Ewangelia według św. Jana
Po czterdziestce każdy ma taką twarz, na jaką zasłużył. Niby żart, ale przecież nosimy w swoim ciele pewne własne doświadczenia.
Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Miło usłyszeć pana głos.
Ireneusz Krosny: Dziękuję.
Dlaczego pan przemówił?
Bo mi się nazbierało. Po 23 latach milczenia doszedłem do wniosku, że czas najwyższy zrobić małe podsumowanie.
Nie ma pan poczucia, że się pan bardzo odsłonił, że coś stracił?
Nie. Zgłaszało się do mnie coraz więcej instytucji i firm z prośbą o warsztaty z zakresu mowy ciała. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że może warto wyjść z tym do szerszej publiczności w jakiejś formie humorystycznej. Merytorycznie, ale wesoło. Słowa okazały się niezbędne.
A dlaczego 23 lata temu schował się pan za ciałem?
Nie schowałem się. Dałem się uwieść pantomimie. To była miłość od pierwszego wejrzenia.
Kiedy był ten pierwszy raz?
Miałem 12 lat, oglądałem w telewizji film kryminalny. Pamiętam taką scenę: inspektor prowadzący śledztwo wchodzi na widownię teatru, w którym trwa spektakl pantomimy. W chwili, gdy on przepycha się między widzami, kamera pokazuje mima na scenie. I wtedy zamarłem z wrażenia. Pomyślałem, że chciałbym tak umieć. Tylko że to był amerykański film, a ja miałem 12 lat, nie mieszkałem w Warszawie i byłem pewien, że tego w Polsce nie uczą.
Dwa lata później mój starszy brat szedł ze swoją klasą do teatru na pantomimę. Gdy się o tym dowiedziałem, zapaliła mi się w głowie czerwona lampka i nie bacząc na konsekwencje, nielegalnie – bo byłem jeszcze w podstawówce – dołączyłem do kolumny wchodzących do teatru licealistów. Z treści spektaklu nic nie zrozumiałem, ale szalenie mi się to podobało. Zobaczyłem świat nieistniejących rzeczywistości, który mnie totalnie urzekł. Po spektaklu usłyszałem z głośników: Osoby zainteresowane pracą w zespole proszone są o pozostanie na widowni. Okazało się, że to był amatorski teatr, studencko-licealny. Oczywiście zostałem na widowni. Byłem najmłodszym członkiem tego zespołu.
Gdzie był ten teatr?
W Tychach. Tam, gdzie się urodziłem i gdzie mieszkam do dziś. Podczas tego spektaklu postanowiłem, że będę mimem, i tak się stało.
A rodzice nie mówili panu: Irek, co ty, dziecko, wymyśliłeś, naucz się konkretnego zawodu, idź na stolarza albo na studia, lekarzem zostań albo prawnikiem?
Oczywiście, że mówili, więc żeby ich zbytnio nie denerwować ukończyłem technikum ze specjalnością automatyk elektronik. Poza tym zostanie mimem wcale nie było takie proste. W Polsce po prostu nie ma szkół ani uczelni pantomimy, w których można się kształcić. Na początku uczyłem się w teatrze amatorskim, młodzieżowym. Uczestniczyłem też w różnych warsztatach z mimami Wrocławskiego Teatru Pantomimy Henryka Tomaszewskiego. Jednak oglądając ich spektakle, widziałem, że to nie było to, czego wewnętrznie pragnąłem. Spektakle Tomaszewskiego były piękne, ale pełne kostiumów, rekwizytów i scenografii. A ja marzyłem o pustej scenie, o tworzeniu wszystkiego ruchem. Stąd zrodziło się pragnienie pójścia własną drogą. I dziś, z perspektywy lat, myślę, że była to słuszna decyzja. Udało się bowiem stworzyć coś innego, oryginalnego.
Sam pan wymyśla te historie?
Czasem życie coś podpowie, ale częściej muszę po prostu siedzieć i myśleć. Z każdą kolejną premierą jest coraz trudniej: to już było, to też i to też… Ale na szczęście ciągle powstają kolejne programy, a to znaczy, że pomysły udaje się znaleźć.
Czy jest coś, czego nie da się pokazać?
Oczywiście. Każdy język ma swoje ograniczenia. Gdybyśmy chcieli w pantomimie pokazać nadmanganian potasu, to mogłoby się nie udać. Muzyka na przykład pięknie przekazuje emocje, ale nie jest dobra w konkretach, w przekazie treści. Z kolei podczas wykładu można przekazać treści, ale trudniej oddać emocje. W pantomimie, zwłaszcza solowej, pewną trudnością jest to, że na scenie znajduję się sam i widz wie o świecie wokół mnie tylko tyle, ile ja mu pokażę. Z drugiej jednak strony jest to też zaleta, ponieważ zawsze mogę widza zaskoczyć jakąś informacją. Pokazuję na przykład, że kibicuję piłkarzom. Słyszymy wrzawę stadionu, krzyczę, śpiewam, po czym patrzę na zegarek, pilotem wyłączam telewizor, na którego ekranie oglądałem mecz, i wychodzę.
Mim musi być dobrze widoczny na scenie…
Oczywiście jest to sztuka wizualna, więc pewnym ograniczeniem jest wielkość sali. Jeżeli gram dla dużej widowni, niezbędne mogą się okazać telebimy. Dla tysiąca osób można grać normalnie. Dla dwóch tysięcy trzeba już dobrać odpowiedni repertuar, potem potrzebne są telebimy. Największa publiczność, dla której grałem, liczyła osiem tysięcy osób, było to w Niemczech na SAP Arena w Monachium. To ogromna hala sportowa, więc zamontowano sześć dużych ekranów. Mimo wszystko nie jest łatwo zapanować nad takim tłumem, sprawić, by ludzie się bawili, wciągnęli, ale z drugiej strony daje to dużą satysfakcję.
Czy kusiło pana kiedyś, by pokazać sferę religijną? Ksiądz jest bardzo wdzięcznym tematem…
To prawda. Ale jest tyle niedobrego wyśmiewania się z Kościoła, że nie chcę się dołączać do tego chóru. Choć czasem, nie ukrywam, przydałoby się. Boję się jednak, że ktoś mógłby potraktować to jako atak na Kościół.
I co by pan obśmiał?
No… na przykład grzmiącego z ambony księdza, który krzycząc i grożąc, tłumaczy wiernym, że Bóg jest miłością i że powinni chodzić do kościoła, w którym przecież właśnie są…
Z takim programem mógłby pan zrobić tournée po seminariach.
Nie jestem pewien, czy miałbym wzięcie…
Przygotowując programy, spędza pan większość czasu sam ze sobą. Nie nudzi się pan?
Nie. Przyzwyczaiłem się, taki mam zawód. Pracuję w domu, gdzie mam salkę treningową: z jednej strony na ścianie są lustra niezbędne przy pracy nad spektaklem, a z drugiej strony są drabinki, ciężarki, drążki – pantomima wymaga bowiem utrzymywania pewnej sprawności fizycznej.
Czy pana śmieszy to, co pan pokazuje?
Kiedy układam scenariusz, wyobrażam sobie to w głowie. I z góry wiem, że niektóre scenki będą śmieszne, więc jestem o nie spokojny już na etapie pomysłu. Ale są i takie, które weryfikują się dopiero w zetknięciu z publicznością. Jeśli chwytają, to dobrze, jeśli nie, to z nich rezygnuję.
Myśli pan, że życie bez słów byłoby prostsze?
Nie, słowa są potrzebne. Natomiast mowa ciała jest jak najbardziej niezbędnym elementem, dlatego że każdy człowiek potrzebuje bliskości fizycznej, spojrzenia w oczy osoby, z którą rozmawia. Nie wyobrażam sobie, żeby przyjaźnić się wyłącznie przez internet. Pisanie SMS-ów to też mało. Używane tam wielokropki i emotikony to mniej niż namiastka mowy ciała.
Ale bez słów można by uniknąć kłótni, sporów, awantur…
Ciało ma swoje ograniczenia, dlatego pewne rzeczy trzeba sobie powiedzieć słowami, bo tak jest znacznie szybciej i wygodniej, ale szczególnie w kontakcie osobistym mowa ciała jest dużo ważniejsza niż słowa.
Słowa rodzą nieporozumienia. Czy mowa ciała też może rodzić nieporozumienia?
Raczej nie, gdyż mowa ciała w ogromniej mierze jest szczera. Dlatego wydaje mi się, że zawsze lepiej jest się spotkać i porozmawiać w cztery oczy, niż załatwiać jakieś trudne tematy przez telefon. Łatwiej wtedy o nieporozumienia.
Nasze ciało zawsze coś mówi?
Oczywiście. Nie da się wyłączyć mowy ciała. Tak jak w teatrze – jeśli jesteś na scenie, to grasz, choćbyś leżał nieżywy. Kiedyś był taki kawał: Grałem w Czterech pancernych. Tak, a kogo? Niemca. I co grałeś? Leżałem zabity. Niemożliwe, nie widziałem cię. Bo leżałem twarzą do ziemi.
Nasze ciało zawsze coś wyraża, coś mówi o nas, nawet gdy śpimy.
W kościele również?
Przecież modlimy się ciałem. Wstajemy, siadamy, klękamy, podnosimy ręce, skupiamy się, chowając twarz w dłoniach. I to nam pomaga. Ważne, żeby to było spontaniczne, żeby wychodziło z nas samych. Nikt przecież nie mówił Marii Magdalenie, jak ma się zachować, gdy spotkała Pana Jezusa: czy ma stanąć, czy klęknąć. Serce jej podpowiedziało. A nam tej swobody w wyrażaniu uczuć często brakuje. I nie mam tu na myśli mszy świętej, która ma swoją ustaloną dramaturgię, ale modlitwę osobistą czy wspólnotową.
Dzisiaj, podczas spotkania w teatrze mówił pan, że nasze ciała i gesty nas zdradzają.
Tak. I niech zdradzają naszą prawdziwą miłość do Pana Boga.
Ale zdradzają nas też w życiu codziennym.
I dobrze jest o tym wiedzieć. Po pierwsze dlatego, by lepiej sobie radzić w sytuacjach trudnych, stresowych, a po drugie, by nie ulegać zbyt łatwo manipulacji. Wyobraźmy sobie (Ireneusz Krosny wstaje i odgrywa scenkę – przyp. red.): Hilary Clinton jest na wiecu i właśnie dostrzega znajomego, macha do niego ręką, uśmiecha się. Co prawda w miejscu, gdzie patrzy, może być tylko sosna albo słup, ale ona wie, że dobrze pokazać, że jest się friendly, że ma się mnóstwo przyjaciół i dostrzega się ich nawet w takim tłumie. Nie ulegajmy więc tak łatwo mowie ciała polityków, patrzmy raczej na ich czyny.
Pan, znając ciało i gesty, też może manipulować.
Tak, tylko nie mam w tym żadnego celu. Nie jestem politykiem, nie zabiegam o poparcie. Robię swoją robotę i dzielę się swoją wiedzą.
A podgląda pan czasem ludzi na ulicy, w tłumie?
Zdarza mi się. Najczęściej, kiedy siedzę w restauracji i czekam na podanie obiadu. Patrzę sobie wtedy i zastanawiam się: Dlaczego ci państwo ze sobą nie rozmawiają? Co może łączyć chłopaka i dziewczynę, którzy siedzą przy sąsiednim stoliku? Hm… kelnerka i kelner chyba się lubią, a może to coś więcej? Nie słyszę ich rozmów, ale obserwuję ich twarze, gesty, zachowanie. To wiele mówi. Chwilę później widzę, jak przytulają się gdzieś za kotarką. A więc jednak dobrze zrozumiałem ich mowę ciała…
Czy osoby znane z życia publicznego są wdzięcznym materiałem do obserwacji i naśladowania?
Oczywiście, że tak.
Ma pan swoich ulubieńców?
Nie mam ulubieńców, ale zwracam uwagę na gesty wyuczone, które trzeba zastosować, gdy chce się osiągnąć zamierzony cel. Jest na przykład coś takiego jak kopułka, czyli gest kompetencji. Politycy często wykorzystują go w telewizji, bo to oznacza, że dobrze czują się w jakimś temacie. Dobrze, gdy go używają, źle, gdy go nadużywają. Lubię patrzeć też na dokumentalne filmy archiwalne. Politycy w tamtych czasach nie wiedzieli jeszcze, że swoją mowę ciała trzeba kontrolować.
Pan jednak nieczęsto odwołuje się w swoich programach do polityki.
Bo pantomima nie jest w tym dobra. Zrobiłem tylko jeden skecz polityczny, dotyczył on fałszu w przemówieniach. To się nazywało „Wybory”: człowiek przemawia z pasją, z ogromnym zaangażowaniem. Widownia entuzjastycznie reaguje. W pewnym momencie przemawiający zatrzymuje się, bo stwierdza, że jakiś gest mu nie pasuje, cofa więc brawa widowni na odtwarzaczu, powtarza gest i wtedy jest zadowolony. Widz odkrywa nagle, że wszystkie uczucia były wyreżyserowane. Niestety, podobną sztuczność niejednokrotnie sprzedaje się nam na wiecach wyborczych.
Czy pan, mając świadomość swojego ciała, ale też znajomość tych gestów, potrafi rozróżnić, kiedy ktoś jest w stosunku do pana szczery, a kiedy oszukuje?
Nie analizuję każdego gestu. Ale jest to wiedza, która czasami się przydaje. Zwłaszcza wtedy, gdy idzie się na jakieś ważne spotkanie, warto wiedzieć, jak się zachować, żeby dobrze wypaść.
I są sytuacje, kiedy zamiast słów lepiej jest spojrzeć, zrobić odpowiednią minę, gest?
Często właśnie w taki sposób można przełamać lody, poprawić atmosferę, nastrój drugiej osoby. I nie chodzi tu o jakąś manipulację czy sztuczność. Kiedyś ktoś ładnie powiedział, że po czterdziestce każdy ma taką twarz, na jaką zasłużył. Oczywiście to żart, ale jest w nim ziarnko prawdy. Nosimy przecież w swoim ciele własne doświadczenia. U wielu ludzi przybitych życiowo na kilometr widać, że są przybici, i wskazuje na to nie tylko mina, ale cała sylwetka i sposób poruszania się. W związku z tym pojawia się pytanie, czy ktoś zechce się zaprzyjaźnić z taką osobą, czy zechce iść z nią na imprezę? Tymczasem wystarczy kilka drobnych zmian, prostych gestów, które sprawią, że ludzie będą nas postrzegali inaczej. To może wpłynąć nie tylko na tego smutasa, ale też na jego otoczenie, jego rodzinę, znajomych. Co ciekawe, on sam również będzie się zmieniał pod wpływem zmienionej mowy ciała. To jest udowodnione naukowo.
To może powinniśmy się tego uczyć, żebyśmy byli milszymi ludźmi?
Może tak.
I dlatego postanowił pan teraz o tym mówić?
Chcę tylko zwrócić uwagę na to, jak ważnym elementem kontaktów międzyludzkich jest mowa ciała. Od 23 lat żyję z tego, że nic nie mówię. Spektakl trwa średnio półtorej godziny, widzowie oglądają konkretne historie, przeżywają jakieś emocje, śmieją się, wzruszają, zastanawiają, niezależnie od tego, czy pokazuję ten program w Chinach, w Polsce, w Ameryce, czy gdziekolwiek indziej na świecie. Grałem już w różnych egzotycznych krajach, na przykład w Korei Południowej, i nigdy nie zmieniam swojego spektaklu. Wiem oczywiście, że trzeba uważać na gesty nabyte kulturowo – muszę się dowiedzieć, jak się w danym kraju ludzie witają, czy liczą na palcach, ale reszta pozostaje bez zmian. Wyrażanie uczuć za pomocą mimiki, mowy ciała jest wpisane w naszą ludzką naturę i wspólne nam wszystkim.
Kto jako pierwszy ogląda to, co pan wymyśli?
Wszystko jest jednoosobowe, to znaczy nikt tego nie reżyseruje, nikt tego nie recenzuje. Niektórymi pomysłami dzielę się z moją rodziną na zasadzie burzy mózgów, bo może pojawić się jakaś inspiracja od żony czy dziecka. Rzadko jest to gotowy pomysł, ale czasem któreś z nich powie coś, co spowoduje inne skojarzenie. Nie zadręczam ich jednak i nie nagabuję, by oglądali wszystko, co wymyślę.
Ale z kimś jest pan znakomicie zsynchronizowany, jeśli chodzi o dźwięki towarzyszące pana występom.
Oczywiście, od kilkunastu lat pracuję z jednym akustykiem. Przychodzę do niego z gotową rzeczą i mówię: Słuchaj, w tym momencie włączasz to, w tym to, a w tym to. Potem robimy próby, żeby on trafiał w odpowiednie momenty i ja też.
To są ułamki sekund.
Czasami tak. Dlatego trzeba być zgranym zespołem. To nie może być ktoś przypadkowy. Większość efektów dźwiękowych, które pojawiają się w moich programach – kroki, szczekanie psa, strzelanie, otwieranie drzwi, różne trzaski i pukania musi pojawić się równo z gestem.
Czy pana ciało jest czasem zmęczone?
Oczywiście. Najgorszy w moim zawodzie jest nieregularny tryb życia. Dzisiaj jestem w Poznaniu i choć jest już późna pora, zamierzam wrócić do domu, czyli będę tam po północy. Przedwczoraj byłem w Elblągu, a dwa dni wcześniej w jeszcze innym miejscu, już nawet nie pamiętam gdzie.
Dlatego, żeby nie oszaleć, trzymam się pewnej zasady: na pracę wyjazdową przeznaczam nie więcej niż 14 dni w miesiącu, żeby mieć czas na bycie mężem i ojcem.
W niektórych zawodach – zwłaszcza artystycznych – można jeździć, występować, zarabiać w nieskończoność. Tylko że potem nie wiadomo, dla kogo się to robi, bo przyjeżdża się do domu po długim czasie i mówi do nieznajomego dziecka: A, to ty jesteś moim synem. Żeby do tego nie doszło, trzeba narzucić sobie jakieś limity, ograniczenia. Dzięki temu od ponad dwudziestu lat mam jedną żonę, a moje dzieci znają mnie osobiście, a nie z telewizji.
I jeszcze ma pan czas na pisanie felietonów dla kościelnego tygodnika. Dla niektórych to zaskakujące odkrycie, że taki zabawny facet w czarnych legginsach i T-shircie, który potrafi rozbawić publiczność do łez, pisze całkiem poważne, refleksyjne komentarze do Ewangelii.
Życie człowieka to nie tylko zawód, który wykonujemy, lecz także wiele innych sfer, w których się realizujemy. Wychowałem się w rodzinie katolickiej, ale jako nastolatek, w okresie buntu i naporu, przestałem w ogóle chodzić do kościoła. Jako dorosły chłopak musiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, kim dla mnie jest Pan Jezus i czy ja przypadkiem zbyt pochopnie nie wyrzuciłem Go za burtę? Pojechałem na rekolekcje i odpowiedziałem sobie bardzo konkretnie: Jezus jest Synem Bożym i Zbawicielem. Ta świadomość pociągnęła za sobą kolejne decyzje: nie tylko wróciłem do Kościoła, ale poszedłem też na studia teologiczne i zostałem magistrem teologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Mim z dyplomem teologa mógłby śmiało poprowadzić warsztaty dla księży! W końcu msza to mowa ciała ze strony księdza.
Tak, chociaż gesty w liturgii są ściśle określone.
Określone? Przecież „Pan z wami” można powiedzieć na sto różnych sposobów, wykorzystując też mimikę i gesty.
Oczywiście, ale myślę, że to powinno być naturalne i wychodzić z wnętrza konkretnego księdza. Najlepiej wysyła się pozytywne sygnały, kiedy jest się pozytywną osobą, wtedy człowiek zwyczajnie nie musi nic udawać. I życie jest nie tylko prostsze, ale też dużo przyjemniejsze.
Oceń