Terror równości

ks. Robert Nęcek: Jak scharakteryzowałby Ksiądz sytuację Kościoła katolickiego w Holandii?

ks. Korneliusz Harder: Jest bardzo trudna. To Kościół zamknięty i wrogo nastawiony do Rzymu, zupełnie nie rozumie papieskiego przesłania.

Taka sytuacja dotyczy wszystkich wiernych?

Nie wszystkie kościoły katolickie są puste. W niektórych regionach kraju świątynie są pełne, ale bywa, że nabożeństwa prowadzi w nich pastor albo ktoś przebrany za księdza, albo ksiądz wrogo nastawiony do hierarchii kościelnej, a czasem za ołtarzem stoi kobieta ubrana w liturgiczne szaty. Taki kościół nie ma łączności z biskupem diecezjalnym. Może lepiej by było, gdyby był pusty. Są jednak także dobre parafie, dobre miejsca modlitwy i domy rekolekcyjne.

W Kościele holenderskim jeszcze nie tak dawno było wiele powołań kapłańskich i misyjnych. Obecnie w Holandii sprzedaje się kościoły, a buduje meczety. Jakie są źródła tak poważnego kryzysu?

Warto tu przywołać słowa św. Pawła: „są (tylko) jacyś ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię Chrystusową”. Początki kryzysu Kościoła katolickiego w Holandii sięgają lat 60. Jest grupa ludzi, której zależało i zależy na działaniu niesprzyjającym Kościołowi. Zabiegi te zaś trafiają na podatny grunt.

Dlaczego akurat w Holandii?

Miały na to wpływ skomplikowane dzieje naszego kraju. W wielkim skrócie: od XVI wieku mocno tłumiono wiarę katolicką, gdyż państwo przeszło do obozu reformacji. Dopiero od 1853 roku za zgodą władzy nastąpił powrót hierarchii rzymskokatolickiej. Od tego momentu katolicy na nowo mogli otwierać i święcić świątynie, występować publicznie, zakładać szkoły, wydawać prasę i tworzyć diecezje. Liczba katolików nie przekroczyła już nigdy 35%. Obecnie nawet spadła. Socjologicznie można to łatwo zrozumieć, katolicy bowiem stworzyli zamkniętą grupę, nieustannie się czegoś lękając. Byli też zacofani gospodarczo i społecznie.

Jak funkcjonowało wówczas społeczeństwo holenderskie?

Protestanci, socjaliści i liberałowie byli negatywnie nastawieni do Kościoła katolickiego. W II połowie XIX wieku Holandię zamieszkiwały więc cztery walczące ze sobą społeczności, dlatego mówi się o tym czasie jako „okresie czterech filarów”. Od 1848 roku, czyli od momentu wprowadzenia demokracji parlamentarnej, wszystkie grupy miały równe prawa. Walka między nimi zaczęła się toczyć w sferze politycznej; wykorzystywano do niej parlament, prasę i manifestacje publiczne. Podczas gdy we Francji, Austrii czy Bawarii zdarzały się represje ze strony władców, w Holandii walczono tylko środkami demokratycznymi, a zasadnicze prawa gwarantowała konstytucja. Między 1870 a 1920 rokiem wielu katolików z innych krajów uciekało do Holandii. Zwłaszcza z Francji, w której szalała masoneria, m.in. z tego powodu tak liczna grupa zakonników i misjonarzy znalazła u nas bezpieczny dom. Katolicy holenderscy stosunkowo szybko odnaleźli się w tej sytuacji. Zabierali głos w kwestiach politycznych, wypowiadali się w prasie, zakładali seminaria, szkoły, kluby rozrywkowe i piłkarskie, zachowując przy tym odrębność. Obok każdego katolickiego klubu piłkarskiego był podobny klub socjalistyczny, liberalny i protestancki. Tak było we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Rywalizacja między stronnictwami była zacięta, zaostrzała zaś ją jeszcze trudna sytuacja gospodarcza. Tak było aż do II wojny światowej.

Nawet wojna nie zbliżyła stron?

W latach okupacji hitlerowskiej nastąpiło pewne zbliżenie, gdyż był wspólny wróg, ale zaraz po wojnie wszystko powróciło do poprzedniego stanu. W latach 60. gospodarka zaczęła się gwałtownie rozwijać. Pojawiły się tak prężne firmy, jak Shell czy Philips, rozbudowywał się port w Rotterdamie. Katolicy mieli w tym swój udział. Zgodnie z nauką społeczną Kościoła katolicy nastawieni byli na troskę o klasę robotniczą, co zbliżyło ich w parlamencie do socjalistów. Znaleźli też sposób na polityczną współpracę z liberałami. Dochodziło powoli do wymiany światopoglądów. Podwyższenie poziomu życia materialnego skłoniło katolików z wyższych warstw społecznych do innego podejścia do spraw kościelnych i religijnych. Równocześnie część Kościoła pozostawała zamknięta na dialog z różnymi światopoglądami, tworząc swoistą fortecę. Poprawa sytuacji materialnej katolików z jednej strony i pycha duchownych z drugiej doprowadziły do pęknięcia w Kościele holenderskim, grupy te oddaliły się od siebie.

Kardynał Danneels z Belgii stwierdził, że „bycie chrześcijaninem było takie łatwe, iż przestaliśmy zwracać uwagę na wartości chrześcijańskie i powoli staliśmy się poganami”. Jak skomentowałby Ksiądz te słowa?

Według teorii Masłowa człowiek, który już nie musi walczyć o podstawowe potrzeby, zaczyna interesować się sprawami duchowymi i wychodzi mu to albo na dobre, albo na złe. W miarę rozwoju gospodarczego coraz więcej katolików studiowało na wyższych uczelniach, a przez to tworzyło elity i otwierało się na nowe poglądy. Osoby z innych filarów przestały być wrogami, a stały się partnerami, od których można się było wiele nauczyć.

Jakie były skutki tych przemian?

Fałszywie pojmowana wolność i autentyczność, a także niewłaściwie rozumiane samowystarczalność i dialog spowodowały, że starych rodziców zaczęto umieszczać w domach opieki. Dzieci nie chciały być świadkami ich chorób i niedołężności, reklama promowała jedynie młodych, zdrowych, bogatych i silnych. Do lamusa powędrowały takie pojęcia, jak cierpienie, ofiara czy obowiązek. To wszystko ma przecież ogromny wpływ na przeżywanie wiary!

Kiedy zaczęły pustoszeć kościoły?

W latach 1955–1965 kościoły były jeszcze pełne. Założono nawet dwie nowe diecezje — Groningen i Rotterdam. Istniały jeszcze wszystkie stronnictwa — katolickie, protestanckie, socjalistyczne i liberalne — wraz z ich uczelniami, gazetami, klubami, związkami zawodowymi i stowarzyszeniami. Niestety, była to już tylko fasada, choć przeciętny katolik był święcie przekonany, że Kościół i społeczeństwo katolickie pozostają nienaruszone! Dzieci uczęszczają przecież do szkół katolickich, grają w piłkę w klubie katolickim, czytają gazetę katolicką i oglądają katolicką telewizję. Wszystko jest w porządku! Tymczasem brak autentycznej troski o inteligencję katolicką ze strony hierarchii spowodował, że wierni zaczęli odcinać się od korzeni i tworzyli własny system wartości. Dużą rolę odegrały środki masowego przekazu należące do innych filarów. Nowe teorie pojawiły się również w łonie samego Kościoła. Przeniknęły do seminariów, diecezji i parafii. Wielkim echem odbiło się w Holandii powstanie studenckie w Paryżu z 1968 roku i postulowanie demokracji we wszystkich instytucjach. Trzeba również wspomnieć o narodowej cesze Holendrów: nie znoszą oni, gdy ktoś się czymś wyróżnia. Taki duch antyhierarchii trudno znaleźć poza Holandią. Uwydatnienie różnicy, klasy lub stanu uważa się tam za największy grzech społeczny. Łatwo zatem zrozumieć, jaki miało to wpływ na pojmowanie Kościoła.

Jak zareagowała hierarchia Kościoła katolickiego?

