Wtorek w Nowym Jorku
Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 opinie
Wyczyść

Każdego dnia w Stanach Zjednoczonych odbywa się ponad 30 tys. lotów. Ryzyko śmierci w katastrofie lotniczej wynosi 1 na 8 mln, a w wyniku zamachu terrorystycznego jest mniejsze niż przypadek utopienia się we własnej wannie.

9/11, jak to się określa w języku angielskim, znanym ze zwięzłości, uznano za najważniejsze jednostkowe wydarzenie polityczne XXI wieku. Każdego roku wrześniowa rocznica jest okazją do podsumowania wojny z terroryzmem, bilansu stosunków Stanów Zjednoczonych ze światem oraz oceny stanu amerykańskiej duszy. Tym razem będzie chodziło o bilans całej dekady – dwóch kadencji rządów George’a W. Busha (2001–2009) i połowy kadencji Baracka Obamy.

Trudno oddać grozę tego pięknego wrześniowego dnia 2001 roku. Jakby na naszych oczach walił się bogaty, dobrze działający cywilizowany świat, pociągając za sobą parę tysięcy ofiar. Dla Amerykanów cios tym większy, że na terenie kraju, a tym bardziej w jego w sercu, nie było od blisko dwustu lat żadnych akcji destrukcyjnych ze strony obcych sił. Za ostatnie uznaje się spalenie Białego Domu i Kapitolu przez Marynarkę Brytyjską podczas tzw. drugiej wojny niepodległościowej w latach 1812–18151. Ale co to za porównanie: ówczesne spalenie szczególnie ważnych w wymiarze symbolicznym miejsc amerykańskiej stolicy wiązało się ze śmiercią 30 osób, a w całej trzyletniej wojnie zginęło 2260 amerykańskich żołnierzy.

Ofiary, pomniki, pamięć

Z okazji 10. rocznicy ataków 9/11 na miejscu dwóch wież nowojorskiego World Trade Center pojawi się kolejny pomnik. W pobliżu dziesięciometrowej kaskady i dwóch sadzawek w parku pomieści się interaktywne muzeum upamiętniające blisko trzy tysiące ofiar ataków z września 2001 oraz kilku z lutego 1993 roku2. Zamach terrorystyczny z 1993 roku był wcześniej upamiętniony, ale wrześniowy zmiótł z powierzchni ziemi także granitową fontannę zbudowaną dokładnie ponad miejscem wybuchu bomby pod Północną Wieżą.

Kuratorzy planowanego muzeum zwrócili się do wszystkich z apelem: „Tych, którzy zginęli, chcemy przypomnieć w sposób wykraczający poza to, że stali się ofiarami terroryzmu. Pragniemy przypomnieć, jak żyli, i ukazać wyjątkowość każdej osoby”. Amerykanie nie mają w genach kultu ofiar, porażek, nieszczęść.

11 września ma także nastąpić odsłonięcie innego pomnika. Chodzi o upamiętnienie bohaterskiej postawy pasażerów porwanego samolotu, który, w odległości kilkunastu minut lotu od Waszyngtonu, rozbił się w Shanksville w Pensylwanii. Wiedząc z rozmów przez telefony komórkowe o akcji terrorystycznej, pasażerowie próbowali powstrzymać napastników przed uderzeniem w waszyngtoński Kapitol bądź Biały Dom.

Religia

Niewątpliwie był to akt wojny pod sztandarem religijnym. Wszyscy zamachowcy z 9/11 byli Arabami. Na pewno – choć po swojemu – wyznawcami islamu. Jednocześnie mimo haseł walki ze zgniłą kulturą Zachodu posiedli zachodnie wykształcenie, korzystali ze zdobyczy techniki, nie stronili od alkoholu, bywali w domach publicznych.

Nie można negować, ale też nie należy wyolbrzymiać problemu starcia się kultury zachodniej w jej najbardziej prężnym tworze – amerykańskości – z radykalnym i nihilistycznym sprzeciwem islamskich terrorystów. Ale nie brak głosów także ze świata islamskiego, że konflikt ten nie jest wynikiem trwającej od długiego czasu nienawiści do amerykańskich wartości, lecz raczej stosunkowo niedawno zaistniałego gniewu na amerykańską politykę, szczególnie w odniesieniu do Izraela. Do tego dołącza się problem ropy naftowej. Krótko mówiąc, amerykański interwencjonizm na Bliskim Wschodzie i upolitycznienie islamu stały się mieszanką wybuchową.

Nie może więc dziwić, że wiele emocji wzbudził plan budowy meczetu w pobliżu Punktu Zero. W maju 2010 roku władze Nowego Jorku wydały na to zgodę, co pociągnęło za sobą falę protestów. Prezydent Barack Obama, który uznał prawomocność budowy, Pierwsza Poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych gwarantuje bowiem wolność religii, podkreślał równocześnie, że stanowisko to pomija kwestię zwykłego taktu.

Aktywność muzułmanów w okolicy Punktu Zero wielu uważa za bolesne przypomnienie terroryzmu, bo terroryści na islam się powoływali. A wolność religii? O ile jednak zgodnie z prawem zawartym w konstytucji naziści mogą wystawić swój symbol obok, powiedzmy, Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, zasadne wydaje się pytanie: Czy istnienie meczetu w pobliżu Punktu Zero można porównać do machania swastykami koło Muzeum Zagłady? Meczet jest miejscem kultu religijnego. Islam nie jest tożsamy z terroryzmem ani jego wyznawcy nie muszą być terrorystami. W Stanach Zjednoczonych, w odróżnieniu np. od Wielkiej Brytanii, nie ma dużych skupisk muzułmanów. Wyznawcy islamu są raczej rozproszeni, zasymilowani i nie wykazują wielkiego radykalizmu.

Nastroje tłumu i zranionego społeczeństwa nie są jednak ostoją racjonalności. Dlatego trudno się dziwić, że zaraz po ataku amerykańscy muzułmanie bali się o swoje życie, przewidując akty zemsty. Incydenty antymuzułmańskie nie były rzadkością. W popłochu amerykańscy muzułmanie przycinali brody, a w miejscach publicznych nie rozmawiali po arabsku. Niejeden o imieniu Osama zmieniał je np. na Samuel. Powstała inicjatywa, żeby amerykańscy Arabowie legitymowali się specjalnymi dokumentami tożsamości. Z biegiem czasu utrwalało się jednak przekonanie, że bezpieczeństwa w kraju nie zapewnią urzędnicy zza waszyngtońskich biurek. Powoli coraz wyraźniej zaczęto dostrzegać znaczenie amerykańskich muzułmanów dla rozwiązania konfliktu. To oni przecież najwięcej tracą na atakach terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych.

W świecie muzułmańskim Al-Kaida wyraźnie straciła na popularności. Między rokiem 2003 i 2010 w najbardziej sprzyjających bin Ladenowi regionach w Indonezji i Pakistanie spadła o połowę. Dlaczego? Uznaje się, że zasadniczym powodem jest śmierć wielkiej liczby islamskiej ludności cywilnej w atakach terrorystycznych dżihadu.

Reakcja militarna

Straszny, niezwykle śmiały i niespodziewany atak na Stany Zjednoczone nastąpił w pierwszym roku prezydentury G.W. Busha. Zaraz też ogłosił on globalną wojnę z terroryzmem. Już w październiku 2001 roku przystąpił do wojny w Afganistanie. We wrześniu 2002 roku w dokumencie zatytułowanym „Narodowa strategia bezpieczeństwa” G.W. Bush wyłożył swoją taktykę: „Będziemy zwalczać i niszczyć organizacje terrorystyczne poprzez bezpośrednią i ciągłą akcję przy użyciu sił narodowych i międzynarodowych… Jeśli zajdzie potrzeba, nie zawahamy się działać sami, korzystając z naszego prawa do obrony własnej, uderzając w terrorystów z wyprzedzeniem, aby zapobiec szkodom z ich strony”. Samo słowo „zniszczenie” dawało w czasie wojny ogromne prerogatywy. (Dla porównania w brytyjskiej terminologii wojskowej mówi się o „pokonaniu” przeciwników). Pojęcie „zniszczenie” obejmowało bombardowanie miast, tortury, długotrwałe przetrzymywanie pojmanych bez sądu.

Akt Patriotyczny, czyli ustawa antyterrorystyczna, która zezwalała odpowiednim czynnikom państwowym na szersze niż dotychczas stosowanie podsłuchów telefonicznych, kontrolę e-maili, danych osobowych, stała się szybko obiektem ostrej krytyki w kraju szczególnie wrażliwym na kwestię swobód osobistych. Taktyka ta wywołała również sprzeciw sojuszników Stanów Zjednoczonych, co pociągnęło za sobą większe trudności w ujęciu czy unieszkodliwieniu terrorystów.

Amerykańska wojna w Iraku rozpoczęła się w marcu 2003 roku i zakładała rozprawienie się z zagrażającym Stanom Zjednoczonym i światu reżimem, będącym w posiadaniu broni masowej zagłady. Niektórzy amerykańscy komentatorzy postawili tezę, że połączenie wojny przeciw terroryzmowi z wojną w Iraku było odpowiedzią na społeczną potrzebę działania, odnalezienia sensu, celu, w chwili szoku po tragedii z 11 września. Kiedy pod rządami Saddama Husajna nie doszukano się owej broni, G.W. Bush, zmienił taktykę i uzasadnił agresję obroną praw obywateli kraju. I to jednak okazało się złudzeniem. Z perspektywy 10 lat szacuje się, choć dane te należą do tajnych, że w wyniku działań wojskowych zginęło ponad 100 tys. cywilnych obywateli Iraku. Paradoksalnie, pogorszyła się także sytuacja wykształconych kobiet pod rządami konserwatywnych przywódców religijnych.

Hipermilitaryzacja odpowiedzi na 9/11 przyniosła skutek odwrotny od zamierzonego. Liczba ataków terrorystycznych w świecie znacznie wzrosła. Po kilku latach wojny w Iraku amerykański dyrektor wywiadu przestrzegał, że wojna ta okazała się „głównym narzędziem rekrutacyjnym dla Al-Kaidy”.

Prawa człowieka

Przeniesienie systemu zatrzymań podejrzanych oraz więzień poza teren Stanów Zjednoczonych wynikało z zamiaru wyprowadzenia tej dziedziny poza amerykańską jurysdykcję. Jeden system penitencjarny był w gestii wojska, drugi w gestii CIA. Bush wydał zgodę na stosowanie tortur. Popierali je nawet amerykańscy eksperci o przekonaniach liberalnych3.

Barack Obama wygrał wybory, zapowiadając zmiany. W mowie inauguracyjnej powiedział, że wybór między bezpieczeństwem kraju i jego ideałami jest „fałszywy”. Doprowadził do zamknięcia więzień CIA. Jego centrowa postawa zdaje się jednak zadowalać niewielu. Republikanie, jego przeciwnicy polityczni, skwapliwie starali się gromadzić dowody na to, że jest miękki. Na pewno odpowiedzią na zarzut łagodności w kwestii terroryzmu było wytropienie i zabicie Osamy bin Ladena, za co również krytykowano Obamę, wytykając mu działalność poza prawem. Po ogłoszeniu wiadomości o śmierci lidera Al-Kaidy zmiana w stosunku Amerykanów do prezydenta nie była jednak oszałamiająca – poparcie z 47 punktów podniosło się tylko do 56.

Wojna z terroryzmem jako efekt uboczny przyniosła więc zagadnienie łamania praw człowieka. Do dziś obrońcy praw człowieka z różnych międzynarodowych organizacji domagają się: 1. Zamknięcia Guantánamo; 2. Wypuszczenia zatrzymanych, którzy powinni być na wolności; 3. Postawienia zarzutów przetrzymywanym i przystąpienia do procesów; 4. Zezwolenia na kontrolę przez czynniki międzynarodowe miejsc przetrzymywania podejrzanych o terroryzm; 5. Podjęcia śledztwa wobec Amerykanów podejrzanych o torturowanie więźniów. Do sprawy tej amerykańska prasa ciągle powraca.

Stany Zjednoczone w oczach świata

Chociaż pierwsze cztery tygodnie amerykańskiej wojny w Iraku można uznać za akcję spektakularną, jednocześnie wpłynęła ona bardzo niekorzystnie na wizerunek Stanów Zjednoczonych w wielu miejscach na świecie. Unilateralne działania amerykańskie są odbierane jako nieprawomocne.

Joseph Nye, profesor Harvardu i doradca Pentagonu za prezydentury Billa Clintona, przestrzega, że Stany Zjednoczone za bardzo skupiają się na twardej sile, nie doceniają miękkiej, która polega na umiejętności perswazji, a nie na wymuszaniu. Twarda siła wypływa z przewagi wojskowej, technologicznej i ekonomicznej. Miękka z atrakcyjności kultury danego kraju. Amerykanie powinni się jak najszybciej nauczyć używać tej miękkiej siły – inteligencji, która opiera się na głębokiej znajomości miejsca, języka, kultury i ludzi i zastosowaniu jedynej słusznej zasady – znajomości tego, co miejscowi ludzie chcą sami zrobić, i traktowania tego z całą powagą.

Krytycy siłowego podejścia G.W. Busha zwracali uwagę, że w walce z terroryzmem będącym zjawiskiem politycznym potrzebna jest strategia polityczna. W każdym kraju istnieje mała grupa groźnych, wyalienowanych psychopatów i socjopatów. Natomiast rozwój komórek terrorystycznych na podobieństwo Al-Kaidy możliwy jest w sprzyjających warunkach społecznych. Tak było np. w Afganistanie, gdzie talibowie podzielali antyzachodnie poglądy Al-Kaidy. Unieszkodliwienie komórek terrorystycznych musi więc polegać na przeciągnięciu środowiska na swoją stronę.

Zamiast używania wojska należy też używać policji, która w większym stopniu ma możliwość oddziaływania społecznego. Ważna jest również umiejętność odróżniania ruchów wyrażających protest grup lokalnych od takich jak Al-Kaida, która nie ma konkretnych korzeni i cechuje ją charakter nihilistyczny. Niezależnie od różnic należy cierpliwie dążyć do najbardziej nawet ograniczonego współdziałania. Jako przykład podaje się tu Afrykę Południową i Irlandię Północną. Jest to, krótko mówiąc, polityka małych kroków i wielkiej cierpliwości oraz stopniowego angażowania dawnych przeciwników w proces pokojowy. Chcąc wyeliminować terror, nie można samemu uciekać się do użycia niewspółmiernej siły. Nie może być mowy o dewizie „ząb za ząb” ani łamaniu prawa wedle zasady „cel uświęca środki”.

Te 10 lat powinno skłonić Amerykanów do uznania współzależności globalnej i konieczności współpracy. Amerykanie i amerykańscy rządzący muszą dokonać pewnej zmiany w myśleniu, zrezygnować z arogancji, pychy, lekceważenia innych. Muszą zobaczyć siebie nie jako kogoś stojącego wyżej (czy też z boku) niż reszta obywateli świata, lecz jako równoprawnych uczestników ludzkiej społeczności.

Strach

Niedługo po 9/11 prezydent G.W. Bush doprowadził do uchwalenia Aktu Patriotycznego i powołał Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego (Homeland Security)4. Połączenie odrębnych jednostek w wielki konglomerat niekoniecznie stało się ulepszeniem – liczne, cenne informacje mogą utonąć w biurokracji. Uchwalenie Aktu Patriotycznego uzasadniano groźbą śmierci w zamachach terrorystycznych wielkiej liczby obywateli, ale ustawie tej zarzucono niekonstytucyjność, nadmierne ograniczanie wolności oraz stworzenie możliwości poważnych nadużyć. Na cenzurowanym znalazła się szczególnie lista nazwisk osób niedopuszczonych do korzystania z ruchu lotniczego (no-fly list). Krytycy twierdzą, że rejestr niekiedy zawierał nawet kilkadziesiąt tysięcy nazwisk. Odnotowano setki przypadków pomyłek, których ofiarami padali ludzie nazywający się podobnie jak ci na liście.

Przed 9/11 polityka zagraniczna i bezpieczeństwo narodowe znajdowały się bardzo nisko na liście zainteresowań Amerykanów. Tuż po ataku, do którego niedługo potem dołączył epizod listów z antraxem5, sytuacja się zmieniła. Trzy czwarte ankietowanych Amerykanów stwierdzało, że czują strach w znacznie większym stopniu niż wcześniej. Niepopularnego prezydenta przeciwnicy obwiniali o szerzenie dezinformacji, rozpętanie histerii.

Wzrósł lęk przed lataniem. Kiedy trzy dni po rozpoczęciu wojny w Iraku leciałam ze Stanów Zjednoczonych przez Niemcy do Polski, samolot był prawie pusty. Pewna dziennikarka postanowiła przyjrzeć się tej sprawie. Stwierdziła, że po 9/11 niemal codziennie w mediach pojawiały się relacje o łamaniu przepisów bezpieczeństwa na lotniskach, o ekscesach z udziałem pasażerów itd. Tymczasem każdego dnia w Stanach Zjednoczonych odbywa się ponad 30 tys. lotów. Ryzyko śmierci w katastrofie lotniczej wynosi 1 na 8 mln, a w wyniku zamachu terrorystycznego jest mniejsze niż przypadek utopienia się we własnej wannie.

O ile w latach 2002–2006 większość Amerykanów uważała, że atak terrorystyczny w kraju jest tylko kwestią czasu, po roku 2007 liczba ta spadła do 41 proc., a po 2008 wynosiła 35 proc. Prawdą jest, że przez blisko 10 lat na terenie Stanów Zjednoczonych do poważnego aktu terrorystycznego nie doszło6. Zmniejsza się jednocześnie wiara społeczeństwa w skuteczność krajowych środków przeciwdziałania zamachom terrorystycznym. (Na sceptycyzm w tej kwestii wpłynęła także nieudolność w reakcji na huragan Katrina). Sondaże CNN poświadczają, że w społeczeństwie strach przed atakami terrorystycznymi maleje z roku na rok, ale na stałym poziomie utrzymuje się przekonanie o dużych możliwościach terrorystów. Terroryzm spada na dalsze miejsce na liście ważności obywateli-wyborców. Na wyższe przesuwa się kryzys finansowy i gospodarka.

Jednym z najbardziej bezpośrednich elementów nauki płynącej z 9/11 stało się wzmocnienie drzwi do kabiny pilotów w samolotach komercyjnych. Otwierają się wyłącznie od wewnątrz i nie można ich wyważyć. Wzmocniono służby ochronne. Zmieniła się też postawa pasażerów. Przed 9/11 większość porwań samolotów kończyła się na ziemi i z reguły wszyscy lecący wychodzili z tego obronną ręką. W interesie pasażerów było zachowanie spokoju i względna współpraca z porywaczami, w nadziei, że wszystko dobrze się skończy. Po 9/11 pasażerowie stali się aktywni, gotowi włączyć się we wszelkie działania mogące zapobiec akcji terrorystycznej czy też pokrzyżować plany terrorystów.

Gavin de Becker, autor napisanej przed 9/11 książki The Gift of Fear (Dell 1998), stwierdza, że Stany Zjednoczone, najpotężniejsze państwo świata, są zarazem krajem najbardziej podatnym na strach. Znalazła potwierdzenie teza, że niezależnie od tego, czym jest on podyktowany, przekłada się na konserwatywne opinie i sympatie społeczeństwa. Jest to pewnie jednym z powodów względnej popularności populistycznego, konserwatywnego ruchu „tea party”.

W 2003 podjęto szersze badania nad strachem w społeczeństwie amerykańskim. Bywa realny albo wyimaginowany. Paraliżujący lub pobudzający do czynu. Służący władzy albo mobilizujący przeciwko niej. Strachem manipulują politycy, komercja, media. Strach jest atrakcyjną propozycją rynkową, „dobrze się sprzedaje”. Świadczy o tym popularność filmowych horrorów. Ludzie lubią się bać, straszyć innych.

Rewolucja informacyjna przyniosła do naszych domów niesamowity obraz walących się nowojorskich wieżowców. Inne fakty pozostają bardzo daleko w tle – jak choćby to, że w latach 70. XX wieku zginęły 2 mln ludzi w Indochinach, milion Kongijczyków podczas wojny domowej w latach 90. To, co przeraża na ekranie telewizyjnym, bardziej absorbuje wyobraźnię niż znacznie większe „nie nasze” okropieństwa. W ostatnich latach powstało kilka książek na temat strachu powiązanego z terroryzmem. Krytycy uznali, że pełne są spostrzeżeń oczywistych, zdroworozsądkowych, choć nie można im zarzucić, żeby nie były „naukowo” udokumentowane. Pozycje te przynoszą jednak cenną lekcję: świat jest pełen zagrożeń, nigdy do końca nie jesteśmy w stanie się przed nimi zabezpieczyć. Życie jest ulotne.  

1 Kiedy w 1941 roku Japonia zaatakowała Pearl Harbor, Hawaje formalnie nie były częścią Stanów Zjednoczonych. Po okresie suwerenności, w 1898 roku zostały zaanektowane przez USA jako terytorium. Pięćdziesiątym stanem są od 1959 roku.
2 Przypomnijmy suche dane – liczba ofiar 11 września obejmuje 246 osób w czterech uprowadzonych samolotach, 2606 w Nowym Jorku w wieżach i w bezpośredniej okolicy, 125 w Pentagonie. Wszyscy oprócz 55 wojskowych z Pentagonu byli osobami cywilnymi. Ponad 90 krajów straciło swoich obywateli w ataku na World Trade Center. Wśród ofiar było 6 Polaków. Na tablicy upamiętniającej zamach z 1993 pojawiło się sześć nazwisk. Nie licząc tysiąca rannych śmiertelnych ofiar było jednak siedem i to także – co znamienne – ujmowano w oficjalnych wiadomościach. Jedyna wśród zabitych kobieta była w siódmym miesiącu ciąży.
3 Znawcy przedmiotu są na ogół zgodni, że wymuszenie zeznań (czyli tortury) miałoby uzasadnienie w niektórych przypadkach – np. aby uzyskać szybką informację o miejscu ukrywania dziecka przez porywaczy, czyli dla jego ratowania.
4 Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który zatrudnia 230 tys. pracowników, powstał z połączenia wielkiej liczby agencji federalnych oraz innych organizacji.
5 Pięć osób zmarło, kilka było poważnie poszkodowanych. Sprawę tę zamknięto dopiero w 2010 roku. Ustalono, że autorem zamachów był prawdopodobnie mikrobiolog z podwaszyngtońskiego Instytutu Chorób Zakaźnych, któremu nigdy nie postawiono zarzutów. W 2008 roku odebrał sobie życie.
6 Ostatnia próba zaatakowania Stanów Zjednoczonych zakończyła się porażką: grupa terrorystów przyznała się do udaremnionego zamachu bombowego na Times Square w Nowym Jorku w maju 2010 roku.

Wtorek w Nowym Jorku
Joanna Petry Mroczkowska

dr nauk humanistycznych, tłumaczka, eseistka, krytyk literacki.W związku z pobytem w Stanach Zjednoczonych zajmuje się w ostatnich latach głównie tematyką dotyczącą kultury amerykańskiej oraz chrześcijańskiego feminizmu....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze