W piłkarskim lustrze

W piłkarskim lustrze

Wystarczy zainteresować się fragmentem kultury masowej, aby pojąć charakter przemian w cywilizacji zachodniej. Pogłębione studia nad dziejami Zachodu są zbyteczne. Podobnie zbędna jest politologiczna, socjologiczna i ekonomiczna analiza wydarzeń bieżących. Nie trzeba tu mieć fachowej wiedzy z żadnej z naukowych dziedzin.

Wystarczy coś, co jest udziałem — choć nikt chyba tego nie oszacował — milionów ludzi na całym świecie (globalizacja sprawia, że Zachód mamy już prawie wszędzie). Po prostu należy być kibicem piłki nożnej, ale kibicem szczególnym, czyli takim, którego interesują nie tylko mecze i ich wyniki, lecz wszystko to, co stanowi otoczkę jego ukochanej dyscypliny sportowej, włącznie z jej niedługą historią.

Wyższość pieniądza

W dobie globalizacji rola państw ulega poważnemu ograniczeniu. Dzisiaj to nie politycy podejmują najpoważniejsze dla obywateli decyzje, lecz szefowie potężnych korporacji oraz międzynarodowych instytucji finansowych. W istocie nie chodzi tu tylko o prymat ekonomii nad polityką, a więc o wyższość nieznającego granic państwowych, koczującego pieniądza nad osiadłą władzą. Kwestia dotyczy także czegoś ważniejszego — triumfu tego, co rzeczowe, nad tym, co nierzeczowe — jak by to ujął Carl Schmitt.

Czas to pieniądz. Nowoczesny człowiek nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Po roku 1789 i po rewolucji przemysłowej wartości szlacheckie zostały wyparte przez mieszczańskie. Na przestrzeni ostatnich kilkuset lat honor ustąpił miejsca handlowi. Choć wielu ludziom podoba się taki stan rzeczy, to wstyd im przyznać się do tego głośno. Patriotyzm jest więc obecnie wartością w takim stopniu, w jakim da się go sprowadzić do poziomu pragmatyzmu (przykładowo sterowanie emocjami jednolitej etnicznie zbiorowości). W przeciwnym razie pozostaje on pustym słowem zarówno dla wąskich elit, jak i szerokich mas.

* * *

Mentalność piłkarzy zmienna jest. Niegdyś założenie koszulki z ojczystym godłem było szczytem marzeń każdego zawodnika. Dziś honor reprezentowania własnego kraju odchodzi w przeszłość i piłkarz cieszy się przede wszystkim wtedy, kiedy podpisuje kontrakt z klubem płacącym dużo więcej aniżeli ojczysta federacja. A gdy jeszcze klub ten gra w europejskiej Lidze Mistrzów, to już w ogóle nie ma sensu zakładać reprezentacyjnej koszulki. Istnieje przecież ryzyko przemęczenia albo, co gorsza, kontuzji, a w konsekwencji przegapienia szansy na pomnożenie fortuny — szansy, którą daje kariera w barwach klubu. A jak się już zostanie kimś, o kogo biją się piłkarscy możnowładcy, należy zadbać o kontakty z reklamodawcami. Mając już nazwisko, można się obijać, bo i tak konto w banku będzie rosło. Dla reprezentanta Francji czy Portugalii opłacalna jest gra w megakorporacji — w Realu Madryt (Zinedine Zidane, Luis Figo). Reprezentanta Polski uszczęśliwi już przejście do pierwszego składu mniejszej firmy — Schalke 04 Gelsenkirschen (Tomasz Hajto, Tomasz Wałdoch).

W głębokie znaczenie barw narodowych wierzą może jeszcze kibice, ale i dla nich to coraz częściej wyłącznie karnawał, którego patologiczną wersją jest chuligaństwo stadionowe. Po patriotyzmie — a chodzi o dwa jego wymiary: heroizmu i codziennych obowiązków — pozostają emocje, które znajdują ujście już tylko w piłkarskim karnawale.

Na Zachodzie zmiany

Europa zmienia swoje oblicze. Rodzi się w niej coraz mniej dzieci. Są jednak społeczności, które nie boją się jej zaludniać. Przybywają z północnej Afryki lub Bliskiego Wschodu do bogatszej części naszego kontynentu i czerpią korzyści z rozbudowanego systemu państwowej opieki socjalnej oraz ideologii wielokulturowości. Dzieci imigrantów z Turcji zgłębiające w Berlinie Koran to Niemcy przyszłości. Ale nie tylko one.

Są jeszcze kraje, które przez ostatnich kilkadziesiąt lat Europą politycznie nie były, choć geograficznie, historycznie i kulturowo w niej pozostawały. Kiedy w krajach tych rządy sprawowały partie komunistyczne, sytuacja skłaniała wiele osób do wyjazdu. Kierunek był jeden i oczywisty — zachodni. Skutki tego są widoczne i dziś.

* * *

Nikogo nie dziwi to, że piłkarz uchodzący wciąż za największą gwiazdę reprezentacji Francji pochodzi z Algierii. Obok Zinedine’a Zidane’a w drużynie francuskiej grało i gra także mnóstwo czarnoskórych zawodników. Im również zawdzięcza ona swoje sukcesy (mistrzostwo świata w 1998 roku i Europy w roku 2000). To akurat są zyski z postkolonialnego dziedzictwa.

Przyjrzyjmy się jednak kadrze reprezentacji Niemiec na niedawno zakończonych mistrzostwach Europy w Portugalii. Oto pięciu napastników: Bobic, Kuranyi, Klose (wcześniej nazywał się Kłos), Brdaric, Podolski. Wśród nich — jak się zdaje — nie ma ani jednego rodowitego Niemca. W przeszłości niemiecka piłka słynęła ze znakomitej linii ataku. Gerd Mueller czy Karl–Heinz Rummenigge zdobywali dla swojego kraju tytuły mistrzowskie. W ostatnich mistrzostwach starego kontynentu Niemcy odpadli już w fazie grupowej, nie wygrywając żadnego meczu i strzelając tylko dwa gole. Nie pomógł zastrzyk świeżej krwi z Polski, Brazylii i terenu dawnej Jugosławii.

Na skróty

Istotą nowoczesnego zachodniego pragmatyzmu jest określanie sensowności działania poprzez pryzmat tego, czy i jaki przynosi ono w krótkim czasie efekt. Popularność całego kompleksu zjawisk, które przyjęło się nazywać New Age, bierze się właśnie stąd, że od religii oczekuje się natychmiastowych zbawiennych skutków. Prymitywizm i płytkość New Age’owych fanaberii mało kogo obchodzi. Do Boga na skróty? Dlaczego nie. Według świadectwa Charlesa Baudelaire’a, droga ta prowadzi ku „sztucznym rajom”, choć takie określenie pojawiło się w kontekście eksperymentowania poety z narkotykami, a nie praktykowania przez niego trefnej medytacji podejrzanego pochodzenia. Mechanizm jest jednak ten sam — pójście na skróty.

Wielkie religie są dziś spychane na margines, m.in. dlatego, że wychwalają zalety wytrwałości i cierpliwości. Zabiegany i zapracowany japiszon ma inne potrzeby. Od Stolicy Apostolskiej lub rabinów oczekuje reform na miarę jego pragmatycznych potrzeb. Religia, która stawia wysokie wymagania, nie sprzyja samozadowoleniu i nie odgrywa roli efektywnej psychoterapii, nie jest atrakcyjna.

* * *

Kiedyś kopanie piłki było przyjemnością nawet dla wyczynowców. Gra dostarczała im satysfakcji. Hasło „Sport to zdrowie” miało w sobie wiele prawdy.

Środki dopingowe dały początek nowym, nieznanym dotąd możliwościom osiągania fenomenalnych wyników. Także w piłce nożnej. Zawodowemu piłkarzowi potrzebna jest przecież iście końska kondycja. Trening niczego nie gwarantuje. Brak doraźnych efektów nie wróży dobrze na przyszłość, zwłaszcza gdy myśli i emocje krążą wokół zrobienia kariery i powiększenia fortuny. Sterydy oraz anaboliki dają przynajmniej pewność, że organizm upora się z największymi przeszkodami.

Faszerować się odpowiednimi substancjami trzeba ostrożnie, bo zdarzają się wpadki. Doświadczył tego chociażby Jaap Stam (reprezentacja Holandii, klub Lazio Rzym), gdy po jednym z meczów został przyłapany na przyjmowaniu nandrolonu. Nawet największe gwiazdy miewają pecha. Przekonał się o tym na własnej skórze Diego Maradona (Mundial, USA, 1994 rok), w którego organizmie wykryto efedrynę. Skończyło się — tak jak w przypadku Stama — dyskwalifikacją. A co z większością zawodników, którym udaje się kontroli uniknąć?

Gramy dalej

Lewizny i przekręty znane są ludzkości od tysiącleci. Zło ma swój początek w grzechu pierworodnym, a nie — jak twierdzą niektórzy konserwatyści — w rzucaniu hasła „Wolność, Równość, Braterstwo!”. Trzeba jednak przyznać, że od kilkuset lat stosunek człowieka do zła się zmienia. Niegdyś kłamiąc, miał on świadomość występku. Obecnie słyszy z różnych stron — zwłaszcza od brylujących na salonach postmodernistycznych filozofów — że coś takiego jak prawda nie istnieje, z czego wyciąga wniosek, że i pojęcie kłamstwa można włożyć między bajki.

Prawodawcy, sędziowie, prokuratorzy, adwokaci także to słyszą. Obowiązujący relatywizm zachęca ich, aby na bieżąco rewidować definicję sprawiedliwości. Również dla dziennikarzy prawdy nie ma, a jeśli nawet jest, to nie wiadomo, jak ją sprzedać.

Podobnie sprawa wygląda z nowoczesnymi artystami (dadaiści, performerzy i inni odlotowcy), którzy nie potrafią już pokazywać obiektywnej rzeczywistości, bo nie wierzą w jej istnienie. Zdaniem Daniela Bella, artyści tacy porzucili mimesis — regułę interpretacji realnego świata poprzez jego imitację. W zamian za to eksponują oni wszystko, co się dzieje w ich schorowanych duszach.

* * *

Sędziowie piłkarscy mylili się od zawsze. To samo dotyczy plagi kupowania meczów. Jednak Mundial na boiskach Korei Południowej i Japonii w 2002 roku udowodnił, że można oszukiwać, ile wlezie, i nie ponosi się z tego powodu żadnych konsekwencji. Stara sportowa mądrość głosi, że gospodarzom ściany sprzyjają. W historii piłkarskich mistrzostw świata nie zdarzyło się chyba jeszcze nigdy, żeby gospodarz przepadł w pierwszej rundzie. Nawet słabi Amerykanie, kiedy grali u siebie — ledwo, bo ledwo, ale jednak — wyszli ze swojej grupy, aby w kolejnym meczu przegrać z późniejszymi zwycięzcami turnieju, czyli Brazylijczykami, i odpaść z dalszych rozgrywek.

Jednak Koreańczycy okazali się wyjątkowo ambitni. Postanowili zostać pierwszą drużyną z Azji, która znajdzie się w strefie medalowej Mundialu. Do tego posłużyły im ich własne stadiony. No i sędziowie przyjaźnie nastawieni do gospodarzy. Hiszpanie mogli się dwoić i troić, strzelać Koreańczykom bramkę po bramce, lecz i tak, choćby i po serii rzutów karnych, to Azjaci mieli wejść do pierwszej czwórki. I stało się. Tego rodzaju wyczynów sędziowskich było na mistrzostwach znacznie więcej. Może nawet pobito w tym względzie rekord. I co? I nic. Gramy dalej.

Sędziom wtórują dziennikarze sportowi. Podczas transmisji w jednej z polskich stacji telewizyjnych komentatorzy meczu Korea Południowa —Turcja oznajmili, że gospodarze mieli trudniejszą drogę do półfinału niż ich rywale. Argument padł następujący: pierwsi musieli walczyć z silniejszymi przeciwnikami („trudności” te zapewne były widoczne gołym okiem, zwłaszcza w trakcie spotkania Koreańczyków z Hiszpanami), a drugim pomogła w wyjściu z grupy Brazylia, pokonując wysoko 5:2 Kostarykę, co przy lepszym bilansie bramkowym Turków dawało tym ostatnim awans (czy nie byłoby bardziej fair, gdyby Brazylijczycy Kostarykańczykom po prostu się podłożyli?). Pojęcie sprawiedliwości zostało zredefiniowane, a prawda nie istnieje.

Północ — Południe

Wielokrotnie słyszymy o micie bogatej Północy i biednego Południa. Zakłada on, że bogactwo jest owocem pracowitości i dyscypliny, a bieda — lenistwa i bałaganiarstwa. Brzmiałoby to banalnie, gdyby nie przypisywano tych cech poszczególnym narodom, które uchodzą za — no właśnie — bogate lub biedne. I wtedy okazuje się, że Duńczycy należą do tych pierwszych, a Albańczycy — drugich.

Ale przecież Południe nie wegetuje odseparowane od Północy. Szczególnie globalizacja sprzyja kontaktom między narodami, kulturami, cywilizacjami. W życiu uczeń często przerasta mistrza. Na przestrzeni dziejów stare mocarstwa ustępowały nowym. Historia zna przypadki pucybutów, którzy stawali się milionerami (niekoniecznie ten pierwszy milion kradnąc). Zjawiska rotacji elit czy wymiany pokoleń to nie są bajki. Już w tej chwili przed Europą i USA staje widmo ekspansji gospodarczej krajów uchodzących kiedyś za należące do Trzeciego Świata. Wystarczy wspomnieć o tygrysach azjatyckich (ważnym ich atutem pozostaje lokalna obyczajowość z jej szacunkiem dla pracowitości, porządku i hierarchii społecznej). Czy po ekspansji ekonomicznej nadejdzie następna?

* * *

Anglia, Holandia, Francja, Niemcy, Włochy to kraje piłkarskiej Północy. Do tego grona aspirowała zawsze Portugalia. Sukcesy odnosiły jej kluby (Benfica Lizbona, FC Porto), ale jedynym sukcesem reprezentacji było trzecie miejsce na świecie (Mundial, Anglia, 1966 rok). Z kolei Grecja, mając klub, który w 1971 roku doszedł do finału Pucharu Europy (Panathinaikos Ateny), uchodziła za piłkarskie Południe.

Przed rozpoczęciem ostatnich mistrzostw Europy wśród faworytów turnieju wymieniano drużyny krajów piłkarskiej Północy, a także Czech, Hiszpanii i Portugalii jako gospodarza imprezy. Nikomu by nie przyszło do głowy, że tytuł mistrzowski zdobędzie zespół Grecji. W 2001 roku trenerem tej drużyny został Niemiec, Otto Rehhagel. Dzięki niemu piłkarze greccy, których wyróżniała dotąd południowa — ale bezskuteczna — żywiołowość, zaczęli grać również z głową. Iście północną dyscyplinę taktyczną zauważyć można było zwłaszcza w linii obrony. Ale nie tylko, bo przecież Grecy strzelali też gole. Okazali się pojętnymi uczniami niemieckiego trenera.

Rosyjskie pieniądze

Związek Sowiecki był państwem, którego dążenie do hegemonii niosło światu nie tylko wojny, ale i nędzę. Komuniści sowieccy, aby pozyskać sojuszników w zachodnich społeczeństwach konsumpcyjnych, próbowali rozpalać wszędzie, gdzie się da, emocje polityczne i ideologiczne. Rozpalaniu temu przyświecała wizja świetlanej przyszłości (w przypadku ideowców) bądź władzy globalnej (w przypadku realistów pragmatyków).

Obecnie Rosja to państwo, którego wąską elitę gospodarczą stanowią biznesmeni oligarchowie. Swoje majątki zdobyli w trakcie transformacji ustrojowej (i własnościowej). Po prostu władza zadecydowała, kto będzie kapitalistą, a kto nie. Biznesmenów oligarchów nie interesuje żadna ideologia poza pomnażaniem swojej fortuny. Tym samym przyczyniają się oni do rozwoju światowego kapitalizmu (choć w jego wysoce niedoskonałej, a nawet patologicznej formie). Handel może studzić polityczne namiętności.

* * *

Chelsea Londyn jest klubem, który w latach 80. zeszłego stulecia budził skojarzenia z chuligaństwem na angielskich stadionach. Kibice tego klubu nie stronili od rasistowskich wystąpień. Kiedy jednak został on kupiony przez rosyjskiego barona naftowego Romana Abramowicza — z pochodzenia Żyda — wszystko zaczęło się zmieniać. Nowy właściciel Chelsea wyłożył bowiem astronomiczne kwoty na zbudowanie nowej drużyny. W tym roku dotarła ona do półfinału Ligi Mistrzów. Emocje polityczne kibiców opadły, a wraz z nimi antysemityzm. Pieniądze Abramowicza okazały się silniejsze.

 

Koincydencje? Synchroniczność? A może jaka ludzkość, jacy my wszyscy, tacy kibice, sędziowie (piłkarscy), sprawozdawcy sportowi, trenerzy, wreszcie sami piłkarze?

W piłkarskim lustrze
Filip Memches

urodzony 26 października 1969 r. w Leningradzie (Petersburg) – polski publicysta, dziennikarz, eseista, absolwent psychologii Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, redaktor "Frondy". Publikował na łamach m.in. "Arcanó...