Nowa elita kościelna już w latach 60. przestała chodzić w habitach, sutannach i szatach liturgicznych, w myśl zasady, że w Kościele wszyscy mają być równi. Zaniedbano duszpasterstwo powołań, mianowano świeckich teologów, którzy przewodniczyli nabożeństwom. Rozbudowywano kurie diecezjalne. Powstawały biura prowadzone przez osoby świeckie lub przez księży, którzy porzucili kapłaństwo i zawarli związki małżeńskie. Ci ludzie przygotowywali katechezy dla szkół i prawne poradniki dla księży homoseksualistów. Powołano komitet „ds. praw człowieka w Kościele”. Wszystko odbywało się na koszt diecezji. Większość biskupów lękała się opinii publicznej. Zaraz po zakończeniu II soboru watykańskiego inteligencja holenderska zwołała narodowy sobór duszpasterski (1969–1971) w miejscowości Nowdwykerhout pod Amsterdamem, na którym de facto tworzono niezależny Kościół. Sami biskupi nigdy nie byli nielojalni wobec papieża, ale bali się wziąć na siebie odpowiedzialność za Kościół. Wynikało to prawdopodobnie z braku głębszej więzi z Jezusem i Jego Matką. Papież Paweł VI, widząc dramatyczną sytuację, zaprotestował. Dopiero wówczas biskupi holenderscy zdobyli się na słaby gest solidarności z Rzymem, ustalając na nadzwyczajnym posiedzeniu Episkopatu Holandii zasady dotyczące liturgii, nauki dogmatycznej i zasad moralnych mające obowiązywać w Kościele rzymskokatolickim. Niestety, było już zbyt późno! Dwóch biskupów, którzy trzymali się mocno apelu papieskiego: Gysen i Simonis, musiało odejść pod presją opinii publicznej. Co prawda Simonisa mianowano potem kardynałem, ale dopiero, gdy zrezygnował ze swej stanowczej postawy.

Co się zmieniło od czasu tamtego nadzwyczajnego posiedzenia Episkopatu Holandii?

Niewiele. Kościół nadal pozostaje zamknięty, lękliwy i chłodno nastawiony do Rzymu. Dokumenty papieskie tłumaczy się ze sporym opóźnieniem i tylko po to, by je zaraz zamknąć w diecezjalnych szufladach. O ustanowieniu Niedzieli Bożego Miłosierdzia całkowicie milczano, podobnie w sprawie roku różańcowego. Mało osób wiedziało o 25. rocznicy pontyfikatu Jana Pawła II. Jeżeli zaś ktoś wiedział, to za sprawą niektórych odważnych i niezachwianych księży. A są tacy. Niewielu, ale są!

Kryzys Kościoła to przede wszystkim utrata wiary w obecność Jezusa w Eucharystii. Czy do takiego stanu rzeczy nie przyczyniło się zredukowanie kapłaństwa do wymiarów socjologicznych?

To trafne spostrzeżenie. Kościół holenderski przyjął styl dobrze prowadzonej, prawie świeckiej instytucji, zapominając, że źródłem jego życia jest eucharystia. Podam konkretny przykład. W ubiegłym roku w czerwcu obchodzono uroczyście 150–lecie przywrócenia hierarchii katolickiej w Holandii. W ramach całodniowego programu odprawiono co prawda mszę świętą pod przewodnictwem całego Episkopatu, a homilię wygłosił kardynał Simonis, ale podczas uroczystości nie było żadnej wzmianki o roli Matki Bożej, w świątyni nie było tabernakulum z Najświętszym Sakramentem, zwykli księża nie zostali zaproszeni do koncelebry, nie stworzono także wiernym możliwości spowiedzi. Głównym punktem poza mszą świętą było wystąpienie byłego premiera, który mówił o problemie uchodźców i dyskryminacji obcych. Biskupi z jednej strony zdają sobie już sprawę z różnych problemów, ale z drugiej strony nie mają jeszcze odwagi im zaradzać. Jest w tym coś tragicznego. Relacje prasowe były pełne zachwytu. Niewielu jednak zauważyło poważne braki. Mało kto patrzy głębiej.

Najgorsze, że przeciętny katolik jest przekonany, iż taka jest prawdziwa wiara, a nie uświadamia sobie, że jest to mieszanka psychologii i socjologii w sosie religijnym. Nie brakuje dobrej woli, ale obecne pokolenie wiernych znalazło się na bezdrożach, co jest skutkiem sytuacji panującej w latach 60.

Czy widzi Ksiądz drogi wyjścia z zapaści religijnej w Holandii? Czy potrzebni będą męczennicy?

Męczennicy już się pojawiają. Wystarczy podać przykład biskupa Bomensa z diecezji haarlemskiej. Był ciągle atakowany przez prasę, telewizję, związki homoseksualistów i żonatych księży. Nie ugiął się. Zmarł na zawał serca. Grupa wiernych z jego diecezji uważa go za pierwszego męczennika tych czasów w Holandii. Są pewne iskierki nadziei, gdyż jego następca biskup Józef Punt jest człowiekiem tego samego pokroju. Tylko w jego diecezji liczba powołań utrzymuje się na tym samym poziomie, układ organizacji w diecezji jest normalny. Punt założył także seminarium Redemptoris Mater. Trzeba jeszcze wspomnieć ordynariusza Roermondu z lat 80. (diecezja limburska, na granicy holendersko–niemieckiej), biskupa Gysen, który założył seminarium według zasad rzymskich. Prawdziwy Kościół katolicki w Holandii żyje, ale żyje w ukryciu, tak jak w XVI i XVII wieku, z tą różnicą, że nie prześladuje go państwo protestanckie, lecz jego bracia. Nadzieją Kościoła holenderskiego są powstające przy parafiach ruchy i stowarzyszenia, a także grupy modlitewne. Są i zawsze byli księża i wierni, którzy wiedzą, o co tak naprawdę chodzi w Kościele Chrystusowym.

Nie można mieć pretensji do przeciętnego katolika o obecny stan rzeczy. Mimo że nie żyje według nauki Kościoła, mimo że się nie spowiada, a zawsze przystępuje do komunii świętej, mimo że nic o wierze nie wie, nie ponosi za to winy. Kto miał go tego nauczyć? Wina leży po stronie biskupów, wikariuszy diecezjalnych i księży, gdyż w wielu wypadkach ich sposób życia wcale nie jest lepszy niż sposób życia świeckich.

Jak Ksiądz postrzega religijność Kościoła w Polsce? Bywa Ksiądz w naszym kraju dosyć często.

Podczas pobytu w pewnej parafii w Hadze poznałem księdza z Polski, znajomego jednego z tamtejszych parafian. Mówił biegle po niemiecku. Zaprosił mnie do Polski na wakacje. Pojechałem i zobaczyłem, jak funkcjonuje Kościół w Polsce. Byłem bardzo zaskoczony, gdyż jako student seminarium z Rotterdamu uświadomiłem sobie brak porządnej formacji seminaryjnej i kapłańskiej. Odtąd postanowiłem być w kontakcie z Polską i Kościołem polskim. Zapoznałem się z religijną praktyką polskich rodzin, widziałem, jak wyglądają katechezy w szkołach i jak się przygotowuje wiernych do sakramentów, a także jak się obchodzi uroczystości kościelne. Mam szczęście, że obok mojej parafii znajduje się parafia polska. Dobrze mi się z nią współpracuje.

Nie idealizuję Kościoła w Polsce, bo znam jego problemy i wady. Jednak muszę podkreślić, że dzięki kontaktom z waszym Kościołem udało mi się uratować własne powołanie kapłańskie i odnaleźć prawdziwą tożsamość duchową. To, że w mojej rotterdamskiej parafii liturgia sprawowana jest w sposób normalny, że tutaj się modli i spowiada, z całą pewnością zawdzięczam polskiemu Kościołowi i jego duchowieństwu.

Terror równości
ks. Korneliusz Harder

proboszcz parafii świętego Mikołaja w Rotterdamie, pochodzi z rodziny holenderskich protestantów....

Terror równości
ks. Robert Nęcek

urodzony 1969 r. w Krakowie – katolicki prezbiter, doktor habilitowany nauk społecznych, rzecznik prasowy Archidiecezji Krakowskiej (2005-2016), felietonista w gazetach „Polska The Times”, „Gazeta Krakowska”, „Rzeczpospolita”, „Dziennik Polski”....