Rodzicom trzeba pomóc

Rodzicom trzeba pomóc

Co do tego, że amerykańska rodzina przeżywa kryzys, panuje powszechna zgoda. W porównaniu do okresu po II wojnie światowej liczba urodzeń w małżeństwach spadła o jedną trzecią, rozwodów jest dwa razy więcej.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat liczba osób samotnych wzrosła z 20% do 30%. W USA jest 97 milionów gospodarstw domowych, z których 68 milionów zaklasyfikowanych jest jako rodziny. O ile w 1940 roku rodziny stanowiły 90% gospodarstw, w 1970 81%, a w 1997 już tylko 70%. Spośród blisko 35 milionów rodzin z dziećmi poniżej 18 lat, 72% składa się z dwojga rodziców. W 23% dzieci wychowują samotne matki, w 5% sami ojcowie. Z 66 milionów dzieci 18,5 mln. żyje z jednym z rodziców, 7 milionów w rodzinie z macochą czy ojczymem. Ostatnio zanotowano jednak zahamowanie niektórych negatywnych zjawisk. Między 1970 a 1990 liczba małżeństw z dziećmi — w stosunku do wszystkich gospodarstw domowych — zmniejszyła się z 40% do 26%, od roku 1990 do zeszłego spadła tylko o 1%. Nie tak dawno rozwodem kończyło się 5 na 10 małżeństw, dziś 4 na 10.

Zgoda panuje też co do tego, że od wielu już lat amerykańska rodzina znalazła się w trudnej sytuacji, dewaluowana, zewsząd atakowana. Tymczasem młodzi Amerykanie na liście aspiracji życiowych w dalszym ciągu na bardzo wysokim miejscu stawiają udane małżeństwo. 92% uważa rodzinę za największą wartość w życiu osobistym. Dopiero na dalszych miejscach — w podanym porządku — plasują przyjaźń, pracę, patriotyzm i religię.

Tradycyjna rodzina na cenzurowanym

W amerykańskiej kulturze niechęć do rodziny nie jest zjawiskiem nowym. W pracy Atak na rodzicielstwo 1 Dana Mack zwraca uwagę, że na początku tego stulecia John Dewey, amerykański autorytet w sprawach pedagogicznych, w swoim wyczerpującym skądinąd dziele Demokracja i wychowanie (1916) pominął wszelkie aluzje do rodziny. Upatruje się tu wpływ zyskującego w Stanach w tym okresie na popularności Freuda, który instytucje kościoła oraz rodziny uważał nie tylko za politycznie i społecznie represyjne, lecz także szkodliwe — poważnie zagrażające zdrowiu psychicznemu jednostki. Stopniowemu odchodzeniu od cywilizacji mieszczańskiej, cechującej się lojalnością wobec rodziny i wiarą w siłę wyższą oraz posiadającej jasno sprecyzowany kodeks moralny, towarzyszyło zwiększanie wpływu profesjonalistów, lansowanie psychoanalitycznego modelu wychowania, w którym główne miejsce przypadło szukaniu przyczyn niekorzystnego zachowania dzieci. Moralizowanie zastąpione zostało terapią.

Atak na rodzinę, jako instytucję antydemokratyczną, nabrał nowych rumieńców po II wojnie światowej w związku z rozważaniami na temat autorytaryzmu i władzy. Hierarchicznej, patriarchalnej rodzinie przeciwstawiona została rodzina demokratyczna, różniąca się od poprzedniej równością członków. Coraz częściej słyszało się głosy, że „autokratyczna forma organizacji rodzinnej nie może przygotować dzieci do nowego porządku demokratycznego”. Mówił tak Sidney E. Goldstein, przewodniczący Krajowej Konferencji do spraw Rodziny na sympozjum w 1946 roku.

Rudolf Dreikurs, austriacki pedagog, który w latach trzydziestych występował przeciwko faszyzmowi, w Trudach rodzicielstwa (The Challenge of Parenthood), pracy będącej w zamyśle autora książką o wychowaniu w oparciu o zasady demokratyczne, wypowiedział się przeciw rodzinie opartej na autorytecie rodziców. Jeszcze większy rezonans miała praca niemieckiego filozofa i socjologa Theodora Adorno Osobowość autorytarna (The Authoritarian Personality, 1950), w której autor przedstawiał własną metodę pomiaru antydemokratycznych postaw. Adorno potępiał sztywny, mieszczański konwencjonalizm oraz wyrażał przekonanie, że nacisk na posłuszeństwo oraz poszanowanie autorytetu są potencjalnymi oznakami osobowości antydemokratycznej. Poza tym odrzucał chrześcijaństwo jako operujące przymusem i karą, lansował natomiast doktrynę „otwartości” i „uczestnictwa” (sharing). Kreśląc obraz osobowości liberalnej Adorno — jak zauważa Charles Sykes — w rzeczywistości opisuje młodzież wraz z jej indywidualizmem, potrzebą niezależności, trudnościami z samokontrolą, egoizmem. W takim modelu rozum powoli zastępowany zostaje emotywnością, sprawiedliwość — współczuciem.

Idee Theodora Adorno znajdują kontynuację u Alice Miller, szwajcarskiej autorki książek bardzo popularnych w latach osiemdziesiątych. Miller skoncentrowała się na „zgubnych skutkach wychowania rodzicielskiego”, które uważa za formę walki o władzę. Jest zdania, że przez sam fakt wychowania rodzice wcielają w życie ideologię zakładającą podporządkowanie autorytetowi, co określa jako „morderstwo duszy”. Lekarstwem na taki stan rzeczy, powtarzający się w kolejnych pokoleniach, jest, zdaniem autorki, psychoterapia skoncentrowana na pomocy pacjentom w wyładowaniu gniewu przeciw rodzicom — tyranom i krzywdzicielom. W swojej książce Dla twojego dobra 2 analiza psychologicznego profilu Adolfa Hitlera doprowadza autorkę do wniosku, że jego postępowanie było konsekwencją patriarchalnego modelu wychowawczego, po czym następuje uogólnienie, że niemiecka rodzina była wylęgarnią nazizmu. Dalszą konkluzją jest stwierdzenie, że rodzina jest instytucją socjopatyczną.

Teorię Miller, zbieżną ze wspomnianymi wcześniej tendencjami w naukach społecznych, odróżnia od nich „wynalezienie” lekarstwa, za jakie autorka–psycholog uważa psychoterapię. W USA do spopularyzowania teorii Miller przyczynił się wspomniany już publicysta telewizyjny John Bradshaw, który rozpowszechniał opinię, że „morderstwo duszy” wynika z posłuszeństwa i podporządkowania się rodzicielskiemu autorytetowi. W książce Powrót do domu 3 sugerował receptę. Jest nią wydobycie „dziecka z każdego z nas”. Nie trzeba nikogo przekonywać, że taki trend otworzył wielkie pole do popisu dla żądnych zysku psychoterapeutów.

Rodzina w filmie i telewizji

W latach osiemdziesiątych amerykańscy filmowcy „specjalizowali się” w ukazywaniu rodziny i małżeństwa w karykaturalnym, negatywnym świetle, o ile takowe w ogóle brali na warsztat, wyraźnie bowiem preferowali osoby samotne, niezamężne bądź rozwiedzione. Małżonkowie protagoniści niemal z reguły byli psychopatami, degeneratami i kryminalistami. Trzeba tu dodać, że szczególnie filmy przeznaczone dla telewizji lubią poruszać tematy oparte na prawdziwych zdarzeniach, przy czym są to właśnie nietypowe, dziwaczne historie, mające zaspokoić nawet najbardziej „wyszukany” apetyt na sensację. Lata 80. charakteryzują się także popularnością antyrodzinnych komedii sytuacyjnych, takich jak Roseanne i Married… with Children. O ile ciągle narzekająca na dzieci Roseanne jest w gruncie rzeczy im na swój sposób oddana, nie można tego powiedzieć o Peg Bundy z drugiego serialu. Jej mąż Al często znajomym odradza małżeństwo, rodzina jego zdaniem jest piekłem. Dwuznaczną wymowę mają też „Simpsonowie”, z głupkowatym tatusiem i nieznośnym Bartem.

Tezę, iż amerykańscy producenci filmowi i telewizyjni inaczej niż dawniej patrzą na instytucję rodziny, rozlicznymi przykładami udokumentowuje Michael Medved w książce Hollywood versus America 4. Cytuje on kilkanaście filmów, w których potworami okazują się z pozoru idealni mężowie. Nieco mniejszą grupę stanowią filmy, w których rola taka przypada żonom. Małżeństwa okazują się nierzadko śmiertelnymi pułapkami, z których maltretowani partnerzy starają się z lepszym lub gorszym skutkiem uciec. Związki typowe, którym w konstruktywny sposób udaje się pokonywać trudności, nie są na ogół reprezentowane i to zdaniem autora stanowi największy problem, świadczy bowiem o zdecydowanej tendencji Hollywood do przedstawienia patologicznego stadła jako „bardziej realistycznego” niż normalne. Tymczasem wbrew opinii producentów, iż historie o „szczęśliwych małżeństwach nie sprzedają się”, dużym powodzeniem wśród publiczności cieszyły się nieliczne filmy ukazujące zgodne rodziny. Wydaje się, że od czasu opublikowania książki Medveda filmowcy zorientowali się, że wzrosło zapotrzebowanie na rozrywkę dla rodzin, głównie dlatego, że powojenne pokolenie wyżu demograficznego pozakładało rodziny. Rachunek ekonomiczny jest prosty — filmy z myślą o rodzicach i dzieciach okazały się znacznie bardziej dochodowe niż filmy wyłącznie dla dorosłych.

Wiele filmów ostatniego okresu lansuje raczej nieznaną dotąd tezę: dzieci wiedzą najlepiej. Minęły czasy, gdy reżyserzy tworzyli filmy, w których młode pokolenie uczyło się od rodziców. Daleko odeszliśmy od telewizji lat 50., kiedy to Ameryka oglądała bardzo popularny serial o tytule nie wymagającym komentarza — Ojciec wie najlepiej. Teraz właśnie rodzice niejednego uczą się od dzieci. Jeśli nie mamy do czynienia z okrutnikami czy przestępcami, w najlepszym razie rodzice okazują się nieudacznikami i dzieci mogą się doskonale bez nich obyć. Nawet filmy uznane za rozrywkę stosowną dla całej rodziny jak E.T. czy Home Alone przekazują morał, że z perspektywy dzieci dorośli stanowią zasadniczą przeszkodę na drodze do upragnionej samodzielności. Naiwnością jest spodziewać się, że oglądnąwszy na ekranie dziesiątki głupich i nieporadnych rodziców, na których czele stoją też progenitorzy z Matyldy, młodzi ludzie będą uważali, iż ich rodzice są wyjątkowi i nie należą do tej kategorii.

Poradniki o toksycznych rodzicach

Niechęć wobec rodziny objawiła się w USA w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych także w serii poradników wychowawczych, w których rodzice poddani zostali druzgocącej krytyce. Książki owe starają się udowodnić tezę, że rodzice są dla dzieci niebezpieczni, w dzisiejszym społeczeństwie amerykańskim mamy bowiem do czynienia z nadmiarem kar, wymagań, a w najlepszym razie nieuzasadnionych obaw o dzieci i młodzież. Wzrastając w wolności 5, książka Letty Pogrebin, podważa niemal każdy aspekt życia rodzinnego. Późniejszy bestseller Toksyczni rodzice 6, autorstwa dr Susan Forward i Craiga Bucka przynosi całą listę sposobów, w jakie rodzice uciskają i wykorzystują potomstwo — począwszy od kazirodztwa, na moralizowaniu skończywszy, od ciężkiego pobicia poprzez klapsa do wymagania, żeby dziecko brało udział w uroczystościach rodzinnych czy ograniczyło czas oglądania telewizji. Claudette Wassil–Grimm w książce Jak uniknąć błędów własnych rodziców w wychowaniu dzieci 7 zamieszcza długi spis grzechów rodziców, na której obok poważnych przestępstw znalazły się też takie, jak nadmiar pracy, przejadanie się, uleganie humorom, choroba czy nawet śmierć w rodzinie. Podobny ton posiada książka Kiedy rodzice za bardzo kochają 8, napisana przez specjalizujących się w poradnictwie rodzin-nym terapeutów Mitcha Meyera i Laurie Ashner czy Psując dzieciństwo 9 Diane Ehrensaft. Patricia Love, doktor psychologii pedagogicznej, w książce o złowieszczym tytule Syndrom emocjonalnego kazirodztwa 10 analizuje model emocjonalnego uzależnienia wyrobiony w rodzinie, gdzie rodzice spędzają wiele czasu z dziećmi. Autorka z naciskiem przestrzega, aby poprzez nadmierne zaangażowanie nie stali się oni źródłem niepowetowanych wypaczeń emocjonalnych potomstwa. I to wszystko w społeczeństwie, gdzie autorytet rodziców w tym pokoleniu jest o wiele mniejszy niż w pokoleniu poprzednim.

Rodzina uważana jest więc za przeszkodę w rozwoju osobistym, a także czynnik utrudniający postęp społeczny. Przeciwko tak skrajnym poglądom — John Bradshaw głosił, że 96% rodzin amerykańskich jest dysfunkcjonalnych — występują ostatnio psychologowie i psychoterapeuci, przekonani, iż szerzenie takiego nie znajdującego pokrycia w rzeczywistości poglądu jest społecznie szkodliwe. Należy do nich profesor psychiatrii klinicznej Steven J. Wolin, który wraz z Sybil Wolin wydał niedawno pracę Odporne ja 11.

Prawa dzieci przeciw prawom rodziców

Na fali walki o prawa obywatelskie w latach sześćdziesiątych wypłynęła też kwestia „praw dzieci”. Rozszerzenie praw nieletnich zawierało w sobie dwie przeciwstawne orientacje. Pierwsza, historycznie powiązana jeszcze z ruchami domagającymi się zakazu pracy dzieci, dążyła do rzeczywistej obrony nieletnich. Druga — radykalna — domagała się uwolnienia dzieci spod wszechstronnego ucisku dorosłych.

Jednym z najwcześniejszych wyrazicieli chęci uwolnienia dzieci spod kurateli dorosłych był Ivan Illich, który w książce Społeczeństwo bez szkół 12 postulował zniesienie obowiązku szkolnego w oparciu o argument, że uczęszczanie do szkoły uniemożliwia młodym ludziom pełne uczestnictwo w życiu społecznym, tj. w byciu dorosłymi.

Mary Ann Glendon cytuje istotny, bo typowy dla innej dużej grupy spraw trafiających do sądu, przypadek piętnastoletniej dziewczyny, która uciekła z domu, gdy matka zabroniła jej utrzymywać stosunki z dwudziestoparoletnią lesbijką. Matka zwróciła się do sądu o wydanie orzeczenia nakazującego córce powrót do domu i uznania praw matki do nadzoru nad córką. Tymczasem, powołując się na prawo małoletnich do decydowania o działaniach seksualnych, sąd uznał, że matka przekroczyła swoje kompetencje. Według opinii sędziego dziewczyna miała prawo do „seksualnego samookreślenia”. Ponieważ matka i córka były w ten sposób zrównanie w prawach, sąd zalecił im „przewalczenie różnicy zdań”. Trend do uznawania i rozszerzania praw małoletnich w zakresie swobód seksualnych czy też w przypadkach decydowania o opiekuństwie — jak podkreśla Mack — nie tyle dają owe prawa młodym, co odbierają je rodzicom, by obdarzyć nimi innych dorosłych — prawników, urzędników państwowych. Państwo w coraz większym stopniu uzurpuje sobie prerogatywy rodziców.

Wiele rodzin owe prawa do swobody seksualnej małoletnich uważa za aberrację systemu uderzającą w rodzinę. U podstaw tej sytuacji jest fałszywe założenie, że młodzież jest odpowiedzialna i dojrzała do podejmowania tak zasadniczych decyzji. Rozumowanie takie ma także przeciwników. W 1998 roku kalifornijski sąd w San Francisco odrzucił jednogłośnie apelację szesnastoletniego chłopca, oskarżonego o gwałt w wyniku współżycia seksualnego z czternastoletnią koleżanką. Sędziów nie przekonały apele jego obrony i rozszerzenie na nieletnich zagwarantowanego w konstytucji prawa dorosłych do prywatności w tej dziedzinie.

Rodziców czekają wysokie kary i grzywny, jeśli ich dzieci zasądzone zostaną za wykroczenia, takie jak malowanie graffiti czy przebywanie na ulicy w porach niedozwolonych przez władze miejskie. Niejednokrotnie złapani w tryby błędnego koła, wyraźnie bojący się własnych latorośli, rodzice przyjmują tę sytuację bez sprzeciwu, mając nadzieję, że interwencja policji wyjdzie dzieciom mimo wszystko na dobre. Ironia polega na tym, że sąd ma być obdarzony władzą, autorytetem wobec młodych, którzy nie respektują autorytetów. W praktyce okazuje się jednak, że władza sądów i innych instytucji dla nieletnich jest bardzo ograniczona. Zamiast kar pojawia się wszechobecna terapia.

Trzeba stwierdzić, że ostatnio zintensyfikowały się głosy, żądające uznania praw rodzicielskich. Kilka lat temu nie tylko w Kolorado wiele emocji wzbudził ruch na rzecz wprowadzenia do stanowej konstytucji zapisu mówiącego o tym, że „rodzice posiadają niezbywalne prawo do kierowania i kontroli nad wychowaniem i edukacją, wartościami i dyscyplinowaniem własnych dzieci”. Koła liberalne z grupami feministycznymi, proaborcyjnymi, homoseksualnymi upatrywały w zapisie powrotu do patriarchalnej kontroli i „utrudniania dostępu do aborcji i poradnictwa seksualnego”. Przeciwni poprawce nauczyciele, pracownicy socjalni bali się przede wszystkim wzrostu ilości spraw sądowych z inicjatywy rodziców. Głównym ich argumentem była obawa, że rodzice będą nadużywać tego prawa. Proponenci zapisu odpowiadali na to, że sądy nie powinny mieć trudności z ustaleniem, co jest wymaganiem dyscypliny, a co maltretowaniem. Powoływanie się na zdrowy rozsądek w znanej z krańcowego legalizmu rzeczywistości Stanów Zjednoczonych jeszcze raz okazało się nieskuteczne i sprawa ta — jak na razie przynajmniej — upadła.

Matki w domu czy płatna opieka nad dziećmi

Dyskusja na ten temat ożywiła się ostatnio przy okazji procesu brytyjskiej niani Louise Woodward, oskarżonej o spowodowanie śmierci kilkumiesięcznego dziecka powierzonego jej opiece. Niektórych zdumiała liczba kobiet, które potępiały matkę (lekarkę) za to, że nie poświęciła się opiece nad niemowlęciem. Coraz większa grupa kobiet skarży się, że amerykańscy prawodawcy, bardziej zainteresowani ulgami podatkowymi na pomoc domową (co jest z korzyścią dla pracujących kobiet) niż zasiłkami na dzieci (co byłoby z korzyścią dla matek zostających w domu), woleli zająć się sprawą publicznej pomocy w kwestii żłobków i przedszkoli (co umożliwia rodzicom pełnowymiarową pracę zawodową) niż promować pracę na pół etatu (co pozwoliłoby rodzicom więcej czasu poświęcać dzieciom).

W drugiej połowie tego stulecia w USA potrójnie zwiększył się zarówno udział matek małych dzieci na rynku pracy, jak i procent gospodarstw z samotnymi matkami na czele. W związku z tym pojawiła się kwestia opieki nad małymi dziećmi. Problem ten podjęła lewica. Feministki były zainteresowane opieką nad dziećmi jako drogą do wytworzenia nowego „post–rodzinnego” porządku. Do tej pory negują one jakikolwiek niekorzystny wpływ żłobków i przedszkoli na dzieci. Tymczasem psychologowie, jak na przykład autorzy pracy Wielkie zagrożenie: Dzieci bez sumienia 13 widzą związek między wczesną opieką pozadomową (w wyniku rozwodu rodziców, krzywdzenia, zaniedbania) a postawami antyspołecznymi czy psychopatią. Przeprowadzone w 1985 roku badanie wpływu żłobków i przedszkoli na dzieci wykazało, że wczesne pozbawienie dziecka opieki domowej negatywnie odbija się na dyscyplinie. Badanie to opierało się na porównaniu dwóch grup. W jednej dzieci od trzeciego miesiąca życia oddane były do cieszącego się dobrą opinią żłobka prowadzonego przez jeden z amerykańskich uniwersytetów stanowych. Druga grupa obejmowała dzieci, które przez pierwsze 5 lat życia wychowywały się w domu. Porównanie wykazało, że dzieci odda-wane do żłobka w szkole odznaczały się agresją wobec rówieśników i nauczycieli i nie były chętne do odrabiania zadań domowych. W żłobkach i przedszkolach kary zastępuje permisywizm. Stały kontakt z dużą grupą rówieśników wyrabia konformizm. Zaobserwowano też, że wychowawcy preferują postawy agresywności, asertywności, jako negatywne oceniają skupienie, nieśmiałość dziecka.

W ostatnich latach sprawa wychowania pozadomowego zainteresowała także amerykańską prawicę. Celem było skierowanie do pracy matek korzystających ze świadczeń społecznych, zmniejszenie, zahamowanie dysfunkcjonalizmu najuboższych warstw społecznych poprzez przywrócenie znaczenia odpowiedzialności jednostkowej i dyscypliny społecznej. W 1994 roku z kierownictwa partii republikańskiej padł postulat zlikwidowania całego systemu opieki społecznej dla nastoletnich matek, a nawet powrót do sierocińców, w których wychowywałyby się dzieci matek nie mogących ich utrzymać.

Mack jest zdania, że, zamiast wyłącznego koncentrowania się na etyce pracy, prawica powinna promować etykę rodzinną. Tak sądzi także David Blankenhorn, autor książki Ameryka bez ojców 14. W przeciwnym razie dzieciom bez ojca odbiera się także matkę. Wade Horn, dyrektor National Fatherhood Initiative twierdzi, że świadczenia socjalne dla seksualnie nieodpowiedzialnych kobiet doprowadziły do uważania małżeństwa za rozwiązanie głupie z ekonomicznego punktu widzenia, nawet dla kobiet z względnie trwałych związków. Priorytetem powinna być pomoc dla małżeństw, stworzenie miejsc pracy dla potencjalnych ojców. Ulepszyć należałoby też mechanizmy egzekwowania obowiązków ojcowskich.

Dziś obserwuje się ruch popierający obecność matek w domu. Rodzice gotowi są na poświęcenie zarobków, żeby dzieci miały adekwatną opiekę matki. W 1994 roku ankieta Ministerstwa Pracy wykazała, że o ile 79% kobiet zgłaszało, że lubi swoją pracę, tylko 15% byłoby gotowych pracować w pełnym wymiarze godzin, gdyby mogły sobie pozwolić na pozostanie w domu.

Liberałowie i konserwatyści

Głównym założeniem filozofii amerykańskiego systemu ochrony dzieci było, jak widzieliśmy, przeświadczenie, że rodzina jest, z definicji, instytucją patogenną. Badający podłoże przestępczości profesorowie z Harvardu James Q. Wilson i Richard Herrnstein 15 doszli do wniosku, że negatywne zapatrywania na rodzinę charakteryzują większość literatury i badań w naukach społecznych, pozostających pod wpływem liberalnych trendów, któ-re całą winę społecznego rozpadu przypisują czynnikom społecznym i ekonomicznym. Przyczyny tego stanu upatrują oni w tym, że pomoc dla rodzi-ny byłaby propagowaniem światopoglądu i etosu klasy średniej, klasy — w oczach tych liberałów — odpowiedzialnej za całe zło w społeczeństwie amerykańskim. Według profesor prawa, Mary Ann Glendon, zmiana w systemie prawnym polega na tym, że dawniej akcentowano jednoczący charakter rodziny, podczas gdy dziś rodzina jest zbiorem jednostek obdarzonych prawami. Dzisiejsze prawo traktuje rodzinę jako szkodliwy czynnik, „uzależniający” i izolujący od reszty społeczeństwa. Tymczasem to właśnie współzależność między członkami rodziny czyni z tej instytucji siłę ogromnie wartościową ze społecznego punktu widzenia. Rodzina jest bowiem miejscem, w którym jednostki mogą najlepiej przygotować się do pełnienia różnych funkcji społecznych i nauczyć związanej z tym odpowiedzialności. To rodzina wyrabia umiejętność ufania innym. Słynny pogląd Arystotelesa, że jeśli dzieci nie będą kochały rodziców oraz innych członków rodziny, będą kochały tylko sie-bie, rzuca światło na niezwykle istotną zależność między społeczeństwem i rodziną.

Obrońcy tzw. mieszczańskiego etosu rodzinnego socjologowie: Brigitte Berger i Peter L. Berger w pracy Wojna wydana rodzinie 16, przekonująco udokumentowują tezę, że właśnie rodzina mieszczańska — poprzedzająca demokrację i istniejąca w totalitaryzmie, gdzie umożliwiała jednostkom za-chowanie prywatnej autonomii — jest jedyną instytucją, która pozwala wyrobić równowagę między dwoma skrajnymi postawami: krańcowym indywidualizmem i poddaniem się autorytarnej kolektywności. Autorzy zwracają też uwagę na znamienny fakt — amerykański ideał rodziny zmienił się mniej niż praktyka.

W konfrontacjach między liberałami i konserwatystami często słyszy się zarzuty, że podczas gdy liberałowie zainteresowani są wyłącznie wykresami i statystykami ekonomicznymi, konserwatyści skupiają się niemal wyłącznie na dyskusji o wartościach i postawach moralnych. Krytykę obu ideologii pod kątem implikacji dla rodziny przeprowadzają w niedawno wydanej pracy biała ekonomistka Sylvia Ann Hewlett i czarny profesor filozofii religii z Harvardu Cornel West. Książka nosi tytuł Wojna przeciw rodzicom 17. Konserwatyści nie chcą uznać, że bezwzględne mechanizmy rynkowe niszczą wartości rodzinne. Konserwatyzm ekonomiczny, dający wolnemu rynkowi niczym nieograniczone pole do popisu, może być bardzo szkodliwy. „Czarna dziura kapitalizmu” to — według Lestera Thurow — niedostrzeganie wartości pozarynkowych. Ze strony konserwatystów nie ma zgody na podniesienie minimalnej płacy za godzinę, troski o ochronę interesów ludzi pracy i ukrócenie zachłanności wielkich korporacji. Liberałowie, z feministkami na czele są natomiast groźni ze względu na gloryfikację absolutystycznie pojmowanego indywidualizmu, z wolnym wyborem i samorealizacją na czele. Ubóstwienie wolności może szybko przerodzić się w egoizm i materializm. Wyklucza altruizm konieczny w działaniach rodzicielskich.

Trudno nie zgodzić się z wypowiedzią Johna Leo z „US News & World Report”. W ostatniej publikacji Poza kwestią płci 18 cytuje go Betty Friedan. „Aby wyrazić poparcie dla rodziny, trzeba oczywiście wziąć pod uwagę gospodarkę lat 90., ale także wartości lat 60., szczególnie podstawowy pogląd, że samorealizację należy przedkładać ponad wszelkie obowiązki i oczekiwania. Uwalniając spod społecznego tabu pozamałżeńskie macierzyństwo i łatwy rozwód, stworzyliśmy najbardziej na świecie niebezpieczne środowisko dla dzieci, Amerykę bez ojców, kraj zapełniony dziećmi, które są tak emocjonalnie zranione przez postępowanie rodziców, że mogą mieć wielkie kłopoty przy podejmowaniu jakichkolwiek zobowiązań i tworzeniu własnych rodzin”. Chester Finn w tym samym duchu dodaje: trzeba mówić, że powoływanie do życia dzieci i uchylanie się od obowiązków rodzicielskich jest niemoralne. Błędna jest postawa akceptacji: „Tak już jest. Zajmijmy się wobec tego programami socjalnymi, które mogą skompensować fakt, że ludzie źle postępują”. To właśnie sprawia, że łatwo jest źle postępować.

Sama Betty Friedan, która deklaruje pełne zrozumienie dla wartości rodzinnych, wyraża ubolewanie, że istnieje „fałszywa polaryzacja między feminizmem i rodziną”. Jednocześnie jednak, bez krytycznego komentarza, ujawnia sedno problemu — wiele feministek nie lubi podejmowania tematu rodziny, gdyż „za długo kobiety były określane wyłącznie w kontekście rodziny i teraz po prostu muszą myśleć o sobie”. Prawdą jest, że przez długie wieki — i trwa to po części dalej — kobiety wykonywały ogromną „pozarynkową” pracę za darmo, opiekując się dziećmi i osobami starszymi. Feministki słusznie narzekały, że system zdominowany przez mężczyzn nie darzy szacunkiem kobiet wykonujących te służebne zajęcia. Zmuszano je bądź oczekiwano skrajnego poświęcenia, które dla krytyków takiej postawy było ślepą uliczką, „zabiciem ducha”. Feminizm walczył o to, by społeczeństwo zrozumiało, że kobiety mają prawo myśleć nie tylko o innych, ale także o so-bie. Chodzi jednak o to, by myśl ta była podporządkowana nie egoizmowi, lecz mądrości. „Odkrycie” najnowszej doby, stawiającej nacisk na partnerstwo, równość, polega na uzmysłowieniu sobie faktu, że nie tylko kobieta powinna się dla dzieci poświęcać, ponieważ wychowanie ich jest wspólnym zadaniem rodziców. Żadna dobra rodzina nie może się obyć bez takich cech, jak odpowiedzialność, cierpliwość, otwarcie na potrzeby drugiego i gotowość do poświęcenia. (O tym, że nie chodzi tu o cierpiętnictwo matek, które zatracają własną osobowość poprzez skrajnie rozumiane oddanie się rodzinie, wyrządzając przy okazji szkodę sobie i innym, pisze w niedawno wydanej książce Poświęcająca się matka 19 psycholog społeczny Carin Rubinstein.

Złotym wiekiem dla amerykańskiej rodziny — przypominają Hewlett i West — były lata 1946—1963. Istniały wtedy hojne ulgi na osoby na utrzymaniu rodziny, zwolnienia podatkowe, ustawa GI dla weteranów (dotacje na edukację, szkolenie zawodowe, mieszkania, renty inwalidzkie, świadczenia zdrowotne itp.). Jak żaden inny, wcześniej czy później program ten stanowił urealnienie Wielkiej Amerykańskiej Szansy. Autorzy Wojny przeciw rodzicom proponują powrót do założeń tego okresu. Postulują wdrożenie w życie zarysowanego przez siebie Zbioru Uprawnień Rodziców (na podobieństwo słynnego Bill of Rights), obejmujący udogodnienia od spraw ekonomicznych począwszy (zapewnienie godziwej pracy, płatne urlopy macierzyńskie, ulgi podatkowe, pomoc mieszkaniowa), przez środowiskowe (korzystne dla rodziny reformy w systemie szkolnym, opiece przed- i pozaszkolnej), kulturowe (wzmocnienie małżeństwa, roli ojca, zagwarantowanie odpowiedzialności w mediach) na honorowych kończąc (przywileje, Dzień Rodziców).

W dawnych czasach dzieci pomagały w domu i w pracy rodziców, zapewniały opiekę w starości. Dziś wygląda to zupełnie inaczej — wychowanie dzieci jest bardzo drogie i nie przynosi rodzicom żadnych ekonomicznych korzyści. Altruistyczna miłość potrzebna jest przez blisko dwadzieścia lat i wymaga wielkiego nakładu energii, czasu i pieniędzy (około 150 tysięcy dolarów, nie licząc wysokich opłat za kształcenie policealne). Oczekuje się od rodziców ogromnego poświęcenia, a system nie tylko nie udziela poparcia, ale często zadanie to utrudnia. Społeczeństwo natomiast zbiera owoce ciężkiej pracy i wyrzeczeń dobrze wywiązujących się ze swego zadania rodziców. Koszty są prywatne, korzyści publiczne. Brzemię narzucone na rodziny jest jednak coraz cięższe. Jeśli rzeczywiście przyświeca nam ideał dobra społecznego, sytuacja ta musi się zmienić. Trzeba wszechstronnie zrehabilitować rodzicielstwo.

1 Dana Mack, The Assault on Parenthood. How Our Culture Undermines the Family, Simon & Schuster 1997.
2 Alice Miller, For Your Own Good. Hidden Cruelty in Child–Rearing and the Roots of Violence, amerykańskie wydanie Noonday Press, New York 1983.
3 John Bradshaw, Homecoming. Reclaiming and Championing Your Inner Child, Bantam, New York 1992.
4 Michael Medved, Hollywood versus America. Popular Culture and the War on Traditional Values, HarpersCollins Publishers, New York 1992.
5 Letty Pogrebin, Growing up Free, McGraw Hill, New York 1980.
6 Susan Forward i Buck Craig, Toxic Parents. Overcoming Their Hurtful Legacy and Reclaiming Your Life, Bantam, New York 1989.
7 Claudette Wassil–Grimm, How to Avoid Your Parents’Mistakes When You Raise Your Children, Simon & Schuster, New York 1990.
8 Mitch Meyer i Laurie Ashner, When Parents Love Too Much, Avon, New York 1990.
9 Diane Ehrensaft, Spoiling Childhood. How Well–Meaning Parents are Giving Children Too Much — But Not What They Need, Guilford Press, New York 1997.
10 Patricia Love, The Emotional Incest Syndrome: What to Do When a Parent’s Love Rules Your Life, Bantam, New York 1990.
11 Steven i Sybil Wolin, The Resilient Self. How Survivors of Troubled Families Rise Above Adversity, Villard Books, New York 1993.
12 Ivan Illich, Deschooling Society, Harper & Row, 1971.
13 Ken Magid i Carol A. McKelvey, High Risk: Children Without a Conscience, Bantam, New York 1989.
14 David Blankenhorn, Fatherless America, BasicBooks, New York 1995.
15 James O. Wilson i Richard Herrnstein, Crime And Human Nature (Przestępstwo i natura ludzka), Simon & Schuster 1985.
16 Brigitte Berger i Peter L. Berger, The War over the Family. Capturing the Middle Ground, Anchor Press 1983.
17 Sylvia Ann Hewlett i Cornel West, The War Against Parents. What We Can Do for America’s Beleaguered Moms and Dads, Houghton Mifflin 1998.
18 Betty Friedan, Beyond Gender. The New Politics of Work and Family, Woodrow Wilson Center Press, Washington 1997.
19 Carin Rubenstein, The Sacrificial Mother. Escaping the Trap od Self–Denial, Hyperion, New York 1998.

Rodzicom trzeba pomóc
Joanna Petry Mroczkowska

dr nauk humanistycznych, tłumaczka, eseistka, krytyk literacki. W związku z pobytem w Stanach Zjednoczonych zajmuje się w ostatnich latach głównie tematyką dotyczącą kultury amerykańskiej oraz chrześcijańskiego feminizmu....