Antropologia
Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Opowiadał mi frater Adalbertus:

„Czym jest antropologia? Notowaniem śladów? Czy antropolog rozumie, co napisał w zeszycie? Może jest jak botanik wkładający między kartki zasuszone roślinki, które już nigdy nie odżyją? Może wcale nie jest lepszy od członków opisywanego plemienia, którzy również nie rozumieją znaczenia wypowiadanych przez siebie zaklęć?

Wędrowałem kiedyś przez kraj tropikalny. Zatrzymałem się w placówce prowadzonej przez starszego wiekiem misjonarza. Warunki w misji były surowe. Kaplicę stanowiła prosta chatynka kryta bananowymi liśćmi. Plebania też nie była lepsza. Wiernych było zaledwie kilku. Wiadomo, jak w takich warunkach powinna wyglądać msza polowa: krąg uczestników zgromadzonych wokół prostego stołu. Wielebny misjonarz tymczasem ściśle się trzymał przedsoborowych reguł: mszę odprawiał po łacinie, tyłem do ludu, a ornaty miał dziwnie wąskie, wcięte w pasie. Kiedy pytałem go, dlaczego tak postępuje, odpowiadał:

– To jest właściwy sposób, zawsze tak było. Te wszystkie zmiany to wpływ masońskiego liberalizmu.

Próbowałem mu tłumaczyć, że nie zawsze tak było, ale on odpowiadał ze zniecierpliwieniem:

– Zawsze! Co ty możesz pamiętać? Jesteś za młody!

Trzódka była niewielka, ale natychmiast rozpoznawalna. Tylko nawróconych zdołał nasz misjonarz przekonać, by nosili jakąś odzież, panowie przynajmniej portki, panie perkalikowe sukienki. W tym klimacie było to spore umartwienie, sam ociekałem potem pod habitem i troszkę zazdrościłem tym nienawróconym, że mogli paradować tak, jak ich Pan Bóg stworzył. Ci ostatni odprawiali w dżungli tajemnicze obrzędy, o których nasz misjonarz nic nie potrafił powiedzieć. Sam tam nigdy nie chodził, przecież to grzech brać w nich udział. Ja zaś byłem ciekaw egzotycznych tańców i muzyki, a wychodziłem z założenia, że skoro święty Paweł mógł iść na areopag, to i ja mogę z tubylcami do dżungli.

Okazja nadarzyła się, kiedy na misję zajrzał ktoś z pobliskiej placówki badawczej. Wyglądał jak typowy uniwersytecki papudrak, który się szlaja po dżunglach i zbiera materiał w terenie: sprzęt fotograficzny na ramieniu, koszula i spodnie khaki, tegoż koloru kapelusz, a nawet sznurowadła w buciorach. Zauważywszy moje zainteresowanie miejscowymi obyczajami, powiedział:

– W takim razie frater musi pójść ze mną, właśnie dziś wieczorem będzie bardzo ciekawy obrzęd. Czegoś podobnego jeszcze chyba frater nie widział.

Wczesnym popołudniem ruszyliśmy wąską ścieżką przez dżunglę. Było raczej mgliście, słońce przeświecało zza równomiernej warstwy chmur, z liści kapały ciężkie krople. Był to niezwykły las, stare drzewa porośnięte epifitami i lianami, paprocie wyrastające wysoko w konarach, a raz po raz w gąszczu słuchać było pokrzykiwanie nieznanych ptaków i kumkanie żab.

– Niech sobie frater dobrze zapamięta ścieżkę, bo ja już dziś na misję nie będę wracał – powiedział mój towarzysz.

Wyszliśmy wkrótce na podłużną polanę, jak na górskie tereny – wyjątkowo równą. U jej końca majaczyło coś, co we mgle skojarzyło mi się z samolotem. Kiedy podeszliśmy bliżej, okazało się, że miałem rację: stał tam samolot, tyle że zbudowany z pędów bambusa, słomy i bananowych liści. Miał nawet bambusowe śmigło. Obok niego zaś z godnością kapłanów paradowali miejscowi w wojskowych mundurach khaki! Ceremonia właśnie się zaczęła: uczestnicy ustawiali się w szeregach, wykrzykiwali komendy, salutowali, znów zmieniali szeregi. W końcu stanęli wzdłuż linii, którą ruszyłby ów samolot, gdyby był prawdziwym samolotem. Wtedy odezwały się bębny, wykonując utwór, który – czy to możliwe? nie wierzyłem własnym uszom – do złudzenia przypominał ścieżkę polskiej kapeli. Brzmiał jak rozpędzające się powoli śmigło samolotu, najpierw z wolna, potem szybciej i szybciej, w końcu słychać było tylko warkot. Tymczasem stojący wzdłuż »pasa startowego« uczestnicy skandowali:

Wudooneck! Wudooneck!

Widząc to wszystko, nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu, natomiast stojący obok mnie badacz skomentował:

– Wygląda to może nieco komicznie, ale jak się dobrze zastanowić, to ten obrzęd jest dowodem na istnienie samolotów. Jest także dowodem na to, że kiedyś jakiś samolot tu dotarł i przywiózł wudooneck. Ten wudooneck najwyraźniej bardzo się krajowcom podobał i chcieliby go więcej, więc próbują sprowokować przybycie samolotu. Niestety, nie rozumieją istoty rzeczy i powtarzają to, co najbardziej zwróciło ich uwagę. Jest to bardzo częste zachowanie ludzi we wszystkich kulturach.

Nigdy wcześniej nie spotkałem się z podobnym spojrzeniem na obrzędy ludów prymitywnych. Jest w tym sporo racji, trzeba umieć tylko wyciągać wnioski. Z tombaku można się śmiać, ale jest on dowodem na istnienie złota, bo kto produkowałby tombak, gdyby nie było złota? Tak samo można się śmiać z dzikusów, ale zadawszy sobie odpowiednie pytanie, można wyciągnąć ciekawe wnioski. Najwyraźniej mój towarzysz potrafił zadawać odpowiednie pytania. Postanowiłem dowiedzieć się o nim więcej.

– Czyżbyś był wędrownym antropologiem?

On na to tylko machnął ręką.

– Antropologiem? Skądże! Ale muszę już iść dalej, mam nadzieję, że frater bez problemu znajdzie drogę na misję.

To powiedziawszy, ukłonił się lekko i uchyliwszy kapelusza, przeszedł przez polanę i znikł w dżungli. Pytałem później misjonarza, co to za jeden, ale nie potrafił mi wiele powiedzieć.

– Nazywa się podobno Szuszwol ze Swarzyndza i jest wędrownym hermeneutykiem. Nic więcej o nim nie wiem.

Antropologia
Włodzimierz Fenrych

urodzony 10 maja 1955 r. w Poznaniu – absolwent historii sztuki na UAM w Poznaniu, obieżyświat, publikował w „Czasie Kultury”, „Spotkaniach” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor cyklu felietonów pt....