Homilia, czyli powrót z wygnania
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 votes
Wyczyść

Na marginesie nowego „Ogólnego wprowadzenia do Mszału rzymskiego”.

40 lat po uchwaleniu soborowej Konstytucji o liturgii świętej Sacrosanctum concilium otrzymaliśmy nowe Ogólne wprowadzenie do Mszału rzymskiego. Nowe przepisy obowiązują w Polsce od Środy Popielcowej. Zaproponowane zmiany są niewielkie. Najistotniejsza dotyczy głosiciela homilii. To, co z teologicznego punktu widzenia było dla wielu oczywiste, stało się wreszcie obowiązującą normą. Chodzi o przepis mówiący, że homilia jest czynnością celebransa. To przepis uderzający wprost w typową dla polskich parafii praktykę kaznodziejskich „dyżurów”. Szykuje się otwarta wojna między kościelną normą a kościelną praktyką. Obawiam się, że — niestety — wygra ta druga i nowy przepis podzieli los wielu innych. Pozostanie martwą literą.

Czynność przewodniczącego

Punkt 66. nowego wprowadzenia mówi, że „homilię winien z zasady głosić kapłan celebrujący”, choć „może on ją zlecić kapłanowi koncelebrującemu”. Może ją także zlecić „niekiedy, zależnie od okoliczności, także diakonowi”. Powtórzenie przepisu znajduje się w punkcie 213., w którym czytamy, iż „homilię głosi z reguły główny celebrans albo jeden z koncelebransów”. Nie ulega więc wątpliwości, że intencją prawodawcy było podkreślenie, iż homilia jest czynnością własną przewodniczącego liturgii, której nie powinien się zbyt łatwo wyzbywać. W tym kontekście zrozumiały jest przepis mówiący, że prezbiter i biskup, którzy nie mogą koncelebrować, mogą głosić homilię jedynie „w szczególnych wypadkach i ze słusznej przyczyny”. W takim jednak wypadku głoszący homilię jest zobowiązany do uczestnictwa w celebracji.

Ta liturgiczna norma wynika wprost z teologii mszy św., która stanowi przecież integralną całość, a kolejna jej część prowadzi do następnej. Celem homilii jest nie tylko wyjaśnienie odczytanych przed chwilą perykop biblijnych, ale także uzdolnienie zgromadzenia liturgicznego do dalszej celebracji Eucharystii. Teologiczna logika liturgii mszy św. wskazuje, że wszystkie istotne jej części powinien wykonywać ten sam kapłan. Ten, który zwołuje lud, przeprowadza go poprzez wszystkie poszczególne misteria mszy św., gdyż jest dla ludu Bożego jednocześnie kapłanem, pasterzem i prorokiem. Jeśli więc podejmuje się sprawowania Paschy, tzn. liturgicznego przejścia przez misterium męki i zmartwychwstania, i do tej Paschy zaprasza lud Boży, to musi być gotów obdarzyć tenże lud słowem napomnienia i pocieszenia.

II sobór watykański wprost stwierdził, że homilia „jest częścią liturgii” (KL 52) 1. Homilia z liturgii wyrasta, sama jest liturgią i do liturgii prowadzi. Jej źródłem są czytania i teksty mszalne. Ma także swój wewnątrzliturgiczny cel, jest bowiem nie tylko zapowiedzią, ale także zapoczątkowaniem tego, co za moment dokona się na sposób sakramentalny. Wszystko to sprawia, że nie można traktować homilii jako zewnętrznego dodatku do Eucharystii, jako czegoś, co nie byłoby z nią wewnętrznie powiązane. Z tego też powodu nie daje się ona niczym zastąpić, żadna bowiem inna forma przepowiadania nie nosi znamion liturgii. Tylko w niej dokonuje się — jak głosi II sobór watykański — „przepowiadanie przedziwnych dzieł Bożych w historii zbawienia, czyli w misterium Chrystusa, które zawsze jest w nas obecne i działa, zwłaszcza w obrzędach liturgicznych” (KL 35). Trzeba więc powiedzieć, że prócz pastoralnych (jeśli takowe są!), trudno doszukać się uzasadnień teologiczno–liturgicznych dla zastępowania homilii kazaniem tematycznym, rekolekcyjną konferencją, świadectwem czy nawet listem pasterskim, o wszelkich komunikatach nawet nie wspominając.

