Poród dla wieczności

Poród dla wieczności

, 0 recenzji

Każdy, kto oddaje swe życie za brata swego, obojętnie, kim byłby przedtem, poprzez ten gest staje się święty, bo nie ma miłości większej… A największa miłość jest święta…

O ojcu Michale Czartoryskim pisałem przed laty. Był on dla mnie „bogatym młodzieńcem”, który w przeciwieństwie do bohatera Ewangelii, nie odszedł zasmucony. Sprzedał i rozdał cały swój majątek. Był człowiekiem, jak mówił Stefan Swieżawski, „zdawałoby się stworzonym dla świata”. Mógł mieć wszystko. Pochodził ze słynnego książęcego rodu. Wybrał jednak zakon, w którym oprócz wielu radości spotkało go też wiele upokorzeń.

Przez prawie wszystkie lata swego życia zakonnego pełnił funkcję magistra — wychowawcy nowicjuszy i studentów. Robił to z pasją i, jak sam pisał, z talentem. Nie wszystkim jednak odpowiadały jego metody. Dla jednych był za surowy, dla innych za nudny, bez odpowiedniego podejścia psychologicznego.

Na początku 1944 roku odbyła się w Krakowie wizytacja prowincjała, po której ojciec Michał zapisał:

Dzisiejsza rozmowa z… wyraźnie wskazuje, że moja praca jako magistra nie ma uznania. Chętnie by widziano, abym już i odszedł. Oczywiście nie uważam, abym nie miał błędów, nawet win i zaniedbań. Wiem, że nie bardzo jestem lubiany. Są do mnie słuszne pretensje. Ale nie mogę uznać za słuszne takiego stanowiska, że skoro są błędy, więc i wszystko do niczego. Przecież co innego błędy magistra i wady, a co innego system i ideał wychowawczy, pogląd na życie zakonne i wychowanie zakonne.

Mimo że odnajdywał w sobie wiele winy, to podsumowanie jego pracy musiało być dla niego ciosem i niesprawiedliwością. Na pewno bolało. Zakwestionowano to, co dla niego tak bardzo się liczyło. Był jednak na ten ból przygotowany.

(…) żadne żądanie [przełożonych] nie będzie niesprawiedliwe, żadne domaganie się choćby największej ofiary i poświęcenia nie będzie za wielkie ani nieprawne, ani też niczym nie mogę się wymówić, ani usprawiedliwić. Jedyna tu miara miłość Boga

— zapisał tuż przed swymi święceniami w 1931 roku.

Dla ojca Michała nadszedł czas wielkiej próby. W swoich zapiskach był bardzo pokorny. Chętnie też podejmował się wymagających pokory zadań. Często oskarżał się za swą nieudolność wychowawcy. Ktoś niechętny mógłby powiedzieć, że nietrudno przybrać taką maskę. Św. Franciszek Salezy w swej Filotei pisze, że często powiadamy, iż jesteśmy nicością, samą nędzą i śmieciami świata, lecz bardzo byśmy się gniewali, gdyby ktoś chwycił nas za słowo i ogłosił takimi, jak sami twierdziliśmy. Chcemy być ostatnimi, ukrytymi w tym tylko celu, aby nas poszukiwano i dano pierwsze miejsce. Taka pokora jest tylko chęcią wywołania pochwał i wywyższenia się. To tylko karykatura pokory.

Ojciec Michał stanął przed wielkim egzaminem.

Swoje zapiski po wizytacji zakończył słowami:

Parę dni temu powiedziano mi z innej strony, że u innych widzę błędy, nieumiejętności, szkodliwe postępowanie i żądam naprawy, a sam tyle rzeczy zaniedbuję i źle robię. Jakże to prawdziwe, jak bardzo trzeba się poprawić!

Trzy dni po rozmowie z prowincjałem Maurycym Majką wyjechał na dni skupienia do Tyńca. Jego przewodniczką miała być Katarzyna Sieneńska. Rozmyślał tam, jak znosić przeciwności, trudy, przykrości od ludzi, od złych duchów i od własnego zepsutego ciała, buntującego się przeciw Bogu i walczącego z Duchem.

Św. Katarzyna od dawna była dla niego duchowym autorytetem. Dwa lata wcześniej zapisał:

Listy Katarzyny do św. Rajmunda robią na mnie duże wrażenie. Ona żąda od niego (ode mnie) wniknięcia w Ofiarę Pana Jezusa, w ofiarę straszną, krwawą: „Wykąp się we krwi! (VIII)”. Łaskę mam przez Krew. Cena miłości to też Krew. Wiara prawdziwa żywa — też przez Krew. Grzech i wszelkie zaniedbania — to też cena Krwi.

* * *

„Dzisiaj rozpoczynam nowe życie” — zapisał w Tyńcu.

Parę tygodni później prowincjał zwolnił ojca Michała z funkcji magistra i wysłał go do Warszawy, na Służew. Oficjalnie mówiło się, że trzeba coś zrobić, aby ratować jego nadwerężone zdrowie, a Warszawa, w której było mniej obowiązków, ponoć stwarzała taką szansę. Dziś trudno ustalić, co było przyczyną tego wyjazdu. Prawdopodobnie i zdrowie ojca Michała, i to, że dla niektórych ojców był niezbyt wygodny. Niektórzy nawet sądzili, że pojechał w celach konspiracyjnych.

Nie lękajcie się

Przed paroma laty udało mi się dotrzeć do bezcennego świadka życia ojca Michała. Pani Eleonora Kasznica miała łaskę towarzyszenia Michałowi Czartoryskiemu przez ostatnie tygodnie jego życia.

— Moje spotkanie z ojcem Michałem w czasie Powstania Warszawskiego trwało miesiąc i sześć dni. Znałam go oczywiście wcześniej, bo wpadał do nas do domu przy ul. Smulikowskiego 4a. Kontakty z rodziną Czartoryskich zaczęły się od pracy politycznej mojego ojca Stanisława z księciem Witoldem, czyli ojcem Michała Czartoryskiego. Byli senatorami w jednym klubie z listy Państwowego Bloku Narodowego. Lubili się i cenili. Książę Witold zapraszał czasem mojego ojca do Pełkiń. Ojciec był pod wrażeniem prostoty tego domu. Urocza była żona księcia Witolda — Jadwiga. Była osobą kochającą ludzi. Tam nie było fochów. W tym domu było jedzenie normalne, nie było pierwszego i drugiego stołu. Jadano bardzo proste potrawy. Dzieci były chowane surowo.

Mój ojciec utrzymywał potem także bardzo miłe stosunki towarzyskie z synami księcia Witolda. Jakie toczyły się rozmowy, nie wiem, byłam za młoda.

1 sierpnia 1944 roku ojciec Michał był bodajże u okulisty, zajrzał do nas przed czwartą, dokładnie pamiętam, bo o 16.00 zawyły syreny. Wtedy od czasu do czasu Warszawa była bombardowana przez samoloty radzieckie. Niesłychanie skutecznie, bo waliły w domy mieszkalne, a nie w obiekty niemieckie. Wyszłam przed dom i zobaczyłam chłopaków z biało–czerwonymi opaskami. Byliśmy przygotowani do powstania, bo dwaj moi bracia — Andrzej i Wojciech — byli w AK. Zmobilizowano ich już pięć dni przed powstaniem. Wbiegłam z powrotem do domu i krzyknęłam z radością: „Słuchajcie, powstanie!” i okropnie się zdziwiłam, bo moja matka zbladła i o mało co nie zemdlała. Ja, smarkula, cieszyłam się, że coś się dzieje, mama natomiast zaraz sobie wyobraziła, że synowie już są w akcji. Około piątej przez nasze mieszkanie przeleciał pocisk artyleryjski, przeszliśmy więc do piwnic dużego domu obok na ulicę Czerwonego Krzyża. To znaczy moi rodzice i ojciec Michał, bo ja od razu zgłosiłam się do akcji.

Jak ojciec Michał zareagował na wybuch powstania?

— Zaczął się modlić. Mama przestała być wówczas blada. Uspokoiła się. Na drugi dzień ojciec Michał wyszedł zorientować się w sytuacji. Nie był w stanie zawiadomić klasztoru, że zostaje wśród powstańców. Był ostrzał przez gołębiarzy albo w ogóle z ciężkiej broni, tak że nawet poczta harcerska nie działała. Poza tym były walki na ulicach. Nie mógł więc ani wrócić, ani dać znać. Spytał kogoś w opasce, czy jest kapelan. Kiedy otrzymał odpowiedź, że nie dotarł, zgłosił się w dowództwie, w piwnicach Ubezpieczalni Społecznej. Bardzo się ucieszyli.

Na rogu Tamki i Smulikowskiego, gdzie mieściło się nasze dowództwo, był i jest kościół św. Teresy. Był tam proboszcz i dwóch wikarych. 31 lipca albo 1 sierpnia uciekli, zostawiając wszystko, ale nie można ich za to potępiać. Na Powiślu pozostali ojcowie salezjanie w kościele św. Rodziny, ale swoim zasięgiem nie obejmowali naszego rejonu.

Pierwszą czynnością ojca Michała było zabezpieczenie konsekrowanych komunikantów i paramentów liturgicznych. Rozpoczął normalne funkcjonowanie jako kapelan naszego zgrupowania „Konrad” liczącego prawie czterysta osób. Chodził także po piwnicach do ludności cywilnej. To był trudny teren. Ojciec Michał chodził, spowiadał, pocieszał. Z dnia na dzień przybywało rannych. W gmachu Ubezpieczalni został natychmiast zorganizowany szpitalik. Byłam zatrudniona jako „peżetka”, czyli pomoc żołnierza. W kuchni. Żartuję więc, że walczyłam z warząchwią w ręku. Czasem byłam wysyłana jako łączniczka, z czego byłam szalenie dumna. Dostarczałam posiłki do szpitalików, pracowałam w stołówce. Była to ulica Smulikowskiego, więc codziennie spotykałam się w przelocie z ojcem Michałem. Przejął nade mną bardzo dyskretną opiekę. Miałam 16 lat i żyłam w gromadzie chłopaków.

Czasem przychodził do stołówki, ale głównie jadał z moimi rodzicami. Pewnego dnia zorientowaliśmy się, że giną najlepsze zapasy jedzenia, które miałyśmy schowane dla szpitali. Jajka, bardziej strawne kasze — bo normalnie mieliśmy owsiankę, kaszę plujkę. Zapytałam ojca, co robić. Poinformowałam, kogo podejrzewamy: żandarmerię i administrację wojskową. Nasza rozmowa była po południu. Na drugi dzień skończyły się kradzieże. Nie było żadnych kwasów. Sprawa załatwiona skutecznie i bez najmniejszych nieporozumień. Gdy mnie się pytają, za patrona czego uważam ojca Michała, to odpowiadam — za patrona ciężkich spraw, które powinny być załatwione dyskretnie. Zwracam się do niego w bardzo trudnych kwestiach. Mój ojciec zapisał w swoich notatkach, że u ojca Michała uderzało „skojarzenie uduchowienia i świątobliwości z rozsądkiem i życiowością, jak u wielkich świętych”.

Była sytuacja, kiedy trzeba było dotrzeć do naszego zniszczonego mieszkania na Smulikowskiego. Znajdowało się w nim wiele skrytek z tajnymi dokumentami. Skrytki porobił zaufany stolarz — w podłodze, meblach, wałku do ciasta. Mój ojciec współpracował z Delegaturą Rządu. Ojciec Michał powiedział: „Idę z tobą, sama nie pójdziesz”. Nie mógł też pójść beze mnie. Był mężczyzną bardzo wysokim, łatwym do wypatrzenia, a po drugie, to ja wiedziałam, co gdzie się w naszym domu znajduje. Podprowadził mnie do mieszkania, schował się za ścianę. Gdyby mnie zabili albo ranili, to by mnie wyciągnął, a poza tym jego obecność mnie uspokajała. Dostałam się do mieszkania po czworakach, po cichusieńku. Wyczekałam, aż umilkł karabin maszynowy. Tak więc pamiętam do dziś tę niezwykłą delikatność i troskliwość.

Od kolegów wiem, że chcieli wykorzystać głuchotę ojca Michała i chodzili do spowiedzi, jak był duży ostrzał. Ojciec wszystkiego nie słyszał. Byli poruszeni, bo ojciec mimo swej wady słuchu, prawdopodobnie znając ludzi, umiał poprowadzić zwykle naukę po spowiedzi dokładnie w tym kierunku, w którym należało. Na pewno z pomocą Ducha Świętego.

Z ojca Michała emanował spokój, który w miarę powstania się jeszcze bardziej uwidaczniał. W twarzy, spojrzeniu, w sposobie bycia. Było dużo napięć, być może on nawet w sposób przemyślany starał się je tonować.

Nasza placówka była wystawiona na artylerię z ogródka jordanowskiego. Ciężkie cztery działa wymierzone w nas, w kościół i w dom parafialny. Kanonierka z Wisły, pociąg pancerny z mostu Poniatowskiego i samoloty. Wszystko w nas waliło. Zginęło nas bardzo dużo. Było pełno mogił wykopanych na trawnikach, skwerkach. Pogrzeby odprawiał oczywiście ojciec Michał. Nieraz po kilka dziennie.

Od połowy sierpnia rozpoczęły się naloty. Mieliśmy tak wyczulony słuch, że wiedzieliśmy, nad którym domem pikował samolot. Kiedyś poszłam do naszej kwatery. Mieszkałam z przyjaciółką w domu po Ukraińcach, którzy uciekli z Niemcami. Zostawili psa, którego zjedliśmy w stołówce. W tym domu były pełne szafy. Mój brat dał znać, że jest ranny i nie ma swetra. Wzięłam sweter i w tym momencie usłyszałam, że samolot pikuje nad tym domem. Wybiegłam na klatkę schodową. Była tam lita cementowa balustrada. Schowałam się za nią. Bomba uderzyła dokładnie w oficynę tego domu. Kiedy samolot przeleciał, odwracam się, wszystko poszatkowane. Innym razem idę ulicą, nagle przeleciał nade mną pocisk, wbił się w mur o parę centymetrów nad głową, ale jego odłamek rozszarpał sanitariuszce pośladek.

— Czy pamięta pani msze odprawiane przez ojca Michała?

— Oczywiście, jestem zresztą na jednej z fotografii. Nie przypominam sobie jedynie już dokładnie słów kazań. To była atmosfera bohaterstwa. Tam byli chłopacy i głęboko religijni, i tacy, których wiara dojrzewała dopiero w dniach powstania. Oni nie patrzyli na formę mówienia, tylko treść. Dla nich ojciec mógłby nawet stękać, choć nie pamiętam, żeby tak było. Trafiał w sedno, rozumiał potrzeby tych ludzi. Sam brał udział w wojnie w 1920 roku. Nie chcę używać wielkich słów, ale żyliśmy tym powstaniem, byliśmy zapatrzeni w bohaterów. Był wśród nas taki wspaniały młody chłopak, Jurek Potulicki, pseudonim Rafał. Chłopcy go kochali, patrzyli na niego jak na dowódcę, mimo że był w ich wieku. Ale to był bohater. Takich bohaterów była setka. Kiedy Jurek zginął i ojciec Michał go chował przy Smulikowskiego 10, jeden z kolegów zemdlał.

Najpierw msze były w kościele św. Teresy. Kiedy kościół został zburzony, msze odbywały się na dziedzińcu Ubezpieczalni Społecznej. Gdy naloty stały się coraz częstsze, mszy grupowych nie można już było robić, bo gdyby bomba trafiła, to całe zgrupowanie by zginęło. Ojciec odprawiał mszę po cichu dla małych grupek. W każdej mszy podtrzymywał nas na duchu i zalecał, abyśmy byli stale gotowi na spotkanie się z Bogiem.

— Pani Wanda Niedźwiecka w swoim wspomnieniu o ojcu Michale pisze, że komunia św. była rozdawana czasami w postaci okruchów chleba czy bułki.

— Całkiem możliwe, byłam tylko na kilku mszach, gdyż na co dzień miałam dyżury.

— 4 września Niemcy rozpoczęli generalny szturm na Powiśle.

— Tak, oddziałami składającymi się głównie z kryminalistów i Ukraińców dowodził generał Oskar Dirlewanger. W nocy z 5 na 6 września oddziały powstańcze musiały wycofać się z Powiśla do Śródmieścia. Około jedenastej razem z rodzicami znalazłam się w szpitaliku zorganizowanym w piwnicach gmachu „Alfa–Laval”. Pozostało w nim dziesięciu ciężko rannych chłopców i jedna dziewczyna. Byli z nimi ojciec Michał i kilka osób z obsługi medycznej. Wiedzieli doskonale, co ich za chwilę czeka. Niemcy wszystkie szpitale likwidowali — wrzucali granat albo rozstrzeliwali w łóżkach.

Mniej ranni zostali wyprowadzeni przez kolegów… Pozostali unieruchomieni w łóżku. Ten z rozprutym brzuchem, ten z przestrzelonym płucem, tamten z rozwaloną częściowo czaszką, ten bez nogi, dziewczyna nie miała pośladka, wydaje mi się, że była to ta sama, którą ranił odłamek pocisku, który przeleciał koło mnie. Proszę sobie wyobrazić odczucia takiego bezbronnego człowieka przed absolutnie pewną śmiercią. Było w nich kolosalne napięcie nerwowe, które my, będąc też niepewni, doskonale rozumieliśmy. Też nie wiedzieliśmy, co się z nami stanie. Część cywilów zabito już na barykadach. Mogliśmy kawałek przejść i też nas mogli rozwalić, ale my chociaż mieliśmy nadzieję. Mieli rozszerzone oczy, pytające, jak to będzie — lęk przed śmiercią nie wiadomo, jaką. Mało który człowiek nie boi się śmierci. Jak śmierć wali człowieka na posterunku, to wtedy nie boli. Oni czekali bezsilnie na nieuchronną śmierć. To nie była histeria. Oni nie wiedzieli, co Niemcy wymyślą. Andrzej, mój brat, też leżał w powstańczym szpitaliku na Mokotowie unieruchomiony, bo sparaliżowany. Niemiec przyszedł i powiedział: za chwilę będziecie wszyscy trupami. Andrzej znał niemiecki, więc doskonale go zrozumiał. Mówił mi potem: „Też się bałem”. Lęk jest poza rozumem. Mój brat się uratował, bo dosłownie na parę godzin przed tym, jak ich mieli zamordować, podpisano porozumienie między aliantami i Niemcami, w myśl którego AK zaczęło ochraniać prawo międzynarodowe.

Piwnicy na ulicy Tamka bomby nie zburzyły, bo miała żelbetowe stropy. Drzwi prowadziły do olbrzymiej sieni, w której mój ojciec wraz z lekarką namawiał ojca Michała, żeby włożył roboczy granatowy kostium… Wieści, że ojciec Michał przymierzał jakiś kitel, to bajka. Nic nie przymierzał. Ojciec mój mówi: „Tu jest ubranie, niech ojciec z nami wychodzi”, a on w ogóle tego nie wziął do ręki. Ja się oczywiście nie odzywałam. Dlaczego to tak dokładnie pamiętam? Pewne wspomnienia są jak taśma, która się odwija. Ja te rzeczy widzę znów. Widzę ojca Michała w drzwiach i tamtą salę, swego ojca, siebie widzę trochę w tyle… Ojciec mój bardzo prosił: „Niech ojciec się przebierze, jest szansa”. A ojciec Michał, pamiętam ten dobry spokojny wzrok i słowa: „Nie, panie profesorze, ja nie wyjdę. Ja nie zdejmę szkaplerza, a poza tym jestem potrzebny tym chłopcom”. W jego słowach nie było żadnej przygany, była cały czas łagodność. Nigdy, w czasie całego powstania nie widziałam go w napięciu, a spotykałam go codziennie. I różne rzeczy się działy.

— Skąd w nim ten „nieludzki spokój”?

— Stefan Swieżawski powiedział, że miał on w sobie spokój dokonanej ofiary. To był owoc całej jego drogi duchowej. Poza tym on wiedział, że musi taki być, jeśli innym ma dawać spokój. Jeśli miał być kapelanem. Tak przypuszczam.

Ojciec Michał udzielił generalnej absolucji naszej grupce. Była Janina Burska, dwie sanitariuszki, doktor Maria Skowrońska. Był robotnik, któremu Niemcy kazali zostać. Osiem, dziewięć osób. Udzielił nam absolucji i poszedł do sali. Ojciec stanął koło łóżek, udzielił generalnej absolucji rannym, jeden w tym czasie zmarł. Pielęgniarki go wyniosły. Ojciec Michał siadł na krześle między łóżkami, wyciągnął swój dominikański różaniec i zaczął mówić głośno, spokojnie różaniec. I znów mam w oczach jego twarz. Ta ogromna łagodność… Gdy ci chłopcy zobaczyli, że ojciec zdrowy, silny zostaje z nimi, opadały z nich lęki. Prawdopodobnie, ale tego już nie wiem, śledzili ojca modlitwę.

Około dwunastej Niemcy wkroczyli do szpitalika. Zdobyli ulicę Smulikowskiego, prowadząc „żywą tarczę” składającą się z trzydziestu cywilów złapanych na Powiślu. Wszędzie było słychać krzyki. Hier polnische Banditen sind! AK Banditen. Trwało to kilka minut, potem jeden z Niemców krzyknął raus i zaczęli nas wyprowadzać. Przed wyjściem stał ten oficer, który wcześniej oglądał szpitalik i chłopaków. Nie wiem, w jakiej był randze, ale pewnie wysokiej, bo był w białych rękawiczkach, a je nosili wyżsi rangą oficerowie. Gdyby mi dziś pokazano jego zdjęcie, natychmiast bym go rozpoznała. To był mężczyzna pod czterdziestkę. Esesman, szalona buta na twarzy, blondyn. Pan nie zna postawy tych ludzi, ta straszliwa buta. Widziałam Niemców jeszcze w Poznaniu, jak likwidowali Cmentarz Łazarski. Używali do tego chłopców z Hitlerjugend, aby ich oswoić z nieboszczykami. Robili rewizję nieboszczykom. Tak ich przyzwyczajali. Uczyli ich bestialstwa, kazali im chować zwierzęta, a potem w bestialski sposób mordować, się znęcać.

Spojrzenie tego Niemca nie było ludzkie. Stał na zabitym chłopcu, który leżał we krwi z jaśkiem. Nie wiem, skąd miał ten jasiek… Esesman zrewidował moją matkę. Ręce w białych rękawiczkach wsadził w biust, szukając jakichś precjozów. To było obrzydliwe… Przed barykadą stali mężczyźni z „żywej tarczy”.

Wyprowadzili nas na Wybrzeże Kościuszkowskie i tam siedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy, czy rozwalą nas Niemcy, czy artyleria radziecka, która zaczęła ostrzał przez Wisłę. Po paru godzinach ustawili nas w kilkutysięczną kolumnę i popędzili z Powiśla na Wolę. Wszędzie na poboczach leżały spalone trupy. Dorosły mężczyzna robi się taki mały jak chłopczyk.

Wtedy to dobiegł do nas ten robotnik, którego Niemcy zatrzymali w piwnicy. Minęło jakieś siedem godzin od naszego rozstania z ojcem Michałem. Ten człowiek wiedział, że moi rodzice znali Czartoryskiego, wyszukał nas w tym tłumie i powiadomił, że ojciec nie żyje. Powiedział o wrzuconych granatach do piwnicy, w której leżeli ranni.

Wyciągał za nogi ojca Michała z piwnicy. Ułożono ich w stos przy barykadzie i podpalono benzyną.

* * *

— Ojciec Ireneusz Łuczyński opowiedział mi następującą historię związaną ze śmiercią ojca Czartoryskiego.

 „Wracając prawdopodobnie z klasztoru ze Świętej Anny, wstąpiłem na Jasną Górę. U wejścia do bazyliki spotkał mnie młody człowiek, który rozpoznawszy we mnie dominikanina — byłem w czarnej kapie, więc mnie to odróżniało od paulinów — oświadczył, że ma mi coś bardzo ważnego do zakomunikowania. Powiedział, że był jednym z członków tej masakry, w której zginął ojciec Michał Czartoryski. Sam jednak cudem z niej ocalał, bo choć otrzymał strzał, to nie był on śmiertelny. Po wydostaniu się z tego piekła i przyjściu do zdrowia, przybył do Częstochowy, aby podziękować Matce Bożej za ocalenie. Kiedy Niemcy wkroczyli do szpitala, rozstrzelali ciężko rannych w łóżkach, a innych, w tym ojca Michała, wyprowadzili na zewnątrz. Tam, oskarżając każdego, że jest bandytą, kolejno rozstrzeliwali. Oprawca podszedł do ojca Michała i zapytał go po niemiecku Wer bist du? Kto ty jesteś? Ojciec Michał nic nie odpowiedział, tylko podał dokumenty. Wtedy Niemiec, zorientowawszy się, że stoi przed nim kapelan powstańców, syknął: Der grösste Bandit! Największy bandyta! Kazał ojcu Michałowi zdjąć habit, a gdy ten odmówił, zastrzelił go. Pewnych szczegółów mogę nie pamiętać, bo to było ponad prawie 60 lat temu.

Natychmiast poszedłem do prowincjała, był nim chyba Maurycy Majka. W zakonie byli wszyscy zadowoleni, że jest wreszcie jakaś wiadomość. Zdałem relację, a co z tym zrobili przełożeni, nie wiem. Do dziś przypuszczam, że wielu w zakonie nie przyjęło relacji tego człowieka za prawdę. Na mnie sprawiał wrażenie rzetelnego. Byłem raczej jedynym dominikaninem, który usłyszał tę historię”.

— Te dwie relacje sobie nie przeczą. Najpierw ojca Michała z rannymi mogli zastrzelić z pistoletu, a potem jeszcze wrzucić do piwnicy granaty. Człowiek, który wyciągnął ojca Michała z piwnicy, nie miał powodu szukać nas wśród tysięcy wypędzanych, by nas okłamać. Mój ojciec miał zwyczaj notowania i zaraz po dostaniu się do Sochaczewa spisał tę relację.

— Jeśli założymy, że relacja usłyszana przez ojca Ireneusza jest prawdziwa, to ojca Michała mógł zastrzelić ten sam esesman, który stał w białych rękawiczkach na zabitym chłopcu…

— Bardzo prawdopodobne…

Legendy o męczennikach

Wiemy, kiedy i dlaczego zginął ojciec Michał, ale ostatnie sekundy jego życia wpisane są w wymiar legendy. Człowiek, który opowiedział o nich ojcu Ireneuszowi, pojawił się i zniknął. Strzał, który otrzymał świadek egzekucji, nie okazał się śmiertelny, bo trafił w guzik. Rzecz na granicy prawdopodobieństwa, chociaż takie rzeczy się zdarzały. Niemcy często nie dobijali ofiar. Z drugiej strony jednak mężczyzna, który poinformował Kaszniców o śmierci Michała Czartoryskiego, mówił o wrzuconym do piwnicy granacie. Kim był zatem człowiek, który spotkał ojca Ireneusza? Ojciec Łuczyński „nie zabezpieczył” świadka, nie wziął jego adresu ani żadnych danych. Najwyraźniej nie miał wtedy świadomości, że będą one kiedyś przydatne do procesu beatyfikacyjnego. Nie odnalazł się żaden zapis ówczesnego prowincjała na ten temat. Prawdopodobnie Maurycy Majka wysłuchał tej historii, jak jednej z setek opowieści wojennych, i trudno się temu dziwić. Kraj był usłany trupami. Nie mamy więc zeznania złożonego na piśmie. Z drugiej strony nie ma powodów, by uważać, że cała ta rzecz mogła być zmyślona przez człowieka, który ocalał, potem na moment pojawił się i zniknął. W jakim celu miałby to uczynić?

* * *

W ostatnich dniach wpadła mi w ręce książka o powstaniu Pod rozkazami „Konrada”. Znalazłem w niej fragment, który rzuca nowe światło na śmierć Michała Czartoryskiego.

Żołdacy wyprowadzili personel medyczny, pozostawiając z rannymi o. Michała. Podoficer zapewnił obłudnie, że ranni zostaną przetransportowani do szpitala w Sochaczewie.

Pielęgniarki i sanitariuszki pognano wraz z ludnością cywilną. Około godziny 15.00 rannych zamordowano seriami pistoletów maszynowych. (…) Wyprowadzono o. Michała i jako pierwszego rozstrzelano przy barykadzie. Serie z peemów skosiły również niepotrzebną już „żywą tarczę”. Wszystkie zwłoki, również zamordowanych rannych, oblano benzyną i spalono. Świadkiem egzekucji był Tadeusz Parzyszek, który uniknął kuli, zdołał wyczołgać się spod stosu trupów, ukryć w bramie sąsiedniego domu, a następnie uciec w bezpieczne miejsce 1.

Całkiem więc możliwe, że człowiek, który spotkał ojca Ireneusza w Częstochowie, i Tadeusz Parzyszek, to ten sam, cudem ocalały członek „żywej tarczy”.

Pani Eleonora wierzy raczej w zeznania robotnika, który odszukał ich w kolumnie pędzonej ludności. Zdobyłem telefony autorów przytoczonej książki i zadzwoniłem do nich z pytaniem, czy jest szansa uzyskania jakichś informacji o Tadeuszu Parzyszku. Niestety, jest to sprawa sprzed lat, dla autorów niemożliwa do zweryfikowania. Gdyby Tadeusz Parzyszek żył jeszcze dzisiaj, musiałby prawdopodobnie mieć około stu lat.

* * *

W Ewangelii jest napisane, że nie ma miłości większej od tej, gdy ktoś oddaje życie swoje za brata swego. Zdarzało się wielokrotnie w czasie drugiej wojny światowej, że oddawano życie za życie. Tak jak uczynił Maksymilian Kolbe, ratując Franciszka Gajowniczka. W jego decyzji był jakiś „pragmatyzm”. Uznał, że życie ojca rodziny, który będzie potrzebny dzieciom, więcej znaczy niż jego. To, co zrobił ojciec Michał, było tym samym, a jednocześnie czymś innym. Jego ofiara nie ratowała niczyjego życia. Ci ranni chłopcy i dziewczyna musieli zginąć. Jeżeli nie z powodu śmiertelnych ran, to z rąk esesmanów. Ojciec Michał był mężczyzną w sile wieku potrzebnym tym, którzy ocaleli. Jaki był więc jego rachunek? To była Boża kalkulacja. Chciał im tylko zacytować Ewangelię: „Nie lękajcie się. Nie lękajcie się tych, którzy zabijają ciało, ale duszy zabić nie mogą”. Jednak żeby to wówczas powiedzieć, trzeba było zostać z tymi chłopcami i zmówić różaniec. Nie wystarczyło udzielić generalnego rozgrzeszenia i ich pobłogosławić. Przeprowadzenie człowieka przez śmierć to być może najważniejsze zadanie kapłana. To, co zrobił ojciec Michał, było jak przyjęcie porodu dla wieczności. Ranni chłopcy musieli zobaczyć w nim twarz Ojca.

* * *

Podobno przeor Służewa na wieść o śmierci Michała powiedział: „Ja go tam nie posłałem”. Miał rację. Ojciec Michał był posłańcem Bożym, który do swej misji przygotowywał się wiele lat. Być może, aby ją wypełnić, musiał przejść tę niezrozumiałą niekiedy dla innych drogę surowej ascezy — hartu ducha i ciała. Bóg prowadził go przez dziwne zbiegi okoliczności i upokorzenia. Gdyby wizytacja w Krakowie wypadła pomyślnie, a może gdyby miał lepsze zdrowie, pewnie zostałby tam. Pan Bóg jednak chciał mu powierzyć inny nowicjat — chłopców i dziewczęta z Powstania Warszawskiego. Dla procesu beatyfikacyjnego było ważne, że ostatnia decyzja Michała Czartoryskiego była zgodna z całą jego drogą duchową. Choć, prawdę powiedziawszy, jest to dla mnie rzecz wtórna. Jego czyn byłby równie wielki, gdyby uczynił go jako człowiek słaby, grzeszny, tchórzliwy. Gdyby w tym jednym tylko momencie przekroczył swą własną słabość, świadczyłoby to, że usłyszał coś ze swego wnętrza, co wynosiło go do poziomu boskiej solidarności z cierpiącym, zagrożonym człowiekiem. Gdyby uczynił to w szalonym porywie, trzęsąc się wewnątrz ze strachu, byłoby to równie wielkie. Słowa dobrego łotra na krzyżu nie były zwieńczeniem całej jego duchowej drogi, a jednak wprowadziły go do raju.

Każdy, kto oddaje swe życie za brata swego, obojętnie, kim byłby przedtem, poprzez ten gest staje się święty, bo nie ma miłości większej… A największa miłość jest święta…

* * *

Moim zdaniem, ojciec Michał uczynił rzecz niewyobrażalną i oczywistą jednocześnie, jeśli kapłaństwo potraktuje się na serio jako naśladowanie Chrystusa. Takich księży z pewnością było w czasie ostatniej wojny wielu, choćby ks. Salamucha, który miał możność ratować się, ale nie chciał opuścić domu, w którym było wielu rannych.

* * *

W wielu listach kondolencyjnych, które napłynęły do Witolda Czartoryskiego, przebijała myśl, że czyn jego syna był czymś naturalnym.

Stefan Dąbrowski, pierwszy rektor Uniwersytetu Poznańskiego, napisał:

Kto znał tę piękną, jednolitą, wszelkich wahań pozbawioną duszę, ten nie mógł mieć żadnych wątpliwości, że rozkazu opuszczenia chorych „ojciec Michał”, a Twój kochany Jaś nie wykona! Został z nimi, ciężko rannymi żołnierzami polskimi. On dawny żołnierz kresowy dziś sługa Chrystusowy, pokorny i nieustraszony…

Podobnie o śmierci ojca Michała wypowiedział się jego bratanek, Paweł Czartoryski:

Dla ojca Michała to była sprawa obowiązku. Zupełnie oczywiste było, że rannych nie zostawia się samych. Próby tłumaczenia jakiejkolwiek innej postawy — na przykład, że ich i tak zamordują, a ja będę mógł jeszcze spełniać posługę kapłańską, byłoby wyjaśnieniem utylitarno– –egoistycznym. (…) Ten człowiek nie mógł postąpić inaczej. (…) Ojciec Michał brał udział w obronie Lwowa… W ostatniej jego decyzji była też postawa żołnierza — posterunku się nie opuszcza.

Oczywistość? A czyż nie mieli racji ludzie, którzy próbowali namówić ojca Michała, żeby się ratował?

Nie ma spraw oczywistych w obliczu śmierci. Aczkolwiek wszystko w jej obliczu jest prawdą. Nikt nie udaje, umierając. „Nie mógł opuścić swego posterunku”. Gdyby tę oczywistość trwania na swoich posterunkach każdy z nas wypełniał, pewnie wszyscy bylibyśmy świętymi.

1 Adam de Michelis, Alicja Rudniewska, Pod rozkazami „Konrada”, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 1993.

Poród dla wieczności
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...