Cios

1.

Pani Wandzia rozłożyła bezradnie ręce, po czym wskazała głową na drzwi pokoju gościnnego. Wacław odpłacił miną informującą, że nie wie, o co chodzi. Przysunęła się zatem do jego ucha i wyszeptała konspiracyjnie:

— Skalski czeka na księdza od godziny. Ten doktor… Mówi, że ksiądz go zna i że on musi się z księdzem koniecznie zobaczyć. Wprowadziłam go do gościnnego… Nie wiem, czy dobrze zrobiłam.

Wacław mrugnął na znak, że wszystko jest w porządku. Wszedł do pokoju. Skalski siedział zatopiony w jakiejś lekturze.

— Co za miłe spotkanie — przywitał się Wacław.
— He, he, to nie jest tak, jak ksiądz myśli… — gość uśmiechnął się filuternie.
— Ale ja nic nie myślę, tylko się cieszę.

Skalski patrzył przez chwilę na Grosera tajemniczo.

— Bo widzi ksiądz, nie przyszedłem tu dyskutować, jak w chory sposób uzdrowić sytuację w małżeństwie, choć jestem niezłym specjalistą w tej dziedzinie. Na kolędzie chyba plotłem trzy po trzy, bo potem Maryla była na mnie zła. Ale… wtedy, w czasie tej kolędy, wie ksiądz, co pomyślałem?

Groser pokręcił głową.

— Że chciałbym księdzu w jakiś sposób pomóc, choć nie wiem, dlaczego. Po prostu są ludzie budzący jakiś szczególny rodzaj sympatii… Dziwne, co? Nie jestem gorliwym katolikiem, nie jestem księdzu nic winien, ha, nawet nie jestem pedałem, a chcę księdzu pomóc.

Groser milczał lekko zakłopotany tym szczególnym wyznaniem sympatii.

— Chyba miesiąc minął od kolędy? W zeszłym tygodniu operowałem kręgosłup pani Jadzi, znajomej gaździnie, przesympatycznej kobiecie, do której jeździliśmy z Marylą na wakacje. Jej mąż chce mi się koniecznie odwdzięczyć. Jestem neurochirurgiem, więc czasem w oczach pacjentów nabieram cech boskich. Moja pacjentka przez dwa lata chodziła do ortopedów i internistów. Pewnie wkrótce musiałaby do nich jeździć na wózku. Mówię to tylko, żeby wyjaśnić, dlaczego zasłużyłem sobie na dar wdzięczności, z którym nie wiem, co począć. I właśnie z tym do księdza przyszedłem. Mąż mojej góralki, mnie naciska. „Panie Bułka, daj pan spokój, mam pieniądze…” , tłumaczę, a on nic. „Serce za serce”, powiada. Uparł się. Moja odmowa jest dla niego obrazą, powiedział, że mi zbuduje daczę, ale ja nie chcę żadnej daczy.

Wacław zrozumiawszy, że zanosi się na dłuższą opowieść, zaproponował przejście do wynajmowanego przezeń pokoju. Rozsiedli się wygodnie w fotelach z epoki gierkowskiej. Na pytanie, czy się czegoś napije, Skalski oznajmił z żalem, że przyjechał samochodem. Groser nie zdążył wyjaśnić, że miał na myśli herbatę, bo gość nerwowo zaczął kontynuować swą opowieść.

— Z daczy, proszę księdza — machnął ręką — już się wyleczyłem. Mieliśmy kiedyś, jak jeszcze mieszkaliśmy w bloku. Miała dawać ukojenie po całotygodniowych nerwach. Dajcie spokój!… Co roku mi coś kradli. Przeżywałem to strasznie, ale naprawiałem szkody. Rozwalone zamki, wybite szyby. Aż pewnego dnia, kiedy nie było już co ukraść, delikatnie mówiąc, narobili mi na stół. Wtedy powiedziałem: „Dość. Nigdy więcej moja noga w tej okolicy nie postanie”.

Wyciągnął paczkę marlboro i zaproponował Groserowi.

— Nie, nie palę, ale proszę.

Wacław zaczął rozglądać za czymś w rodzaju popielniczki, ale Skalski wyciągnął trzy papierosy pozostałe w paczce i użył do strząsania popiołu pudełka.

— No i wracając do naszego Bułki. Wyłożyłem mu swoje argumenty, ale widzę, że chłop nieszczęśliwy, tak jakbym wziął go za biedaka, który nie może już nic dać — Skalski zaciągnął się głęboko. — I wtedy pomyślałem o księdzu. Mówił ksiądz, że ma już drewno na kaplicę, które mu rozkradają… No to zamiast daczy Bułka mógłby pomóc przy tej kaplicy. Zapalił się jak cholera, gdy mu powiedziałem o takiej możliwości. Górale alkohol i budowę kościołów mają we krwi. No to co ksiądz na to? Bułka twierdzi, że pora już odpowiednia. Przyszedłem dzisiaj, bo Bułka jutro wyjeżdża, więc mógłby jeszcze dogadać z księdzem szczegóły. Mówi, że tydzień i kaplica stoi. Może przesadza. Niech będą dwa tygodnie… No to jak, przyprowadzić tego Bułkę?
— No nie wiem, tak myślę, czy pan jakoś na tym nie straci… — Groser najchętniej uciekłby w popłochu, ale zapaliła mu się czerwona żaróweczka. Stanecki znowu wyzwałby go od niedojdy.
— Ależ skąd. Proszę księdza, jest tyle ohydy wokół nas, afery, chamy, złodzieje, wszyscy wszystkich podgryzają, więc jak się nadarza szansa, że można zrobić coś… no czystego. Nie wiem, czy tym choć trochę zmażę moje grzechy, ale Marylka do końca żywota będzie mnie na rączkach nosiła. Ona mówi, że ksiądz ma w oczach niebo.

Skalski niby cytował żonę, ale sam chyba podzielał ten pogląd.

— Jutro o ósmej… miałby ksiądz czas?
— Myślę, że tak.

Po wyjściu gościa Wacławowi zawirowało w głowie. Wydarzenia w ostatnich tygodniach nabierały zbyt dużego tempa, a przecież ponoć Boże młyny mielą powoli. Pewnie by w ogóle zwariował, gdyby nie pomoc Adama Staneckiego z Fundacji Pomocy Samotnej Matce. „Pamiętaj, życie polega na wykorzystywaniu okazji — pouczał go. — Z niewykorzystanych okazji będziesz rozliczany na sądzie ostatecznym, jak z niepomnożonych talentów”.

Jedna z takich okazji nadarzyła się na przykład dwa tygodnie temu. Zmarła, a raczej została zamordowana jego niedoszła parafianka Zofia Burak. Nomen omen. Zwali ją też Fioletowa. Mieszkała w sąsiedztwie. A raczej prowadziła melinę. Jej wspólnik czy też kochanek, Ryży Bronek, na którego widok przestraszone dzieci przechodziły na drugą stronę jezdni, trudnił się odłupywaniem mosiężnych literek z nagrobków na parafialnym cmentarzu. W czasie ostatniej pijatyki zabił z niewiadomych powodów Burakową nożem, a potem się powiesił. Adam Stanecki zobaczył w tym palec Boży i nakazał mu działać, tzn. kupić po korzystnej cenie od rodziny nieboszczki teren z ruderą, w której ta dokonała żywota. Nikt się nie kwapił do kupna chałupy, która była sceną morderstwa i samobójstwa. „Pan Bóg z każdego zła potrafi wyprowadzić dobro — przekonywał Adam. — Jeśli myślisz poważnie o przytulisku, to chyba widzisz tu działanie opatrzności” — przemówił, naśladując dewocyjny ton. Groser znał oczywiście jego pragmatyzm, więc nawet gdyby nie słyszał ironii w głosie, wiedziałby, że żartuje. Historia powstającej parafii zapowiadała się już arcyciekawie.

Wacław siedział przed kartką białego papieru i kreślił dość bezmyślnie hasła: kaplica, Skalski, Bułka, przytulisko, Twaróg, pieniądze, Ryży Bronek.

Wyciągnął projekt kaplicy. Prostokąt o wymiarach 15 na 30 metrów. „O Boże, w co ja się ładuję? Całe życie miałem dystans do księży budowniczych”. Wacław zawsze wyznawał teorię, że kościół winien być jak namiot wędrowca, który można zwinąć w razie potrzeby i podążyć drogą, którą wskazują gwiazdy. „No cóż, prawo rynku, Pan Bóg nie zapłaci czynszu za nierentowne budynki”, skwitował kiedyś dyskusję o zamykaniu w Niemczech całych parafii.

Wczoraj dzwonił do niego Cybula, też chyba opatrznościowo, żeby nie wpakował się w żadną aferę w czasie budowy. „Wierni będą ci patrzeć na rączęta jak nigdy”. Dał mu stosowne exemplum z Kołomorza. Rozmawiał z Jadwisiakiem, który kupił niezwykle ekonomiczny piec na olej. Cybula zainteresował się, a wręcz wyraził chęć kupna czegoś podobnego, na co usłyszał: „Oj proboszcz, zrób to po kryjomu, żeby się tylko parafianie nie dowiedzieli”. „Ale przecież sam pan mówi, że wielu parafian przestawia się na te piece”. „No tak, ale oni to mają za własne pieniądze i z własnej roboty”.

„Jak tu ocalić siebie? Od budowy nie ma przecież odwrotu”. Dumał tak, aż się zrobiło wpół do dwunastej. Rano o ósmej spotkanie ze Skalskim i z Bułką na placu budowy. Sen jednak nie przychodził. Poszedł zaparzyć sobie melisy. Potem chciał włączyć jakąś kojącą muzykę, ale bał się, że pora już zbyt późna i może obudzić panią Wandzię. Położył się, a jako dodatkowy środek nasenny wziął książkę Pułapki nadmiernej troskliwości, którą ofiarował mu ostatnio Cybula. Środek okazał się niezwykle skuteczny, po jakichś trzech minutach książka wypadła mu z ręki na dywan. I potem nagle podryfował w stronę Magdy. Wsiadała do dziurawej łódki i płakała, a on ją wypychał ni to na jezioro, ni to na morze i powtarzał jej: „Nie płacz, nie bój się, wypłyń na głębię”.

W chwili gdy Wacław wypychał na głębię Magdalenę, na jawie było po dwunastej w nocy, a w kieszeni jego spodni dzwoniła komórka, ale jej dźwięk nie przedarł się do świadomości Grosera.

2.

Dochodziła szósta rano. Paweł wsadził klucz w drzwi i przekręcił go tak delikatnie, jakby manipulował przy zapłonie bomby. Marzył, by wejść jeszcze na dwie godziny do łóżka. Gdy postawił nogę na pierwszym stopniu schodów, usłyszał głos Wargina.

— Pawełku, martwiłem się o ciebie. Dzwoniła jakaś siostra, ale za diabła nie wiem: Dolorosa czy Judyta. Podobno byłeś poza zasięgiem.

Pocisk trafił celnie. Paweł zacisnął zęby i nie odwracając się, odparł:

— Tak, wiem — ledwo wytrzymał nerwowo tę prowokację.
— Chciałem ci pokazać pewne znalezisko archeologiczne w jadalni… — Krystian chciał powiadomić go o sprawie sejfu, zanim uczynią to inni.
— Później zejdę, muszę złapać jeszcze trochę snu…
— Bracie, ostrożnie. Te noce skupienia mogą ci nie wyjść na zdrowie, w końcu wszedłeś w wiek poborowy…

Paweł opanował się resztkami sił. Dotarł do łazienki. Spojrzał w lustro. Zamknął oczy.

* * *

Wargin nie dał za wygraną. Kiedy Paweł zszedł o dziesiątej do kuchni, licząc, że jak co dzień jego proboszcz wypuści się na miasto, zastał go przy stole przeglądającego „Wyborczą”. Na widok Pawła Wargin odłożył ją kurtuazyjnie na bok.

— Musimy się przez tydzień pogospodarzyć sami. Prosiłem Helenkę, by sobie odpoczęła, aż przejdzie główne natarcie brygady Skotarczaka — obserwował kątem oka Pawła, który nie przejawiał najmniejszego zainteresowania jego słowami. — No to się Gocłowski doczekał — wrzucił news z „Gazety”. — Stella Maris ich ładnie wyprowadziła. Komornik w kurii. Obrazy i meble gdańskie pójdą pod młotek. Widzisz, jak to warto być ubogim i spać spokojnie… Ostatnio Florek opowiedział mi dobry dowcip — Krystian był kolegą nowego biskupa, o czym uwielbiał przypominać w każdej rozmowie.
— Proboszcz pisze opinię o swoim wikarym do biskupa. No i zaczyna tak: Ksiądz Pikuciński chętnie zagląda do kieliszka, jest chciwy na pieniądze, ugania się za kobietami, ale jako kapłan… bez zarzutów. He, he, niezłe, co?
— Znam.
— I mi go nie opowiedziałeś? O, mój wikuś nie dba o edukację swojego proboszcza. Wiesz, że uwielbiam dowcipy o księżach.
— Nie dowcip. Znam faceta.
— Którego?
— No tego wzorowego kapłana.

Warginowi uśmiech zwiądł na wydatnych ustach. Paweł, chcąc uprzedzić dalszy dialog, rzekł:

— Słuchaj, muszę na parę dni wyjechać.
— Dlaczego?
— Bo nie mogę na siebie patrzeć w lustrze…
— Paweł, nie żartuj, jest remont…
— No właśnie, nie będę zawadzał, a moje obowiązki… poproszę Franka, a jak nie będzie mógł, to załatwię kogoś innego na zastępstwo. Nie martw się.
— No dobrze, ale nie wiem, czy fachowcy nie będą w tych dniach musieli wejść do twojej łazienki. Trzeba wymienić pion w centralnym.
— A niech sobie wchodzą — każdym słowem, każdą wypowiadaną głoską Paweł komunikował: „Daj mi święty spokój!”. Krystian miał jednak przedziwną zdolność niezwracania uwagi na wzgardę okazywaną mu przez rozmówców. Może to była gruboskórność, a może po prostu nie pozostawało mu nic więcej, jak przełykać to, od czego inni dawno by zwymiotowali.
— I jeszcze jedna sprawa. Myślę, że to jest naturalne, no wiesz, chciałbym, abyś przynajmniej wypożyczył obraz Popiełuszki do Sali Proboszczów. Czy mogę na to liczyć?

Paweł wzdrygnął ramionami.

— Jeśli uważasz, że to nie oszpeci tego miejsca. Tylko proszę… nie rozgłaszaj, kto go namalował.

3.

Bułka zdjął pas papy przykrywający drewno z Kołomorza. Przejechał dłonią po desce.

— Pikne, i tyn, co ukodoł, znoł się na zecy — chwilę coś kalkulował. — To jo bez tzy dni bedom. Przywieze piłe, betoniarke, dwa Maćki. Bez tydzień bydzie juz co cudować.
— Nie przesadza pan? Najgorsze podobno fundamenty — wyraził wątpliwość Groser.
— Jakie tam fundamenty? Godanie. Co tzy metry do się stopę i starcy za wiwat. Nie bydzimy betonu marnować. To zadyn ciężar dźwiga. Niek se i halny psydzie, i nic się nie stanie. Nawazniejse, ze prund mocie.

Bułka wziął projekt kaplicy i rozłożył na desce. Patrzył przez chwilę i z ubolewaniem kiwał głową.

— Ino mi tyn mundry, co to wyrysował na budowe, niech nie lizie. Chyba ze jak wieche powiesimy.

Potem wyciągnął miarę i zaczął rachować poukładane w sztaplach drewno.

— Kopka mi maławo się wydaje. Ale tyn gazda moze jescy księdzowi jakom stachete do? Kuźwa, tak na jedne ścianę bydzie kiepsko — Bułka na szczęście nie mówił jak ortodoksyjny baca, tak że Wacław prawie wszystko rozumiał.
— A gdyby tak, bo wie pan, mi się tak marzy, jakby jedną ścianę zrobić z kamienia… — spytał Groser. — Może to by nie było drogie? Czy to by było trudno taką ścianę zrobić, jakieś takie chociaż fragmenty?

Otworzył zeszyt i narysował ścianę ołtarzową z kamieni.

Bułka spojrzał z uśmiechem na Skalskiego, który w milczący sposób towarzyszył budowniczym.

— Ano sprógować mozna. Zapytom, jak sie skole muruje. Naumiem się i psyjade. Jako siutrownia ka tu jest, to sie skoli nawlyce. Ino jakiego przewoźnika ksiądz zamówi, zeby robota od poniedziałku ino śmigała. Ceba siutru i skoli nawlyc…

* * *

W poniedziałek rano Bułka, tak jak zapowiedział, zameldował się ze swoimi pomocnikami i sprzętem. Piła tarczowa, heblarka, betoniarka. Wyładowali też ze samochodu okna i drzwi.

— A to? — spytał Groser.
— A to tak na wselki wypadek.

Bułka wyglądał przy swoich pomocnikach jak ojciec z dziećmi, które do podstawówki chodzą. Maćki sięgali mu do ramienia, twarze mieli jednak tak zorane i ogorzałe przez wiatr, a może alkohol, że raczej nie mogły to być jego rodzone dzieci.

— No to w imię Łojca i Syna, niek ksiądz do jaki wywód, zeby Pon Bucek cuwał nad nami.

O dziewiątej przyjechał załatwiony przez Mackiewicza przewoźnik. Bułka uzgodnił, w jakiej kolejności ma przywozić towar, oddelegował jednego Maćka, a potem zabrał się do wytyczania kaplicy. Do wykopania było około trzydziestu dołów na stopy betonowe, na których miała się opierać konstrukcja kaplicy. Zaczęła też nadchodzić armia „ceprów” do kopania zwerbowana różnymi kanałami przez Wacława. W sumie około 15 osób. W liczbie tej był też i jego bezdomny — ten, który najpierw trochę desek Groserowi podprowadził, a potem reszty już pilnował.

— A te pana Maćki, to jakaś rodzina? — spytał w którymś momencie Wacław Bułkę.
— Moja cała rodzina w Hamaryce, tylko jo tu jak palusek się ostał. Dwie siostry mom zakonnice, jedna w Zymie, a druga w Kanadzie, u Indian w rezerwacie mitrozy. I tak ji sie psyksy. Te Indiany to tak do Pana Bócka nie bardzo. Ino flasecka i jazda, jescy lepsi niz nasi, a po tym psychodzą, żeby co dzieckom uwazyć. A ksiundz tyz ma jakom siostrę zakonnice?
— Mam, ale nie rodzoną.
— Zawse jakoś, siostra to jest śwarna zec.

Dwa dni przycinali, sortowali, heblowali. W środę zaczęli stawiać konstrukcję. Pracowali od siódmej do siódmej. Bułka z Maćkami i cepry.

* * *

W piątek mury zaczęły iść do góry. Wacław przeżył wzruszenie, o które nigdy by się nie podejrzewał. I właśnie w tej najradośniejszej chwili na plac podjechał policyjny lanos.

— Ło kuźwa — jęknął Bułka. Pewnie przypomniały mu się czasy, kiedy to jeszcze za PRL–u stawiali pod osłoną nocy nielegalne kaplice.

Wacław rozpoznał z daleka po wąsach i okularach Norberta.

— Róbcie, róbcie panowie, to swój — uspokoił ekipę i ruszył na powitanie przybyłych.
— Ksiądz Wacław, Robert Imadełko, spec od sekt — Norbert dokonał prezentacji. Groser podał dłoń i natychmiast zrozumiał, skąd przydomek policjanta. Po serdecznym uścisku przez chwilę rozmasowywał dłoń.

Imadełko poinformował Wacława, że z dużym prawdopodobieństwem mogą określić miejsce pobytu Magdy Żurek. Wiedzą to na podstawie zeznań byłego członka orientalnej sekty o nazwie Dzieci Światła. Nie jest to wielka grupa. Na razie mają w Polsce jeden stały ośrodek w okolicach Wałcza. Raz na miesiąc wypuszczają się do większych miast na łowy. Wtedy pojawia się ich guru, który jeździ po całym świecie, kierując organizacją. Jest Bramą, przez którą się wchodzi na Ścieżkę Wyższej Świadomości. Na razie nie ma prawnych podstaw do ingerencji w działalność sekty. A Magda jest pełnoletnia.

— Jak mógłbym dotrzeć do Magdy? — spytał Wacław.
— Jedyną metodą jest zgłoszenie się na kurs Ścieżki Świadomości. Tylko czy ksiądz nie obawia się prania mózgu?
— Zaryzykuję…
— Członkowie sekty muszą opowiadać w szczegółach o swoim życiu duchowemu opiekunowi — wtrącił się Norbert. — Tak więc prawdopodobnie nie jesteś dla nich obcy. Trzeba, abyś zmienił nieco wygląd, ale z tym najmniejszy kłopot. Po wizycie u naszej wizażystki sam się nie rozpoznasz. Magda jednak twojego głosu chyba nie zapomniała.
— Prawdopodobnie ona ma zmienioną świadomość — powiedział Imadełko. — Trudno liczyć na powrót skruszonej dziewczynki, ale zdarzają się cuda, może coś w niej pęknie. Jeśli ksiądz w to wchodzi, to jutro musiałby ksiądz być w Opolu — policjant wręczył Wackowi plakacik na ksero informujący o spotkaniu. — Aha, i proszę się nie golić…

4.

Wieczorem ubłagał Adama Staneckiego o dozór budowlany na czas nieobecności. W sobotę rano Norbert zawiózł go na policję, gdzie charakteryzatorka zmieniła mu włosy sprayem na psychodeliczny kanarkowy kolor, nałożyła okulary ŕ la Owsiak. Do tego dochodził ciemny zarost i srebrny łańcuch z olbrzymim krzyżem.

Parę minut przed szesnastą zadzwonił do drzwi pod adresem podanym na plakacie. Otworzył mu młodzieniec w granatowym stroju i powiódł do pokoju, w którym panował półmrok i sączyła się orientalna muzyka. Siedziało tam kilkanaście osób, głównie dzieci, ale było i trochę takich koło trzydziestki. Żadnych rozmów. O 16.00 wszedł mężczyzna — prawdopodobnie guru — ubrany w złotogranatową tunikę. Za nim stanęła grupa w żółtych szatach. Przemówił w języku angielskim przetykanym jakimiś azjatyckim. Tłumaczyła go stojąca obok dziewczyna.

— Przybyliście tu, bo nie możecie już żyć w świecie kłamstwa i przemocy, bo szukacie drogi, która powiedzie was ku Światłu. Nikt jednak nie może wejść na Ścieżkę Światła, dopóki nie pogasi w sobie świec mroku. Pali się w was czarne światło…

W trzecim rzędzie za przemawiającym Groser dostrzegł obciętą na jeżyka Magdę.

— Tylko człowiek, w którym zgasną światła mroku, może wejść na ścieżkę światła. Modlę się, aby w ciągu tych kilku dni, które są przed wami, jak najwięcej z was przejrzało. Wędrowcy Światła, którzy podążają tą drogą od dawna, umyją wam za chwilę nogi, ręce i czoło, abyście stanęli przede mną gotowi na zgaszenie mroku.

* * *

— Magdo — Wacław nie tracił czasu, zamknąwszy drzwi maleńkiego pokoju. Wiedział, że ma do dyspozycji być może parę sekund, może minut. Odczytał jako pierwszy cud w tej wyprawie, że potrafił tak przetasować się w kolejce rozdzielającej się na trzy pokoje, że wszedł do tego, w którym była Magdalena. Wyobraził sobie, że wszystko potoczy się w tak cudowny sposób.
— Dlaczego tu przyszedłeś? — odezwała się głosem pełnym wyrzutu. To go nieco ostudziło, pogubił się w przygotowanej strategii rozmowy.
— Żeby cię ratować. Twoja matka się zadręczy — po minie Magdy zrozumiał, że sięgnął po niezbyt szczęśliwy argument.
— Mówisz o kobiecie, która mnie przyniosła na świat? Moja prawdziwa matka jest tutaj, ona każdego dnia stawia krok po kroku ku Światłu. Mówisz o kobiecie, która była tylko opakowaniem dla mego niemowlęcego ciała.
— Co oni z tobą tu robią? Wyglądasz na chorą.
— Jestem jeszcze niedoskonała. Za słabo odmawiam swoje mantry — odpowiedziała ze spokojem.
— Wiem, że to moja wina. Zrób to dla mnie, Magdaleno. Ci ludzie wykorzystają cię i zniszczą. Wyrwę cię stąd.
— Jesteś biedny, przecież to właśnie w twoim świecie wykorzystuje się człowieka.
— Magda, wróć! — Groser upadł na kolana.
— Nie mogę, mam tu dziecko i męża, jestem szczęśliwa. Czy chcesz, żebym umyła tobie nogi? Inaczej nie możesz stanąć przed mistrzem.

Kiwnął głową. Dziewczyna uklękła i namoczyła ręcznik w misce. Nie wiedział, co powiedzieć. Bał się, że przez nierozważne słowo straci swoją szansę. Postanowił działać roztropnie. Będzie miał do dyspozycji parę dni, zobaczy lepiej, w jakie miejsca uderzyć, co jej powiedzieć.

* * *

Odemknął powiekę. Miał wrażenie, jakby podniósł wielotonowe wieko. Ujrzał nad sobą błękitne niebo i gałęzie drzew. Próbował sobie uzmysłowić, kim jest, a potem, gdzie jest. Kompletował fakty dotyczące swego położenia. Był półprzytomny. Pamiętał jedynie, że przyszła jakaś nowa dziewczyna, która powiedziała, że mistrz czeka. Kazała wypić płyn mający zneutralizować energię mistrza. Jako początkujący mógłby jej nie przetrzymać.

Nie miał pojęcia, jak znalazł się w lesie. Jaki to może być dzień tygodnia? Po jakiejś godzinie wreszcie odzyskał na tyle świadomość, że dotarł do szosy i zaczął machać w kierunku nadjeżdżających samochodów. Niestety, przez dwie godziny nie wzbudził zaufania w żadnym kierowcy. Nic dziwnego. Wyglądał jak ćpun na haju. Idąc w kierunku miasta, ujrzał na horyzoncie sylwetkę kościoła. Ruszył w jego kierunku, był zdesperowany. Na szczęście trafił na pojętnego wikarego, który nie tylko uwierzył, że ma przed sobą współbrata w kapłaństwie, ale okazał się czytelnikiem jego książek. Wikary pożyczył mu pieniądze i zawiózł na dworzec. Dotarł do swej stancji. Był niedzielny wieczór. Panią Wandzię zamurowało na jego widok. Groser w kanarkowych włosach i czterodniowym zaroście, nawet biorąc pod uwagę jego nieksiężowski styl noszenia się, mógł zaskoczyć.

— No co? Byłem na zjeździe kursowym. Księża też potrafią się bawić.

5.

Wargin siedział w odnowionej jadalni i myślał, co począć dalej. Ponad połowa remontu była za nim. Ekipa Skotarczaka połączyła jadalnię z przylegającym do niej pokojem. Podciąg założony, ściana wybita, na suficie nic się nie zarysowało. Wszystko zatynkowane, zagipsowane i pomalowane. Nawet pokój Pawła na górze, gdzie trzeba było rozpruć ścianę ze względu na przeróbkę centralnego, też był gotowy. Przed dwoma laty zamieszkiwał w nim Groser.

Opuszczając Męczenników — na francuską emigrację — Wacław zostawił tam nawet po sobie pamiątkę w postaci narysowanej na ścianie baletnicy. Miała być jego wyznaniem wiary, że mimo upokorzeń, których wtedy zaznał, wierzy w sens i radość życia. Rysunek stał się potem przedmiotem kpin Wargina, który obejmując parafię, stanął w tym pokoju i za grosz nie pojął intencji swego seminaryjnego kolegi. „Niezły kicz. Baletnica czy zakonnica? Temu Wacusiowi jedno w głowie siedziało. Kobitki”. Paweł stał wtedy obok Krystiana, ale trudno stwierdzić, czy podzielał krytyczny osąd swojego proboszcza, gdyż nigdy się do niego nie ustosunkował. Jak zawsze zresztą milczeniem reagował na Warginowe zaczepki. Przez prawie rok jednak owego fresku nie usunął, więc można by domniemywać, że w jakiś sposób go zaakceptował.

Od przedwczoraj ta szczególna pamiątka była już jednak przeszłością. Wargin, chcąc się przypodobać Pawłowi, postanowił odnowić jego pokój. Po zdjęciu obrazu Popiełuszki zostały brzydkie ślady, a w innym miejscu i tak trzeba było ścianę łatać. Kazał więc pomalować całe pomieszczenie. Poza tym była to dobra okazja, żeby usunąć „brzydactwo”.

Teraz należało się zająć dobudowaniem pokoju dla Franka Ognika, który od paru miesięcy był wikarym u Męczenników, ale pomieszkiwał w swojej starej parafii u Zbawiciela. Był jednak pewien szkopuł — wczoraj Krystian rozstał się ze Skotarczakiem, i to w okolicznościach niezbyt budujących. Rozbieżność przy rozliczaniu wykonanej robocizny sięgała prawie jednej trzeciej sumy. Według Wargina kosztorys był ewidentnie zawyżony. To prawda, że wszystkiego do końca nie uzgodnili wcześniej, ale przecież na początku Skotarczak żądał kwot zdawało się śmiesznie niskich. Wszystko się zmieniło po historii z sejfem. Na drugi dzień, po tym jak Wargin dał delikatnie do zrozumienia, że chce go otworzyć w samotności, Skotarczak zmienił się nie do poznania. Odpowiadał monosylabami, przerywał rozmowy z robotnikami, gdy pojawiał się proboszcz itd. Kiedy Wargin próbował go żartobliwie poinformować, co za skarb odkrył, ten uciął krótko: „A to już nas nie interesuje, te wasze tajemnice kościelne”. Krystian pokręcił głową i z uśmiechem próbował wytłumaczyć, że to żadne tajemnice tylko… i wtedy zobaczył plecy majstra. Najgorsze, że po dwóch dniach jedna z „matek parafialnych” zapytała, czy na probostwie znaleziono skarb. „A to ci gnojek”, zaklął w duchu Krystian. Chociaż miał niemalże stuprocentową pewność, że źródłem owej plotki był Skotarczak, nie mógł nic zadziałać, bo tego „tajemnice kościelne nie interesowały”. Jak miał walczyć? Ogłosić na mszy, że nie znalazł żadnych skarbów, tylko miłosiernego Jezusa?

Nie było innego wyjścia, jak rozstać się z majstrem.

— Dlaczego, panie Skotarczak, stosujecie taryfy unijne już w marcu, skoro do Unii mamy wstąpić w maju?
— Ja unijne taryfy? — zaśmiał się pogardliwie Skotarczak. — To o was ludzie gadają, że od dawna za posługi bierzecie w euro, a za miejsce na cmentarzu tyle, że nawet nieboszczyki szukają tańszych parceli.

Wszelkie szanse na mediacje znikły. Zresztą obydwie strony wyraźnie parły do rozstania.

* * *

Około dwudziestej w sobotę usłyszał odgłos w holu. Powrót marnotrawnego wikarego.

— Witaj, mój kochany wikusiu — Krystian wybiegł na spotkanie niczym miłosierny ojciec w Ewangelii.

Paweł starał się wykrzesać coś na kształt sympatycznego uśmiechu.

— Jak tam, możesz już patrzeć w lustro?
— Nie wiem, jeszcze nie próbowałem.
— Popatrz tylko, jak wszystko wylizałem na twój przyjazd. Śladu po remoncie — Wargin z nadzieją w oczach przymilał się wikaremu. Na próżno. Na jego twarzy malowała się obojętność. — Chodź, zobaczysz swój apartament.

Paweł dał za wygraną, nie mógł już dalej pomiatać żebrzącym o rozmowę Warginem. Poszedł potulnie w jego towarzystwie na górę, choć nie miał na to najmniejszej ochoty.

— Wymieniłem ci baterię w prysznicu, pomalowałem…

Paweł rozglądnął się po pokoju. Nagle jego wzrok zatrzymał się na ścianie obok biurka.

— Co się stało z rysunkiem? — rzekł zdumiony i przerażony jednocześnie.
— Z jakim rysunkiem? A, z tym bohomazem Grosera — uśmiechnął się, jakby się wyjaśniła koszmarna pomyłka. — No mówię ci, że właśnie była okazja pomalować cały pokój… — przerwał, bo zobaczył, że z twarzą Pawła dzieje się coś niepokojącego. Zaciśnięte usta drżały, przez napięte policzki przebiegały skurcze.
— Zrobiłeś to celowo…
— No chyba, że nie po pijanemu.

I nagle w głowie Krystiana coś wybuchnęło. Poczuł piekący ból w ustach i miał wrażenie, jakby ktoś włożył mu do nosa wtyczkę z prądem. Odruchowo zasłonił twarz rękoma, obawiając się kolejnego ciosu. Przeczekał parę sekund. Potem spojrzał oniemiały na zakrwawione dłonie. Prawa ręka w gipsie przypominała umoczony w czerwonej farbie pędzel.

— Co ty k…, chcesz się bić, ty tchórzu? Ty gnojku, chcesz się bić z jednorękim? — Krystian pokazywał swoim osłupiałym wzrokiem na rękę w gipsie, jakby to był koronny dowód, że Paweł oszalał, że powinien się teraz rzucić do stóp i prosić o przebaczenie za to, że odebrało mu chwilowo rozum. Nic takiego jednak się nie stało. Szaleniec wykrzywił tylko jeszcze bardziej swą twarz, schwycił za kark ofiarę i szarpnął nią w kierunku łazienki.
— Spójrz na tę twarz. Twoje uczłowieczone oblicze. Twoje jedyne Ecce homo. Weź ręcznik i zrób swoje odbicie. I to powieś w Sali Proboszczów. To będzie godny portret proboszcza męczenników.

Krystian patrzył przed siebie jak skazaniec. Otarł lewą ręką sączącą się z nosa strużkę krwi.

— Milczałem. Dusiłem się — kontynuował Paweł, patrząc w lustro. — Może dlatego, że noszę w sobie tego samego wirusa, co ty. Traktowałem cię jak swój krzyż. Z przerażeniem spostrzegłem, że zamieniam się w coś, czego nienawidzę całą duszą, że z każdym dniem mogę być bardziej podobny do tej kreatury, która stoi obok mnie. I że niedługo razem z nią będę się schylał do koryta. Ale przekroczyłeś granicę. Wara tobie od Wacka! Czy ty nie rozumiesz, że dzięki niemu…, że… on ratuje nas wszystkich… — nagle zabrakło mu słów. Uszła z niego energia. Krystian odepchnął jego rękę.
— Jesteś żałosny, a przede wszystkim niewyobrażalnie głupi. Miałeś we mnie najbardziej wyrozumiałego proboszcza pod słońcem. To, że coś ci nie wychodzi z twoimi siostrzyczkami, to nie powód, żeby odreagowywać na Bogu ducha winnych — Wargin spojrzał na zaciskające się pięści Pawła. — Nie radzę, bo skopię jak psa! — ostrzegł. Wiedział już, że moc uszła z Pawła jak z Samsona po obcięciu włosów. — Od dzisiaj nie interesuje mnie twoje życie, rób z nim, co chcesz, ale póki ci wypłacam pensję, będziesz wykonywał moje polecenia albo wynocha!

6.

W poniedziałek zadzwonił do Norberta. Zdał mu raport z zakończonej fiaskiem próby odbicia Magdy. Prosił, by na razie nie podejmować żadnych działań. Przemilczał wiadomość o dziecku i mężu, która coraz bardziej drążyła jego podświadomość. Zmył kanarkową farbę z włosów — choć nie do końca — i zameldował się na budowie.

Kaplica stanęła, nie w jeden, nie w dwa, ale w trzy tygodnie. Nie miała jeszcze okien ani drzwi, ale teraz mogło sobie i „kidać”, parafianie mieli dach nad głową. Mało tego, Bułka tak gospodarzył materiałem, że zbudował Groserowi miniplebanię, budkę z drewna o wymiarach pięć na sześć metrów, ze stryszkiem o wysokości półtora metra, który mógł posłużyć za sypialnię.

— Przez lato mozecie tu zyć. Mocie wincy miejsca niz u pani Wandzi. A za jakie trzy miesiące psyjedziemy to wsysko ogacić, co byście w zimie nie pomarzli.

* * *

Tak oto Groser stał się prawdziwym proboszczem. Z ziemią, plebanią, kościołem. I długami. Bułka robił za darmo, ale same materiały, przewozy i tym podobne trzeba było opłacić. Kosztowały go prawie sześćdziesiąt tysięcy. Trochę dostał na początek z kurii, trochę ze składki u Męczenników. W sumie nie było źle. Najgorsze, że poczuł, iż złapał bakcyla budowlanego. Przez trzy tygodnie harował na budowie równo z Maćkami i resztą armii ochotników. Rzucił się na robotę niczym stachanowiec. Ile było w tym kapłańskiego entuzjazmu, a ile chęci zapomnienia o niefortunnej wyprawie do Opola? Obiady przynoszone przez panią Wandzię pożerał niczym żołnierz grochówkę. Mięśnie miał znowu jak z żelaza. Po takiej zaprawie mógłby wybrać się bez problemu na wspinaczkę z Rafałem. Wiedział, że w tym roku to niemożliwe — żeby jako tako zamknąć prace budowlane, będzie musiał poświęcić każdy dzień.

* * *

Wacek siedział na progu swej plebanii i myślał. Rozmarzył się. Był zmęczony, miał w sobie mnóstwo pytań. Nie wiedział, co dalej. I był szczęśliwy. Bogatszy o nowy wymiar. Nagle spomiędzy krzaków wyłoniła się dziewczynka, ciągnąc za sobą na smyczy młodego wilczka. Miała jakieś sześć lat. Rude włosy i druciane okulary, z jedną soczewką zaklejoną plastrem. Zbliżyła się do niego.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
— Na wieki wieków amen — ucieszył się z tej niemalże mistycznej wizyty Wacław.
— Mam do księdza prośbę — odezwała się.
— No, słucham cię, chrabąszczu.
— Nie jestem chrobonsc…
— A kto?
— Agatka… ja bym się chciała wyspowiadać.
— A byłaś już u I komunii?— spytał zdziwiony.
— Nie.
— No to jak będziesz szła do komunii, to się nauczysz spowiadać.
— Ale ja teraz mam grzecha i kocham Pana Jezusa.
— A co takiego zrobiłaś?
— Okłamałam mamusię.
— Hmm, i nie możesz się jej przyznać?

Zacisnęła usta i pokręciła stanowczo głową.

— No powiedz śmiało…
— Bo ja jej powiedziałam, czy Saba może zostać u nas na parę dni, bo koleżanka jest chora.
— I co?
— To nie jest pies koleżanki, tylko mi się go żal zrobiło, bo on nie miał domku i przynosiłam mu śniadanie… Ale jak tata wrócił, to powiedział, że mam się z nim zmiatać, bo go zabije. Powiedział, że nie będzie karmił psa, bo psy są świnie i wszędzie brudzą… A potem chwycił Sabę za szyję i zaczął dusić palcami. Powiedział, że jak z nim wrócę, to go udusi naprawdę.

Dziewczynka zamilkła i przez chwilę rysowała coś butem na piasku.

— Proszę księdza, a czy on by nie mógł zostać tu na parę dni, ja będę się nim opiekowała.

Wacław zamknął oczy i odetchnął głeboko. W mig zrozumiał, że spotkał swoje przeznaczenie. Zaczął przekonywać Agatkę, że nigdy nie miał w życiu pieska, że tu nie ma jeszcze żadnego domu, że mieszka na wynajętym pokoju, że rano, a czasem wieczorem odprawia msze, przekonywał, przekonywał, choć wiedział, że już przegrał. Bo jaki miał wybór? Pozwolić, żeby ojciec Agatki udusił psa?

* * *

Kiedy wieczorem Saba przyciągnęła go na jego kwaterę, zaczął tłumaczyć pani Wandzi, że „piesek” będzie tu najwyżej ze dwa, trzy dni. Potem bierze go na „probostwo” do pilnowania.

— A koza też by się księdzu na gospodarstwie przydała — usłyszał. Nie próbował dyskutować.
— Mam list dla księdza. Proszę — wręczyła białą kopertę. — Pójdę po jakiś koc.

Wacław gwizdnął na Sabę i oboje poczłapali do pokoju. Pies zaraz wskoczył na fotel i zaczął z radością bić ogonem po tapicerce. Groser klapnął na drugim fotelu i otworzył kopertę. Zaczął czytać. „No nie!”. Dotknął dłonią czoła. Po chwili raz jeszcze spojrzał na kartkę: „Nakazujemy ci, czarnuchu, w trybie natychmiastowym zaprzestać budowy. Dość KATOLANDU! Jeśli nas nie posłuchasz, kup sobie zawczasu kiełbasy grillowej, aby ją sobie upiec, jak ogień będzie trawił twoją budę”.

Cios
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...