Bóg nie jest problemem

Bóg nie jest problemem

Oferta specjalna -25%
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

W 1967 roku papież Paweł VI poprosił opata cystersów z Frattocchie, niedaleko Rzymu, o „orędzie kontemplatyków dla świata”. W swoim liście papież zasugerował, że jednym z mnichów, który mógłby je napisać, jest Thomas Merton. Opat wysłał list do Mertona, w którym przekazał mu prośbę papieża – tego samego dnia, gdy list dotarł do adresata, ten spełnił prośbę i napisał orędzie.

Mój drogi bracie, przede wszystkim przepraszam Cię za to, że zwracam się do Ciebie, choć Ty nie zwróciłeś się do mnie i w rzeczywistości o nic mnie nie prosiłeś. I przepraszam Cię za to, że znajduję się za wysokim murem, czego Ty nie rozumiesz. Ten wysoki mur to dla Ciebie problem i być może problem także dla mnie. O, mój bracie. Być może zapytasz mnie, dlaczego za nim przebywam, kierując się posłuszeństwem? Być może nie zadowala Cię już wcale odpowiedź, że przebywając za tym murem, mam ciszę, czas na refleksję, spokój serca. Być może zapytasz mnie, jakie mam prawo do tego pokoju i ciszy, skoro – jak oszacowali niektórzy socjologowie – jeszcze za życia kolejnego pokolenia własny pokój będzie niesłychanym luksusem. Nie mam na to zadowalającej odpowiedzi: prawdą jest, jak mówi muzułmańskie przysłowie, że „kura nie znosi jaj na targu”.

Prawdą jest, że moje przyjście do tego klasztoru to akt buntu przeciwko bezsensownemu zamętowi życia, w którym było tyle działania, tyle ruchu, tyle bezużytecznego mówienia, tyle powierzchownej i niepotrzebnej stymulacji, że nie wiedziałem, kim byłem. Nie zmienia to tego, że moja ucieczka od świata nie jest wymówką skierowaną do Ciebie, który w nim pozostajesz, i że nie mam prawa odrzucać świata w wyłącznie negatywny sposób, ponieważ jeśli tak zrobię, moja ucieczka nie doprowadzi mnie do prawdy i do Boga, lecz do osobistej, choć bez wątpienia pobożnej iluzji.

Czy mogę Ci powiedzieć, że znalazłem odpowiedzi na pytania, które dręczą człowieka naszych czasów? Nie wiem. Kiedy zostałem mnichem, byłem bardziej pewny „odpowiedzi”. Gdy jednak dorastałem w życiu monastycznym i postępowałem w samotności, uświadomiłem sobie, że dopiero zacząłem szukać pytań. Jakich pytań? Czy człowiek potrafi nadać sens swemu istnieniu? Czy człowiek potrafi uczciwie nadać swojemu życiu sens, przyjmując jedynie pewien zestaw wyjaśnień, które udają, że mówią mu, dlaczego świat się zaczął i gdzie się skończy, dlaczego jest zło i co jest konieczne do dobrego życia? Mój bracie, być może w mojej samotności stałem się w pewnym sensie poszukiwaczem, który szuka dla Ciebie, poszukiwaczem na terenach, których nie jesteś w stanie zwiedzić – chyba że w towarzystwie psychoterapeuty. Zostałem wezwany, by badać pustynny obszar ludzkiego serca, gdzie nie wystarczają już wyjaśnienia i gdzie człowiek uczy się, że liczy się jedynie doświadczenie. Jałową, skalistą, mroczną krainę duszy, czasami rozświetlaną dziwnymi ogniami, których ludzie się boją, i zaludnianą widmami, których ludzie starannie unikają, z wyjątkiem swoich koszmarów. Na tym to terenie nauczyłem się, że człowiek nie może prawdziwie znać nadziei, jeśli wpierw nie dowie się, jak bardzo nadzieja podobna jest do rozpaczy. Język chrześcijaństwa mówi o tym od wieków, posługując się innymi, bardziej zawoalowanymi terminami. Jednak język chrześcijaństwa jest tak zużyty i nadużywany, że czasami człowiek mu nie ufa; nie wiesz, czy za słowem „krzyż” stoi doświadczenie łaski i zbawienia czy tylko groźba kary. Jeśli moje słowo cokolwiek dla Ciebie znaczy, mogę Ci powiedzieć, że doświadczyłem krzyża, który oznacza miłosierdzie, a nie okrucieństwo; prawdę, a nie oszustwo: tego, że prawda i miłość Jezusa są rzeczywiście prawdziwą dobrą nowiną, lecz w naszych czasach dochodzi ona do głosu w dziwnych miejscach. I być może dochodzi do głosu bardziej w Tobie niż we mnie; może Chrystus jest bliżej Ciebie niż bliżej mnie. I mówię to bez wstydu czy poczucia winy, ponieważ nauczyłem się radować tym, że Jezus jest w świecie w ludziach, którzy Go nie znają, że działa w nich, kiedy uważają, że są daleko od Niego; i jest moją radością, że mogę Ci powiedzieć, byś miał nadzieję, chociaż możesz myśleć, że spośród wszystkich ludzi właśnie Ty jej mieć nie możesz. Miej nadzieję nie dlatego, że sądzisz, iż możesz być dobry, lecz dlatego, że Bóg kocha nas niezależnie od naszych zasług i cokolwiek dobrego w nas jest, pochodzi to z Jego miłości, a nie z naszego działania. Miej nadzieję, ponieważ Jezus jest z biednymi i wyrzutkami być może pogardzanymi nawet przez tych, którzy powinni ich szukać i troszczyć się o nich z największą miłością, ponieważ działają w imię Boga […]. Nikt na ziemi nie ma powodu, by tracić nadzieję, gdy idzie o Jezusa, ponieważ Jezus kocha człowieka, kocha go w jego grzechu, i my także musimy kochać człowieka w jego grzechu.

Bóg nie jest „problemem” i my, którzy żyjemy życiem kontemplacyjnym, nauczyliśmy się przez doświadczenie, że nie można poznać Boga dopóty, dopóki człowiek stara się rozwiązać „problem Boga”. Starać się rozwiązać problem Boga to starać się zobaczyć własne oczy. Nie można zobaczyć własnych oczu, ponieważ za ich pomocą widzimy, a Bóg jest światłem, dzięki któremu widzimy – dzięki któremu widzimy nie wyraźnie zdefiniowany „przedmiot” zwany Bogiem, lecz wszystko inne w Niewidzialnym. Bóg jest zatem Widzącym i Widzeniem, lecz na ziemi nie jest widziany. W niebie jest Widzącym, Widzeniem i Widzianym. Bóg szuka siebie w nas, a jałowość i smutek naszego serca jest smutkiem Boga, który nie jest znany w nas, który nie potrafi odnaleźć siebie w nas, ponieważ nie mamy odwagi, by wierzyć bądź ufać niewiarygodnej prawdzie, że On mógłby żyć w nas i być tam, ponieważ taki jest Jego wybór i upodobanie. Jednak w rzeczy samej istniejemy jedynie po to, aby być miejscem, które wybrał na swoją obecność, swoje objawienie się w świecie, swoją epifanię. My jednak sprawiamy, że to wszystko staje się mroczne i niechlubne, ponieważ nie potrafimy w to wierzyć, nie chcemy w to wierzyć. Rzecz nie w tym, że nienawidzimy Boga, raczej nienawidzimy siebie, popadamy w rozpacz z naszego powodu; gdybyśmy któregoś razu zaczęli uświadamiać sobie – pokornie, lecz prawdziwie, rzeczywistą wartość naszego własnego „ja”, ujrzelibyśmy, że ta wartość jest znakiem Boga w naszym istnieniu, podpisem Boga na naszym istnieniu. Na szczęście miłość, którą żywi do nas nasz bliźni, dana jest po to, byśmy mogli to sobie uświadomić. Miłość naszego brata, naszej siostry, ukochanej przez nas osoby, naszej żony, naszego dziecka, jest bowiem po to, byśmy ujrzeli tak wyraźnie, jak sam Bóg, że jesteśmy dobrzy. To właśnie miłość osoby, która nas kocha, moich braci lub mojego dziecka dostrzega we mnie Boga, czyni Boga wiarygodnym dla mnie we mnie samym. I to właśnie moja miłość do osoby, którą kocham, do mojego dziecka, mojego brata, daje mi zdolność do tego, by pokazać jemu lub jej Boga w nim lub w niej samej. Miłość jest epifanią Boga w naszym ubóstwie. Życie kontemplacyjne jest zatem szukaniem pokoju nie w abstrakcyjnym wykluczeniu całej zewnętrznej rzeczywistości, nie w jałowym, negatywnym zamknięciu zmysłów na świat, lecz w otwartości miłości. Zaczyna się ono od akceptacji mojego własnego „ja” w moim ubóstwie i byciu blisko rozpaczy po to, by rozpoznać, że tam, gdzie jest Bóg, nie może być żadnej rozpaczy, a Bóg jest we mnie, nawet jeśli doświadczam rozpaczy. Że nic nie może zmienić miłości Boga do mnie, gdyż samo moje istnienie jest znakiem, że Bóg mnie kocha, a obecność Jego miłości stwarza mnie i podtrzymuje. Nie ma także żadnej potrzeby, by rozumieć, jak to możliwe, wyjaśniać to lub rozwiązywać problemy, które zdaje się to powodować. W naszych sercach i u samej podstawy naszego istnienia jest bowiem naturalna pewność współistniejąca z naszą egzystencją; pewność, która mówi, że nasze istnienie przenika na wskroś poczucie i rzeczywistość Boga, nawet jeśli jesteśmy całkowicie niezdolni, by w to uwierzyć lub tego doświadczyć w kategoriach filozoficznych, a nawet religijnych.

O, mój bracie, kontemplatyk to nie człowiek, który ma ognistą wizję cherubinów niosących Boga w ich wyimaginowanym rydwanie, lecz po prostu ten, kto zaryzykował i postanowił podążyć umysłem na pustynię, poza granice języka i poza idee, tam, gdzie spotyka się Boga w nagości czystej ufności, innymi słowy, w poddaniu naszego ubóstwa i niepełności po to, by nie skupiać umysłu kurczowo na nas samych, jak gdyby to myślenie miało sprawić, że istniejemy. Orędzie nadziei, które proponuje Tobie, bracie, kontemplatyk, nie mówi, że musisz się przebić przez dżunglę języka i problemy otaczające dzisiaj Boga, lecz że niezależnie od tego, czy to rozumiesz, czy nie, Bóg kocha Cię, jest obecny w Tobie, żyje w Tobie, zamieszkuje w Tobie, woła Cię, zbawia Cię i proponuje Ci zrozumienie i światło, których nie da się porównać z czymkolwiek, co znalazłeś w książkach lub usłyszałeś w kazaniach. Kontemplatyk nie ma Ci nic do powiedzenia poza tym, że chce Ci dodać otuchy i powiedzieć, że jeśli ośmielisz się zgłębić własne milczenie i zaryzykować podzielenie się tą samotnością z drugim samotnym człowiekiem, który szuka Boga przez Ciebie, wówczas prawdziwie odkryjesz światło i zdolność zrozumienia, co jest poza słowami i poza wyjaśnieniami, ponieważ jest to zbyt blisko, by móc to wyjaśnić; jest to intymna jedność w głębi Twego własnego serca, ducha Boga i Twojego własnego, sekretnego, najgłębszego „ja” tak, że Ty i On jesteście prawdziwie Jednym Duchem. Kocham Cię, w Chrystusie.

przeł. Aleksander Gomola

Jest to fragment książki Thomasa Mertona Życie w listach, która ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa „W drodze”.

Bóg nie jest problemem
Thomas Merton OCSO

(ur. 31 stycznia 1915 r. w Prades we Francji – zm. 10 grudnia 1968 r. w Bangkoku) – Ojciec Ludwik, amerykański ksiądz katolicki, trapista pisarz, poeta, obrońca praw człowieka. Osierocony we wczesnym dzieciństwie. Zanim ws...