Mój program

Wprawdzie lato w pełni, w duszpasterstwie akademickim nie ma zajęć ani spotkań, ale przecież pod siwiejącymi włosami bez przerwy pracuje głowa. Jaki ma być program na nadchodzący rok? Czy musi być? Czy w duszpasterstwie nie można ot tak się spotykać, rozmawiać i się modlić? Czy to nie wystarczy?

Przed laty uczestniczyłem w czymś, co nosiło znamiona pracy nad programem, a co nazywało się „kliką metafizyczną”. Było to jeszcze w Krakowie w czasie studiów, kiedy byłem związany z ówczesnym „Tygodnikiem Powszechnym”, ową piątą Ewangelią, jak mawiał Roman Brandstaetter, żartując, że w tym kraju nie można nawet umrzeć, jeśli tego nie odnotuje „Tygodnik Powszechny”. Ale to były inne czasy i inne pismo. Spotykaliśmy się w mieszkaniu księdza Andrzeja Bardeckiego w czwartki o jedenastej. Ksiądz Andrzej stawiał ekspres z kawą, herbatę i kruche ciastka, którymi Tadziu Żychiewicz karmił czasami bezzębnego psa gospodarza. Na spotkaniach bywali także Stefan Wilkanowicz i pani Ziuta Hennelowa. Mnie zapraszano, bo się dobrze zapowiadałem. Niewiele miałem do powiedzenia, ale spotkania i rozmowy chłonąłem całym sobą.

Ksiądz Bardecki stawiał kwestię. Wszyscy się wypowiadali. Pojawiały się rocznice, zjawiska, rozważano, jak je uczcić i jak na nie zareagować. Życie duchowe pisma było planowane. Próbowano odpowiadać na rzeczywistość, komentować ją, przewidywać, opatrzyć refleksją.

Kiedy patrzę na życie ludzi, którym się ono tylko wydarza, bez pomysłu i bez refleksji, to myślę o biedzie, która może być udziałem człowieka. Znam wiele osób, które jeżdżą bez opamiętania po świecie, ale nic z tego dla nich nie wynika. Wszędzie podobni ludzie i nic, żadnej myśli, żadnej refleksji. Nawet wrażenia jakieś banalne. Zmuszają do oglądania zdjęć, jak kiedyś zmuszano do oglądania przeźroczy. Jakieś to cieniutkie.

Gdyby ktoś mnie zapytał, czy wiem, czego chcę, czy wiem, dokąd dążę w swoim programie wychowawczym, czy moje działania mają kierunek, sens i motywację, to nie byłbym zaskoczony. Myślę, że potrafiłbym odpowiedzieć na to pytanie samemu sobie i innym.

Najpierw chcę ukształtować człowieka integralnego, nie ułomnego ani pomniejszonego, integralnego chrześcijanina wyznającego integralnego Boga i integralnego Chrystusa. W pierwszej kolejności dane nam zostało człowieczeństwo, a później chrześcijaństwo, najpierw poznaliśmy Boga, a później Chrystusa. I taka kolejność jest normalna. Jednakże dzięki Chrystusowi możemy zaczynać od Niego i przez Chrystusa poznawać Boga i człowieka, samego siebie.

Pozostańmy przy pierwszej myśli: integralny człowiek, integralny chrześcijanin, integralny Bóg i integralny Chrystus. Integralny to znaczy cały, pełny, nieokrojony.

Ludzie chcieliby osiągać zaszczyty bez wysiłku, sukcesy bez pracy i ryzyka, a świętość przez niezobowiązujące praktyki najróżniejszych kultów i wierzeń. Tak też dzisiaj żyjemy, tak się kształcimy, tak wierzymy i tak się leczymy. Nic na serio, nic do końca, a najlepiej bez brania odpowiedzialności. Idealne żerowisko dla sekt.

Pragnąłbym, aby ci, którzy są przy mnie i wokół mnie, osiągnęli wyżyny człowieczeństwa wyrażającego się w pełni rozwoju umysłowego, duchowego, psychicznego, emocjonalnego i fizycznego, a nade wszystko moralnego. By byli w pełni ludźmi. Chciałbym, żeby młodzi, za których ponoszę odpowiedzialność, byli otwarci na poznawanie nowych wymiarów i najzwyczajniej używali rozumu, a jeśli stwierdzą któregoś dnia, że nie mają racji, aby umieli się do tego przyznać. Żeby byli inteligentni i widzieli wiele możliwości, a byli uparci, gdy do przyjęcia będzie tylko jedno rozwiązanie. Aby nie upierali się przy detalach, ale byli wierni wartościom. Pragnąłbym, aby taki w pełni ukształtowany człowiek zdolny był do podejmowania decyzji i brania odpowiedzialności, aby był otwarty na Boga i Jego wybierał. W integralne człowieczeństwo bowiem wpisana jest relacja do Boga. Nasze wybory i decyzje tworzą nas jako ludzi, szczególnie decyzja i wybór Boga jako Najwyższego Dobra.

Pragnąłbym, aby ludzie, którzy mnie otaczają, byli katolikami w stu procentach. To znaczy, aby wyznawali wszystkie prawdy wiary, a nie tylko niektóre, dowolnie wybrane. Aby wierzyli w Trójcę Przenajświętszą, w bogoczłowieczeństwo Chrystusa, w Jego odkupieńczą śmierć i zmartwychwstanie, aby prawdy wiary były źródłami energii w ich życiu i dawały im światło. Aby wiara stawała się scenariuszem na ich życie. By była przedmiotem ich dumy i by mieli świadomość skarbu, który posiadają. Aby oświecała całe ich życie, a także była światłem na życie wieczne. Aby Chrystus był miarą, celem i motywacją wszystkich naszych myśli, słów i działań.

Pragnąłbym, aby ci integralni ludzie wierzyli w integralnego Boga. Aby ich Bóg nie był w żaden sposób pomniejszony, by nie był ich wytworem. Pragnąłbym, aby miejsce Boga w ich życiu było naprawdę Jego miejscem, to jest miejscem wyjątkowym, którego nikt prócz Boga nie zajmuje. Jeśli w życiu człowieka Bóg jest na swoim miejscu, wtedy wszystko jest na swoim, czyli na właściwym miejscu. W przeciwnym wypadku każda rzecz może urosnąć do rangi Boga, uwłaczając człowiekowi. Bóg nie ręką ludzką uczyniony, ale Ten, który stworzył niebo i ziemię, któremu wszystkie stworzenia cześć i chwałę oddają, jest gwarantem życia w pełni ludzkiego.

Wreszcie integralny Chrystus. Chrystus głoszony w Kościele i przez Kościół, który jest Jego ciałem. Chrystus Bóg i Chrystus człowiek, podobny do nas we wszystkim z wyjątkiem grzechu. On to dla nas ludzi stał się człowiekiem. Umęczony i ukrzyżowany, ale równocześnie zmartwychwstały…

To tylko szkic programu. Jego realizację przyniesie życie. Chodzi mi jednak o pełnię człowieczeństwa w Bogu i pełnię katolickości w Chrystusie.

Mój program
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...