Buldeneż

Opowiadał mi frater Adalbertus:

„Przy wiatrem owianej międzynarodowej drodze, po której poruszałem się z dużą (acz oczywiście dozwoloną) prędkością, w pobliżu dawnej granicy między Wschodem a Zachodem, mijając skąpo odziane autostopowiczki (oczywiście niewzbudzające mego zainteresowania), pośród przydrożnych reklam i drogowskazów do tego lub owego zajazdu, kasyna czy nocnego klubu, zobaczyłem drogowskaz z napisem, który zwrócił moją uwagę: »KOŚCIÓŁ PRZYDROŻNY – 5 km«. Niedługo potem zobaczyłem drugą, podobną tabliczkę z napisem: »KOŚCIÓŁ PRZYDROŻNY – 2 km«. Moja ciekawość została ponownie rozbudzona i zdjąłem stopę z akceleratora, tak że mijając kolejny drogowskaz z napisem »KOŚCIÓŁ PRZYDROŻNY – 500 m«, jechałem już całkiem powoli, skupiając całą uwagę na tym, by nie przeoczyć obiektu zainteresowania. Po chwili znalazłem się na dużym, żwirem pokrytym parkingu, na którym zmieściłoby się kilka ciężarówek. Otaczały go drzewa i krzewy. Był pusty – zdaje się, że kierowcy ciężarówek woleli zatrzymywać się na postoju odległym o jakieś pół kilometra, przy różowym budynku z wielkim migającym neonem: „Girls, girls, girls”.

Spokój tego miejsca nastrajał do kontemplacji. Krzewy pokryte były czymś co z daleka przypominało kule śniegowe, ale przy bliższym spojrzeniu okazywało się kwiatami buldeneża. To ciekawa roślina. Kwiaty ma wspaniałe, ale właściwie nie wiadomo po co, bo większość z nich pozbawiona jest zarodka i całkowicie bezpłodna. Urody im jednak odmówić nie można, przykościelnemu parkingowi niewątpliwie dodawały nastroju. Zaraz obok kościoła rozłożyła się firma pod nazwą: SZTUKA KOŚCIELNA – FIGURY I OBRAZY.

Postanowiłem przyjrzeć się jej potem bliżej, tymczasem wkroczyłem do świątyni, chcąc skupić uwagę na tej Rzeczywistości, której okiem dostrzec nie można. Spotkało mnie jednak rozczarowanie. Nie brakowało mi ciszy (choć w pewnym momencie zakłócił ją basowy warkot motocykla), rozpraszał raczej wystrój wnętrza. Pełno tu było gipsowych figur przeróżnych świętych, obrazów świętego Maksymiliana w pasiaku, Jezusa z sercem na wierzchu i wiele innych, których wartość artystyczna kojarzyła mi się, niestety, z jeleniem na rykowisku. Mówiąc szczerze, miałem wielką ochotę uciec z krzykiem i z wielkim trudem się opanowałem. Ostatecznie kościół to kościół, wieczna lampka się pali, dzieła artystyczne nie są wprawdzie najwyższych lotów, ale przecież ktoś przynosi je z dobrego serca. Dzieła wielkich artystów są drogie, w kościele obrazy świętych wisieć muszą (przecież zawsze wisiały). Pomodlić się można i przed bohomazem. Odmówiłem kilka paciorków i spokojnie wyszedłem. Znów znalazłem się na otoczonym krzewami parkingu. Pojawił się na nim jeden nowy pojazd: wielki czarny motocykl.

Przestałem się dziwić wystrojowi kościoła, kiedy wszedłem do sklepu SZTUKA KOŚCIELNA. Na ścianach wisiało mnóstwo kiczowatych świętych obrazków oprawnych w ramy, a oprócz tego można było sobie zamówić obraz z katalogu, i to wcale nie wydruk. Jak mnie poinformowała ekspedientka – „malarz namaluje go ręcznie”. W ogródku przed sklepem stał tłumek figur najprzeróżniejszych świętych: Matki Boskie w różnych pozycjach, święci Józefowie z dzidzią na ręku albo z heblem i piłą, święci Piotrowie o zmierzwionych brodach i z kluczami w rękach, święci Pawłowie z mieczami i wiele, wiele innych. Tylko im muchomorków brakowało. Wszystko to wyglądało raczej groteskowo, a nastroju niesamowitości dodawały białe płatki unoszące się w powietrzu. Chyba przekwitały jakieś kwiaty, może buldeneż. Każdy mocniejszy podmuch wiatru wznosił płatki w górę, jak w nagle potrząśniętej szklanej kuli z choinką i gwiazdorkiem.

Między figurami przechadzał się motocyklista w czarnej skórze, z zielonym hełmem pod pachą. Mijając mnie, mruknął:

– Ino kawał loli na to trzeba i porumotać na tłuczeń.

Pomyślałem sobie, że to chyba przesada. Jak to, przecież to mimo wszystko są święte figury!

– Czy pan przypadkiem nie przesadza? Piękne to może nie jest, ale mimo wszystko jest to sztuka religijna. Jakieś figury muszą przecież stać w kościele.

 – Jeśli to jest sztuka religijna, to tamten budynek – tu wskazał na odległy o pół kilometra różowy przybytek – można nazwać świątynią miłości. Co się frater tak dziwi, przecież uprawiają tam miłość, nieprawdaż? Sztuka religijna, proszę fratra, to wcale nie obrazy i figurki, których temat jest związany z religią. Sztuka religijna to taka, która pomaga widzowi skupić uwagę na Rzeczywistości, której okiem dostrzec nie można. Takie były kościoły średniowiecza. Zapierająca dech architektura katedr, pieczołowicie wykonane rzeźby w ołtarzach. Powiada frater, że figury w kościele być muszą? Czyżby takie przykazanie było gdzieś w Ewangelii? Nie, to mistrzowie średniowiecza, chcąc przybliżyć tę Rzeczywistość, której okiem dostrzec nie można, pieczołowicie wykonywali piękne Madonny. Przyzwyczailiśmy się do nich i teraz się nam wydaje, że muszą być, a ponieważ nikt ich nie wykonuje pieczołowicie, więc seryjnie odlewane gipsówki muszą starczyć. Niestety, te gipsówki nie pomagają skupić uwagi na Rzeczywistości, której okiem dostrzec nie można, ich efekt jest wręcz przeciwny. Czy można się dziwić, że z przystrojonego nimi kościoła młodzież ucieka z krzykiem? Jest to typowy przykład ucieczki młodego wina ze starych bukłaków. Wie frater co? Ja też coraz bardziej odczuwam na sobie ich oddziaływanie, czyli czuję przemożną potrzebę oddalenia się z prędkością co najmniej dozwoloną.

To powiedziawszy, założył hełm i podszedł do swego motocykla. Zapytałem go jeszcze, z kim miałem przyjemność; on nie odpowiedział, tylko podał mi wyjętą zza pazuchy wizytówkę, a spojrzawszy na otaczające nas krzaki buldeneża, dodał:

– Widział frater te kiście? Wyglądają jak kwiaty, ale owocu z tego nie będzie.

Po czym usadowił się na swojej maszynie, zapalił, maszyna zawarczała głębokim basem i ruszyła. Była to czarna bestia. Tylko koła od wewnętrznej strony pomalowane były na jaskrawozielono, tak jak hełm. Kierowca rozejrzał się, czy nic nie jedzie, wjechał na międzynarodową drogę i oddalił się z prędkością dozwoloną (chociaż kto go tam wie, sądząc po fonii, to nawet ją mógł przekroczyć), a ja zostałem na parkingu, przez który wiatr rozwiewał białe płatki podobne do sztucznego śniegu.

Spojrzałem na wizytówkę. Napisane na niej było: »Szuszwol ze Swarzyndza, wędrowny hermeneutyk«”.

Buldeneż
Włodzimierz Fenrych

urodzony 10 maja 1955 r. w Poznaniu – absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, obieżyświat, publikował w „Czasie Kultury”, „Spotkaniach” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor cyklu felietonów pt....