Lekarstwo, a nie pokarm

Lekarstwo, a nie pokarm

Jeśli spytasz ludzi, co rozwiąże napięcie między rasami, płciami i klasami ekonomicznymi, dziewięciu na dziesięciu powie: „Równość i tolerancja”. Dlaczego? „Cóż, żyjemy w demokracji i każda osoba jest tak samo dobra. Tolerancja jest fundamentem społeczności ludzkiej”.

Takie jest powszechne przekonanie. I, oczywiście, jak w większości przypadków, całkiem sporo w nim racji. Równość wobec prawa jest ważna. Podobnie tolerancja. Leżą one u źródeł każdego społeczeństwa obywatelskiego. Nie są jednak jego celem. Powszechne przekonanie bowiem się myli, stawiając je ponad wartościami wspanialszymi i głębszymi – nad miłością i pokorą.

Rozważ na przykład pogląd, że równość oznacza, iż „każda osoba jest tak samo dobra”. Dla twórców Konstytucji amerykańskiej był on absurdalny. Dlaczego? Byli spadkobiercami kultury protestanckiej opartej na przekonaniu, że wszyscy ludzie są równi w swym upadku. W skrócie: wierzyli (podobnie jak katolicy) w powszechność ludzkiej grzeszności. Rzeczywiście, cały amerykański system konstytucyjny jest oparty nie na wierze, że każdy jest równie dobry, ale na poglądzie, że każdy jest równie zepsuty. To dlatego system ten stanowi skomplikowany mechanizm gwarantujący zachowanie równowagi politycznej, precyzyjnie wyregulowany, by utrzymywać nas, chciwe, żądne władzy dzieci Adama i Ewy, w nieustannym zmaganiu tak, by nikt nie otrzymał zbyt dużo władzy i nie zaczął odgrywać tyrana. Być może jest to niezbyt optymistyczna diagnoza ludzkiej równości. Jednak, znamienne, system działa całkiem dobrze. Działa zaś tak, ponieważ – niezależnie od tego, czy jest optymistyczny czy też nie – jego twórcy rozumieli fundamentalne realia katolickiej antropologii, które przeniknęły do nich przez kulturę protestancką i oświeceniową.

C. S. Lewis podzielał ten pogląd i dlatego – szczerze, sensownie i po chrześcijańsku rozumując – postrzegał równość przede wszystkim jako lekarstwo, a nie pokarm. Powiedział on: „Jestem demokratą, ponieważ wierzę w upadek człowieka”, i uważał równość nie za apoteozę samorealizacji, typu „Ja jestem OK, ty jesteś OK”, ale za dobrą barierę przeciwko grzesznej chętce, by być tyranem. Jego rozumowanie, podobnie jak to amerykańskich twórców Konstytucji, było takie, że demokracja jest całkiem dobrym sposobem na to, by uniemożliwić koncentrację władzy w rękach niewielu. Sądził, że jednym z najbardziej niedorzecznych błędów współczesności było przejście od wiary w to, że jesteśmy wszyscy równie upadli, do pełnego pychy poglądu, że jesteśmy wszyscy równie dobrzy.

Skoro mówimy o pysze, prowadzi nas to do kolejnego błędu, którym jest pomniejszanie pokory, a wysławianie tolerancji. Jak już zauważyliśmy wyżej, tolerancja jest krokiem we właściwą stronę, ale jest tylko krokiem, a musimy przecież przejść długą drogę, jeśli mamy dotrzeć do ziemi obiecanej. I w tym tkwi ironia, gdyż rzeczą, która na pewno doprowadzi nas do ziemi obiecanej, jest coś, czym nauczono nas pogardzać jako deprecjonującym: pokora. Mówi się nam: „Obniża ona poczucie naszej własnej wartości”. Niemniej jednak, podobnie jak królestwo Boże wymaga miłości, a nie tylko równości, tak wymaga ono pokory, a nie jedynie tolerancji. Dlaczego? Cóż, wyobraź sobie dwoje rozmarzonych, zakochanych spoglądających sobie w oczy. Zakochany bierze dłoń ukochanej i mówi: „Toleruję cię”. Prawdziwa miłość, prawda?

Jacy ludzie nas tolerują? Nie ludzie, którzy nas kochają, ale ludzie, którzy czują się ważniejsi od nas. Kogo my tolerujemy? Ludzi, których w najlepszym wypadku uważamy za nieznośnych lub, w najgorszym, za cymbałów. Ludzi, którzy stoją nam na drodze. Ludzi, na których widok dziękujemy Bogu, że nimi nie jesteśmy. Stąd tolerancja, która nie nagnie się do jarzma pokory, jest najczęściej formą pychy. Jeśli wysławiamy tolerancję, w tym samym czasie pomniejszając pokorę, to wysławiamy nasz kult władzy i niezależność od tego wszystkiego, co pozwala nam kochać. Pycha jest bowiem wrogiem miłości.

Byłoby dobrze, gdyby współcześni katolicy amerykańscy pamiętali o tych ciekawych paradoksach dotyczących równości i tolerancji, gdyż wielu z nas jest tak przesiąkniętych retoryką egalitarną, że niemal zapomnieliśmy o tym, iż miłość i łaska są sprawami wyższymi. To dlatego, na przykład, tak duży hałas otaczający kwestię wyświęcania kobiet wynika nie z założenia, że kobiety są grzesznicami tak jak mężczyźni i tak jak oni nie zasługują na nic od Boga, ale z ględzenia o „prawach”, które ogarnęło kulturę amerykańską. Takie ględzenie stanowi wyjątkowo niebezpieczny grunt pod budowę rzekomego „prawa” do święceń kapłańskich lub innego sakramentu. Jest to ględzenie z dwóch powodów niesłuszne. Po pierwsze, kobieta jest tak dobra, jak mężczyzna – i tym gorzej dla niej, gdyż mężczyzna wcale nie jest taki dobry. Po drugie, sakramenty są z definicji darami Boga, a nie prawami nadanymi przez ludzi.

Te zastrzeżenia są prawdziwe w pewien sposób, dla wszystkich kwestii związanych z rasą, klasą i płcią, które dręczą naszą kulturę. Gdyż jeśli uczynimy równość i tolerancję celami naszego życia, a nie pierwszym minimalnym krokiem w stronę budowania cywilizacji, zupełnie nie zrozumiemy tego, co najważniejsze w głoszeniu Ewangelii. Równość jest bowiem rzeczywiście lekarstwem, a nie pokarmem. Miłość jest pokarmem. W pewnym sensie, miłość ogromnie troszczy się o równość i prawa, kiedy są naruszane, ale w innym i głębszym sensie nie wie i nie troszczy się wcale o równość i prawa. Kiedy ofiara jest broniona przed bogatymi i pysznymi, miłość raduje się widokiem sprawiedliwości. Kiedy jednak zakochani zaczynają radzić się swoich prawników, miłość okrywa się żałobą.

przeł. Jan J. Franczak

Lekarstwo, a nie pokarm
Mark P. Shea

urodzony 5 sierpnia 1958 r. w Everett, Waszyngton – amerykański katolicki pisarz i rekolekcjonista, prowadzi programy telewizyjne i radiowe, redaktor portalu Catholic Exchange, współpracownik Instytutu św. Katarzyny ze Sienny w Kolorado....