Wiara czyni cuda?
fot. simon abrams / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 opinie
Wyczyść

Najistotniejsza nie jest cudowność znaku, ale zakomunikowanie jego znaczenia, czyli to, że Bóg przez jakieś wydarzenie apeluje do ludzkiej wiary.

Istnieją co najmniej trzy typy sytuacji egzystencjalnych, w których człowiek znajduje się wobec cudu. Celowo nie piszę o trzech typach cudu, bo od strony samego wydarzenia, zewnętrznego fenomenu, mamy do czynienia z taką samą rzeczywistością. Pierwsze dwa typy znajdują się na przeciwległych końcach linii, na której możliwe są postawy pośrednie. Chodzi o wyczekiwanie lub wręcz domaganie się cudownej boskiej interwencji oraz o sytuację, w której dochodzi do interwencji, choć nikt jej nie oczekuje i dotyczy ona na przykład osoby niewierzącej czy świadków takiego zdarzenia.

Pierwsza sytuacja związana jest z doświadczeniem bezradności wobec zła w świecie (zwykle fizycznego, bo częściej domagamy się cudownego uzdrowienia z choroby czy kalectwa niż nawrócenia grzesznika) i przynależy do przedchrześcijańskiej jeszcze warstwy doświadczenia religijnego. Odkąd bowiem człowiek istnieje na Ziemi i ma pewną intuicję istnienia Boga (bóstw), zwraca się do Niego z prośbą o radykalną, przekraczającą zwykły bieg zdarzeń poprawę swojej sytuacji. Postawę taką trafnie charakteryzuje zwrot „jak trwoga, to do Boga”. Oczywiście nie dotyczy ona wyłącznie cudów, ale szerzej – tego, by On zarządził dziejami zgodnie z naszym zamysłem i w zasadzie tylko wtedy, gdy sami sobie nie radzimy. Niebezpieczeństwo traktowania Boga jako pogotowia ratunkowego w sytuacjach kryzysowych (i tylko w takich) jest tu aż nadto wyraźne. Chyba też dlatego sporo intensywnych wołań o cud pozostaje bez odpowiedzi. Cud nie wydaje się w zamyśle Bożym sposobem zaspokajania naszych bieżących potrzeb.

I tu przywołać trzeba drugi typ: sytuację, w której cud jest nieoczekiwaną przez człowieka ingerencją Boga w jego dzieje. Najbardziej wyrazistym tego przykładem jest zmartwychwstanie Chrystusa. Niedowierzanie apostołów, jednogłośnie poświadczone przez Ewangelie, wyraźnie wskazuje, że nie mamy tu do czynienia z oczekiwaniem na realizację scenariusza uprzednio przez człowieka Bogu wyznaczonego. Przeciwnie: oto wydarza się coś niespodziewanego, domagającego się radykalnej decyzji wiary, a w konsekwencji głębokiej rewizji relacji z Bogiem. Możemy też przywołać inne przykłady o kluczowym znaczeniu dla dziejów zbawienia – choćby płonący krzew, który przyciąga uwagę Mojżesza i jest „miejscem” objawienia się Boga. Cud inicjuje doświadczenie, na którym odtąd buduje się wiara Mojżesza i jego misja. Owocem jest ocalenie ludu.

Początek znaków

Gdzieś między domaganiem się cudu a zaskakującym objawieniem umieścić można typ trzeci: cuda mające charakter uwierzytelnienia, cudownego potwierdzenia przez Boga autentyczności powołania i misji jakiejś osoby lub wspólnoty. Zwykle z punktu widzenia tego, ze względu na którego cud się dokonuje, nie jest on zaskoczeniem, może też nie być zaskakujący dla tych, którzy już Boże działanie rozpoznali. Może wręcz być odpowiedzią na pragnienie określonej osoby i w tym sensie przynależeć do pierwszego z opisywanych tu typów. Stary Testament zna liczne cuda spełniające funkcję uwierzytelniającą – czynił je na przykład Mojżesz wobec faraona, podobny charakter miało sprowadzenie przez Eliasza ognia z nieba na ofiarę na Górze Karmel. Być może najtrafniejszym biblijnym określeniem roli takiego cudu jest Janowe zdanie podsumowujące epizod w Kanie Galilejskiej: „Taki to początek znaków uczynił Jezus (…). Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie” (J 2,11). Zdaje się, że najmniej ważne w tym wszystkim było wino i weselnicy – paradoksalnie nie do nich głównie cud był skierowany. Byli jego beneficjentami, to prawda, ale chyba nawet nieświadomymi. Celem była wiara uczniów, która zrodziła się z objawienia się chwały Chrystusa poprzez znak. Charakterystyczne jest to, że czwarta Ewangelia w ogóle nie posługuje się terminem „cud” – Jan mówi konsekwentnie o „znakach” Jezusa i łączy je z kwestią wiary w Jego synowsko-mesjańską tożsamość. „Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie! Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu” (J 10,37–38). Oczywiście wspomniane wcześniej zmartwychwstanie również ma charakter uwierzytelniający: ono ostatecznie potwierdza tożsamość Jezusa wobec uczniów i wobec świata.

Jak to jest możliwe?

Dzieje Apostolskie pozwalają sądzić, że właśnie cuda-znaki o uwierzytelniającym charakterze, choć nie były jedyne (ewidentnie nie ma takiego charakteru na przykład wskrzeszenie Eutycha, który wypadł z okna, zasnąwszy podczas Pawłowego nauczania – por. Dz 20,9n), dominowały w doświadczeniu Kościoła popaschalnego. Już dar mówienia różnymi językami w dniu Pięćdziesiątnicy, choć miał głównie charakter utylitarny (umożliwiał komunikację), kazał świadkom pytać, jak to jest możliwe, i tym samym wzmacniał wymowę kerygmatu. Wzorcowa pod tym względem jest scena uzdrowienia chromego w Dz 3–4. Cud spowodował zgromadzenie ludu, dzięki temu Piotr mógł głosić kerygmat, wychodząc od bezpośredniego doświadczenia skuteczności „imienia Jezusa” ujawnionej w uzdrowieniu. Uwierzyło tak wielu, że zaniepokojone władze żydowskie usiłowały nakłonić apostołów do milczenia, lecz przesłuchanie ponownie stało się okazją do głoszenia kerygmatu, na który nie znajdowały odpowiedzi, „widząc, że stoi z nimi uzdrowiony człowiek” (Dz 4,14). W zakończeniu Ewangelii świętego Marka (które prawdopodobnie powstało później niż sama Ewangelia i w pewnym sensie streszcza niektóre wątki innych Ewangelii i Dziejów) znajdujemy wypowiedziane ustami Jezusa podsumowanie, które dobitnie potwierdza świadomość pierwotnego Kościoła co do uwierzytelniającego charakteru cudów. Tuż po nakazie misyjnym Jezus mówi: „Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie” (Mk 16,17–18).

Chodzi o wiarę

Markowe wersety naprowadzają nas na zagadnienie, którego, rozważając kwestię cudu-znaku, nie sposób ominąć. Chodzi o związek wiary z cudem. Powyższe przykłady wskazują, że pierwszą i podstawową płaszczyzną tego związku jest ostateczny cel cudu. Zgodnie z Janową intuicją cuda są znakami. Czyli odsyłają poza siebie, poza swoją niezwykłość i bezpośrednie skutki w materialnym świecie. Mają zwrócić uwagę na ich Sprawcę, doprowadzić do uznania Jego autorstwa i do oddania Mu chwały. Jednym słowem mają doprowadzić do wiary – do jej narodzin ex nihilo albo do jej pogłębienia w jakimś aspekcie. I wydaje się, że potencjalnie każdy cud jest znakiem. Właściwie nie ma cudów. Są tylko znaki.

W tym miejscu warto otworzyć mały nawias: jeśli przyjąć powyższe założenie, to na dalszy plan schodzi pytanie, czy aby uznać coś za cud, musi dojść do zawieszenia lub złamania praw natury? Najistotniejsza jest bowiem nie cudowność znaku, ale zakomunikowanie znaczenia, czyli to, że Bóg poprzez jakieś wydarzenie apeluje do ludzkiej wiary. A On robi to najwyraźniej różnymi drogami – od najbardziej codziennych zdarzeń, których obiektywnie za cudowne uznać nie sposób, a które jednak dla poszczególnych osób mogą mieć siłę objawień, przez wewnętrzne doświadczenia, co do których natury nigdy tak naprawdę nie będziemy mieć jasności, aż po zjawiska niedające się wyjaśnić w ramach naszej obecnej wiedzy oraz te, które – jak zmartwychwstanie Chrystusa – przekraczają ramy jakichkolwiek przyrodzonych wyjaśnień. Frenetyczne poszukiwanie cudownych znaków jest o tyle niebezpieczne, że może odwracać uwagę od tych mniej cudownych, bardziej codziennych, dyskretniejszych, przez które – zdaje się – Bóg przemawia częściej.

Powtórzmy – cudowność cudu może być problemem, bo może sprawić, że beneficjent (lub świadkowie) skupią się na bezpośrednim skutku i/lub niezwykłości sytuacji zamiast na rzeczywistości, do której znak ma ze swej istoty odsyłać. Epizod z dziesięcioma trędowatymi, z których tylko jeden, cudzoziemiec, wraca, aby „oddać chwałę Bogu” (por. Łk 17,11–19) dobrze ilustruje to niebezpieczeństwo. I zdaje się, że im bardziej cud jest wyczekiwany, tym bardziej rośnie niebezpieczeństwo potraktowania Boga wedle schematu „zrobił swoje, może odejść”. Przy założeniu, że Bóg jest od załatwiania moich potrzeb, cud można potraktować jako naturalną konsekwencję zaangażowania w modlitwę, ślubowania, post… Do magicznego traktowania relacji z Bogiem już tylko krok. „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20,29) mówi Jezus do Tomasza. Cuda nie są podstawową ścieżką wiary. Raczej dla większości jest nią zaufanie świadectwu tych, którzy doświadczyli wielkich dzieł Bożych. Wiara rodzi się raczej ze słuchania (por. Rz 10,17) niż z oglądania cudów.

Dlaczego oni?

Dochodzimy tutaj nieuchronnie do pytania, dlaczego zatem niektórzy doświadczają cudów? Dlaczego jednym Bóg odpowiada na ich prośby, a innym nie? Dlaczego jednym daje szansę pójścia drogą wiary dzięki takim dobitnym doświadczeniom, jak Pawłowe spotkanie z Jezusem pod Damaszkiem, zaś od innych oczekuje po prostu zaufania świadectwu? Obawiam się, że nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na to pytanie inaczej, niż czyni to Nowy Testament, posługując się kategoriami powołania i wybrania. Oczywiście – jest to odpowiedź intelektualnie niezadowalająca, bo w istocie pozostawia nas na grani tajemnicy. Wygląda na to, że Bóg tę kwestię zarezerwował do swojej wyłącznej wiedzy. Jedynie po fakcie, stosując zasadę rozeznania po owocach, jesteśmy czasem w stanie w przybliżeniu rozpoznać, w którą stronę chciał pchnąć ludzką historię przez dane doświadczenie cudu. Ale dopiero Paruzja – jak się zdaje – da nam wgląd w pełen sens ludzkich dziejów. Na razie musimy się zadowolić zaufaniem, że strategia, którą Bóg wobec nas stosuje w dystrybucji znaków, jest najlepsza z możliwych… I tu bez wiary ani rusz.

Zresztą może właśnie głębokie doświadczenie wiary pomaga rozpoznawać sytuacje, w których Bóg chce zadziałać. Nawet jeśli pominiemy wymiar charyzmatyczny (proroctwo), życie z wiary owocować może pewnym rodzajem intuicji co do Bożych planów. Św. Tomasz z Akwinu nazywał to poznaniem per connaturalitatem (przez współnaturalność) albo per modum inclinationis (przez nachylenie). Im bardziej upodobniamy się do Chrystusa, im doskonalej dajemy się przemienić Bożej łasce, tym bardziej nasze myślenie jest zbieżne z Jego wolą. I mimo że ta swoista synchronizacja nie osiąga w tym życiu pełnej doskonałości, może prowadzić do sytuacji, o których mówił Jezus: „Gdybyście mieli wiarę jak ziarnko gorczycy, powiedzielibyście tej morwie…” (Łk 17,6). Ludzka wola współdziałająca z boską chce tego, czego On. A zatem pragnie (lub nie) cudu zgodnie z Jego wolą. I odwrotnie – kiedy tej jednomyślności brak, to istnieje niebezpieczeństwo nieprawidłowego odczytania znaku, na przykład przypisania go innemu sprawcy („on tylko przez Belzebuba, władcę złych duchów, wyrzuca złe duchy” – Mt 12,24). To, być może, wyjaśnia sytuację z Mk 6,5, w której niedowiarstwo jest wskazane jako powód nieczynienia przez Jezusa cudów. Wiara zdecydowanie była i jest dla nich środowiskiem najbardziej naturalnym.

Wiara czyni cuda?
ks. Grzegorz Strzelczyk

urodzony w 1971 r. – prezbiter archidiecezji katowickiej, doktor teologii dogmatycznej, były członek Zarządu Fundacji Świętego Józefa KEP (2020-2023)....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze