Głoszenie słowa

Głoszenie słowa

W naszych słowach brak władzy i siły, ponieważ tak często boimy się mówić prawdę. Obawiamy się wspominać w naszych kazaniach o twardym doświadczeniu tych, z którymi żyjemy.

Uczył ich jak ten, który ma władzę.

Mt 7, 29

W Ewangelii czytamy, że Jezus „uczył ich jak ten, który ma władzę”. Kiedy mówił, ludzie siadali i słuchali, działy się cuda, chorzy byli uzdrawiani, a życie ludzi się zmieniało. Prawdopodobnie największym wyzwaniem, przed którym staje edukacja katolicka, jest odkrycie, jak w klasie, w domu czy w kościele mówić o naszej wierze słowami, które mają władzę.

Nudne i bezowocne głoszenie kazań było problemem od samego początku. Nawet według słownika Webstera głoszenie kazania to „udzielanie moralnej lub religijnej nauki, szczególnie w nudny sposób”. Kiedy odczuwam znużenie moimi własnymi kazaniami, pocieszam się, przypominając sobie, że święty Paweł mówił tak długo, iż Eutyches zasnął i padł martwy. Poprosiłem organizatorów naszego spotkania, aby zamknęli drzwi na klucz dziś wieczorem, aby nikt nie mógł uciec. Kiedy święty Cezary z Arles mówił, jego kazania były tak nużące, że drzwi musiały być zamknięte na klucz, aby powstrzymać ludzi przed ucieczką. John Donne, anglikański kaznodzieja i poeta, twierdził, że purytanie głosili kazania bardzo długo, ponieważ kiedy zgromadzenie zapadało w sen, mówili, dopóki ludzie się nie obudzili.

Jednakże problem, z którym mamy do czynienia dziś, nie jest odwiecznym problemem nudnego głoszenia kazań. Chodzi o to, w jaki sposób możemy odnowić język, którym mówimy o naszej wierze, tak, aby stał się żywy i życiodajny. Większość ludzi uważa język wiary za nudny i usypiający. Jeśli zatem zaśniecie, słuchając tego wykładu, nie martwcie się. Staniecie się żywym, choć śpiącym potwierdzeniem moich słów. Często w Rzymie musiałem studiować oficjalne dokumenty chrześcijańskie i rzadko udawało mi się przeczytać więcej niż kilka stron bez uczucia ogromnego znużenia.

Nikt tu nie jest winny. Takie kryzysy jak ten, który odczuwałem, dotyczą również Kościoła, kiedy język wiary przestaje być w żywym kontakcie z językiem, którym porozumiewamy się na co dzień. Doszło do takiego kryzysu w trzynastym wieku, kiedy język Kościoła stracił kontakt z językiem, którym mówili i myśleli ludzie w nowych miastach i na uniwersytetach. Doprowadził on do powstania zakonu dominikanów. Podobny kryzys pojawił się również w szesnastym wieku, kiedy średniowieczny język wiary stracił kontakt z nowym, bardziej indywidualistycznym stylem życia i myślenia. Jego efektem było powstanie zakonu jezuitów. Założenie redemptorystów było odpowiedzią na jeszcze późniejszy kryzys tego rodzaju.

Ucieszycie się chyba, że nie zaproponuję teraz utworzenia nowego zakonu. Jest ich z pewnością wystarczająco dużo. Dołączcie do dominikanów! Zamiast tego chciałbym zająć się zagadnieniem odnowy naszego sposobu mówienia o Ewangelii. I uczynię to poprzez analizę najbardziej skutecznych i stanowczych słów, którymi kiedykolwiek posłużył się Jezus, to znaczy tego, co powiedział podczas ostatniej wieczerzy. Wziął chleb, połamał go i dał swoim uczniom, mówiąc: „To jest Ciało moje, które za was zostanie wydane” (Łk 22,19). Podobnie uczynił z winem. Te słowa mają moc przemiany. W dobie kryzysu, kiedy stajemy w obliczu upadku i dezintegracji małych społeczności, są to cudowne pełne siły słowa. Nasze słowa muszą być ożywione przez siłę tamtego wydarzenia. Również trzy inne elementy tego zdarzenia powinny być obecne w naszych kazaniach:

  1. Jezus wychodzi naprzeciw uczniów pogrążonych w ciszy i zadziwieniu.
  2. Jezus zaprasza ich do obcowania z Bogiem we wspólnocie poprzez słowo prawdy.
  3. Jezus sięga poza tę wspólnotę, do pełni królestwa Bożego.

W jaki sposób głoszone przez nas słowa mogą być ożywione przez tę samą dynamikę i mieć taką siłę przemiany i skuteczność?

Wychodzenie naprzeciw uczniom pogrążonym w ciszy i zadziwieniu

Uczniowie zebrani wokół stołu podczas ostatniej wieczerzy nie mieli zbyt dużego pojęcia o tym, co się dzieje wokół nich. Zwłaszcza w opisie ostatniej wieczerzy w Ewangelii św. Jana uczniowie są przedstawieni jako osoby zupełnie zdezorientowane: „Panie, Ty chcesz mi umyć nogi?” (13,6); „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” (14,6); „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy” (14,8). Jezus trudzi się, aby im wszystko wyjaśnić. Oni jednak nie rozumieją i milczą: „Nie rozumiemy tego, powiada” (16,18). Tekst jest przesycony zaskoczeniem, niezrozumieniem i ciszą. Tak właśnie zaczynamy wszyscy.

Żadne pokolenie nie może pojąć Jezusa do końca i nie potrafimy mówić o Nim swoimi słowami. Każde kolejne pokolenie, które stara się Go zrozumieć, musi ograniczyć się do milczenia, tak jak uczniowie. Są okresy, kiedy to niezrozumienie jest szczególnie duże, a dzieje się tak, ponieważ nasz sposób mówienia o wierze kłóci się ze sposobem myślenia nowej generacji. I tak jest dzisiaj. Problem ten nie wynika z faktu, że nasz świat jest szczególnie niechrześcijański czy nieewangeliczny. Nie wierzę, że tak jest. Do pewnego stopnia jestem zaskoczony systemem wartości wyznawanym przez wielu młodych ludzi, ich hojnością, brakiem uprzedzeń, otwartością wobec obcych itd. Znam wielu głęboko religijnych młodych ludzi. Mimo to nasza kultura rozwinęła się w taki sposób, że trudno nam zrozumieć wiele aspektów ostatniej wieczerzy.

Weźmy na przykład słowa Jezusa z relacji świętego Łukasza: „To jest Ciało moje, które za was będzie wydane: to czyńcie na moją pamiątkę” (22,19). Przesłanie tych słów jest sprzeczne z zasadami naszej kultury.

  1. To jest dar. W wielu kulturach wymiana darów jest wyrazem przynależności do pewnej społeczności. Nasza społeczność podlega prawom rynkowym, według których każda rzecz ma swoją cenę i może być sprzedana lub kupiona. Nawet najważniejsze elementy stworzenia, które zawsze uważano za wspólną własność ludzkości — takie jak powietrze, płodność czy nawet DNA w naszych ciałach — stają się prywatną własnością, są opatentowane i sprzedawane jak towary.
  2. Jezus daje swoje ciało. Zrozumienie tego gestu zależy od zrozumienia naszej cielesności, która jest podważana; zrozumienia naszego ciała jako miejsca, w którym jest obecny Bóg i w którym możemy z Nim obcować. Dla naszego społeczeństwa ciało staje się coraz częściej jeszcze jednym przedmiotem, który możemy posiadać i którym możemy dysponować jak swoją własnością. Natknąłem się na książkę na temat ludzkiego ciała opublikowaną przez firmę, która zwykle produkuje instrukcje obsługi samochodów. Jej tytuł brzmi: Człowiek: od 12 tysięcy lat p.n.e. do współczesności. Wszystkie modele, kształty, rozmiary i kolory. Podręcznik firmy Heynes Owners.
  3. Jezus prosi uczniów, aby powtarzali rytualny gest ofiary. Żyjemy jednak w społeczeństwie, które ma niewielkie pojęcie o rytuale.
  4. Mamy tu do czynienia z ustanowieniem nowej społeczności, która ma stanowić wyzwanie dla mocno zakorzenionego indywidualizmu naszych czasów.

Dziś wielu ludzi jest, tak jak uczniowie podczas ostatniej wieczerzy, zaskoczonych i zdezorientowanych. Głoszenie naszej wiary zaczyna się od dołączenia do nich w ich zadziwieniu. Pierwszym krokiem powinno być wyjście naprzeciw ich pytaniom, wczucie się w położenie osób, którym brak zrozumienia. Jeśli jesteśmy uczciwi, przyznamy, że podzielamy owo niezrozumienie.

Barbara Brown Taylor napisała,

W każdej z Ewangelii Słowo wychodzi z milczenia. U Jana jest to milczenie, które było na początku stworzenia. U Łukasza jest to milczenie biednego starego Zachariasza, któremu anioł Gabriel odebrał mowę za to, że wątpił, iż Elżbieta może porodzić syna. U Mateusza jest to niezręczne milczenie między Maryją i Józefem, kiedy ona oznajmia mu przedślubną nowinę. A u Marka jest to głos wołającego na puszczy, dawno zapomniany głos proroctwa przeszywającego ciszę pustyni i czasu 1.

Ewangelia Marka jest przede wszystkim Ewangelią ciszy, której kulminacją jest milczenie Jezusa na krzyżu, a która kończy się ciszą zapadającą między kobietami uciekającymi sprzed grobu, które „nikomu nic nie powiedziały, bo się bały” (16,8).

Nasze głoszenie kazania zaczyna się w ciszy. Musimy pozwolić, aby tekst Słowa nas uciszył — choć nie wiemy dokładnie, jakie jest jego znaczenie — i aby wymknął się naszej władzy i posiadaniu. Tego Słowa nie możemy opanować i oswoić. Nie będziemy mieli nic do powiedzenia, dopóki nie odkryjemy, że nie mamy nic do powiedzenia. Potem zwracamy się do Boga i błagamy o Słowo. Dominik życzył sobie, aby Zakon Kaznodziejski był jednocześnie wspólnotą braci żebrzących. Nie tylko żebrał o chleb, ale i o słowo, którym miał się dzielić z innymi. Zdaję sobie sprawę, że zaczynam się naprawdę przygotowywać do kazania wtedy, kiedy mówię; „Boże, nie mam pojęcia, co powiedzieć, jestem niemy. Daj mi Słowo”. Jest to przerażający moment zagubienia, ale potem Słowo może zostać nam ofiarowane.

Słowo, które mamy głosić, może zostać nam ofiarowane w ułamku sekundy. Einstein porównywał pojawianie się nowego pomysłu do znoszenia jajka przez kurę: Keeks — auf einmal ist da (Ko–ko–ko — i nagle jest) 2. Większość z nas różni się od Einsteina, potrzebujemy zmagania, aby zrozumieć. To zmaganie jest częścią głoszenia kazania. Słuchanie, jak rodzi się Słowo, jest tym, co łączy nas z naszymi słuchaczami, i to często jest najważniejsze. Jesteśmy z nimi, współczesnymi nam kobietami i mężczyznami, którzy są zadziwieni, wysilają się, aby zrozumieć, oczekują daru zrozumienia i trudzą się, aby to wyrazić. Annie Dilllard dobrze uchwyciła połączenie talentu i ciężkiej pracy związane z każdym rodzajem pisarskiej twórczości:

W najlepszym razie pisanie jest czymś w rodzaju niezmierzonej łaski. Jest ci dane, ale tylko wtedy, gdy tego szukasz. Szukasz, rozpaczasz, wysilasz się, głowisz i wtedy, tylko wtedy, jest ci to dane. Kątem oka widzisz ruch. Coś porusza się w powietrzu i zmierza w twoją stronę 3.

Słowa, które pojawiają się bez wysiłku, jak jajka w metaforze Einsteina, mogą wydawać się naszym słuchaczom zbyt wycyzelowane i dopracowane. Głoszenie słowa Bożego nie jest perfekcyjnym przekazywaniem informacji, ale dzieleniem się darem, który Bóg zwykle przekazuje poprzez nasze usta, wbrew ograniczeniom naszego pojmowania. Jak napisał William Hill OP: „Bóg nie może się obejść bez naszego jąkania się, poprzez które próbujemy przekazać Jego słowo” 4. Nasze nieporadne jąkanie się może wyrazić więcej niż okrągłe słówka, ponieważ jest ono znakiem tego, że otrzymujemy dar, a nie dzielimy się własnością w postaci słów, które przekazujemy.

Cornelius Ernst OP napisał, że

pojawienie się pączka mówi więcej o rzeczywistości niż prawdziwy kwiat czy ziemia, na której rośnie: moment narodzin jest pierwotnym momentem rzeczywistości, momentem prawdy 5.

Nasze głoszenie wiary powinno być pojawianiem się pączka, a dochodzenie do sedna prawdy powinno być jak kwitnienie. Zaczynamy w ciszy, potem zmagamy się i często w tym momencie jest nam dane zadziwiające słowo. Dzielimy to zaskoczenie ze słuchaczami. Pisarka Louise Erdrich przedstawia się jako „wiecznie zadziwioną kobietę” 6. Kaznodzieja może podzielać to uczucie wiecznego zadziwienia. W momencie kiedy Ewangelia przestaje nas zaskakiwać, powinniśmy odpocząć od głoszenia kazań. Yann Martel w swojej książce o chłopcu, który znalazł się na łodzi z tygrysem bengalskim, zatytułowanej Życie Pi pisze:

Bez grzmienia z ambony, bez potępienia przez złe kościoły, bez nacisku rówieśników — po prostu Pismo Święte, które cicho czeka, aby się z tobą przywitać, tak delikatne i jednocześnie silne jak pocałunek małej dziewczynki na twoim policzku 7.

Zaproszenie do obcowania z Bogiem we wspólnocie

Pierwszym stadium odnowy naszego języka wiary jest więc, tak jak w przypadku uczniów, odwaga przyznania się do naszego braku zrozumienia, uciszenie się, oczekiwanie na dar i walka o jego wyrażenie. Drugim etapem jest spotkanie we wspólnocie obcującej z Bogiem. W starym refektarzu klasztoru dominikanów w Mediolanie znajduje się najczęściej powielany obraz na świecie, Ostatnia wieczerza Leonarda da Vinci. Widziałem go nawet na ściereczkach do naczyń i koszulkach. Uczniowie są skupieni w czterech luźnych grupach, zapatrzeni w łączącą ich samotną postać w centrum. Nie stanowią zjednoczonej wspólnoty. Apostołowie byli podzieleni. Kiedy Jezus powiedział im, że jeden z nich Go zdradzi, każdy zareagował tak, jakby mowa była o nim: „Chyba nie ja, Panie?” (Mt 26,22). Jezus ofiaruje im dar nowego przymierza swojej krwi, ale to jest wspólnota, która musi dopiero zostać stworzona. Uczniowie są zebrani razem i to uwalnia ich od samotności doświadczanej przez nich w momencie kryzysu.

Nasze głoszenie słowa nie tylko ma iść w kierunku każdego człowieka w jego samotności i zagubieniu. Ono ma zebrać wszystkich we wspólnocie obcującej z Bogiem. Głoszenie słowa przynosi pokój. Jednym z najwcześniejszych zadań kaznodziejskich zakonu Dominika, we współpracy z franciszkanami, był tzw. „ruch Alleluja” z 1233 roku 8. Większość miast w północnych Włoszech cierpiała z powodu wiecznych sporów między różnymi frakcjami i były one faktycznie w stanie wojny domowej. „Ruch Alleluja” polegał na głoszeniu kazań w imię przywrócenia pokoju. Często punktem kluczowym każdego kazania był rytualny pocałunek pokoju między wrogami. Jako kaznodzieje ojcowie byli nierzadko upoważnieni do uwalniania więźniów, umarzania długów, a nawet zmiany statutów cywilnych. Taka była siła i władza głoszonego przez nich słowa.

Byłem niedawno w Stanach Zjednoczonych, gdzie uderzyła mnie, jak zwykle, polaryzacja tamtejszego Kościoła, podział na lewicę i prawicę, tradycjonalistów i pragnących postępu, feministki i patriarchat. Oczywiście odkąd Piotr i Paweł starli się w Antiochii, zawsze istniały w Kościele podziały. Wydaje mi się, że stanowi to problem szczególnie od czasów oświecenia, kiedy to powoli zaczęto postrzegać świat w opozycji: prawica i lewica. W tym okresie zasadniczy był właśnie taki sposób myślenia. Trudno jednak dopasować katolicyzm do tego rodzaju dychotomii, ponieważ dla nas tradycja i postęp były i są zawsze w istotny sposób ze sobą związane. Znajdujemy nowe drogi postępu poprzez zapatrzenie się na tradycję.

Każdemu z nas grozi niebezpieczeństwo zaszufladkowania jako zwolennika prawicy albo lewicy, patriarchatu czy feminizmu. Jest to zdeterminowane przez język zbyt ubogi dla społeczności powoływanej przez Boga. Musimy więc wypracować wspólny język, który będzie w stanie wyrazić nasze wszystkie aspiracje i poglądy, nawet te, których sami nie wyznajemy. Musimy pozwolić, aby rozległość i różnorodność Kościoła, do którego należymy, mogła przenikać i przemieniać nasze słowa, tak, aby bariery ideologiczne zostały przełamane a „mur wrogości” (Ef 2,14) zburzony.

Jestem białym Anglikiem w średnim wieku, o umiarkowanie liberalnych poglądach. Mój mały świat powinien otworzyć się na oścież. Słowo katolika powinno się rodzić. Kaznodzieja musi być elastyczny, aby zaakceptować sposób myślenia, wierzenia i bycia, który jest inny niż jego własny. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest święty Franciszek czyniący pokój między obywatelami Gubbio i wilkiem. Jest on mediatorem, który zatwierdza słowne zobowiązanie obywateli i niewerbalny język wilka: „wilk uklęknął i skłonił głowę i poprzez wyginanie swego ciała i machanie ogonem i uszami pokazał wszystkim, że zamierza dotrzymać zawartej umowy” 9.

Większość z nas nie ma powołania do tak radykalnej mediacji! Jedno z najpiękniejszych doświadczeń w łączeniu głoszenia pokoju z głoszeniem kazania, które było mi dane, miało miejsce podczas spotkania Rodziny Dominikańskiej w Tucuman, w północnej Argentynie. Nie zdawałem sobie sprawy, że było to akurat w uroczystość zwaną Dniem Malwinów, kiedy to cała Argentyna świętuje odzyskanie z rąk najeźdźców wysp Malwinów, zwanych przez Brytyjczyków Falklandami. Całe miasto było udekorowane argentyńskimi flagami. Czułem się z początku dość osamotniony. Kiedy jednak wszedłem do sali, aby spotkać się z tysiącami moich braci i sióstr, na stole czekała na mnie mała flaga brytyjska. Koncelebrowałem eucharystię z ojcem prowincjałem i modliliśmy się za wszystkich zmarłych, Argentyńczyków i Brytyjczyków. Zrządzeniem Opatrzności miałem tego dnia wygłosić kazanie przeciw przemocy. To był moment łaski.

Głoszenie pokoju jest wyzwaniem nie tylko dla księdza czy diakona, który głosi kazanie po odczytaniu Ewangelii w czasie eucharystii, ale dla każdej formy głoszenia słowa Bożego. I nie chodzi tu o tłumienie naszych głębokich przekonań tak, aby nie ranić innych. Wręcz przeciwnie, chodzi o wierne głoszenie słowa Bożego, które jest otwarte na innych, kobiety i mężczyzn, starych i młodych.

Mieści się to w dosłownym znaczeniu ofiary chleba i wina. Goeffrey Preston OP pisał:

Pomyślcie o dominacji, wykorzystaniu i zatruciu człowieka i natury, które wiążą się z koniecznością zdobywania chleba powszedniego, o całej goryczy rywalizacji i walki klasowej, o zorganizowanej samowoli taryf i stawek cenowych, o haniebnym zwyczaju podziału dóbr tego świata, które przynoszą niektórym tak wiele, a innym tak mało, że nie wystarcza im pożywienia, co zmusza ich do korzystania z tego symbolu ubóstwa, którym jest kolejka po zasiłek. To samo odnosi się także do wina — owocu winnego krzewu i pracy rąk ludzkich, wina kojarzącego się ze świętami i weselem… To wino to też butelka, która staje się źródłem najbardziej tragicznych form degradacji człowieka: pijaństwa, rozbitych rodzin, zmysłowości i długów. Chleb i wino, w które przeistacza się sam Chrystus, są takim samym chlebem i winem, ale On może nadać im sens i je uczłowieczyć. Nic, co ludzkie, nie jest Mu obce. Jeśli przynosimy chleb i wino do stołu Pańskiego, dajemy tym samym do zrozumienia, że jesteśmy przygotowani, aby przynieść Bogu wszystkie te formy, które chleb i wino przybierają. Tym samym decydujemy się przynieść Bogu wszystko, co jest zepsute i szpetne, aby nadał temu sens na nowo. Zawieramy w sobie bowiem smutek i radość tego świata 10.

Nasze słowa nie stwarzają wspólnoty obcujących z Bogiem wiernych, jeśli pomijamy niektóre sprawy, udajemy, że konflikty nie istnieją, albo kreujemy niejasną, ogólnie pojętą życzliwość. Słowa nasze mogą stworzyć wspólnotę dla wszystkich tylko wtedy, gdy głoszą prawdę. Muszą mówić o tym, co jest. Podczas ostatniej wieczerzy Jezus rozpoczyna proces gromadzenia uczniów we wspólnotę w momencie, kiedy mówi im bolesną prawdę. Jeden z nich Go wyda, wszyscy uciekną i będą rozproszeni, On będzie cierpiał i umrze, potem zmartwychwstanie i ześle Ducha Świętego. „Ale ponieważ to wam powiedziałem, smutek napełnił wam serce. Jednakże mówię wam prawdę” (J 16,6–7). „Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą” (J 17,17). Nie ma wspólnoty bez prawdy. W prawdzie musimy stanąć ze sobą twarzą w twarz. Nowe przymierze narodzi się poprzez prawdę.

W naszych słowach brak władzy i siły, ponieważ tak często boimy się mówić prawdę. Obawiamy się wspominać w naszych kazaniach o twardym doświadczeniu tych, z którymi żyjemy. W naszych społecznościach są młodzi ludzie, którzy zmagają się, próbując pogodzić burzę hormonów z nauką Kościoła na temat życia seksualnego i być może odnoszą porażkę. Są wśród nas małżonkowie, rozwiedzeni i ponownie wstępujący w związek małżeński, heteroseksualiści i homoseksualiści, są starzy ludzie stający w obliczu emerytury i samotności, tacy, dla których doktryny Kościoła wydają się niezrozumiałe, ludzie przepełnieni gniewem wobec Kościoła i tacy, którzy uważają, że tradycja upada; są ludzie chorzy i umierający. Czy nasze słowa są naznaczone ich doświadczeniem? Czy ośmielamy się mówić o tym, jak oni żyją, tak, aby rozpoznali w naszych słowach swoje doświadczenia i wiedzieli, że do nas należą?

Barbara Taylor skarży się: „Chciałabym, aby kaznodzieje nie mówili tak wielu kłamstw” 11. Nie chodzi o to, że kaznodzieje mówią rażącą nieprawdę. Chodzi raczej o to, że boimy się zmagać ze złożonością ludzkiego doświadczenia. Jeśli naprawdę uznamy ludzkie radości i smutki, wtedy okaże się, że zaniemówimy ze wzruszenia. Nasz język kościelny okaże się wyświechtany i nieodpowiedni. Możemy znaleźć się w sytuacji, kiedy zostaniemy wciągnięci w dyskusję, która nas zaniepokoi. Możemy zostać wplątani w kontrowersyjną sytuację, która dzieli społeczność. Możemy przypadkowo otworzyć puszkę Pandory i zostać oskarżeni o wsadzanie kija w mrowisko. I dla dobra pokoju i jedności może się okazać, że bezpieczniej jest siedzieć cicho. Wówczas stracimy odwagę głoszenia prawdy, którą miały pierwsze kazania, tę parezję pierwszych apostołów (Dz 4,29; 28,31). Jednak nie będzie prawdziwej wspólnoty bez prawdy. Damian mówił prawdę, nawet jeśli było to niewygodne.

Jeśli sprawdzimy, czy to, co mówimy, jest w zgodzie z rzeczywistością ludzkiego życia, wówczas może nasze kazania będą skromniejsze. Pokusą kaznodziejów jest głoszenie wielkich haseł, które pewnie sprawiają, że nasi słuchacze uśmiechają się do siebie. Wzdragam się przed stwierdzeniami typu: „Pary małżonków żyjące w zupełnej jedności i nienagannej miłości są wyrazem miłości Chrystusa”. Czy naprawdę tak jest? Zapytajcie niektórych z moich przyjaciół. Nasze słowa będą miały większą moc, jeśli będziemy mniej mówili. Kiedy starą Eskimoskę zapytano, dlaczego pieśni jej plemienia są tak krótkie, odpowiedziała: „Ponieważ wiemy tak wiele” 12.

Wychodzenie poza wspólnotę, do królestwa Bożego

Dotychczas zasugerowane zostały dwa etapy odnowy naszego języka wiary: musimy wyjść w milczeniu w stronę ludzi nic nierozumiejących i pogrążonych w wątpliwościach. Następnie musimy zgromadzić ich we wspólnocie obcującej z Bogiem poprzez głoszenie prawdy, poprzez łamanie barier naszych małych ideologii. Jeśli mam mówić o wierze, mój mały świat musi powiększyć się o wspólnotę tych wszystkich, z którymi żyję, modlę się, rozmawiam i myślę.

Jest jeszcze jeden etap. Jezus podczas ostatniej wieczerzy nie tylko czyni ze swoich uczniów wspólnotę. On wychodzi dalej, w kierunku niewyobrażalnej wspólnoty królestwa Bożego, w której wszyscy ludzie mogą odnaleźć mieszkanie. Tak jak codziennie mówimy podczas mszy świętej: „to jest krew moja nowego i wiecznego przymierza, która za was i za wielu będzie wylana”. Ta krew jest wylana za nas wszystkich, za tę małą społeczność zebraną tutaj w parafiach, szkołach i rodzinach w Brisbane. To ona czyni z nas wspólnotę. Ona także sięga dalej, w stronę królestwa Bożego, które jest dla nas niewyobrażalne i nieopisywalne. Żaden język wiary nie jest wystarczająco adekwatny, aby oddać moc Jezusa, jeśli nie będzie obejmował obu spraw: jeśli nie będzie skierowany do nas w sposób zrozumiały dla naszej społeczności, ale także jeśli nie będzie zrozumiały dla wszystkich, wychodząc daleko poza naszą społeczność.

Podczas ostatniej wieczerzy Jezus dokonuje zatem czegoś paradoksalnego, lecz ten paradoks jest centralną częścią naszego Kościoła, który dlatego właśnie jest zarówno rzymski, jak i katolicki. On gromadzi wspólnotę, ale także obiecuje ją przełamać, w pewnym sensie zniszczyć, rozszerzyć do granic możliwości, kiedy przejdzie ona do królestwa Bożego.

Działo się tak co jakiś czas i zawsze prowadziło do kryzysu w sposobie mówienia o wierze. Pierwszy wielki kryzys nastąpił wtedy, kiedy mała żydowska społeczność, z której pochodził Jezus, musiała się rozszerzyć, aby przyjąć nas, osoby niebędące wyznania mojżeszowego. Jest to dla nas prawie niewyobrażalne, jaki kryzys musiał wtedy nastąpić. Z pomocą świętego Pawła [Żydzi] musieli znaleźć całkiem nowy sposób mówienia. Kolejny taki moment nadszedł wraz z podbojem obu Ameryk i tym samym odnalezieniem wielu milionów ludzi, którzy nie znali Chrystusa. Na początku Hiszpanie prawie nie uważali ich za ludzi. Dla pierwszych dominikanów był to moment, który zmienił nasze rozumienie wiary. Ten kryzys dobrze oddają słowa Antonia de Montesinos wygłoszone w pierwszą niedzielę adwentu 1511 roku, kiedy skarcił Hiszpanów przybyłych na Hispaniolę za to, w jaki sposób traktują tubylczą ludność. „Czyż oni nie są ludźmi? Czy nie mają rozumnej duszy? Jakim prawem walczycie z nimi? Czy nie jest waszym obowiązkiem miłować ich jak siebie samych?”. Społeczność, która została zebrana wokół ołtarza, musiała przestać istnieć w swoim dotychczasowym kształcie, aby otworzyć się na innych, w przeciwnym razie przestałaby być częścią niezmierzonego królestwa Bożego, a stałaby się tylko symbolem kultury europejskiej.

Teraz także doświadczamy takiego kryzysu. W Kościele dokonuje się niezwykła przemiana. Przestaje on być Kościołem europejskim, który ma swoje filie w obcych krajach. Staje się po raz pierwszy prawdziwie globalną społecznością. Odkryłem to jako generał Zakonu. Bracia są obecni w 103 krajach. W jednej z komisji podczas kapituły generalnej było nas czternastu, reprezentujących czternaście narodowości, z pięciu kontynentów. Pewien młody człowiek z Afryki był dla mnie prawdziwym wyzwaniem, ponieważ udzielał nam napomnień w sposób, do jakiego nie przywykliśmy w kulturze zachodniej. Jest to zatem trzecie wyzwanie, przed którym stajemy, mówiąc o naszej wierze: sposób, w jaki wychodzimy poza nasze małe kultury, nasze prowincjonalne podziały, w stronę bezmiaru królestwa Bożego. To doprowadza nas do wyczerpania języka, do końca tego, co może być wyrażone słowami. Herbert McCabe OP pisał:

Nasz język nie potrafi objąć tajemnicy, którą napotykamy w Chrystusie, ale raczej ją ogranicza… Teolog używa słów, rozszerzając ich znaczenia do granic możliwości i kiedy tych możliwości zaczyna brakować, wtedy porozumienie, o ile w ogóle jest możliwe, następuje 13.

Rozciąganie języka do granic znaczenia słów to zadanie dla poety. To poezja odnawia nasz język, popychając go w kierunku tego, co może być powiedziane łatwo i dosłownie. Pięknie opisał to Seamus Heaney: „jest ona narzędziem przemiany i ewolucji w kierunku bardziej promiennego i bogatszego życia, którego domaga się wyobraźnia” 14. Opisuje on poemat Thomasa Dylana jako „dający wrażenie języka zmierzającego w stronę mądrości” 15. Możemy głosić królestwo Boże w języku, który zmierza w kierunku mądrości, tak jak wysilamy nasze umysły i słowa, aby osiągnęły pełnię, która nie może zostać osiągnięta. Heaney opisuje nawet tę poetycką funkcję w sposób przywodzący na myśl samą eucharystię. „Sięgamy do poezji, sięgamy do literatury po to, aby skierować się ku sobie samym. Najlepsze, co możemy przez to osiągnąć, to doświadczenie, które jest, jak wcześniejsza wiedza o pewnych rzeczach, które już zaczynamy sobie przypominać” 16. Ta wcześniejsza wiedza, która jest także przypominaniem, przywodzi na myśl dynamikę eucharystii, która jest zarówno wspomnieniem — „Czyńcie to na moją pamiątkę” — jak i obietnicą niewypowiedzianej przyszłości.

Zatem nasze głoszenie królestwa Bożego wymaga odnowienia naszego języka przez poetów i artystów. Nie każdy kaznodzieja jest poetą, ale każdy potrzebuje języka, który poeci czynią żywym, elektryzującym, napiętym i wibrującym. Brak takiego języka jest główną przyczyną kryzysu głoszenia słowa Bożego w dzisiejszych czasach. Poetycka wyobraźnia została zepchnięta na margines naszej dominującej kultury nauki, która zmierza w kierunku ogłuszającej dosłowności, „bezowocnego opierania się na faktach” 17. W większości społeczeństw tradycyjnych poezja, mit, pieśń i muzyka są centralną częścią kultury. W naszym społeczeństwie zostały one zredukowane wyłącznie do rozrywki. Poszukiwanie tego, co transcendentne, jest ciągle obecne w ludzkich sercach. Jak powiedział święty Augustyn, serce człowieka jest niespokojne, dopóki nie spocznie w Bogu. W naszym społeczeństwie trudno jest kaznodziei odwoływać się do ostatecznego ludzkiego przeznaczenia, które wykracza poza nasze słowa. Jeśli głoszenie słowa Bożego ma kwitnąć, potrzeba nam poetów i artystów, pieśniarzy i muzyków, którzy będą pielęgnować to przeczucie naszego ostatecznego przeznaczenia. Kościół potrzebuje piewców tego, co jest poza zasięgiem naszych zmysłów, aby żywili go i jego naukę.

Zakończenie

Pamiętacie tę starą kobietę z plemienia Inuit, która powiedziała, że pieśni jej plemienia są krótkie, ponieważ ludzie z jej plemienia wiedzą tak wiele? Lepiej na tym poprzestanę, bo w przeciwnym razie dojdziecie do wniosku, że wiem bardzo mało!

Próbowałem tu zasugerować, że nasz język wiary, jeśli ma mieć władzę i dawać życie, potrzebuje odnowy. Musimy odtworzyć dynamizm ostatniej wieczerzy.

Musimy wyjść do ludzi pogrążonych w ciszy i zadziwieniu. Stajemy w obliczu niezrozumienia niektórych aspektów Ewangelii, co wynika z faktu, że żyjemy w epoce konsumpcyjnej, dla której ta pełna i bezinteresowna ofiara nie ma sensu.

Musimy się zjednoczyć. Oznacza to wyjście poza ramy naszych małych ideologicznych ograniczeń i wypowiedzenie słów, które respektują doświadczenia innych. Oznacza to mówienie prawdy, czego często obawiamy się dzisiaj w Kościele.

Oznacza to wyjście w kierunku niezmierzonego królestwa Bożego. Do tego potrzebna nam jest pomoc artystów i poetów, którzy rozciągają znaczenia języka do granic możliwości. Oznacza to, że każdy w naszej społeczności ma swoją rolę do odegrania w procesie odnowy języka. Niektórzy mogą to zrobić, śledząc sposób mówienia i myślenia młodych ludzi i poprzez odwagę zanurzenia się w ich kulturze. Inni mogą wnieść twórcze i artystyczne dary.

W tych trzech momentach jest pewien rytm, jak tempo w oddychaniu. Wychodzimy do ludzi, zbieramy ich we wspólnotę, a następnie wychodzimy poza tę wspólnotę do królestwa Bożego, jak płuca, które są opróżniane, napełniane i znowu opróżniane. Historia ludzkości jest jak oddychanie. Ważne momenty naszej historii były momentami ważnymi dla płuc ludzkości. Bóg tchnął życie w płuca Adama na początku, potem Chrystus wydał swoje ostatnie tchnienie w kulminacyjnym punkcie planu zbawienia, a potem tchnął na nas Ducha Świętego w dniu Pięćdziesiątnicy. Nasza modlitwa będzie silniejsza, jeśli będzie żyła rytmem tego oddychania — oddechu człowieka, który dostarcza tlenu do krwi oraz głębokiego oddechu Boga tuż obok nas.

Zauważcie na koniec, że to dramatyczne wydarzenie, którym była ostatnia wieczerza, przenosi nas z milczenia niezrozumienia do milczenia tajemnicy, milczenia, które jest pustką, do milczenia, które jest pełnią. Przechodzimy od milczenia uczniów, którzy nic nie rozumieli, do milczenia tych, którzy nie potrafią znaleźć słów, aby wyrazić to, co zobaczyli. Kaznodzieja porusza się w tej przestrzeni, żebrząc o słowa. Jest darem łaski Bożej to, co dominikanie nazywali kiedyś gratia predicationis. To właśnie przenosi nas z milczenia ubóstwa do milczenia pełni.

przeł. Katarzyna Turska

1 Barbara Brown Taylor, When God is Silent, Cowley Publications, Boston 1998, s. 73.
2 Cytowane przez Annie Dillard w książce Writing Life.
3 Ibidem, s. 75.
4 William Hill OP, „Preaching as a ‘Moment in Theology’”, s. 186, w: Mary Catherine Hilkert, red. William Hill OP, Crossroad, Nowy Jork 1992. Cytowane przez Jankowiak, op. cit., s. 187.
5 Cornelius Ernst OP, The Theology of Grace, Mercier press, Dublin 1974, s. 74.
6 Louise Erdrich, The Blue Jay’s Dance: A Birth Year, Harper Collins, Londyn 1995.
7 Yann Martel, The Life of Pi, Canongate, Edynburg 2002, s. 208 (wydanie polskie: Życie Pi, Wydawnictwo Znak, Kraków 2003.
8 Zob. Augustine Thompson OP, Revival Preachers and Politics in thirteenth–Century Italy: The Great Devotion of 1233, Oxford University Press, Oxford 1992.
9 St Francis of Assisi, Writings and Early Biographies: English Omnibus of the Sources for the Life of St Francis, red. Marion A. Habig, Chicago 1972, 1350–1351.
10 Goeffrey Preston OP, God’s Way to be Man, Londyn 1978, Longman and Todd, s. 84.
11 Barbara Taylor, op. cit., s. 107.
12 Seamus Heaney, op. cit., s. 175.
13 Herbert McCabe OP, God Matters, Goeffrey Chapman, Londyn, s. 177.
14 The Readers of Poetry, 1995, Londyn, Faber and Faber, s. 113f.
15 Ibidem, s. 141.
16 Ibidem, s. 159.
17 Yann Martel, op. cit., s. 64.

Głoszenie słowa
Timothy Radcliffe OP

urodzony 22 sierpnia 1945 r. w Londynie w Wielkiej Brytanii – dominikanin, wieloletni profesor Nowego Testamentu na Uniwersytecie Londyńskim, generał Zakonu Kaznodziejskiego (1992-2001).Święcenia kapłańskie przyjął w 19...