fot. fot. aiony-haust/unsplash

Zielone światło dla mobbera

Na Facebooku zapytałem znajomych, czy doświadczyli mobbingu. Zgłosiło się kilka osób. Opowiedzieli mi o swoich przeżyciach, a później poprosiłem o komentarz psychologa, prawnika i inspektora pracy. Okazało się, że sprawa prześladowania w pracy jest mniej oczywista, niż myślałem.

Co porabiasz? – pyta Kasia

Była jedną z nich. Z małego miasteczka, z dużej rodziny. Przyszła na nabór w lipcu 2007 roku. Tak jak oni. Pamiętają, że gdy zbliżała się jej kolej, wpuściła koleżankę, a później następną, a później kolejną. Bała się tej rozmowy, chociaż całe miasteczko marzyło o pracy w dziale sprzedaży tej firmy.

Uważali, że się nie nadaje. Nie była urodziwa. Niska, chuda, z odrostami na głowie, do tego nieśmiała.

Dostała najniższą średnią ocen w procesie rekrutacji, ale jej marzenie się spełniło. Została przyjęta. Paliła z nimi papierosy za garażami, jeździła na obiad do obskurnej knajpy przy starej „ósemce”. Kolejni kierownicy sprzedaży z doktoratami, dyplomami i zaświadczeniami zwalniali się po trzech miesiącach, bo słupki sprzedaży nie chciały drgnąć. Pewna duża firma z branży, z imieniem jej właściciela w nazwie, kosiła konkurencję bez litości. I w końcu oko szefa wyłapało w tłumie Kasię. – Kierowników działów zawsze zatrudniano z zewnątrz – opowiada Marzena, lat 40, koleżanka Kasi. – Tym razem awansowano kogoś spośród nas, kto znał wszystkie słabe punkty zespołu.

„Co porabiasz?” – było ulubionym pytaniem Kasi. Wkurzało wszystkich pracowników, bo po spotkaniu z dwudziestym klientem nie pamiętało się własnego imienia. Gdyby pytała: „Co robisz?”, byłoby lepiej. „Rozumiem, że jeszcze będziesz?”. Jakby nie można było zapytać: „Czy przyjedziesz jeszcze do firmy?” albo „Dasz radę jeszcze przyjechać?”.

Gdy chcieli wyjść do domu, jeden z pracowników przechodził obok biura Kasi sprawdzić, czy siedzi, czy może wyszła do łazienki albo ma naradę u dyrektora. Jeśli jej nie było, wszyscy szli gęsiego do drzwi, a później do domu. Gdyby ich zobaczyła, zagnałaby do roboty.

Nie była agresywna, zła ani nawet złośliwa. Przestały się jej podobać ich wspólne obiadki przy starej „ósemce”, papieroski i grille. Chciała, żeby zabrali się do pracy.

Nigdy nie podniosła głosu. Nikt nigdy nie słyszał w jej ustach przekleństwa. Pamiętała o ich imieninach i urodzinach – przynosiła słodycze. Ale nawet w dniu firmowej wigilii zwołała zebranie i wypytywała każdego o plan dnia. Trzeba było podawać przewidywany czas rozmowy z klientem, mimo że wszystko widniało w sprzedażowym programie komputerowym.

– Uderzyła w nasz czuły punkt, czyli to, że trzymaliśmy się razem. Mieliśmy swój etos pracy, jak policjanci. Chcieliśmy pojechać na pączki albo zrobić sobie wolniejszy dzień, żeby się odstresować. A ona uważała, że najważniejszy jest plan.

Marzena, jeszcze do niedawna przyjaciółka Kasi, przed pójściem do pracy spędzała pół godziny w łazience. Jelita skręcały się na myśl, że Kasia za chwilę zadzwoni i spyta: „Co porabiasz?”. Zatrzymywała się na stacjach benzynowych albo prosiła klienta o możliwość skorzystania z toalety. Cały czas wpatrywała się w wyświetlacz telefonu. Kasia szczegółowo wypytywała o to, gdzie się jest, co się robi, kazała opisywać zacho

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się