Fani chuligaństwa

Fani chuligaństwa

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
Wyczyść

Przynależność do szalikowców nie oznacza, że jest się największym fanem piłki nożnej. Chodzi raczej o przynależność do pewnej grupy.

Nieżyjący już niestety dziennikarz sportowy Zdzisław Ambroziak opowiadał mi kiedyś o swoim przyjacielu z siatkarskiego boiska. Rozgrywający Valerio Dalara ma ponoć absolutnego fioła na punkcie piłki nożnej. Jako człowiek zamożny na stadionie San Siro ma swoje stałe, numerowane krzesełko, a w odrzutowcu AC Milan zajmuje jedno z 20 specjalnych miejsc dla kibiców stale wspierających klub. Dalara jako pierwszy miał powiedzieć, że „AC Milan to nie drużyna piłkarska, to wyznanie wiary”. A wiara, wiadomo, różne ma oblicza. Bywa piękna i budująca, może być ślepa i niszcząca.

1.

Kilka lat temu piłkarska reprezentacja Polski grała towarzyski mecz z reprezentacją Finlandii. Po raz pierwszy od dłuższego czasu narodowa jedenastka zawitała do Poznania, stadion był więc pełen kibiców. Mecz okazał się jednak wyjątkowo mizerny, zakończył się bezbramkowym remisem. Większość kibiców pewno już dawno o nim zapomniała. Zapamiętał go jednak młody, nastoletni człowiek, z którym tamten mecz oglądałem. W pamięci utkwiły mu jednak nie efektowne akcje, a niezwykła atmosfera na stadionie i dreszcze, które przebiegły po plecach, gdy 20 tysięcy ludzi odśpiewało polski hymn. Gdzie jeszcze poza piłkarskim stadionem można dziś spotkać kilkadziesiąt tysięcy ludzi śpiewających wspólnie Mazurka Dąbrowskiego?

2.

Maj 2004 roku. Raz jeszcze stadion Lecha w Poznaniu. W finale Pucharu Polski spotykają się drużyny Lecha Poznań i Legii Warszawa. To tzw. mecz podwyższonego ryzyka. Kibice obydwu drużyn szczerze się nienawidzą, w przeszłości dochodziło między nimi do niezliczonych burd. W ostatnich miesiącach fani z Poznania i Warszawy mieli jednak dobrą prasę. Kibiców chwalono za przygotowywanie stadionowych inscenizacji, pokazów pirotechnicznych i innych, nieraz bardzo widowiskowych, form kibicowania. Władze Poznania nie dały jednak wiary w przemianę kibicowskich serc. Podjęły decyzję o zakazie wstępu na stadion fanów z Warszawy. Decyzja oburzyła środowisko piłkarskie. Poznańscy szalikowcy postanowili pomóc swym wrogom. Przywieźli ich na stadion własnymi samochodami, zaopatrzyli w bilety. W efekcie poznaniacy i warszawiacy siedzieli na jednej trybunie, na której nie było stosownych zabezpieczeń (zazwyczaj kibice gości umieszczani są w oddzielnych sektorach). Tym razem burd jednak nie było. Tuż przed meczem jeden z poznańskich szalikowców zaapelował przez stadionowy radiowęzeł o pokój na trybunach: „Nie gwiżdżcie, k…, jestem jednym z was. Pokażmy policji i innym decydentom, że jesteśmy od nich lepsi. Kibice Legii będą na stadionie (…). Nie gwiżdżmy, nie wyzywajmy ich. Powitajmy ich brawami. Pokażmy, że umiemy się zachować. Proszę o niewszczynanie awantur także po meczu i rozejście się do domów”. Poskutkowało.

Na trybunie pomiędzy dwiema zwaśnionymi grupami kibiców był m.in. ojciec ze swoim 7–letnim Stasiem. Przed wyjściem na stadion odbyli długą rozmowę. Ojciec chciał ustrzec syna przed niebezpieczeństwem. Opowiedział więc o stadionowym BHP, uczulił, że może na stadionie nasłuchać się niecenzuralnych okrzyków. Nauki się przydały. Wprawdzie kibice wytrwali 90 minut w zgodzie, ale gdy kibice Legii wywiesili transparent „Poznań — Warszawa: wszystko nas dzieli, jedno łączy”, stadion zatrząsł się od ryku tysięcy gardeł w wulgarnej przyśpiewce, której bohaterami byli policjanci (mecz odbywał się krótko po tym, jak doszło do śmiertelnych postrzeleń niewinnych osób przez policjantów).

3.

Jeszcze nie umilkły prasowe dysputy o epokowym wydarzeniu, meczu przyjaźni kibiców Lecha i Legii w Poznaniu, gdy w Warszawie odbył się rewanż. Kto spodziewał się równie miłej atmosfery, srodze się zawiódł. Ciemna strona kibicowskiej natury dała o sobie znać. Awantury wybuchały już podczas meczu, a po jego zakończeniu doszło do gigantycznego skandalu — fani Legii pobili piłkarzy Lecha. Podobno sprowokowali ich sami gracze, którzy ciesząc się ze zdobycia Pucharu Polski, śpiewali wulgarne piosenki o gospodarzach…

4.

Walka z bandytami na trybunach jest możliwa. Wielokrotnie przywoływano już przykład Anglii, w której najbardziej krewkich kibiców trzyma się z dala od stadionów. Za złamanie prawa podczas meczu kibic otrzymuje (oprócz grzywny) tzw. zakaz stadionowy, który oznacza, że w dniu i w godzinie meczu swojej drużyny każdorazowo musi się zgłaszać na komisariacie policji odległym od stadionu o wiele kilometrów. W Polsce zakazy stadionowe też są wydawane, tyle że nikt ich nie przestrzega. Organizatorzy meczów twierdzą, że zakaz powinna egzekwować policja, ale funkcjonariusze odbijają piłeczkę, tłumacząc, że to nie oni wpuszczają skazanych na stadion.

W efekcie na angielskich stadionach polikwidowano siatki odgradzające kibiców od piłkarzy, w Polsce podwyższa się płoty. Ba, na niektórych stadionach trybuny dla kibiców gości przykrywa się też siatką od góry, tworząc klatki dla ludzi. Pomijając na chwilę kwestię, czy słuszna i skuteczna jest to metoda, nasuwa się pytanie: co trzeba mieć w głowie, by dobrowolnie wejść do takiej klatki?

5.

Niestety prawdą jest twierdzenie, że jeśli nawet — choć to dziś niewyobrażalne — udałoby się wyplenić bandytyzm z polskich stadionów, to nie rozwiąże się w ten sposób problemu szalikowców. Najbardziej zagorzali „kibice” na bójki umawiają się dziś poza stadionami. W okolicy wcale nie musi być wówczas rozgrywany żaden mecz piłki nożnej… Przynależność do szalikowców nie oznacza, że jest się największym fanem piłki nożnej. Chodzi raczej o przynależność do pewnej grupy. Krzysztof Pałys, absolwent Górnośląskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej, który na potrzeby swej pracy magisterskiej badał to środowisko, dowodzi, że subkultury kibiców są ściśle związane z kulturą lokalnych społeczności (osiedli, dzielnic). Przekazywana z pokolenia na pokolenie tradycja kibicowania jednemu zespołowi wzmacnia więzy między kibicami. Drużyna piłkarska staje się ich reprezentantem. Paradoksalnie takie przywiązanie coraz rzadziej odczuwają piłkarze, którzy traktują klub jak zwyczajne miejsce pracy. Miejsce, które można łatwo zmienić, gdy otrzyma się nową, atrakcyjniejszą propozycję zatrudnienia.

Z przywiązania do drużyny czy jej symboli nie wynika fakt, że należy stać się kibicem chuliganem. Można przecież wspierać swoich ulubieńców w sposób pokojowy. Szalikowcy to zazwyczaj jedyna grupa kibiców, która nie milknie, nie przerywa dopingu dla swojego zespołu, gdy ten przegrywa. Niektórzy liderzy szalikowców podkreślają też, że są przeciwni bójkom czy aktom wandalizmu. Deklaracje te niewiele jednak znaczą, agresja dla wielu subkultur kibicowskich jest normą w codziennym postępowaniu.

Podstawową wartością w światopoglądzie szalikowców jest klub sportowy, a jego obrona przed prawdziwym lub fałszywym zagrożeniem — imperatywem. Dlatego w cenie są odwaga, siła, lojalność, gotowość do poświęceń. Bójki z policją czy kibicami innych drużyn stanowią okazję do potwierdzenia swojego statusu w grupie.

Środowisko pseudokibiców charakteryzuje się dużą solidarnością. I to nie tylko między fanami jednego zespołu. Wspólnym wrogiem wszystkich jest policja. Warto też zauważyć, że nawet najbardziej zwaśnione grupy darzą się szacunkiem, jeśli przestrzegają swoistego kodeksu honorowego chuliganów. Szanowany jest wróg, który wywołuje spektakularne zadymy i który gotów jest stanąć do walki, nawet gdy nie ma szans na wygraną. Nie oznacza to jednak, że należy czuć wobec niego litość czy mu wybaczyć. Stosunkowo nową, niezwykle niebezpieczną tendencją jest na polskich stadionach pojawienie się grup chuliganów, którzy nie respektują nawet i tych wątpliwych zasad etycznych. W reportażu o kibicach Legii i Widzewa opublikowanym w jednym z czerwcowych wydań „Gazety Wyborczej” niejaki Ryba (jeden z liderów łódzkich szalikowców) tak ich opisuje: „Nieraz już mi się chciało przez nich płakać. Robią wszędzie taką trzodę, że wstyd. Napierdolka ich tylko interesuje. Nie wiem, co oni będą robić, jak spadniemy do piątej ligi. Jakichś wieśniaków po polach będą ganiać? Teraz nie ma żadnych zasad, reguł. Siekiera, tasak, liczy się tylko zwycięstwo. Zamiast bić się honorowo, to biorą różne wynalazki z miasta, no, takich ćwiczonych gości, co na stadionie nigdy nie byli. Potem budzisz się obok takiego w szpitalu, gadasz i się okazuje, że nie zna żadnego piłkarza i nie jest pewny, w jakich barwach walczył”.

6.

Przywiązanie do klubowych barw przybiera czasem dziwne oblicza. Podczas niedawnego finału mistrzostw Europy na murawę zapewne znakomicie strzeżonego stadionu wbiegł kibic z Hiszpanii. Wprawdzie na boisku nie było jego drużyny (przypomnijmy, że grała Grecja z Portugalią), ale była osoba, której nienawidził. Chodzi o Louisa Figo, piłkarza Realu Madryt, który przed kilkoma laty ośmielił się przenieść do Realu z FC Barcelony. Hiszpański pseudokibic podbiegł do piłkarza i rzucił w niego flagą swego ukochanego klubu. Krzywdy mu na szczęście nie zrobił.

Ta scena dobrze jednak pokazuje skalę emocji wiążących się czasami z piłką. Temu człowiekowi chciało się przyjść na stadion, wbiec na boisko, mając właściwie stuprocentową pewność, że zostanie złapany i dotkliwie ukarany. A wszystko po to, by zamanifestować nienawiść do wroga ukochanego klubu. Wielu z nas zapewne w dużo słuszniejszych sprawach nie byłoby stać na takie zachowanie.

Fani chuligaństwa
Tomasz Jastrzębowski

urodzony w 1976 r. – absolwent Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, dziennikarz, twórca i redaktor naczelny magazynu sportowego Olimpik.pl, współpracuje z miesięcznikiem „W drodze”....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze