Czy powinno się uczyć Biblii w szkole publicznej?

Czy powinno się uczyć Biblii w szkole publicznej?

Ostatnio dyskutowano o kursach „Wprowadzenie do Biblii” dla pokolenia uczniów, którzy są analfabetami, jeśli chodzi o ten najbardziej fundamentalny dokument cywilizacji Zachodu. Jedni upierali się przy murze rozdzielającym Kościół i państwo. Drudzy obstawali przy powrocie do Biblii, mając nadzieję na ocalenie choćby cząstki cywilizacji na podwórku szkolnym zdominowanym przez narkotyki, pistolety i ciąże wśród nastolatek.

Sądzę, że oba te stanowiska są błędne, choć z różnych przyczyn.

Rzecznicy muru mają tendencję do postrzegania jakichkolwiek wzmianek o Biblii w klasie szkolnej jako aktu stanowienia religii przez państwo. W związku z tym kursy biblijne są synonimem próby nawracania dzieci. Kiedy stają twarzą w twarz z ludźmi o dobrych intencjach, którzy mamroczą coś o potrzebie rozumienia Biblii, rzecznicy muru często przyjmują strategię „wszystko albo nic”, by przerwać dyskusję. „Dlaczego tylko Biblia?”, mówią. „Dlaczegóż by nie studiować również Koranu? Dlaczegóż by nie studiować również różnych świętych ksiąg hinduizmu, buddyzmu, szintoizmu, scjentologii, deizmu, panteizmu, wicca i innych pogańskich religii pochodzących zarówno z Europy, jak i z każdej z setek religii plemiennych Afryki, Australii i Ameryki? Dlaczego by nie wyłączyć całego materiału religijnego ze szkolnego systemu pluralistycznego społeczeństwa?”.

Na pozór metoda pluralistycznego zastraszania polegająca na przytłoczeniu informacjami wydaje się przekonująca. Działa ona jednak tylko przy założeniu, że prawdziwym celem studiowania Biblii w klasie jest głoszenie wiary. Tak nie jest. Powód, dla którego proponuje się zajęcia z „Wprowadzenia do Biblii”, jest taki, że obojętnie, czy rzecznikom muru się to podoba, czy nie, to Biblia, a nie dżinizm albo afrykański animizm, jest tym, na czym opiera się zarówno amerykańska, jak i zachodnia cywilizacja. Jeśli jej nie rozumiesz, nie jest możliwe, byś rozumiał większość z tego, co zostało pomyślane i uczynione (dobrego czy złego) w kulturze Zachodu w ciągu ostatnich 2000 lat. Znaczące jest to, że gra się kartą pluralistycznego zastraszenia właśnie w tej dziedzinie. Nikt na przykład nie mówi, że musimy studiować każdą polityczną teorię, pisarza, trend i pojęcie (tak samo jak każde mało znane plemienne porozumienie, dyktatora o metalowych rogach i mało znany rząd z każdej epoki i każdego miejsca ludzkiej historii) albo uznać, że lekcje, które koncentrują się na ważnych teoriach politycznych Zachodu, są beznadziejnie stronnicze i nie ma dla nich miejsca w pluralistycznym społeczeństwie. Tylko wspomnienie Biblii prowokuje do tak absurdalnych argumentów.

Oczywiście to musi oznaczać, że jestem rzecznikiem uczenia Biblii w szkołach publicznych, prawda?

Nie. Oto dlaczego.

Jestem przeciwny studiowaniu Biblii w szkołach publicznych, gdyż czyniąc tak, postępujemy, jakbyśmy wyjęli rozżarzony węgielek z ognia i próbowali zobaczyć, co sprawia, że się żarzy. Wkrótce pozostanie tyko martwy węgielek. Jeśli chcę się nauczyć czegoś o Biblii, to sądzę, że dużo rozsądniej poprosić kogoś, kto nie tylko zna szczegóły związane z autorstwem, datami, kontekstem itp., ale kto w rzeczywistości wierzy w jej przesłanie, niż prosić opłaconego wychowawcę, który nie rozumie tej księgi. Podobnie, gdybym zapragnął zrozumieć Koran, spytałbym muzułmanina, a nie naukowca. Błędne usiłowanie zredukowania religii do przedmiotu akademickiego, zamiast potraktowania jej najpierw jako tego, czym twierdzi, że jest – jako Drogi – nie pomaga w zrozumieniu, czym jest Biblia albo jakikolwiek święty tekst.

Nie chodzi w najmniejszym stopniu o to, by zdyskredytować studia biblijne podejmowane np. na uniwersytetach i seminariach. Te są w istocie bezcenne. Sądzę jednak, że szczególnie na poziomie szkoły średniej jest ważne, by przyjąć święty tekst jako wyraz wspólnoty i rozwinąć w sobie jej zrozumienie, zanim się zacznie analizę tekstu. Biblia nie jest jedynie dokumentem dla chrześcijan i Żydów. Jest bardziej jak bijące serce w ciele ich wspólnot. Wyjęcie Biblii z kontekstu wspólnoty, która go wydała, i umieszczenie jej w rękach kultury świeckiej dążącej jedynie do poddania go analizie jest całkiem jak wyjęcie żywego serca z ciała żywej osoby po to, by lepiej zbadać to serce i osobę. To, co natychmiast otrzymasz, to martwe serce i martwa osoba. Sądzę, że świeckie zajęcia z „Wprowadzenia do Biblii” byłyby bardziej zaszczepianiem uczniów w Biblię niż wprowadzaniem ich w nią. Jeśli dzieci potrzebują wprowadzenia do Biblii (a potrzebują), niech otrzymają je w Kościele.

przeł. Jan J. Franczak

Czy powinno się uczyć Biblii w szkole publicznej?
Mark P. Shea

urodzony 5 sierpnia 1958 r. w Everett, Waszyngton – amerykański katolicki pisarz i rekolekcjonista, prowadzi programy telewizyjne i radiowe, redaktor portalu Catholic Exchange, współpracownik Instytutu św. Katarzyny ze Sienny w Kolorado....