Znów będę miał metr osiemdziesiąt

Znów będę miał metr osiemdziesiąt

Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 votes
Wyczyść

Usłyszał trzask tłuczonej szyby. Huku zderzenia z ogromną masą żelastwa nie pamięta. Zobaczył zmiażdżony przód i siebie uwięzionego w tym, co zostało z kabiny. Nie mógł ruszyć nogami.

Koleżanka powiedziała mu: – Dałabym wszystko, żeby mój synek żył bez nóg.

Trzy miesiące później.
Wrócił z rehabilitacji. Pogodny, pełen energii. Proponuje kawę, herbatę albo coś zimnego. – Na wózku trzeba się do wielu rzeczy przyzwyczaić, ale jakoś sobie radzę – zapewnia, jakby chciał rozwiać ewentualne zakłopotanie gościa.
Nie narzeka na los i na kalectwo, które spadło na niego tak nagle. – Przecież mogłem zginąć albo leżeć całe życie przykuty do łóżka – mówi. – Dziękuję Bogu, że jest tak, jak jest.
Gdy rozmawiamy, wchodzi sześcioletnia córka. Tuli się do ojca. Po chwili dzwoni dziewięcioletni syn. Trenuje judo, pojechał na obóz sportowy, opowiada o wrażeniach.
– Mam dla kogo żyć – mówi mi gospodarz.
Na spotkanie zgodził się chętnie. Nie ma oporów, żeby rozmawiać o wypadku i o tym, jak znosi kalectwo. Tak poradziła mu pani psycholog, gdy jeszcze leżał w szpitalu.
Zatem rozmawiamy, jakby nic wielkiego się nie stało. Jakbyśmy rozmawiali o czymś zwykłym. – Ja tylko nie mam nóg – mówi w pewnym momencie.
Po chwili: – Ale to przejściowe.

***

17 marca, czwartek. Strażacki jelcz z Kątów Wrocławskich pędzi na sygnale do akcji ratunkowej. Na krajowej „ósemce” niedaleko wsi Pustków Wilczkowski na prostej drodze wpada na niego czołowo TIR. Ogromna ciężarówka miażdży kabinę jelcza.
Najciężej ranny zostaje trzydziestodwuletni sekcyjny Sławomir Wilczyński, kierowca wozu strażackiego. Lekarze przez tydzień będą walczyć o jego życie. Usuną mu śledzionę i amputują obie nogi poniżej kolan.
Tragiczny wypadek nagłośnią media. Cała Polska będzie śledzić, jak ciężko ranny strażak dochodzi do zdrowia. A potem, jak pełen woli życia wraca do domu. Mimo kalectwa.
– Miałem 185 centymetrów, teraz mam 160 – uśmiecha się (normalnie, bez goryczy).
Wysportowany. Od małego przepadał za piłką nożną. Lubił biegać.
– Patrzenie godzinami w telewizor czy siedzenie przy komputerze to nie dla mnie – mówi.
Tamtego dnia zrobił dzieciom śniadanie (żona wyszła już do pracy). Potem zawiózł córkę do przedszkola, a syna do szkoły. O wpół do ósmej zameldował się w jednostce – o tej porze jedni zaczynają służbę, drudzy idą do domu.
Za dwadzieścia cztery godziny też miał wrócić do domu. Jak zawsze, przygotowałby obiad, pomógłby dzieciakom odrobić lekcje, wieczorem przyszliby znajomi. Na drugi dzień cała rodzina pojechałaby na pierwsze zawody syna.
Wrócił dwa i pół miesiąca później. Na wózku inwalidzkim.
To żona namówiła go, żeby został strażakiem. Byli krótko po ślubie. – Państwowa posada, pewna praca, pensja na czas – przekonywała.
Miał wątpliwości. Skończył technikum mechaniczne, ale nie pracował w zawodzie – był kierowcą w dużej firmie. Nie wiedział, czy w straży się odnajdzie.
Zaryzykował. Zaliczył testy, przyjęli go na kurs podstawowy. Zaczęło mu się podobać. Potem zrobił jeszcze kurs podoficerski – po nim dostał awans na sekcyjnego, odpowiednik kaprala w wojsku.
Zatrudnił się w jednostce w Kątach Wrocławskich. Cieszył się, bo blisko domu. Jeździli przeważnie do wypadków, do pożarów rzadziej. W okolicy biegną krajowa „ósemka” i „trzydziestka piątka” prowadzące do granicy z Czechami – ruch tam zawsze duży. Do autostrady A4 mają dwa kilometry. – Zdarzeń drogowych mieliśmy sporo – mówi.
Kiedy zaczął jeździć do akcji, zrozumiał, że odnalazł swoje powołanie. Może dlatego że zawsze lubił pomagać ludziom. Dumna była z niego rodzina. Zwłaszcza syn cieszył się, że ma tatę strażaka.
– Teraz do żadnej akcji już nigdy nie pojadę – żałuje. – Szkoda, bo bardzo lubiłem tę pracę.

***

W tamten czwartek służba zaczęła się leniwie. Założył kombinezon, sprawdził sprzęt, zjadł z chłopakami ze zmiany śniadanie. Nic się nie działo. Za oknami deszcz ze śniegiem, ponuro. Wszyscy z utęsknieniem czekali na wiosnę.
Po dziesiątej rozległ się alarm i zapaliły się numeratory (tak nazywają tabliczki z numerami zastępów). „Jedynka” i „trójka”: pierwszy i trzeci zastęp. On był w trzecim.
Niedaleko stąd starszy człowiek dostał krwotoku wewnętrznego. Miał przylecieć po niego helikopter i zabrać go do szpitala. Strażacy byli potrzebni, by zabezpieczyć lądowisko. Zwykła, rutynowa akcja.
Sławek był tego dnia kierowcą trzyosobowego zastępu. Cieszył się, że pojedzie starym jelczem, bo mniejszy wóz, typowo ratowniczo-gaśniczy, był w naprawie. Jelczem, prawie zabytkowym, jeździli rzadko. Uruchomił silnik, włączył sygnał dźwiękowy i świetlny. Ruszyli.

***

Osiem lat wcześniej.
„Uroczyście ślubuję być ofiarnym i mężnym w ratowaniu zagrożonego życia ludzkiego i wszelkiego mienia nawet z narażeniem życia” – stoi w ciemnogranatowym mundurze w równym szeregu i powtarza z innymi słowa przysięgi.
Przyznaje, że wtedy nie zdawał sobie sprawy, że niedługo ślubowanie wypełni co do joty. Wiadomo, zawód niebezpieczny, ale człowiek zawsze myśli, że jego nieszczęście ominie. On też tak myślał.
Przez osiem lat służby widział wiele wypadków. O wielu zapomniał, bo rutyna robi swoje. Ale nie o wszystkich da się zapomnieć. Niektóre wciąż powracają w pamięci.
Najbardziej przeżył kraksę kilku samochodów, gdy w rozbitych autach spłonęły cztery osoby. Strażacy wyciągali zwęglone zwłoki. Były tak spalone, że nie przypominały ludzi. Do dziś ciężko mu o tym mówić.
I jeszcze jeden wypadek utkwił mu w pamięci: zginął sześcioletni chłopiec z matką, a potem na miejsce tragedii przyjechał ojciec i mąż. Pamięta rozpacz tamtego mężczyzny. – Dużo już w życiu widziałem – powtarza.

***

Droga była prosta. Zbliżali się do Pustkowa Wilczkowskiego. W ostatniej chwili zobaczył, jak na jego pas zjeżdża ogromny TIR (kierowca chciał wyprzedzić jadącego przed nim busa). On nie zdążył nawet na hamulec nacisnąć.
Usłyszał trzask tłuczonej szyby. Huku zderzenia z ogromną masą żelastwa nie pamięta. Musiał wtedy na chwilę stracić przytomność. Na chwilę, bo zaraz zobaczył zmiażdżony przód i siebie uwięzionego w tym, co zostało z kabiny. Nie mógł ruszyć nogami.
Tak, rozpaczał. Krzyczał z bólu. Płakał, że ten, który w niego uderzył, zmarnował mu życie. Bał się, że umrze. Że zostawi rodzinę. Jak bez niego sobie poradzą? Żona, dzieci? A nawet, jeśli przeżyje, to co to będzie za życie? Nie będzie mógł pracować. Z czego utrzyma najbliższych?
Pierwszej pomocy udzielili mu lżej ranni koledzy. Inni kierowcy zatrzymywali się, robili zdjęcia komórkami i odjeżdżali. Pomóc nie chcieli.
Koledzy Sławka przymusili w końcu jakiegoś mężczyznę, żeby przytrzymywał mu maseczkę tlenową i mówił do niego, żeby tylko nie stracił przytomności. Potem przyjechała karetka.
Pierwsze dwa tygodnie po wypadku był w śpiączce farmakologicznej. – Bardziej przeżyła to rodzina, bo ja wtedy spałem – mówi. – To oni się martwili.
Mieli się czym martwić. Lekarze określali jego stan jako krytyczny. Pęknięta śledziona, krwotok wewnętrzny, skomplikowane złamanie lewej ręki. Do tego ciężkie zapalenie płuc. – Nogi to było najmniejsze zmartwienie – mówi dziś.
Leżał jeszcze nieprzytomny w szpitalu, gdy koledzy z jednostki w Kątach Wrocławskich rozpoczęli akcję pomocy dla niego i rodziny. Uruchomili specjalną stronę: pomocdlaslawka.pl. Zaczęli zbierać pieniądze na jego rehabilitację i wysokiej jakości protezy. Protezy kosztują 100 tys. zł. Sławka nie stać na nie.
Apel na stronie internetowej kończy się słowami: „Wstępując do służby w Państwowej Straży Pożarnej osiem lat temu, Sławek ślubował nieść pomoc z narażeniem życia i zdrowia. Spełnił swoje ślubowanie. Teraz potrzebuje Twojej pomocy!”.
Czuje się, jakby cały świat o nim pamiętał. Na koncercie charytatywnym w Kątach Wrocławskich zaśpiewał dla niego Paweł Kukiz, a Tomasz Kuszczak z Manchesteru United przysłał na aukcję swoje rękawice bramkarskie i dwa bilety na mecz Czerwonych Diabłów na Old Trafford.

***

Gdy po dwóch tygodniach wybudził się ze śpiączki, był strasznie nerwowy. Chciał wyrywać przewody, za pomocą których był podłączony do szpitalnej aparatury. Płakał. Wie o tym tylko z opowiadań żony – sam nic nie pamięta. Znajdował się pod wpływem silnych leków.
Długo jeszcze nie mógł mówić, bo lekarze musieli mu zrobić tracheotomię, żeby ratować płuca. Porozumiewał się za pomocą kartki. Pisał na niej pytania, a żona mu odpowiadała. Pierwsze, o co zapytał: co z kolegami, co powiedział dowódca i co z jelczem?
O to, czy ma nogi, nie zapytał. Wiedział, że mu amputowali.
Nie ukrywa: pierwsze tygodnie po przebudzeniu się w szpitalu to był koszmar. Pani psycholog powiedziała mu, żeby nie krył żalu, że gdy będzie chciał płakać, to ma płakać. I tak było.
Potem wziął się w garść. – Powiedziałem sobie, że mam przecież żonę i dzieci. Nie ma się co mazać, tylko trzeba jakoś z tym żyć – mówi.
Tłumaczył sobie: „Wypadki chodzą po ludziach, to i mnie się przytrafiło”.
Nikogo już nie wini o to, co się stało. Kierowcy TIR-a też nie. – Przecież to każdemu mogło się zdarzyć. Mnie również – mówi.
Do Pana Boga też nie miał pretensji. Nie pytał: „Czemu mnie to spotkało?”. Albo: „Za co mnie tak pokarałeś?”.
Dziękuje, że przeżył. Ktoś mu nawet powiedział: – To nieprawda, że Boga tam nie było. Był i ocalił twoje życie. Przecież mogłeś zginąć na miejscu.
Na początku dwie osoby musiały go sadzać na wózku. Teraz radzi sobie sam. Sam się myje, ubiera, robi śniadanie. – Tylko obiadu jeszcze nie ugotuję – mówi. – Ale to tylko kwestia czasu.

***

Żona odwiedzała go codziennie. Dzieciaki przyszły do szpitala miesiąc po wypadku. Synek wiedział, że tata nie ma nóg. Córka wiedziała tylko, że miał wypadek. O reszcie dowiedziała się na miejscu.
Kiedy weszły, były zakłopotane. Ale szybko się przyzwyczaiły. – Jestem z nich dumny – mówi. – Dumny, że tak dobrze sobie z tym poradziły.
Koledzy z pracy też go odwiedzali. Chociaż na początku mieli obawy, czy będzie chciał w ogóle z nimi gadać. Myśleli, że może mieć żal do straży. Na Wielkanoc przyjechali do niego ze świątecznym śniadaniem zaraz po skończonej służbie – wcześniej niż do swoich rodzin.
Na urodziny przynieśli mu wielki tort w kształcie wozu strażackiego. Gdy wychodził ze szpitala, dostał od nich piłkę. Wierzy, że jeszcze kiedyś zagra.
I ksiądz z parafii był u niego. Przyniósł mu książkę Cuda naszego papieża.
Gdy w szpitalu usłyszał, że dostanie protezy, jakby nowe życie w niego wstąpiło.
Nauczy się chodzić, będzie mógł piłkę kopać, jeździć samochodem. – Będzie tak samo, jak przedtem – mówi.
Po chwili: – No, prawie tak samo.

***

Ze szpitala wrócił w czwartek, a w niedzielę wybrał się na wózku inwalidzkim do kościoła. Ma blisko, po drugiej stronie ulicy. Nie obawiał się pokazać ludziom.
– Nie kryję się ze swoim kalectwem, nie chowam się przed nikim – mówi.
Ksiądz przywitał go z ambony. Powiedział, że cieszy się, że jest z nimi. Po mszy świętej ludzie podchodzili i witali się z nim, dodawali otuchy. Gdy był w szpitalu, modlili się za niego.
Zbliżał się koniec roku szkolnego. Syn spytał, czy przyjdzie na rozdanie świadectw. Jakżeby miał nie być, gdy syn nagrody odbiera? Nie mógł go zawieść.
Zajął miejsce pośród innych rodziców. Nie myślał wcale, że jest na wózku.
Komendant obiecał mu, że wróci do pracy. Mają mu znaleźć jakieś stanowisko. Ma nadzieję, że się uda i znów założy strażacki mundur.
– Może będę dyspozytorem? – zastanawia się.
Trochę się boi, jak wytrzyma siedzenie za biurkiem.
Niedawno chłopaki z jednostki byli na turnieju piłkarskim. Żałował, że gdy był zdrowy, turniejów było jak na lekarstwo, a teraz były już dwa. Żal mu, że nie mógł być na boisku. Przez chwilę pomyślał, co by było, gdyby nie ten wypadek.
Szybko porzucił takie myśli. – Rozmyślanie o przeszłości albo gdybanie: co by było, gdyby było, nie ma sensu. Przecież tego już nie zmienimy i nie ma co się tym zadręczać. Trzeba żyć z tym, co jest – powiada.
Czego się boi? Że go opuści życiowa energia, że nic mu się nie będzie chciało, że w swoim kalectwie będzie szukał usprawiedliwienia.
Żona: – Zaraz po wypadku to ja go wspierałam, a teraz on mnie wspiera.
Na razie poważniejszego załamania nie miał. Ale wie, że mogą przyjść trudne chwile. Przecież w normalnym życiu też przychodzą. A co dopiero, kiedy jest się inwalidą.
Jest pewien, że przetrzyma każdy kryzys.
– Już chyba gorzej, niż było wtedy, gdy dowiedziałem się, że straciłem nogi, być nie może – mówi. – A wtedy sobie jakoś poradziłem. Więc w kryzysie też chyba dam radę.
Żona powiedziała, że gdy był w szpitalu, na sąsiedniej sali leżał człowiek. Miał nogi, ale był rośliną – od dawna leżał nieprzytomny.
Kiedy wrócił ze szpitala, spotkał koleżankę. Pięć lat temu straciła pięcioletniego synka (Kuba miał guza mózgu).
Powiedziała mu: – Dałabym wszystko, żeby Kubuś żył bez nóg.

***

Kilka tygodni po naszej rozmowie Sławek dostał protezy. Kiedy po raz pierwszy je założył, wstał z wózka i przeszedł sam kilka kroków. Jeszcze trochę i nauczy się chodzić.
– Znów będę miał 185 centymetrów – uśmiecha się.
 

Znów będę miał metr osiemdziesiąt
Stanisław Zasada

urodzony w 1961 r. – dziennikarz, reporter, absolwent polonistyki na UMK w Toruniu oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje m.in. z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Gazetą Wyborczą”. ...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze