Moje trzy upadki
fot. carlos kenobi / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 votes
Wyczyść

Jeden z lekarzy powiedział, że zostały mi jakieś cztery miesiące. A ja wciąż żyję i mam się dobrze. Nie rozumiem, dlaczego mnie miałby dotknąć cud? Czym sobie na to zasłużyłem?

Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Podpowiadał pan córce, by swoje wyzdrowienie z ciężkiej choroby zgłosiła jako cud, który dokonał się za wstawiennictwem Jana Pawła II. Wierzy pan w cuda?

Jerzy Stuhr: To była duża licentia poetica. Bardziej żartem niż serio. Rzeczywiście, tak się zdarzyło, że kiedy Marianna chorowała, prosiłem księdza Jerzego Bryłę, duszpasterza środowisk twórczych w Krakowie, który jechał akurat do Watykanu, o wsparcie duchowe dla nas u Ojca Świętego. Gdy wrócił, powiedział, że wspomniał o naszej sytuacji papieżowi. Siedzieli wtedy przy obiedzie. Jan Paweł II przerwał jedzenie i zatopił się w modlitwie. To było dokładnie wtedy, gdy nasza córka była operowana. Myślę, że to raczej zbieg okoliczności, nie żaden cud.

Pana wyzdrowienie to też zbieg okoliczności?

Pani doktor, która mnie leczyła, pewnego dnia powiedziała do mnie tak: Wszystko pan dobrze robi – jest wola i siła i ma pan ogromną motywację. Poddaje się pan pokornie leczeniu. I to są wszystko bardzo ważne czynniki. Tylko w tej chorobie trzeba mieć jeszcze szczęście.

I pan tak myśli?

To ona tak powiedziała. Ja pomyślałem wtedy, że do wczoraj w życiu miałem bardzo dużo szczęścia. Choć ono nie jest stanem, który towarzyszy mi stale. Gdy jestem szczęśliwy, to już się boję, że za chwilę życiowa sinusoida opadnie i przyjdzie się z czymś borykać. Ale po tym, co przeszedłem, jestem na to przygotowany. To znaczy, że pokornie i szczerze mogę powiedzieć, że mam szczęście. Do dziś, do godziny 18.30 jestem zdrowy, ale co będzie o 19, tego już nie wiem.

Czy spokój, który panu towarzyszy, to wynik zmagania z chorobą?

Oczywiście, choroba zmienia każdego.

Na lepszego człowieka?

Na pewno na inaczej myślącego. Dziś jestem człowiekiem, który jest przygotowany na wszystko i który w każdej chwili może podsumować życie. To nie odbiera mi energii, zapału i siły, ale gdyby się coś odwróciło, to bym powiedział: Przeżyłem uczciwie życie, dziękuję.

I nie żałuje pan tej choroby?

Każda choroba wzbogaca, uczy cierpliwości i tolerancji. Mówiąc inaczej, od czasu pobytów w szpitalach patrzę na drugiego człowieka z dużym zrozumieniem przez pryzmat bólu i strachu przed nim.

Ale jest też w chorobie element odarcia…

Z czego? Z radości?

Raczej z tego, że trzeba się upokorzyć przed innymi, prosząc chociażby o pomoc.

Wykonuję zawód, któremu upokorzenie towarzyszy każdego dnia. Borykam się z tym całe życie, więc jestem już chyba przyzwyczajony i uodporniony. Weźmy choćby recenzje filmu czy sztuki w gazecie. Dwa zdania i już ktoś cię miesza z błotem, odsądza od czci i wiary. Dlatego mówi się, że aktorowi potrzebna jest siła słonia i wrażliwość motyla. Często trudno te dwie rzeczy ze sobą pogodzić.

Wspomina pan w swoim Dzienniku czasu choroby, że pomocą w zmaganiu z chorobą była wiara. To wynik zażyłej relacji z Bogiem?

Raczej charakteru. Jestem typem człowieka walczącego o siebie. Nie w takim nonszalanckim, szwoleżerskim stylu. Raczej to coś z austriackiego uporu. Po usłyszeniu diagnozy uparcie powtarzałem: Daję sobie dziewięć miesięcy i muszę z tego wyjść. To była moja perspektywa, a ja szedłem jak baran, bo jestem spod znaku Barana. I na tym chyba polega siła mojego charakteru. Ja się po prostu łatwo nie poddaję. A Panu Bogu bardzo dziękuję. Unikam modlitw życzeniowych. Wolę powiedzieć: Dziękuję Ci za przeżycie tego dnia, za to, że udało się być uczciwym i dobrym. Dziękuję za dzieci i żonę. To jest cała moja relacja z Bogiem.

I nie miał pan do Niego pretensji? Nie pytał pan: Gdzie jesteś, Boże?

O nie!

Nie było w panu buntu, dlaczego ja?

Nie pierwszy raz w życiu dotknęła mnie poważna choroba. To zawsze jest jakaś wypadkowa losu. Mówię sobie: Tak miało być.

Moje pierwsze słowa, które powiedziałem po usłyszeniu diagnozy brzmiały: Ile to może trwać? Lekarze patrzyli na mnie jak na raroga. Guz przełyku, perspektywa chemii i radioterapii, siedemdziesiąt procent umieralności, a on się pyta: Ile to może trwać? Ale dla mnie to była sytuacja, w której powiedziałem sobie: Zrobię wszystko, co trzeba, poddam się wszystkiemu, byleby tylko szybko z tego wyjść. Proszę mi wierzyć, że niecierpliwie czekałem na pierwszą chemię. Nie mogłem się doczekać. Chemia – wiadomo, trucizna, niszczy potwornie, ale naprawdę o to błagałem, bo wiedziałem, że tylko to może mnie uleczyć. Nie ma innego wyjścia. Udało się, zakończone. Dziś już nie chcę o tym mówić. To jest za mną.

W wywiadach i w książce podkreśla pan ogromną rolę i wsparcie bliskich.

To jest naturalne i to jest bez wątpienia wielkie szczęście. Nie przeżyłbym choroby, gdyby nie moja żona. Ona, tak to trzeba powiedzieć, chorowała razem ze mną. Sam nie dałbym rady.

Między wierszami można wyczytać, że stał się pan bardzo nostalgiczny: dużo w pana Dzienniku tęsknoty za upływającym czasem, za światem, który odchodzi, a ten już nie taki. To jest refleksja wynikająca z poczucia kruchości życia?

Raczej wieku. Tak naprawdę, zaczęło się to od Spisu cudzołożnic – mojego pierwszego filmu, według prozy Pilcha. Zrobiłem go po to, żeby pokazać upływ czasu. To był pod każdym względem film o przemijaniu. Tak chyba jest, że chcąc się wyzwolić z jakiegoś kompleksu, próbujemy go obłaskawić i opowiedzieć o nim. Nie wiem, jak inni, ale artyści na pewno tak mają. Moje filmy to w dużej mierze chęć uwolnienia się od moich problemów, zaległości czy grzeszków. Taka ekranowa spowiedź…

A co było trudne w chorobie?

Bez wątpienia cierpliwość, a właściwie jej brak. Nikt ci nie powie, kiedy i co się zdarzy. Siedzisz i czekasz i jesteś w tym strasznie sam. Na nikogo nie możesz liczyć. Nikt za ciebie choroby nie przeżyje. Lekarz może podać tysiąc świetnych leków, żona zrobić dietę cud i otoczyć opieką, ale w walce zostajesz sam. Trzeba samemu sobie wyznaczać cele, udowadniać, że jeszcze nie jest tak źle, szukać siły i nadziei. A więc cierpliwość, no i wspomniane upokorzenie. Bo gdy już nie możesz się podnieść, gdy muszą koło ciebie wszystko zrobić, to jest trochę życie na cudzej łasce i niełasce.

Stąd się brało to trzymanie fasonu na oddziale?

Oczywiście. Całe to moje zakładanie spodni, żeby w piżamie przed lekarzem nie paradować. To były takie drobne gesty, żeby za wszelką cenę zachować normalność. Spotkałem niedawno pana z Australii, który też przeszedł taką chorobę i dokładnie to samo mówił: Musiałem włożyć koszulę, krawat, wyjść do kawiarni, udawać, że piję kawę, bo mi nie wolno. Dbałość o siebie jako element walki z chorobą. Powiedziałem temu człowiekowi, że doskonale go rozumiem.

A pisanie Dziennika, to element terapii czy forma świadectwa?

To się zmieniało w miarę upływu czasu. Zacząłem notować ze świadomością, że piszę testament dla moich najbliższych. Podpowiedziała mi to córka, mówiąc, że to może być forma przekazania im ostatnich myśli, w których już nie muszę nikogo do niczego przekonywać, o nic się wykłócać, tylko zostawić bez komentarza. Potem, za namową wydawnictwa, przystałem na formę świadectwa o chorobie i trochę zacząłem myśleć ułomną formą literacką.

Jak na czas choroby w sumie mówi pan o raku bardzo mało.

To bardzo świadomy zabieg. Proszę zauważyć, że słowo „rak” pada w Dzienniku tylko raz i to nie z moich ust, tylko w liście kilkuletniego chłopca: „Życzę panu, żeby pan szybko wyzdrowiał z raka i dalej czytał dzieciom bajki”. To jest tak pięknie napisane, jakby to o katarze albo mało znaczącej grypie było. Ten list postanowiłem zachować. Natomiast w kontekście całej książki nie chciałem nikogo epatować atmosferą szpitala i własnym cierpieniem. Są pewne granice, których nie chcę przekraczać. Mimo że mój zawód nieustannie wymusza jakąś formę obnażania się, to sam sobie stawiam granice przyzwoitości. Mam swój kodeks etyczno-moralny i są takie rzeczy i takie słowa, których nie wypada robić ani mówić. To jest ważna kategoria, a mam czasem wrażenie, obserwując niektórych polityków czy aktorów, że nie jest dziś popularna. Trochę mnie gorszy brak wstydu i pokazywanie rozmemłanego wizerunku, jakby to był powód do chluby.

Czy zdawał pan sobie sprawę z tego, że to, co pan pisze, może pomóc komuś, kto znalazł się w podobnej sytuacji?

To było dla mnie największym zaskoczeniem, kiedy lekarze zaczęli mówić, że moja książka spełnia rolę terapeutyczną, a na niektórych oddziałach jest nawet lekturą obowiązkową.

I dalej ma pan ochotę pomagać tym, którzy jeszcze są chorzy?

Tak. Na przykład pojutrze idę do jednej z warszawskich klinik na oddział dziecięcy. To jest taka pomoc na moją miarę. Idę i rozmawiam z pacjentami, dzielę się doświadczeniem na tyle, na ile potrafię.

To jest trudne?

Bardzo. Bo nie czuję się specjalistą od zdrowia i choroby. Jestem przecież amatorem na tym polu. Boję się, żeby bezwiednie nie zrobić komuś krzywdy, złą radą albo nietaktownym zachowaniem. Ale lekarze mówią: Proszę przyjść, bo jeśli pan im coś powie, to oni usłuchają pana bardziej niż nas. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że ja to przeszedłem i to jest taka niewyrażalna więź? Poza tym chorzy, których spotykam, cenią mnie za to, że nie opowiadałem o mojej chorobie w czasie przeszłym, tylko w teraźniejszym. Dziś to jest czas przeszły, ale w książce ludzi ujęło to, że mimo nieznanej przyszłości, bo w końcu mogłem umrzeć, pisałem otwarcie o tym, czym żyłem, o czym myślałem, kogo spotkałem, i z nadzieją patrzyłem w przyszłość. Cokolwiek by powiedzieć, trafił mi się los na loterii, jak ślepej kurze ziarno. To, co napisałem w książce, przeczytało ponad 100 000 ludzi. Aż trudno w to uwierzyć. Chociaż bywa to czasem uciążliwe, zwłaszcza wtedy, kiedy dostaję dziennie kilkadziesiąt e-maili, w których obcy dla mnie ludzie opisują chorobę swojego męża lub żony albo piszą, że ich dziecko umiera. To bardzo trudna lektura dla kogoś niewprawionego.

A gdybym zapytał o nawrócenie. Czy to, co pan przeszedł, to, że jest pan dziś innym człowiekiem, traktuje pan jako nawrócenie?

Nie, bo wiary nie straciłem nigdy. Ona ewoluowała. Czasem zwyczajnie dopadało mnie lenistwo. Gdy się pracuje w niedzielę, to szuka się jakiegoś usprawiedliwienia, żeby nie iść w niedzielę do kościoła. A ja pracowałem w niedzielę całe życie. Aktor nie ma kiedy święcić dnia świętego.

To dlatego w jednym z wywiadów mówił pan, że chodzi do kościoła w poniedziałki?

Często mi się zdarza. Bo bardzo lubię pusty kościół. Pomaga mi bardziej się skupić. Co zrobić. Mój problem z chodzeniem do kościoła w Polsce bierze się z przykrych doświadczeń osobistych. W czasie mszy często ktoś do mnie podchodzi, prosi o autograf, chce robić zdjęcie, patrzy, czy idę do komunii, czy nie. To jest okropne. Na szczęście mieszkam na wsi i bardzo lubię tamtejszych księży salezjanów. Fajni ludzie.

Kiedy mogę, chodzę też na msze w obrządku łacińskim. Jako dziecko byłem ministrantem i tak mi zostało. Lubię tę starą liturgię. Do dziś Ojcze nasz po łacinie idzie mi lepiej niż po polsku.

Skąd ta fascynacja?

Msza przedsoborowa miała w sobie więcej tajemnicy, a mniej teatru. Bardziej czuło się obcowanie z sacrum. Służenie do takiej mszy to było trochę zaglądanie księdzu przez ramię. I ta łacina, czyli konieczność przebrnięcia przez jakiś język, żeby dotrzeć do sedna. Poza tym bardzo lubię rytuały, a tamten ryt taki był, natomiast jestem wyczulony na teatralizację. Ona mnie dziś często drażni w kościele.

Liturgia to delikatna sprawa. Łatwo przekroczyć granicę między modlitwą a teatrem. Pamiętam, jak kiedyś we Włoszech, w ramach jakiegoś festiwalu uczestniczyłem w sympozjum o kościelnej teatralizacji. Z Watykanu przyjechał ksiądz, który był odpowiedzialny za papieskie celebracje, między innymi w czasie Triduum Paschalnego. Chciał, żeby w Wielką Sobotę, kiedy do bazyliki wnosi się paschał, wraz z tym ogniem zapalać powoli specjalnie ustawione pod kątem reflektory, tak żeby podkreślić efekt rozbłyskującego światła. I papież mu tego zabronił, bo tu się zaczął robić teatr. To jest cienka granica!

Kiedy byłem ministrantem, w czasie podniesienia razem z kolegami prześcigaliśmy się w najbardziej wyszukanych formach dzwonienia. Raz mocniej, dwa razy słabiej, tu delikatnie, a tu mocno. Przerwa krótsza, przerwa dłuższa i znowu dzwonki. Nasz ksiądz to wszystko widział i groził nam palcem, żeby nie robić koncertu w czasie mszy. Zapamiętałem to do dziś.

Ale w kilku miejscach Dziennika pisze pan o swojej fascynacji osobą papieża Jana Pawła II, który jednak był bardzo teatralny w swoich gestach.

To była fascynacja aktora aktorem. Podczas mszy na krakowskich Błoniach myślałem: Jak on sobie da radę, kiedy dwa miliony ludzi na niego patrzą? Jak zniesie te spojrzenia? I wiem, co mówię, bo mnie jest czasem trudno wytrzymać tysiąc par oczu na widowni w teatrze. A on to umiał. Podziwiałem go za jego ekspresję.

To chyba teraz w swojej prostocie i unikaniu wielkich celebracji podoba się panu papież Franciszek.

Nie śledzę dokładnie jego losów, ale bardzo mnie ujął tym, kiedy podczas inauguracji powiedział zwyczajne „buonasera”, dobry wieczór. Po prostu mnie zatkało! Papież, który zamiast: Błogosławię i pozdrawiam, mówi „buonasera”, to niesamowite, ale i piękne. No bo może zdawał sobie sprawę z tego, że na placu Świętego Piotra mogą być także niewierzący.

Wspominał pan o Wielkiej Sobocie, ale w Dzienniku zamieszcza pan także refleksję poświęconą Wielkiemu Piątkowi i drodze krzyżowej.

To ciekawe, że w upadkach Chrystusa fascynuje mnie nie tyle upadanie, ile powstawanie. Gdy oglądam aktorów grających Jezusa, zarówno w filmach, jak i na dróżkach w Kalwarii Zebrzydowskiej, to z największą uwagą patrzę, jak aktor się podnosi. Bo upadać jest łatwo. O wiele trudniej jest powstawać. Jest w tym dla mnie coś symbolicznego.

A myślał pan kiedyś, co by było, gdyby panu przyszło zagrać taką rolę?

Eee, nikt by mnie nie obsadził. Nie ma co bajać (śmiech).

Czy sposób, w jaki aktor wyrazi takie upadanie i powstawanie, może komuś pomóc w przeżyciu jego wiary?

Gdybym w to nie wierzył, to bym nie uprawiał tego zawodu. Choć z drugiej strony nie wiem, czy to jest kwestia wiary. To chyba za dużo powiedziane. Nasza praca ma w sobie coś z doraźnej pomocy. Żeby na chwilę zapomnieć, pomyśleć o czymś innym. Może dlatego po chorobie od wielu ludzi usłyszałem, że im pomogłem albo jeszcze pomagam. To w moim odczuciu najpoważniejsza rzecz, jaką robię w życiu. Niektórzy mi mówią, że to moja najważniejsza rola życiowa, którą niechcący odgrywam. Ale to nie jest rola. Tak się po prostu potoczyło moje życie.

Może to właśnie jest taki mały cud?

Pan się boi tego słowa?

Nie boję się, ale raczej unikam. We Włoszech widziałem mnóstwo bazylik z cudami mniejszymi i większymi. Ale to do mnie nie przemawia. Chyba nie jestem na nie uwrażliwiony. W końcu i mnie samego można by rozpatrywać w kategorii cudu. Jeden z lekarzy powiedział, że daje mi cztery miesiące. A ja wciąż żyję i mam się dobrze. Nie rozumiem, dlaczego mnie miałby dotknąć cud? Czym sobie na to zasłużyłem?

Może tym, że tak otwarcie powiedział pan o swojej chorobie?

Ale przecież nie jestem pierwszy. Bardzo mnie denerwuje przypisywanie mi teraz roli Naczelnego Chorego Kraju. Jeżeli nauczyłem się jakoś przeżywać cierpienie i nie ukrywać go, to tylko i wyłącznie obserwując Jana Pawła II. Zwyczajnie też nie potrafiłbym skłamać. Zresztą byłoby to trudne w moim przypadku, bo gdy pierwszy raz zgłosiłem się do szpitala, to sekretarka od razu mi powiedziała, że już tu byli z „Super Expressu”. Wiedziałem więc, że ta moja choroba się nie uchowa.

Z pewnością trudniej jest usłyszeć diagnozę dotyczącą dziecka niż siebie samego?

Oczywiście, nie ma porównania. Chodziłem z Marianną po tych samych korytarzach Centrum Onkologii w Gliwicach. Wtedy modliłem się, żeby ta choroba przeszła na mnie, bo ja już sobie pożyłem, a przed nią wszystko stoi otworem. I sprawdziło się. Mało tego, gdy brałem radioterapię, to pewna pielęgniarka powiedziała mi, że pamięta, jak kiedyś Mariannie zakładała wenflon. A teraz robi to mnie. To jest straszna trauma. Dlatego mówię, że miałem już trzy upadki w życiu: raz sercowy, raz z moją córką, raz z samym sobą. Teraz dość! Dajcie mi pożyć jeszcze trochę. Na razie wyczerpałem limit.

Moje trzy upadki
Jerzy Stuhr

urodzony 18 kwietnia 1947 r. w Krakowie – jeden z najpopularniejszych i najbardziej wszechstronnych aktorów polskiego teatru i filmu, przez wiele lat związany z krakowskim Starym Teatrem i scenami teatrów włoskich, reżyser filmowy i teatralny....

Moje trzy upadki
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Moje trzy upadki
Roman Bielecki OP

urodzony w 1977 r. – dominikanin, absolwent prawa KUL i teologii PAT, kaznodzieja i rekolekcjonista, od 2010 redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, były Prowincjalny Promotor Środków Społecznego Przekazu (2018-2022), autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze