W imię ojca
Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 opinie
Wyczyść

1

Zatracił poczucie czasu. Siedział otępiały, sparaliżowany w fotelu. Lód w worku, który przyłożył sobie do nosa, cały się roztopił. Może godzina minęła, od kiedy to się stało… Nie przyjmował tego do wiadomości, choć taka była rzeczywistość. Dostał cios w twarz od Pawła, swego wikarego. Bez ostrzeżenia. Pierwszy raz w życiu ktoś powiedział mu wprost, że jest kanalią. I zrobił to człowiek, który cały czas milczał. Krzyk niemowy. Ta prawda nie była dla niego szokująca. Niekiedy dopuszczał myśl, że jest zepsuty i ludzie go nienawidzą. Bawiło go jednak, że nikt na świecie nie może mu tego powiedzieć. Co najwyżej przez serwetkę. A serwetkami umiał się ocierać. Chociaż Ola… Ona niby mu powiedziała. Ale… ona pluła pod wiatr. To był jej problem. Sama wciągnęła go w bagno, a potem prosiła, by wrócił do Chrystusa.

W czerwcu 2000 roku udał się z nią na wycieczkę do Italii. Florencja, Asyż, Turyn. Nie nawiedzili jedynie Rzymu, wolał tam nie ryzykować wspólnego pobytu — za dużo znajomych.

W Turynie oglądali Całun. Tłumaczył jej fachowo jego pochodzenie, relacjonował wyniki najnowszych badań. Nie pomodlił się jednak przed nim. Bał się. Ecce Homo.

Wstał wreszcie, by przerwać dręczące myśli, i poczłapał pod prysznic. Spojrzał na wiszący przy umywalce ręcznik splamiony krwią. „Zrób sobie odbicie. To powieś w Sali Proboszczów”. „Proszę, Pawełek w roli żydowskiego tłumu i rzymskich żołdaków. Deszyfrant”.

Puścił strumień letniej wody i przez kilka minut próbował spłukać z siebie ten szlam, ten feralny wieczór. Podszedł do lustra. Zapalił kinkiet. Górna warga spuchnięta, skóra zdarta. Wyglądał, jakby miał olbrzymią febrę. Nos powiększony. Zaczął go delikatnie dotykać, by sprawdzić, czy nie jest złamany. „Muszę zniknąć z parafii. Nie dam im satysfakcji”. Pomyślał, że ludzie czekają tylko na jego nieszczęście. Założył piżamę i biały porannik z frotté.

Wrócił do biurka. Wziął do ręki pudełko, w którym trzymał swoje najcenniejsze listy i zdjęcia. Trzymał, ale nie przeglądał, nie czytał. Uprawiał swoistą magię. Wierzył, że to pudełko zawierające jego tajemnice promieniuje pozytywną energią. Jakby te znaczące, często przeczące sobie dokumenty z jego życia miały pogodzić się nawzajem i za niego uporządkować splątane relacje.

Wziął do ręki szary obrazek Jezusa Miłosiernego. Po chwili go odłożył. Zaczął przeglądać machinalnie zawartość pudełka. Zdjęcie z PKWN–em — Cybula, on, Wacław i Norbert. Przyjaciele. „Wszyscy mnie zdradzili”. Kolejne zdjęcie: z ojcem i proboszczem Rabeckim. On jako ministrant. Dalej: zielonkawa koperta w folii zaadresowana na nazwisko Jana Palecznego drżącym pismem. Wyblakłym atramentem. Zdjęcie matki. Zadbana, w wieku czterdziestu lat. Uśmiechnięta. „Odziedziczyłem po niej uśmiech. Straszne”. Ostatnie zdjęcie: z siostrą. Marta urodziła się, gdy był w drugiej klasie liceum. Ma siostrę, której nie zna. Która miała wpływ na jego decyzje. A może nie. Najpierw nie dopuszczał myśli, że w ogóle istnieje. Opuścił dom, gdy miała trzy latka. Potem widział ją średnio dwa razy do roku. Nie czuł, że byli rodziną. Nie potrafił już mieć siostry. To tak jak wziąć ślub po pięćdziesiątce. Zamknął oczy i palcami lewej dłoni gładził czoło.

Nagle sięgnął po komórkę. Dochodziła jedenasta. Wahał się prawie minutę. W końcu nadusił funkcję: szukaj.

— Marta? Dobry wieczór… Przepraszam, nie obudziłem cię?
— Ale co ty. Wiesz, że jestem nocny marek. Co to się stało, że mój ukochany braciszek zadzwonił?
— A wiesz — patrzył bezmyślnie na gips na ręce — pomyślałem, że bym cię odwiedził. Trochę bym pooddychał domem rodzinnym. Robię się sentymentalny na starość.
— Możesz się wyrwać? Naprawdę? — radość w głosie.
— Akurat tak, dobrze się składa, bo… spadłem ze schodów i jestem w takim stanie, że nie powinni mnie oglądać moi parafianie.
— Co się stało? — Marta się zaniepokoiła.
— Nic, kompletne głupstwo. Mamy remont na plebanii, no i nóżkę postawiłem nie tak jak trzeba…
— To kiedy?
— Najlepiej od jutra…
— Wrócę po czternastej, ale klucz będzie w starym miejscu.
— No to, siostrzyczko, za chwilę się widzimy.

Pogładził komórkę, jakby była żywą istotą, i odłożył na blat biurka. Rozparł się w krześle. Piętnaście po jedenastej. Umysł miał trzeźwy jak po wypiciu dziesięciu kaw. Wziął znów do ręki szary obrazek Jezusa. Zbliżył na odległość dwudziestu centymetrów i zaczął się przypatrywać mu z taką intensywnością, jakby zobaczył ukryty szyfr. Po chwili włączył komputer. Uruchomił program graficzny. Włożył obrazek do skanera. Na ekranie ukazała się postać Jezusa. Zaczął ją powiększać, pięcio–, dziesięciokrotnie. Dwudziestokrotnie. Twarz przemieniła się w szaroczarne klocki. Zaczął ją z powrotem zmniejszać. Jezus z obrazka był zadziwiająco podobny do odbicia z Całunu Turyńskiego. „Może to ta sama twarz?”. Gdzieś o tym słyszał. Całą sprawę Faustyny, jak zresztą wszystkie prywatne objawienia, traktował jako wymysły, które mają podbudować wiarę prostaczków.

Włączył drukarkę. Po chwili spod wałka wysunęło się powiększone oblicze z obrazka.

Format A4. Podszedł do łóżka i ściągnął zdjęcie w ramce z biskupem Tomaszem Lubelskim, starszym kolegą z czasów rzymskich. Kiedyś przepowiadano mu błyskotliwszą karierę niż Tomaszowi. Ale Tomasz był bardziej konsekwentny. Po chwili w miejscu kolorowego zdjęcia znajdowała się szara twarz Jezusa.

* * *

Dom rodzinny Palecznych usytuowany był na przedmieściach Gorzowa. Tuż pod lasem. Do niedawna to była wieś. Stara przedwojenna willa, z pięknym, dużym ogrodem. Dom matki. Dla Jana Palecznego — ojca Krystiana — ślub z Ireną Michalską był przepustką do wyższych sfer. Teść był wziętym prawnikiem. Jan Paleczny nie był jednak łowcą posagów. To Irena Michalska go wyłowiła. W ostatniej chwili. Bardzo specyficznie.

Krystian podszedł do płotu. W tym samym momencie zza olbrzymiego cisa wyskoczył czarny wilczur.

— Dobrze, Brytan, dobrze, pan przyjechał — przełożył rękę przez ogrodzenie i poklepał psa.

Rozejrzał się wokół i stwierdziwszy, że nikogo nie ma w pobliżu, odchylił dachówkę na słupku parkanu. Wyciągnął klucze.

Włożył klucz do zamka. Brytan pierwszy wtargnął do domu — kustosz muzeum. W salonie na centralnej ścianie portret rodziców. Uśmiech matki. Taki sam jak na każdym zdjęciu. Grymas bez ciepła. Maska. Zaniósł torbę do swojego pokoju. „Swojego? Tak, nic się nie zmieniło”. Dom jakby ciągle czekał na jego powrót, choć w całości należał do siostry. On swoją część otrzymał w gotówce. Takiego wyboru dokonał pięć lat temu po śmierci matki. Marta miała wtedy 27 lat. Wolał pieniądze nieobarczone wspomnieniami, do których nie chciał wracać. Uzmysłowił sobie, że zupełnie nie znał życiowych planów swej siostry. Wiedział, że prowadzi na spółkę z kimś biuro notarialne i tyle. Stojący zegar wybił pierwszą. Jechał niecałe dwie godziny. Dopiero teraz dopadło go zmęczenie. Spał dziś ledwo pięć godzin. Zasnął około drugiej w nocy. Postanowił się położyć na chwilę. Wszedł jeszcze tylko do łazienki, by sprawdzić stan swej twarzy. Dotknął delikatnie nosa. „Tak, jest lekki wzgórek na środku. Może to jednak tylko opuchnięcie, a nawet gdyby to pozostało, będę miał bardziej szlachetny profil”.

* * *

— No, nie wyglądasz tak źle — powitała go Marta. Trzy soczyste pocałunki wylądowały na jego policzkach.

Zamknęła oczy i wciągnęła w nozdrza powietrze. — Zawsze używałeś najlepszych perfum.

— Kosmetyka cuda czyni…

Przyjrzał się uważnie Marcie. Pieprzyk dokładnie w tym miejscu, gdzie jego.

— Boże, jakaś ty piękna. Chyba nie ma lepszej partii w mieście.
— Już nie… Na jesień pobłogosławisz mi ślub.
— Niemożliwe, nic mi nie mówiłaś.
— A jak ci miałam powiedzieć, braciszku? My w ogóle się nie kontaktujemy!… i to na pewno nie z mojej winy.

Przytaknął.

— Jesteś pewna wyboru?

Uniosła kciuk w geście: „pierwsza klasa”.

— Drżę tylko, żeby się nie rozmyślił. Jest za dobry dla mnie. Ma na imię Filip. Poznałam go w wolontariacie.
— Działasz w hospicjum?
— Nie, to jest organizacja opiekująca się osobami starszymi i samotnymi. Samotna starość. To jest nasze jutro.

Zadziwiła go. Przed laty straciła głowę dla żigolaka prowadzącego śliskie interesy w kasynie. Marta i działalność charytatywna?

— Przyjdzie tu? — podrapał się zakłopotany po wysokim czole. — Przepraszam, nie wiem, jak mieszkacie?
— Filip jest w Marsylii na międzynarodowym zjeździe naszej organizacji, załatwia dofinansowanie dla nas.
— Masz czas na wolontariat? Prawnicy, których znam, nie mają czasu się wysikać.

Marta uśmiechnęła się.

— Wolałabym zrezygnować z kancelarii niż z wolontariatu. Wiesz, dopiero teraz tak na dobre zrozumiałam, dlaczego zostałeś księdzem. Kiedy byłam smarkulą, przyznam ci się, że nie mogłam pojąć, jak taki facet, jak ty, mógł pójść do seminarium.

„To jest moja siostra? Ta niewinna radość?”.

— Chodźmy do kuchni. Przygotowałam przed pójściem do pracy obiad, taki na chybcika, ale zaraz zabiorę cię do sklepu i powybierasz najlepsze wina… zrobimy cudowną kolację.

* * *

Podobieństwo między nimi było uderzające. Ślady tych samych ormiańskich genów. Po matce. Kruczoczarne włosy. Wyraźnie zarysowane, gęste łuki brwiowe. Piwne oczy. Te same pieprzyki. I nieprawdopodobnie wyraziste usta. U Krystiana były jednak na granicy karykatury. Stąd ów słynny pseudonim Wargin. Marcie nadawały zmysłowości, która musiała doprowadzać mężczyzn do szaleństwa. „Nie pocałować takich ust to grzech”.

— Mój brat marnotrawny, który przypomniał sobie o siostrze. Po upadku ze schodów. Ludzie nawracają się w różny sposób.

Krystian sięgnął po granatową lakierowaną teczkę.

— Pokażę ci coś. Myślę, że tego nie wiesz… Mamy tych samych rodziców, ale pamiętamy ich kompletnie inaczej. Ja właściwie zamknąłem swój rozdział pod tytułem „rodzice”, kiedy miałem 19 lat i wyjechałem do seminarium. Ty dopiero otwierałaś oczy na świat.

Wyciągnął z zielonkawej koperty list zapisany dużym pismem. Atrament wyblakł.

— Przeczytaj to.

Marta przybliżyła się do lampy.

 „Gorzów, 21 czerwca 1955 roku. Kochany Jasiu. Mam nadzieję, że wybaczysz mi moją nieobecność. Tak bardzo chciałam być tego dnia z Tobą. I byłam. Może nawet więcej… — pismo w tym miejscu było nieczytelne. — Pan Bóg widać chciał ode mnie takiej ofiary, abym nie mogła uczestniczyć w Twojej radości. Bóg nieraz zachowuje naszą radość na wieczność. Był u mnie w tym dniu ksiądz January z Panem Jezusem. Moje cierpienie ofiaruję za Twoje przyszłe kapłaństwo. Cała jestem ofiarą i zawierzeniem. Wszystko ofiarowuję za wolność Prymasa i Twoje kapłaństwo. Żyję już bardziej w niebie, ale bardzo bym chciała doczekać dnia Twoich święceń. Wiem, że Pan Bóg przeznaczył Tobie wielkie zadania do spełnienia. Nie lękam się iść do Pana, bo Ty jesteś moim usprawiedliwieniem, radością, sensem życia. Wybacz, że nie piszę więcej, ale ręka słabnie po paru słowach, za to nie ustaję w modlitwie za Ciebie. Mama”.

— Kto to pisał?
— Nasza babcia Lusia. Matka ojca.

Marta wlepiła w Krystiana pytające oczy.

— Nasz ojciec był księdzem?
— Nie, zrezygnował na krótko przed święceniami. Myślę, że do końca życia nie umiał znaleźć sobie miejsca.
— Gniótł go ten list?
— Nie, nigdy go nie zobaczył. Nasz dziadek uznał, że nie może mu tego testamentu przekazać. Po śmierci babci chciał mu go chyba oddać, ale coś go wstrzymało. Wiedział, że ten list by go unieszczęśliwił. Nie chciał go nim związać. List przeleżał w jego biurku równe dwadzieścia lat. Kiedy ja poszedłem do seminarium… Dziadek dał mi go tuż przed swoją śmiercią. Nie chciał iść na tamten świat, nie przekazując go nikomu, ale ojcu się bał. Bał się jego reakcji.

Marta dostała wypieków. Wino plus emocje.

— A ty wiedziałeś o ojcu?
— Ogólnie wiedziałem. Wiedziałem, że otarł się o seminarium. Nasz proboszcz Stefcio Rabecki był najbliższym przyjacielem ojca. Przyjaźń przetrwała całe ich życie. Byłem ukochanym ministrantem proboszcza. Wyciągnij ten duży brązowy album… Zobaczysz na tych zdjęciach wszystko.

Marta podeszła do biblioteczki. Po chwili rozłożyła solidnych rozmiarów album. Każda karta przedzielona pergaminem. Na co którymś zdjęciu jak święta trójca: Krystian, ojciec i proboszcz. Krystian jako ministrant. Lata świetności. I wstydu. Służąc do mszy, czerpał i splendor, i wzgardę. Część kolegów naigrawała się z niego. Oni grali w piłkę, on szedł do ołtarza, oni z dziewczynami pod namiot, on z księdzem na oazę. W parafii był kimś — pupilek proboszcza, przyjaciela jego ojca. Tam coś znaczył. Wywyższenie i wyszydzenie. Duma i kpina.

— A mamie pokazałeś ten list?
— Nie, jesteś pierwsza.

Marta przewracała karty albumu.

— Zobacz, prawie na wszystkich zdjęciach jesteś z ojcem. Z matką, nawet tam, gdzie jesteś, wyglądasz, jakbyś się uśmiechał za karę… Bardziej kochałeś ojca, przyznaj się.

Zamilkł. Rozmawiał z własnymi myślami.

— Kiedyś pogadamy, siostrzyczko.

Marta przysunęła się do niego, dała mu lekkiego kuksańca w ramię. Przytuliła się.

— Nie, błagam, Krystian, to jest jakiś cud, że siedzisz tu ze mną. Może ten cud się nigdy nie powtórzy. Może przyjechałeś tutaj mi to opowiedzieć, bo… bo masz jakiś powód, bo może opatrzność. Rozmawiałeś kiedyś z ojcem o jego odejściu?

 Krystian pokręcił przecząco głową. „Mówić, nie mówić? Właściwie, dlaczego nie? Jest pewnie najbliższą dla mnie istotą na świecie, ze strony której nic mi nie zagraża. Może jej sprzedać to wszystko, byle nie za wiele powiedzieć o sobie. Wyobraża sobie, że ma braciszka świętego kapłana”.

— Słuchaj, ty się urodziłeś w następnym roku. 22 lutego 1956 roku.
— Tak, widzę, że nie muszę ci tłumaczyć, że ojciec przeze mnie nie został kapłanem.
— Może miłość do matki była większa? Większa niż celibat?
— Wątpię. Nigdy nie mogłem zrozumieć, po co ta kobieta zabrała mu miłość, nie dając innej w zamian. Ona go nie kochała. Nie wiem, co ty zdążyłaś zobaczyć, miałaś osiem lat, jak zmarł ojciec. Ja nie widziałem, aby kiedykolwiek okazała mu czułość. Włożyła jego dobroć do zamrażarki. Kochałem ojca, a jestem podobny do matki. Nawet mam ten jej przylepiony uśmiech, którego nie cierpię.

Krystian nalał wina do kieliszków.

— Skoro się tak bardzo nie kochali, to dlaczego zdecydowali się na mnie? Po szesnastu latach nocy polarnej nagle słońce?
— I tego nie rozumiem. Zanim przyszłaś na świat, wybuchła awantura, której nigdy nie zapomnę. Ojciec był z reguły milczkiem. Nieraz miałem mu za złe, że znosi bez sprzeciwu humory matki. Jej zgorzknienie, pretensje do całego świata, że była tym, kim była, a nie światowej sławy skrzypaczką, pisarką czy jakąś panią ambasador. Myślałem wtedy, że się dom rozleci. Jakby zamknęli w nim dwa dzikie zwierza. Matka w końcu wypadła z pokoju, właśnie tego, w którym siedzimy, a on jeszcze krzyknął: „Okłamałaś mnie na wieczność!”. A potem chyba płakał, bo jak go wieczorem spotkałem w kuchni, miał czerwone oczy. Na drugi dzień wyjechał. Wrócił po dwóch tygodniach. Chyba wtedy się poczęłaś. Ale co się stało, nie wiem. Jesteś owocem wielkiego pojednania, rozpogodzenia po burzy… Tylko, że potem wróciło wszystko do normy, matka była kostyczna jak kiedyś.

Krystian skończył bajkę o rodzicach: „I tak żyli długo i nieszczęśliwie…”.

— A tobie matka nic nie przekazała przed śmiercią?
— Nie. Tylko płacz i lęk przed sądem ostatecznym. Codziennie masowałam jej sparaliżowaną nogę i rękę. Zawsze miałam wrażenie, że powinnam bardziej masować jej sparaliżowaną duszę, ale nie umiałam do niej dotrzeć. Gdybym choć przeczuwała to, co mi dzisiaj powiedziałeś… może bym umiała skruszyć jej skorupę. Miałam wtedy potworny żal do ciebie, że tak rzadko przyjeżdżałeś do niej. Chciałam dzwonić po ciebie. Prosiła, żeby cię nie dręczyć, że jesteś kapłanem dla ludzi, a nie dla matki.

Słuchał tych słów z niewiarą. Uśmiech na jego twarzy był ironiczny. I gorzki. „Bała się ponieść odpowiedzialność za kolejnego kapłana”. Walczył z sobą, czy powiedzieć Marcie to, co wielokrotnie powtarzał w duszy. „Poszedłem do seminarium jako ofiara za ojca, chciałem być szczęśliwym kapłanem, którym mógł być on. I poszedłem dlatego, że nie chciałem być ofiarą matki. Nie chciałem być ofiarą żadnej kobiety. Mimo że jej nie kochałem, miała władzę nade mną. Była jak ruchome piaski. Można było od niej jedynie uciec. Gdy tylko się do niej zbliżyłem, wciągała w swoją otchłań”.

— O czym myślisz? — spytała.
— Nic, tak mi wiruje w głowie… Czy matkę ktoś odwiedzał?
— Nie, była totalnie sama. Obok łóżka stał kuferek, jej archiwum, które kiedy wychodziłam do pracy, pewnie bezustannie przeglądała. Była pedantką. Miała to we krwi. W końcu całe życie była sekretarką swego ojca. Miała talent do gromadzenia dokumentów, ale nie ludzi.
— Mam nadzieję, że nie spaliłaś go?
— Coś ty… Możemy tam zajrzeć. Sama nigdy bym tego nie zrobiła.

Otworzyli drzwi do pokoju matki. Na stoliczku obok łóżka stało w ramce duże zdjęcie Krystiana z Papieżem. Rok 1982. Była z niego dumna. Pisała mu o tym. Podarł ten list. I żałował, że posłał jej to zdjęcie. Był stan wojenny, a Krystian był w Rzymie. W jej świadomości był bardzo blisko Jana Pawła II. Tak jak na zdjęciu. Miał tych zdjęć dużo. W czasach rzymskich te fotografie nie były wielkim wyczynem. Wianuszek znajomości prowadzący za Spiżową Bramę. Drabinka prowadząca do zastępcy Chrystusa… W Polsce owszem, wzbudzały podziw, jakby się człowiek sfotografował na szczycie Mount Everestu. Kto mógł, zbierał te zdjęcia jak myśliwy poroża. Ile razy w roku, w miesiącu, w tygodniu był na audiencji. Pysznili się, jakby pomagali dźwigać krzyż Jezusowi. Zachwyt i zazdrość otoczenia były podniecające. Miał parę albumów takich zdjęć. Włożył w to kupę forsy. Żałował tylko, że tych zdjęć nie mógł już przesyłać swemu ojcu. Jan Paleczny zmarł w 1979 roku. Tydzień po pierwszej pielgrzymce Ojca Świętego. Po jego śmierci Krystian ograniczył kontakty z matką do minimum. Jakby obwiniał ją za jego śmierć.

* * *

Dochodziła dwunasta w nocy. Od dwóch godzin oglądali zdjęcia z kuferka matki. Raczej Ireny Michalskiej. Większość zdjęć była z jej panieńskiego okresu. Dziwne, że nie wsadziła ich do rodzinnego albumu. Nie chciała widocznie pomieszać tych światów. Zdjęcia mężczyzn, kobiet, których nie znali. Nikt z rodziny. Mężczyzna z bujnymi blond włosami zaczesanymi pod górę i pokrytymi brylantyną. Marta odwróciła. „Irce ten niegrzeczny Alojzy”.

— Może to jakiś amant matki? — zaśmiała się.
— Wątpię, ojciec był jedynym mężczyzną, który jej nie odepchnął.

Kilka fotografii matki w lesie. Uśmiechnięta. Inna kobieta. Inny uśmiech. Twarz, jakiej nie widywał. Rozkwiecona, rozsłoneczniona, rozmarzona. Na odwrocie daty: 1952, 1953.

— To chyba zdjęcia z czasów, zanim poznała ojca — skomentowała Marta.
— Ojca znała jeszcze z liceum. Chodzili do jednej klasy.
— Wszystko odatowane.

Nagle coś go tknęło.

— Zobacz, czy są jakieś listy z 71 roku.

Marta posłusznie wykonała polecenie brata.

— Jeden — powiedziała po chwili.
— Pokaż — spojrzał szybko na nadawcę: A. W., 1955 W. Evergreen, Chicago, IL 60622. Otworzył kopertę. Pusta. — O Boże! Błysk po to, żeby zgasł…
— Co wymyśliłeś?

Chwycił raz jeszcze zdjęcie mężczyzny z blond włosami.

— No co? — nalegała Marta.
— A. W. to na pewno ten Alojzy.
— Skąd masz tę pewność?
— Daty… — Krystian raz jeszcze przybliżył do oczu ostemplowany znaczek. Chicago. 2 June 1971. — Ten list przyszedł wtedy, gdy rozegrała się ta karczemna kłótnia… Na początku lipca. Pamiętam dokładnie. Bo potem ojciec zniknął na dwa tygodnie. Wrócił dzień przed moim wyjazdem na oazę. W połowie lipca. Ty urodziłaś się 10 kwietnia 1972 roku.
— Krystian, co ty kombinujesz?
— Przeanalizuj te daty. 2 czerwca list wychodzi ze Stanów, list od A. W., czyli Alojzego. Idzie wtedy około miesiąca. Po jego przyjściu następuje awantura. Ojciec wyjeżdża na dwa tygodnie. Wraca. Po 9 miesiącach ty przychodzisz na świat. Dopowiedz sobie resztę. Teraz sobie przypominam, że wielokrotnie padało to imię…
— Krystian, teraz możesz coś fantazjować. Może dodajesz. Mówiłeś tylko, że ojciec powiedział: „Okłamałaś mnie na wieczność”. Te daty to może być czysty przypadek…

Pociągnął nosem. Pokręcił głową.

— Przypadki są tylko w gramatyce.

Zamknął się w sobie.

— Pewnie trochę za dużo wina poszło dzisiaj. Nawet nie wiesz, co było w tym liście.

Wzruszył ramionami.

— Mogę wypić dwie butelki i nic mi nie jest. W liście było wyjaśnienie, dlaczego musiał zniknąć.
— To dlaczego nie zniszczyła koperty?
— Bo ja wiem? Chciała mieć dowód albo pamiątkę.

Znów myślał, milcząc. Mrużył oczy i zaciskał szczęki.

— Czyli chcesz powiedzieć, że jestem owocem listu z Ameryki? Że Alojzy W. przesłał mnie zza oceanu jak wąglika albo stonkę?
— Nie… chcę powiedzieć, że Jan Paleczny nie był moim ojcem…
— Co?!
— Że jestem synem Alojzego W.
— Chyba Sherlock Holmes w takim tempie nie rozwikłałby tej zagadki.
— Ja ją nosiłem w sobie całymi latami, teraz tylko zapaliło mi się światło. Przypuszczam, że w tym liście było coś, co spowodowało, że Jan Paleczny zrozumiał, iż nie był moim ojcem.
— I wrócił?

Wydął policzki i odetchnął głęboko.

— Nie wiem, co się stało ani jak ojciec, to znaczy Jan Paleczny, poznał treść listu. Ale to są szczegóły techniczne. Nie wiem, jak matka go wyciągnęła z seminarium, ani jak przytrzymała 15 lat później.
— Stałam się argumentem w sprawie.

Krystian tylko kręcił głową.

— Człowiek, którego kochałem, okazał się obcy, a matka… — nie dokończył.
— Jeżeli tak jest, jak mówisz — w oczach Marty zakołysały się łzy. — To Jan Paleczny… mój ojciec, był… był prawdziwym kapłanem. Miał w sobie miłość bez miary, którą ci przekazał. Człowieka rodzi się z prawdziwej miłości… braciszku, przyrodni, jedyny.

Przytulił Martę i poczuł ciepło, którego nie czuł od dzieciństwa. Kiedy Jan Paleczny brał go na kolana.

„Wątpię… Gdybyś ty, siostrzyczko, wiedziała, jakiego masz braciszka… — Zamknął oczy. — Tobie przekazał swój uśmiech. On jest w tobie silniejszy niż ormiańskie geny po matce”.

2

Teren pod budowę Groserowego kościoła był położony między powstałym niedawno osiedlem „Lepsze Czasy”, gdzie wprowadziła się inteligencja i wyłażący z kokonu establishment, a dzielnicą zwaną fawelami albo soho, w zależności od tego, czy ktoś bardziej kładł akcent na ubóstwo, czy proceder, któremu oddawała się poważna część tamtejszych mieszkańców. Władze miasta, widząc zagrożenie w przeludnionych ogródkach działkowych — smród ścieków i odchodów unosił się daleko poza granice ogródków — rozlokowali tamtejszych mieszkańców w blokach komunalnych. Pozostała jedynie część domów, które w ciągu trzydziestu lat z pierwotnych altanek przepoczwarzyły się w domki jednorodzinne. Niektóre całkiem okazałe. Do pierwotnego pudełka dobudowywano werandkę, którą z czasem obudowywano, doklejano kolejną werandkę, szopki tynkowano i tak powstawały kompleksy architektoniczne możliwe do zaakceptowania, a z pewnością trudne do rozebrania.

W jednym z takich domków przed ośmiu laty przyszła na świat Agatka. Jej rodzice Zygmunt i Zofia Bocianowie byli początkowo szczęśliwym małżeństwem. Pan Zygmunt był starszy od swej żony o dziesięć lat. Na przełomie lat 80. i 90. udało mu się rozkręcić dość prężną firmę budowlaną. Bocian dorobił się kilkuletniego żuka, betoniarki i rusztowania warszawskiego. Osiągnął wszystko, co w tym zawodzie można było osiągnąć. Pieniądze, za które spirytus mógł kupować kanistrami, i szacunek ludzi. Klienci wieczorami stali w kolejce, by wywalczyć jakiś termin. Bocian wychodził w podkoszulce i kręcąc głową, obwieszczał, że może za jakieś trzy miesiące znajdzie dziurę, żeby wlecieć i dobudować pięterko. „No wie pan, to pryszcz, trzy dni i po robocie, ale skąd tu, k…, je wytrzepać. Wszyscy się chcą budować. Widzi pan, sam nie mam czasu swojej chaty podciągnąć”. „Jeszcze przyjdą takie czasy, że będziesz pan sobie śledzia na sznurku wieszał i lizał, żeby z głodu nie zdechnąć. Zobaczy pan…” — usłyszał kiedyś od rozżalonego interesanta. Takie obelgi tylko podbudowywały Bociana. Wiadomo, że biedota zawsze złorzeczyła tym, którym się powiodło.

Mieszkali w dwóch pokojach z kuchnią i łazienką. Zygmunt miał ambitne plany dobudowania piętra. I to legalnie. Pozwolenie bez problemu za parę groszy mógł załatwić, ale nie miał czasu. Harował od świtu do nocy, a potem trzeba było też z tego życia coś mieć. Żonę i butelkę popieścić. I nagle, nie wiadomo, jak to się stało, pod furtkę Bociana przychodziło coraz więcej kumpli do butelki, a coraz mniej klientów. Początkowo Bocian był zadowolony. Jego życie wreszcie osiągnęło harmonię. Nie na długo. Wkrótce na czoło wybił się alkohol. Praca i miłość małżeńska nie przynosiły już tej satysfakcji. Wtedy też pogorszyły się ich stosunki z mieszkającą obok siostrą Zofii Bocian. „Ja ci tylko radzę, żebyś przepędziła to całe tałatajstwo”.

W 1999 roku, prowadząc po pijanemu, Zygmunt zjechał z wiaduktu żukiem, tak że samochód nadawał się do kasacji. Wypadek był efektowny, pokazali go nawet w lokalnych wiadomościach. Na szczęście Bocian uszedł z życiem, a jedyną pamiątką było utykanie na jedną nogę. Zdrowie zachował, ale był to definitywny zmierzch jego prężnej firmy. Bez samochodu mógł już tylko podczepić się pod kogoś innego. Człowiekiem, który go podnajmował do różnych robót, był Skotarczak. Początkowo współpraca rozwijała się obiecująco, jednak coraz częstsze ciągi Bociana powodowały, że Skotarczak rezygnował z niego, gdy szedł na robotę do poważnych klientów. Tak było ostatnio, gdy nie załapał się na pracę na plebanii. „Co, Bocian niedobry? Bo chleje. A co, te ch… codziennie jak pobierają, to jest dobrze?!”.

Bocian się staczał, partnerów do wypitki znajdował w coraz niższych warstwach. Nieraz przyszło mu pić z Ryżym Bronkiem, który żywił się „trupami”, a raczej tym wszystkim, czego trupy według jego wiedzy nie potrzebowały, a więc mosiężnymi literkami z ich nagrobków.

Od dwóch tygodni Bocian znów był na wierzchu. Skotarczak zerwał robotę na plebanii i przeszedł na budowę, gdzie znów było miejsce dla niego.

* * *

Bocianowa patrzyła na męża i wbrew wszystkiemu wierzyła w cud odmiany. „Zostaw tego dziada, bo on cię zniszczy” — namawiali ją siostra i szwagier, ale coraz już rzadziej. Stwierdzili, że widocznie jest sama sobie winna i „uzależniła się od tego sadysty”. Gdy Zofia poznała Zygmunta — był ideałem. Kulturalny, z ambicjami. Po technikum budowlanym. Zniszczyła go wódka, koledzy, a raczej te „zasrane czasy” — jak mawiał — te wszystkie „przetargi budowlane, normy i inne pierdoły”. „Jak nie dasz łapówy, to jesteś skończony”.

Znęcał się nad swą żoną, choć twierdził, że ją kocha. Nienawidził tego, że nie stacza się w dół razem z nim. Ubiera się, maluje… „Dla kogo się, dziwko, tak stroisz, co?”. Obwiniał ją za swoją niewydolność seksualną. I chorobliwie podejrzewał, że go zdradza na lewo i prawo.

Pewnego dnia pani Zofia odkryła Fundację Pomocy Samotnej Matce. Zaczęła stamtąd przynosić paczki żywnościowe i ubrania dla Agatki. Chodziła tam też na grupy wsparcia. Zobaczyła, że nie ona jedna żyje z mężem psychopatą. W kolejce po paczki kobiety udzielały sobie rad, jak należy sobie radzić z „kutasami”. Rozmawiała też długo z panią Anią, prezes fundacji. Dostała od niej kiedyś krzyż, który postanowiła powiesić w kuchni. Bocian, gdy zobaczył krucyfiks na ścianie, pokręcił głową.

— Po co to wieszasz? Nie wiesz, że księża to najwięksi złodzieje?
— To jest Pan Jezus, nie ksiądz.
— Ciemnota. Powiedz mi, czy ktoś na świecie widział Pana Boga?
— A czy ktoś widział twój rozum? — oświeciło Bocianową. Nie wiadomo, czy to dotarło do męża.
— Eee, zobaczymy, ile ci ten twój Pan Bóg pomoże… — machnął ręką, wyrażając swoją tolerancję i zgodę na krzyż.

Niestety awantury, w czasie których dochodziło do rękoczynów, zaczęły się mnożyć. Bocian wielokrotnie chciał zerwać krzyż ze ściany, ale w ostatnim momencie zawsze mu jakoś zabrakło odwagi czy chęci, aby zdjąć Boga, „którego nie ma”.

Świadkiem tego poniżenia matki była oczywiście Agatka. Rok temu Bocian powędrował na trzy miesiące do aresztu za pobicie żony. A żona do szpitala. Dziecko zabrała babcia — samotna, schorowana kobieta, która wypłakiwała oczy z powodu swego syna. Były wakacje i jeden z najszczęśliwszych okresów w życiu Agatki. Trzy miesiące życia bez lęku. U babci była telewizja, obiady, kolacje i rozmowy. Babcia zabierała Agatkę codziennie do kościoła, a potem kupowała coś słodkiego. Opowiadała o Panu Jezusie i aniołach stróżach.

Bocian po wyjściu z więzienia był jak do rany przyłóż. Prosił żonę o wybaczenie, a nawet, żeby poszła z nim na grupę AA. Jednak po miesiącu odnaleźli go koleżkowie i wszystko wróciło do normy. I znów każdy przejeżdżający autobus, który mógł oznaczać powrót męża, wywoływał ssanie w żołądku pani Zosi.

* * *

Podała kolację. Najchętniej poszłaby do pokoju, wzięła tabletkę na sen i zgasiła światło, ale musiała powiedzieć mężowi, że potrzebuje pieniędzy na okulary dla córki. Wiedziała, że ma gotówkę, bo tylko wówczas pozwalał sobie na kupno wódki. Normalnie pił wino, gdyż doprowadzenie się nim do upojenia mniej kosztowało.

— Będę potrzebowała na okulary dla Agatki. — Grymas na twarzy.
— Co, receptę? Idź do okulisty — udawał głupiego.
— Nie, pieniądze…
— Tak? I skąd je weźmiesz?

Odsunął talerz i nalał sobie wódki.

—  Jesteś ojcem.

Na jego twarzy malował się coraz większy żal, że psuje mu najpiękniejsze chwile.

— No to też wam pozwalam tu żyć pod tym dachem i grosza za to nie dajecie. Ile mogę dawać?… Czy jestem jakiś faraon egipski?
— Wiesz, że jedzenie jest coraz droższe. Nic poza nim nie kupujemy.
— A ja ci powiem, że w tym domu jest za dużo żarcia.
— Gdzie?
— Nie!? A szczury po chacie latają. To co? One tu pająki przychodzą żryć?

Nalał sobie kolejną porcję, wypił i czekał, aż żona zniknie. „Łatwiej się pozbyć kaca niż tej cioty. Już ona wie, jak po cudze pieniądze łapy wyciągać. Darmozjady”.

— Wysypałaś trutkę? No! Wysypałaś?
— Tak.
— A ta gówniara mi jeszcze kundla chciała do chaty sprowadzić… Saba jest biedna i siama! — zaczął przedrzeźniać córkę.

Bocianowej łzy zakręciły się w oczach, ale wiedziała, że musi je powstrzymać, bo inaczej przegra. On tylko na to czeka. „Dobrze wiesz, że doprowadzasz mnie do szału tym beczeniem i robisz to celowo!” — wrzeszczał w tych momentach.

„Boże, daj mi siły!”.

— Tu chodzi o zdrowie naszego dziecka.
— Tak? To czemuś je, k…, chore urodziła? Czy ja ci kazałem?
— Agatka jest zdrowa, ma tylko wadę wzroku.
— To pewno ten twój Pan Bóg pokarał ją za twoje puszczalstwo.

Podniecało go poniżanie żony. Od lat, to znaczy od czasu, gdy zaczął ostro pić, jego „męskość” szwankowała. Doprowadzało to go do wściekłości i lęku. Raz nawet próbował przekonać się o swej wydolności z przydrożną tirówką, ale nie udało się… Od tego czasu panicznie się bał, że jest niesprawny. Żył w schizofrenii, widząc w prostytutkach żonę, a w żonie prostytutkę. Nienawidził ich wszystkich.

Nieoczekiwanie spojrzał z chytrym uśmieszkiem.

— Dobra, jak jesteś taką dobrą matką, to zarób te pieniądze… Po cholerę mam je wydawać w agencji? No co? Mąż gorszy klient?… — natarł, nie widząc reakcji na twarzy żony.

Na chwilę zamknęła oczy i znalazła się wśród kobiet z Fundacji. „Musisz go w takiej chwili traktować jak najgorszego gnoja. Musisz wzniecić w sobie taką nienawiść, że będziesz mogła uśmiechnąć się na zewnątrz. Potraktuj go, jakby nie żył, jakbyś śniła. Zrób, co ci każe — jego nie ma. Liczy się tylko twoja miłość do córki. Siła Wyższa, Moc albo jak chcesz Pan Bóg, pyta cię, czy dla swego dziecka jesteś w stanie pokonać potwora. Uniewrażliwić się na smród jego oddechu, cuchnącej bielizny i skarpet, potu, moczu, wódy”. Bocianowa rekonstruowała rady Elki z grupy wsparcia. Imponowała jej swoją wiedzą, horyzontami i umiejętnością wyzwolenia się spod władzy „starego”.

* * *

„Anielu Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój, rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze ku pomocy”. Agatka obserwowała całą scenę przez dziurkę od klucza. Ojciec jej zakazał bez pozwolenia pojawiać się, jak ma do pogadania z matką. Płakała cichutko i powtarzała modlitwę, której nauczyła ją babcia. „Widzisz, moje słoneczko — tłumaczyła jej — na świecie jest wtedy źle, gdy ludzie się nie modlą. Jak się nie modlą, to ich serduszka szybko stają się brudne. Jak będziesz się modliła codziennie do swojego Anioła Stróża, to nic ci się złego nie stanie. Każde czyste serduszko promieniuje i nawraca grzeszników”. „A co to znaczy nawraca?”. „To znaczy, że ktoś, wraca do swojego czystego serca, staje się tak dobry jak wtedy, gdy był dzieckiem i kochał Pana Boga”. „A czy mój tatuś też może nawrócić?”. „Tak, tatuś też się może nawrócić…”.

Zza ściany dochodziły coraz bardziej nerwowe odgłosy. Matka jęczała, wzdychała, ale zdawało jej się, że mówi: „Przytul mnie mocniej”. Nie mogła pojąć tego, co się dzieje za ścianą. Odgłosy przypominały jej te, które nieraz słyszała z ubikacji, ale przecież to nie… Agatka coraz szybciej modliła się do swego Anioła.

— Udajesz… Myślisz, że tego nie czuję?…
— Nie udaję, kocham cię… — próbowała powiedzieć z czułością.
— Masz mi dobrze zrobić… mam w dupie twoje kochanie… Gdzie idziesz?… I widzisz, z tobą tak zawsze… wracaj… bo ci nie zapłacę…
— Nie chcę… Nie możesz, bo jesteś pijany.
— Ja pijany?!… — Głuchy łomot o ścianę.
— Przestań, bo zawołam policję… — Zofia mówi płaczliwym głosem.
— Co znowu, k…, mi grozisz?! Chciałabyś. Mężulek w kiciu, a ty hulaj dupo, chata wolna… Mówiłem ci, k…, że cię zabiję, jak mnie będziesz straszyć.
— Przestań, prze… — Bocian zaczął dusić żonę.
— Odszczekaj to…

Ale nie mogła odszczekać, bo straciła przytomność. Odepchnął z obrzydzeniem głowę żony, jakby się spostrzegł, że chwycił w ręce jakiś przypadkowy śmieć. Padła na łóżko.

— No, jak się namyślisz… to przyjdź.

Podciągnął spodnie i poszedł do kuchni nalać sobie wódki.

* * *

Agatka wsłuchiwała się w ciszę, która zaległa. Co robić? Starała się łkać jak najciszej. Wiedziała jedno, że nie może się teraz ruszyć. Ojciec by ją zatłukł. „Pamiętaj, jak jestem z matką w pokoju, nie wolno tu wchodzić”. „Zabił mamusię” — przeleciało jej przez głowę. „Mamusiu, babciu, Aniele Stróżu”. Agatka przylgnęła znowu do dziurki. Po chwili zobaczyła, jak ojciec zasnął na stole. Wymknęła się do pokoju. Matka leżała zakrwawiona i rozebrana. Pobiegła do cioci Jadzi. Jak wiele razy przedtem. Kiedy ją zobaczyli, o nic nie musieli pytać.

— Dzwoń na policję. Znowu ten… — rzuciła ciotka do męża i nie dokończyła, bo chciała oszczędzić dziecko.

Po piętnastu minutach podjechał radiowóz, a po chwili wezwana przez policję karetka pogotowia.

Pijany Bocian, który zwykle po pobiciu żony uciekał z domu, tym razem nie był w stanie. Słaniał się na nogach i bełkotał, patrząc nieprzytomnym wzrokiem, jak pielęgniarze wkładają jego żonę na nosze. Jeden z policjantów spisywał protokół.

— Znowu im nadałaś! Myślisz, że jestem głupi?! — krzyczał w kierunku nieprzytomnej Zofii. — Chcecie mnie wsadzić, żebyście mogli się pier… do woli.

To były ostatnie słowa Bociana. Po nich zakładający mu kajdanki sierżant Imadełko tak serdecznie uścisnął jego dłoń, że pijany z jękiem osunął się na podłogę.

— Następnym razem — wyszeptał mu do ucha — unieszkodliwię ci mordę, żebyś przestał bredzić. Wybiję ci wszystkie kły, będziesz wampirem bez zębów. Nawet dzieci nie będą się ciebie bały. Ale dzisiaj zajmiemy się tą rączką, która dusiła kobietę.

I Imadełko, prowadząc Bociana, krótkim szybkim ruchem skierował jego dłoń na ścianę.

— Przestań — syknął Norbert, doskoczywszy do kolegi. Znał jego metody. Imadełko był uznawany za jednego z nielicznych ideowców w komendzie, „nieugiętego stróża prawa”.
— A co ja mu robię? Bił tą rączką żonę i źle ucelował, kurna.

3

List z pogróżką przyspieszył decyzję Grosera o przeprowadzeniu się na plebanię. To znaczy do drewnianej budki o wymiarach pięć na sześć metrów, którą „poza planem” postawił mu Bułka. Postanowił dać sygnał nadawcom przesyłki, że w razie czego jest na miejscu. Skalscy wyposażyli mu kuchenkę, Mackiewicz przywiózł rolety, Kaczmarkowa ofiarowała mu dwa fotele i tapczan i w ten sposób był umeblowany i urządzony. Proboszcz pełną gębą. Mógł teraz z dumą chodzić „po parafii”. Nie sam, ale w towarzystwie Saby. Nie wiadomo, czy w razie potrzeby obroniłaby go przed agresorem, oczy miała jednak tak poczciwe i różowym jęzorkiem tak lizała go po rękach, że podbiła serce nowego pana, który nigdy do tej pory psa w życiu nie posiadał. Niestety, był też pewien problem. Saba była wszystkożerna. Jadła nie tylko smaczne jedzonko dostarczane przez panią Wandzię, ale również plastikowe kubki, laczki, srebrną folię, w której przechowywał wędlinę. To groziło szybką wizytą u weterynarza.

Dziś Groser miał się wybrać do banku, by w związku z budową parafii założyć konto. Niestety, wizytę musiał przełożyć, gdyż nie mógł znaleźć dowodu osobistego. Miał wyrobiony przed rokiem plastikowy dowód nowej generacji, gdyż poprzedni gdzieś przepadł. Był przekonany, że wszystko położył na fotelu, tam jednak dokumentu nie było. Tradycyjne nieprawdopodobne miejsca, w które mógł go wetknąć, na razie nie istniały. Nie miał jeszcze lodówki, szafy ani parkietu, który w akcie rozpaczy mógłby zedrzeć. Podejrzenie padło na Sabę, która akurat gdy na nią spojrzał, oblizała się smakowicie. Za godzinę miał przyjechać Twaróg. Niewykluczone, że wypłynie sprawa konta, a bez dowodu wszystko może się przeciągnąć parę tygodni. „Jak tu oczyścić z zarzutu to stworzenie i przedłużyć nadzieję, że zguba się odnajdzie?”. Dał psu dodatkową porcję, po czym założył mu smycz. Zwierzak spojrzał na niego zdziwiony.

— Nie patrz tak. Idziemy się załatwić… Prawda wyjdzie na jaw.

Przed domem uzbroił się w metrowy kijek i ruszył. Pies szarpał, zmuszając Wacława do biegu.

— Spokój, spokój. Zrób, co masz, to cię puszczę wolno…

Przed „chatką bezdomnych” siedział pan Zbiniu, który tak dzielnie pomagał Bułce w budowie kaplicy. Pierwszy mieszkaniec jego parafii. Niestety, go zauważył, czego akurat w tej chwili Wacław wolałby uniknąć.

— Ksiądz, puścić go luzym, nie ucieknie — zawołał. — Gdzie by miał tak dobrze jak u księdza…
— A tak go oswajam — rzekł wymijająco Wacław i ruszył, bojąc się, że Saba złoży swoje skarby na oczach parafianiana.
— Co ksiądz dziś taki szybki, nie zagada?…

Uśmiechnął się tylko usprawiedliwiająco i pognał. Po piętnastu minutach bezproduktywnego obwąchiwania każdego krzaczka i papierka, Saba stanęła i osadziła się na tylnych nogach, gotując się niczym osa do wbicia żądła. „No, dobry piesek”. A piesek zaczął cały drżeć i wyciągać głowę ku niebu. Po wszystkim odszedł na pół metra i odrzucił tylnymi nogami parę garstek ziemi.

Groser nachylił się z kijkiem i począł gmerać w psich odchodach, szukając plastikowych szczątków swej „tożsamości”.

— Witam księdza — usłyszał nagle radosny głos Twaroga.
— A… dzzieeeń dobry — Wacław przestraszył się i zmieszany odrzucił kijek.
— Tresujemy pieska… — rzekł Twaróg z dowcipem w głosie.

Groser nie wiedział, ile z tej dość upokarzającej akcji zarejestrował przybyły.

— A tak, weterynarz kazał się trochę przypatrywać… Młody szczeniak…
— Nie idzie tu wjechać… tam zostawiłem — Twaróg wskazał głową na śliwkowego mercedesa.
— Tak, w przyszłym tygodniu mają tu trochę wyrównać. Zamknę tylko psa, żeby nam nie przeszkadzał. — Groser nadzwyczaj trzeźwo myślał. Nie mógł dopuścić, aby Saba załatwiła się gdzieś w sposób niekontrolowany.
— No już… — uśmiechnął się do gościa, wróciwszy po chwili. Co tu dużo mówić, wczorajszy telefon, w którym Twaróg przypomniał o swojej chęci wsparcia budowy, podniósł go na duchu.
— No ładnie, ładnie — kiwał głową gość, widząc dokonania górali. — Ale to trzeba, proszę księdza, wszystko ogrodzić.
— Przydałoby się — jakoś dla Twaroga dziwnie skwapliwie przystał na tę sugestię Groser.
— Ile tego razem ksiądz ma?
— Jakieś trzy hektary.
— Hmm, hmm — Twaróg patrzył i myślał. Bez wątpienia snuł wizje rozwoju Groserowej parafii. — Pięknie tu. Taki teren w środku miasta. Hmm, hmm… Troszkę ta parcela psuje — Twaróg rzucił spojrzenie na posesję Ryżego Bronka. W oknie zbudowanej z żużlowych pustaków chatki zwisał kawał ścierki, który kiedyś robił za firankę.
— A to prawdopodobnie zdobędę…
— O widzę, że ksiądz zaczyna myśleć!
— Przed dwoma miesiącami w tym domu mężczyzna zabił w czasie libacji kobietę, a potem się powiesił. Jakoś nikt się na razie nie pali do kupna.
— Księdzu to, rozumiem, nie przeszkadza.

Wacław pokręcił głową. Uśmiechnął się.

— Nie, nie jestem zabobonny, to raczej jakaś szansa… W historii kościoły zwykle uświęcały miejsca grzechu. Bazylikę św. Franciszka w Asyżu zbudowano na wzgórzu piekielnym, na którym wieszano zbrodniarzy i grzebano samobójców. Nie mówiąc już o Golgocie… Krzyż i Kościół został wzniesiony na miejscu zhańbionym.

Twaróg pokiwał głową.

— Zresztą na tym terenie w ciągu dwóch lat powiesiły się trzy osoby.

Weszli do kaplicy.

— Od deszczu już chroni, myślę, że na dwa, trzy lata spokojnie wystarczy…
— A w tym czasie ksiądz przytulisko…
— No właśnie.

Doszli do fragmentu płotu, na którym wisiała zardzewiała tablica „Ogródki pracownicze »Wolność«”.

— Prawda, że ładna nazwa? Muszę właściwie zabezpieczyć ten relikt. No to co? — zakończył nagle wizytację Wacław. — Chodźmy na herbatę. W końcu mam już gdzie pana ugościć.
— Z przyjemnością.
— Na razie warunki polowe, mieszkam tu od tygodnia, ale siedzieć jest na czym. Piecyk, czajnik na prąd. Wody proszę się nie obawiać, do picia parafianie dowożą mi tu ekstramineralną. Proszę — Wacław otworzył drzwi. Saba z entuzjazmem skoczyła przednimi łapami na gościa. — Saba! — kręcił przepraszająco głową Wacław. — Proszę usiąść… Jakiej herbaty się pan napije. Może zielonej?…
— Jeśli ksiądz ma, wolałbym czarnej… — Twaróg rozglądnął się po pomieszczeniu. Nad drzwiami prosty krzyż bez pasyjki, obok dość duże zdjęcie Matki Teresy. Twaróg się zapatrzył.
— Wie ksiądz, że kiedyś spotkałem Matkę Teresę. Miałem szczęście uścisnąć jej dłoń. Nie byłem w stanie jednak powiedzieć ani słowa.
— To normalne — przytaknął Wacław. — Też pewnie bym zapomniał języka w gębie.
— Tak sobie pomyślałem po naszej ostatniej rozmowie, że ksiądz boi się, czy nie chcę tu jakichś brudnych pieniędzy wyprać.
— Proszę pana, nic nie myślałem. Jestem po prostu ignorant…
— Widzi ksiądz, kiedy byłem młody i nie miałem pieniędzy, często przychodziły mi takie myśli, co bym zrobił, gdybym dorobił się fortunki. Wyobrażałem sobie, że połowę tych pieniędzy rozdam ubogim. Nie wiedziałem, że kiedyś Bóg mi pozwoli przeżyć to naprawdę. Dzisiaj je mam. Jeszcze jakieś trzy lata temu, kiedy myślałem, że moje życie będzie polegało na bezustannym rozwoju mojej firmy, bardzo mi na nich zależało. Pieniądze to krew firmy.
— A dzisiaj?
— To długa historia, ale właściwie już wyzbyłem się wszystkich udziałów.
— Co plajta?
— Nie, proszę księdza… — Twaróg uśmiechnął się tajemniczo… — Mam pieniądze, ale już ich nie pomnażam, a rozdaję. Moim zmartwieniem jest to, jak je mądrze rozdać. Ksiądz troszkę mi pomógł.

Saba szybko przekonała się do gościa i pomimo różnych napomnień ze strony Grosera nie zdejmowała łap z Twaroga.

— Proszę się nie przejmować, jestem przyzwyczajony do psów. Wie, ksiądz, z rozdaniem nie byłoby problemów. W Kościele jest dość wyciągniętych rąk, ale chciałbym mieć pewność, że nie dam ich bogatym żebrakom. Księdzu ufam.
— Ostrożnie — Wacław się uśmiechnął. — Nie jestem tym samym księdzem, którym byłem miesiąc temu. Stałem się też pazerny. Ta budowa zaczęła mnie wciągać. Co prawda, komuś się to nie podoba — Groser sięgnął do kieszeni koszuli i podał Twarogowi złożoną kartkę. Gość przeczytał i się uśmiechnął.
— Precz z Katolandem! To chyba dobry znak. Ksiądz się tym przejmuje?
— Nie powiem, żeby było mi to obojętne.
— W Manowczyku odpowiedział ksiądz przecież dokładnie na ten problem. Co robić w sytuacji, kiedy komuś zależy, abyśmy zeszli z drogi. Ksiądz chyba wierzy w to, co pisze?
— A wie pan, kiedyś pewien szewc zapytał wielkiego pisarza, czy stosuje się do wszystkich rad zawartych w swoich książkach. I wie pan, co ten mu odpowiedział?

Twaróg pokręcił głową.

— A czy pan chodzi we wszystkich butach, które uszyje… Nie jest panu zimno? Włączę piecyk — Groser zauważył, że gość, co jakiś czas delikatnie rozmasowuje uda.
— Trochę już księdza poznałem i wiem, że ksiądz nie zrezygnuje.
— Dlaczego?
— Bo ksiądz ma coś do udowodnienia — Twaróg się uśmiechnął, jakby jego rozmówca musiał doskonale wiedzieć, o co chodzi. — No, jeśli ktoś miałby się wprowadzić do przytuliska przed zimą, to czas najwyższy ruszyć z budową.

Nagle Saba przeraźliwie zaszczekała.

— Co jest Saba? Oho, jakiś gość.

Po chwili ktoś zapukał do drzwi.

— Proszę! — krzyknął Groser.

W progu stała Agatka.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
— Na wieki wieków… — Co cię sprowadza, Agatko?
— Psyniosłam coś Sabie do jedzenia. Bałam się, ze jest głodna.
— Saba głodna? Pani Wandzia jej tu wałówki na miesiąc przyniosła.

Twaróg spojrzał kątem oka na zegarek.

— Proszę księdza, proponuję, abyśmy spotkali się z moim architektem na początku tygodnia, aby ruszyć sprawę. Może być wtorek, dajmy na to o osiemnastej?
— Oczywiście.
— My już trochę doświadczenia mamy. Z projektem cudować nie będziemy, najważniejsze, żeby ci ludzie mieli na zimę dach nad głową. A teraz widzę, że ksiądz ma poważną wizytę… Nie, nie i tak już czas na mnie — wstrzymał Grosera przed próbą jakichś wyjaśnień.

* * *

Po powrocie zastał ją wtuloną w sierść psa. Saba lizała dziewczynkę po buzi.

— Prosę księdza, Saba mówi, zebym ja została, bo jej jest smutno beze mnie — Agatka miała już osiem lat, ale czasami sepleniła jak mała dziewczynka.
— Wiem, bo mi też to mówiła. Ale to jest na razie niemożliwe. Widzisz, ja tu jeszcze nie mam takiego prawdziwego domku, w którym mogą mieszkać takie damy jak ty. Mam tylko jeden tapczan. Myję się w misce…
— Tu mi się podoba, prosę księdza. Ja mogę spać pod kocem na tym fotelu.
— Agatko, rodzice będą się martwić o ciebie…
— Nie, mama wyjechała, a tata wcale nie chce, zebym spała w domu. Będę gzecna i będę ci tu sprzątała. Wsysko będę robić…
— Widzisz, Agatko, ja jestem księdzem, a ksiądz to jest taki pan, co mieszka sam, bez żony…
— Ale ja nie muse być twoją zoną, mogę być twoją córecką…

Wacław schwycił delikatnie Agatkę za ramiona. Spojrzał jej w oczy i pogłaskał po włosach.

— Powiedz mi, czy coś się stało w twoim domu?…

W imię ojca
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...

Produkt dodany do koszyka

Polecane przez W drodze