Kaznodzieje okazyjni

Tyle teologia. Przejdźmy teraz do polskiej rzeczywistości, a ta jest zgoła inna. W Polsce, a zwłaszcza w parafiach miejskich z kilkoma wikariuszami, króluje zwyczaj dyżurów kaznodziejskich. Obowiązek głoszenia homilii (a często raczej kazania na z góry zadany temat, w którym to próżno doszukiwać się związku z usłyszanymi właśnie tekstami biblijnymi) powierzony zostaje jednemu kapłanowi, który głosi ją na wszystkich mszach św., może tylko z wyjątkiem mszy św. z udziałem dzieci czy tzw. mszy św. młodzieżowej.

Pojawienie się kaznodziei spoza zgromadzenia liturgicznego siłą rzeczy sugeruje, że mamy do czynienia z częścią o zupełnie innej naturze niż pozostałe, skoro może ją zrealizować ktoś, kto dotychczas nie brał udziału we mszy św. Pół biedy, gdy kaznodzieja dyskretnie pojawi się w polu widzenia. Najczęściej dzieje się jednak zupełnie inaczej. Podczas proklamacji Ewangelii zamaszystym krokiem pokonuje prezbiterium, a czasami i nawę, skupiając tym samym uwagę wszystkich wyłącznie na sobie i utrudniając słuchanie Ewangelii. Owo podskórne „teraz ja” zostanie oczywiście zademonstrowane na początku homilii. Wielu bowiem kaznodziejów rozpoczyna swój — jak mówi A. Sorrentino — „kawałek” od znaku krzyża, modlitwy czy pozdrowienia wiernych, tak jakby dotąd się nie modlono, a wszystko, co się dotychczas działo, było nieważne 2. Czynienie znaku krzyża na początku homilii jednoznacznie zrywa jedność z dokonującą się właśnie liturgią. Trzeba przypomnieć, że w roku 1973 Kongregacja Sakramentów i Kultu Bożego wyjaśniła, iż „nie zaleca się kontynuowania takich zwyczajów, ponieważ mają one swoje źródło w przepowiadania słowa Bożego poza mszą św. Homilia jest częścią liturgii: wierni przeżegnali się już na początku mszy świętej i zostali pozdrowieni przez celebransa. Lepiej więc nie powtarzać tego przed homilią lub po niej” 3. O ile jednak chęć „przywitania się” z ludźmi przez kaznodzieję okazyjnego jest zrozumiała, to zupełnie niezrozumiałe jest praktykowanie tego typu zwyczajów przez głoszącego celebransa, a tak się niestety zdarza.

Bywa, że kapłan „wpada” nie tylko na homilię. Ostatnio uczestniczyłem we mszy św., w której — prócz przewodniczącego — inny kapłan pojawił się na homilię, a jeszcze inny, by udzielić sakramentu chrztu odbywającego się po niej. W tym momencie została zerwana już nie tylko więź słowa Bożego z Eucharystią, ale także obu sprawowanych sakramentów. Tylko czekać, aż ktoś będzie „wpadał” na samą konsekrację.

Bez związku z liturgią

II sobór watykański przywrócił liturgii homilię, to jest przepowiadanie słowa Bożego, a przepowiadaniu słowa Bożego, czyli kaznodziejstwu — choć zabrzmi to paradoksalnie — przywrócił samo słowo Boże. Mówiąc krótko — dzięki soborowi przepowiadanie powróciło z pozaliturgicznego wygnania, powróciło też z wygnania pozabiblijnego. Stare kaznodziejstwo nie oddało jednak pola bez walki i wciąż przepowiadanie pozaliturgiczne i pozabiblijne próbuje sobie przywłaszczyć mszę św. jako czas dla siebie dogodny.

Takie rozumienie liturgicznego kaznodziejstwa sprzyja zastępowaniu homilii liturgicznej i biblijnej różnego rodzaju kazaniami okazyjnymi, katechizmowymi czy też programowymi przemowami, które dotyczą aktualnych problemów duszpasterskich. Sami wierni uważają jednak takie przepowiadanie za niewłaściwe. Po wysłuchaniu trzech (z psalmem czterech), często dość trudnych, czytań biblijnych, oczekują od kaznodziei ich wyjaśnienia. A przecież, jak przypomina II sobór watykański, trzecim źródłem homilii mogą, a nawet powinny być, zmienne i stałe teksty mszy św., które do łatwych również nie należą. Słuchacze pragną też, by kaznodzieja wskazał im, jakie konsekwencje życiowe wypływają z usłyszanego Bożego słowa, i by natchnął do ich podjęcia. Otrzymują jednak często coś zupełnie innego — moralne pouczenia oderwane od fundamentu Bożego słowa, oparte na pobożnych przykładach, pełne nakazów i sformułowań typu: musicie, powinniście, trzeba by, należy. Wszystko to sprawia, że związek wygłoszonego słowa z tym, co się dotychczas wydarzyło w liturgii, i z tym, co się jeszcze wydarzy, jest żaden. W słuchaczach zaś zrodzi się kiedyś pytanie o sens czytania tyluż „urywków” biblijnych, do których nie nawiązuje się nawet słowem.

Wciąż więc aktualne wydaje się wskazanie V soboru laterańskigo z roku 1516, który przypominał, że przepowiadanie powinno dotyczyć Ewangelii, a nie „zagrażających wydarzeń, apokaliptycznych przesłań, niedorzecznych historii, baśniowych cudów, banalnych sztuk, heretyckich poglądów i oczywistych nonsensów” 4. Z przytoczonego katalogu kaznodziejskich błędów zwłaszcza przepowiadanie zagrażających (dodam: zewsząd) wydarzeń w niektórych kręgach przeżywa swój prawdziwy renesans.

Homilia na wolnym rynku?

Porzucenie systemu kaznodziejskich dyżurów dobrze zrobiłoby wszystkim: nam, księżom, i naszym słuchaczom. Najlepiej zrobiłoby samej homilii, tzn. słowu Bożemu. Przygotowywanie homilii na każdą niedzielę jest wymagające. Wiem o tym. Będąc duszpasterzem akademickim, przez dwa lata głosiłem homilię w każdą niedzielę z wyjątkiem wakacji. Wielu kapłanów pracujących na jednoosobowych parafiach podejmuje ten wysiłek i wywiązuje się z niego bardzo gorliwie. Taka sytuacja wymaga od księdza solidnego kaznodziejskiego reżimu. Częste bowiem przepowiadanie zmusza do pracy, czytania, poszukiwania, a co najważniejsze — wymusza stały kontakt ze słowem Bożym. Wszystko to może przynieść jedynie dobre owoce. Zgromadzeni na mszy św. wierni otrzymają słowo Boże przygotowane dla nich i ze względu na nich. Nie ma bowiem dwóch takich samych zgromadzeń liturgicznych, kto inny przychodzi na mszę św. poranną, kto inny na późnowieczorną. I choć Ewangelia jest zawsze ta sama, za każdym razem inaczej trzeba ją wyjaśniać.

Może pójść jeszcze dalej? Może pozwolić ludziom, by wybierali sobie kaznodzieję, tak jak wybiera się spowiednika? Czy to już nadmierna demokratyzacja Kościoła, czy może jednak sposób na lepsze zaspokajanie duchowych potrzeb wiernych? Kto wie, czy nie byłoby dobrze wprowadzić choć niektóre mechanizmy wolnorynkowe. Może odpływ wiernych z mszy św. sprawowanych przez niektórych kapłanów sprowokowałby ich do uważniejszego sprawowania liturgii i lepszego przygotowania się do homilii?

Stan posiadania

Niedziela to — jak przypomniał Papież w liście Dies Domini — „świętowanie żywej obecności Zmartwychwstałego pośród wierzących” (DD 31). W tym właśnie dniu „cała wspólnota zostaje zwołana, aby obchodzić pamiątkę zmartwychwstania Chrystusa” (DD 32). I trzeba powiedzieć, że jakkolwiek i gdziekolwiek sprawowana jest Eucharystia, obiektywnie zawsze jest świętowaniem zmartwychwstania, bez względu na to, czy sprawuje ją kardynał czy neoprezbiter, czy uczestniczymy w niej w rzymskiej bazylice, czy w wiejskiej kaplicy przerobionej z hydroforni (tak było w parafii, gdzie byłem wikariuszem). Obiektywna rzeczywistość nie zwalnia jednak uczestniczących w liturgii: kapłanów i świeckich, od zrobienia wszystkiego, aby liturgia ta godna była rzeczywistości, którą w sposób sakramentalny uobecnia, i aby dopomóc w takim właśnie jej odbiorze i zrozumieniu.

O. Joachim Badeni OP przypomniał niedawno przekonanie Ojców Kościoła, którzy twierdzili, że kapłan, sprawując Eucharystię, musi być odziany w najbogatsze szaty, uczestniczy bowiem w nieskończonym bogactwie duchowym 5. Zdaje się, że msza św. dla wielu z nas przestała być już nieskończonym bogactwem duchowym, a stała się powszechną oczywistością. Niestety, często nie widać „drogocenności” w naszej liturgii, ani w śpiewie, ani w liturgicznym ubiorze, ani w gestach kapłana, ani w wygłoszonej homilii. Bo msza św. — tak czy inaczej — „się dokona”. Jeśli mogę pokusić się o diagnozę dotyczącą Kościoła w Polsce, to jednym z jego problemów jest zbytnie przyzwyczajenie się do wysokiego stanu duchowego posiadania. Podskórnie drzemie w wiernych świeckich przekonanie, że księża zawsze byli, są i będą. W księżach zaś dominuje przekonanie, że ludzie w kościele byli, są i będą. We wszystkich nas jest przekonanie, że mszę św. mieliśmy, mamy i mieć zawsze będziemy. Wszystko to jest dla nas tak bardzo oczywiste, że przestajemy się wzajemnie troszczyć o siebie, o Kościół i o Eucharystię.

Konieczny pokarm

W jednym z krajów zachodnioeuropejskich uczestniczyłem niedawno w niedzielnym nabożeństwie słowa Bożego i komunii św. odprawianym w sobotę. Nabożeństwo trwało blisko godzinę i kwadrans. Dawno nie widziałem tak pięknie przygotowanej liturgii. Modlitwy i śpiewy czyniły to nabożeństwo rzeczywistym świętowaniem zmartwychwstania, choć Eucharystii w znaczeniu Ofiary nie było. Dlaczego było tak pięknie? Może dlatego, że cenne stało się to, czego kiedyś mieszkańcy Europy Zachodniej nie doceniali, a teraz zaczęło im tego brakować — Eucharystia i Kościół. Czy rzeczywiście trzeba najpierw doświadczyć utraty, by zacząć coś cenić?

Nowe Ogólne wprowadzenie do Mszału rzymskiego można potraktować jak zbiór uciążliwych, szczegółowych przepisów, w których trudno czasem znaleźć zrozumienie dla naszych dużo praktyczniejszych pomysłów na liturgię, jak np. kaznodziejskie dyżury. Można też inaczej — jako pomoc w powtórnym odnalezieniu owego nieskończonego duchowego bogactwa, którym jest liturgia mszy św. Tylko w takiej perspektywie można zrozumieć rolę homilii, która — jak przypomina wprowadzenie (65) — „stanowi pokarm konieczny do podtrzymania chrześcijańskiego życia”. Nie trzeba chyba dodawać, jakie mogą być skutki braku tego, co konieczne.

1 Niestety, z bólem trzeba stwierdzić, że w nowym tłumaczeniu tekstów soborowych stwierdzenie zaczerpnięte z KL 52: „jako część samej liturgii zaleca się bardzo homilię” zostało zamienione na: „zaleca się bardzo, by homilia (…) była częścią sprawowanej liturgii”, co nie odpowiada intencji tekstu łacińskiego: homilia (…) ut pars ipsius liturgiae valde commendatur. Tekst łaciński nowego wprowadzenia nie pozostawia żadnych wątpliwości, w punkcie 65 bowiem czytamy wprost: homilia est pars liturgiae et valde comemendatur.
2 A. Sorrentino, Sztuka przewodniczenia celebracjom liturgicznym. Praktyczne wskazówki dla kapłanów, przeł. P. Cembrowicz, Kraków 2001, s. 131.
3 Notitiae 9(1973), s. 178, zob. Komisja ds. Życia i Posługi Kapłanów przy Krajowej konferencji Biskupów Katolickich USA. „Dziś spełniły się słowa Pisma, któreście słyszeli”. Homilia w niedzielnym zgromadzeniu wiernych, przeł. H. Sławiński, Włocławek 2002, s. 82, nota 8.
4 Zob. Robert P. Waznak, An Introduction to the Homily, Collegeville 1998, s. 8.
5 Boskie oko, czyli po co człowiekowi religia. Z o. Joachimem Badenim OP i o. Janem Andrzejem Kłoczowskim OP rozmawiają Artur Sporniak i Jan Strzałka, Kraków 2003, s. 8.

Homilia, czyli powrót z wygnania
ks. Andrzej Draguła

urodzony 5 stycznia 1966 r. w Lubsku – prezbiter diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, doktor habilitowany teologii, profesor na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego, kierownik Katedry Teologii Praktycznej w Instytucie Nauk Teologicznych US, członek Komitetu Nauk...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze