie sposób uczynić narzędziem.

Bóg wielkich religii świata — wszystkich religii wyższych bez wyjątku, nawet tam, gdzie jest On bezosobowy i trudno powiedzieć „On” — jest Bogiem silnych więzi pozytywnych. Tego rodzaju więzi między ludźmi wchodzą w zakres przykazań każdej religii wyższej: chrześcijaństwa i buddyzmu, islamu, hinduizmu i judaizmu. Na takie też głównie pytania — dotyczące respektowania więzi między ludźmi odpowiadała dusza Egipcjanina przed sądem Ozyrysa.

A zatem jest On, Bóg — najbardziej chyba w chrześcijaństwie, lecz w innych religiach również, w konfucjanizmie także, chociaż nie wymienia się Go tam, mówiąc: niebiosa — najważniejszym, niewidzialnym członkiem rodziny. Dla chrześcijan jest to oczywiste: „Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje — mówi Jezus — tam jestem pośród nich” (Mt 18,20). Sądzę, pozwalając sobie na wypowiedź ściśle osobistą, że jest On niewidzialnym członkiem również tej rodziny, w której ludzie nie wierzą w Niego, lecz podświadomie Go szukają, dążąc usilnie do Dobra.

Jeśli, jak to się często zdarza, usuwa się religię i Boga, jeśli w różnorodny sposób propaguje się agnostycyzm lub nieokreśloną duchowość — to jak ma przetrwać rodzina? Myśląc logicznie i rzeczowo, właśnie logicznie i rzeczowo, bez emocji i bez idealizmu — nie może przetrwać w tej sytuacji ani rodzina, ani naród, ani społeczność świata. Podważając bowiem podstawę dobrych i silnych więzi międzyludzkich — którą to podstawą dla ludzi wierzących i odpornych na manipulację jest właśnie Bóg — podważa się tym samym podstawę istnienia i rozwoju nie tylko poszczególnej rodziny, lecz całej rodziny ludzkiej.

7. Natura abhorret vacuum — przyroda nie znosi próżni. Psychika ludzka również.

Nie jest więc tak, że w miejsce silnych więzi w rodzinie wielopokoleniowej, które wymagają przecież czasu i zaangażowania, i w miejsce religii, również wymagającej czasu i zaangażowania, a także w miejsce dążenia człowieka do mądrości — nie ma nic. Owszem, jest, i to bardzo wiele.

Jest biznes, praca od rana do wieczora nad zdobyciem wyższego statusu własnego i rodziny, w której brak ojca na co dzień daje się coraz dotkliwiej odczuwać. Jest internet zawierający, według różnych szacunków, od 85 do 320 milionów stron. I są też wciąż nowe generacje komputerów, które — chyba wbrew pierwotnym założeniom — pochłaniają dużą ilość ludzkiego czasu i energii.

Jest cała, fascynująca technologia, z rzeczywistością wirtualną i multimedialnymi środkami komunikacji, które wybijają się na plan pierwszy. One również zabierają czas i energię.

Jest seks fascynujący niektórych ludzi. Zarówno ten pokazywany na ekranach, jak też praktykowany w reklamujących się w prasie agencjach towarzyskich, tak hetero–, jak homoseksualnych. Jest również — fascynująca znacznie bardziej niż seks — przemoc. Zarówno w technikolorze, jak w ży-ciu codziennym. Jest niemal wszystko, co może człowiekowi zabrać czas i energię — tak, aby nie myślał.

Wydaje się, analizując dokładnie treści przekazywane przez wiele globalnych mass–mediów, że ich wrogiem największym nie jest ani Bóg, ani religia, ani rodzina, chociaż atakowane są w bardzo przemyślny sposób: po prostu przez zrównanie wszystkich wartości, przez brak hierarchii wartości. Wrogiem najgroźniejszym, o którym się właśnie nie mówi, jest tu co innego: jest nim swobodne myślenie nie poddającego się manipulacji człowieka, jego mądrość.

Jej się nie atakuje: ją się przesłania — poprzez fascynację tym, co od mądrości jest dalekie. Więcej: tym, co jest jej przeciwstawne.

Dlatego właśnie nie ma śmierci. Jest niby–śmierć. Jest olbrzymia ilość ściśle związanych z przemocą niby–śmierci na kolorowych ekranach, w filmach, kasetach video, grach komputerowych. Lecz tej rzeczywistej, codziennej, zdarzającej się nie w szpitalu lub w domu opieki czy hospicjum, ale w rodzinie — nie ma. Ona bowiem nakazuje zatrzymanie się, nakazuje niejako spojrzenie życiu w twarz. Nakazuje pytanie: Po co? I nakazuje odpowiedź na to pytanie. Jedyną zaś odpowiedzią przekraczającą śmierć i nie wymagającą uzasadnień — jest miłość. Ta, która zawiera w sobie siłę prawdy i mądrość człowieka. A zarazem — w różnych jej kształtach i odcieniach — stanowi podstawę istnienia i rozwoju rodziny w społeczności świata.

Rodzina w społeczności świata
Jarosław Rudniański

(ur. 1 lipca 1921 r. w Warszawie – zm. 18 kwietnia 2008 r.) – Jarosław Henryk Rudniański, polski filozof, psycholog, prakseolog, prof. Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. W czasie II wojny światowej więzień gułagu, a nas...