Wszystko w porządku, ojcze Stanisławie!

Wszystko w porządku, ojcze Stanisławie!

W poniedziałek, 2 sierpnia nad ranem odszedł od nas ojciec Stanisław Dobecki, senior naszego poznańskiego klasztoru. Odszedł pogodnie. Po prostu zasnął w szpitalu, do którego go zabrano po stwierdzeniu wewnętrznego krwotoku. Dzień wcześniej poprosił młodego przeora o komunię świętą i sakrament chorych. Potem któryś z braci przed drzwiami jego celi postawił płonącą świecę. W czwartek, 5 sierpnia był jego pogrzeb. Zarówno do kościoła, jak i na cmentarz przyszło wielu ludzi. Byliśmy ogromnie wzruszeni. Świeciło słońce i było bardzo gorąco. Wzruszenie moje jeszcze się nasiliło, kiedy zobaczyłem dawnego rektora uniwersytetu oraz obecnego prorektora z kwiatami od siebie i od uniwersytetu. Ojciec Stanisław był przecież duszpasterzem akademickim.

 Zawsze gdy wracałem do klasztoru po wyjazdach duszpasterskich, witał mnie ojciec Stanisław: – Co u ojca słychać? Czy wszystko udało się zgodnie z planami? Czy wszyscy zdrowi? Czy młodzież jest zadowolona?

Kilka krótkich zdań wystarczało, aby go zadowolić, i wracał do swoich zajęć. Interesował się wszystkim wokoło, najbardziej pracą współbraci, z której potrafił się szczerze cieszyć. Kiedy natomiast siedziałem w pokoju duszpasterza na parterze, zawsze przy otwartych drzwiach, to z daleka było słychać, jak szurał butami po posadzce, wchodził do środka, by wszystkich pozdrowić, często ucałować i życzyć „dobrej kontynuacji”. – Niech ojciec nie krzyczy na dziewczyny z duszpasterstwa, nie trzeba, niedobrze, żeby zostało im to jako wspomnienie na całe życie. Wiem dobrze, ile dobra robicie dla innych.

W tym roku, w styczniu, skończył 90 lat. Codziennie rano odprawiał mszę świętą, potem szedł na śniadanie, po którym oddawał się lekturze gazet. Wreszcie zajęcia w terenie. Nie próżnował. Wyrywał się do życia. Odwiedzał ludzi, ale i oni go odwiedzali. Miał wyjątkowy charyzmat przyciągania ich i gromadzenia. Jego imieniny, opłatki, święconki gromadziły zawsze dawnych wychowanków, przyjaciół, kolegów.

Poznaniak z urodzenia, harcerz, wstąpił do seminarium gnieźnieńskiego, ale pod wpływem przedwojennych tomistów w trakcie studiów przeszedł do dominikanów. Imponowała mu wiedza. Tuż przed wojną zdążył z prymicjami. Powstaniec warszawski, a po wojnie pierwszy dominikanin w Poznaniu. Idąc ślad w ślad za frontem, zajął z powrotem dominikański klasztor dla jego prawowitych właścicieli.

W latach największego terroru stalinowskiego był duszpasterzem akademickim i twórcą specyficznej metody duszpasterskiej. Otóż z teczką pełną słodyczy przemieszczał się wraz ze studentami i pod pozorem niewinnych imienin i urodzin odbywały się spotkania. Ludzie lgnęli do niego i do siebie. Nie było jeszcze wtedy telewizorów, ale były rowery i aparaty fotograficzne. Fotografowanie było pasją ojca Stanisława. Nazywany był w klasztorze „Ojciec Aparacik”.

Chciał być potrzebny. Kiedy zaszła potrzeba duszpasterskiego towarzyszenia polskim robotnikom w ówczesnym NRD, stawił się do dyspozycji – język niemiecki znał, musiał jeszcze zrobić prawo jazdy, gdyż miejsca, w których mieszkali Polacy, były od siebie oddalone. Miał wtedy już ponad sześćdziesiąt lat.

Na pytanie, co w jego życiu było najważniejsze, bez wahania odpowiadał, że osobiste spotkania z trzema osobami wyniesionymi na ołtarze. Podczas jego pobytu w seminarium rektorem był błogosławiony biskup Michał Kozal. Bywając w Niepokalanowie, spotykał świętego Maksymiliana Kolbe. Przebywając w klasztorze na Służewie w Warszawie, żył pod jednym dachem z błogosławionym ojcem Michałem Czartoryskim, który, zanim zginął w Powstaniu Warszawskim jako kapelan szpitala powstańczego, był wychowawcą kleryków.

Ojciec Stanisław był prawdziwą arką przymierza między dawnymi a nowymi czasy. Przekazał nam nadzieję, pogodę ducha i głęboką wiarę. Przez lata był moim spowiednikiem. Miał zrozumienie dla ludzkiej słabości, ale domagał się wzlotów. Mimo podeszłego wieku był młody duchem. Kiedyś zapytałem go, jak się czuje jako człowiek stary. Odpowiedział: – Przepraszam, proszę spytać kogoś innego, niestety, nie mam w tym względzie żadnego doświadczenia.

Nie wyobrażam sobie, jak będzie, gdy wrócę skądkolwiek do klasztoru. Nie powita mnie już na schodach drobna postać ojca Stanisława sunącego przez korytarze z laseczką, uśmiechniętego i pozdrawiającego wyciągnięciem ręki do góry. Nie usłyszę już tego pytania, czy wszystko się udało, czy wszyscy zdrowi i czy zrealizowaliśmy nasze zamierzenia. Niezależnie od tego, czy mnie ktoś o to spyta, czy nie, i tak będę przez jakiś czas odpowiadał: „Wszystko w porządku, ojcze Stanisławie!”, wierząc, że nadal jest ciekaw szczegółów z Jamnej i znad Lednicy. Tylko będę odpowiadał już mądrzej i prawdziwiej, a nie tylko po to, aby zaspokoić ciekawość staruszka.

Wszystko w porządku, ojcze Stanisławie!
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...