O początkach paschalnej drogi wspólnoty

O początkach paschalnej drogi wspólnoty

Nie zbudujemy nigdy pokoju między nami, jeśli wzorem Chrystusa nie ukończymy raz rozpoczętych rzeczy. Chrystus nie porzucił swojej misji, nie zrażał się zatwardziałością serc najbliższych współpracowników, ale krok po kroku – nauczając i dobrze czyniąc – przybliżał się do Jerozolimy, w której oddając życie, miał zwyciężyć śmierć.

Wybór życia wspólnotowego związany jest u św. Benedykta z „wyrzeczeniem się własnych chęci” (Prolog 3). Ten postulat wynika z jego bardzo jasnej logiki wspólnotowej, według której to nie my wybraliśmy Boga, lecz to „Jego miłość nas uprzedziła”, bo Bóg kocha zawsze pierwszy, i to nie nasz dom, wspólnota zamieszkiwane są przez Boga, lecz to właśnie my mieszkamy u Niego! Pod Jego dachem mamy być „mistrzami komunii”. W tej perspektywie wyrzeczenie nie jest celem samym w sobie, ale skutecznym środkiem przylgnięcia do Chrystusa, który objawia się we wspólnocie przez moich braci i siostry.

Przychodząc do wspólnoty, człowiek „wyrzeka się siebie dawnego”: swoich niecierpliwości, egocentryzmu, samowystarczalności i niestabilności, uczy się słuchać i rezygnować ze zbyt pospiesznych i przemądrzałych odpowiedzi. Dopuszcza do głosu innych, nie strzeże zazdrośnie swoich darów, ale oddaje je na służbę wspólnocie, nie oczekując w zamian pochwały, szacunku i przywilejów. Stara się być otwarty na korekcje swojego postępowania, przyjmowanie uwag, walczy ze swoim gniewem i kłótliwością, nie używa wypracowanych sposobów poniżania innych, strzeże się kpin i ironii, stara się natomiast być domyślny, całym sercem próbuje zrozumieć komunikat wysłany przez współbrata — w żadnym wypadku nie wolno nigdy powiedzieć: „tak naprawdę nie wiem, o co ci chodzi”, bo najbardziej niezdarny przekaz niesie bardzo wiele, a może nawet wszystko…

Wyrzeczenie się dawnego siebie to także rezygnacja z dawnych towarzyskich przyzwyczajeń, takich jak przebywanie jedynie z interesującymi ludźmi, poświęcanie czasu tylko ważnym interesom, zabieganie o przychylność ludzi znaczących, wyprzedaż w każdym czasie i miejscu swoich znajomości, erudycji, miłych stron charakteru, odbytych podróży, bogactwa lub też własnych nieszczęść, domowych czy też cudzych sekretów. We wspólnocie próbujemy także wyrzec się zawiązywania frakcji, podgrup walczących między sobą, donoszenia i spiskowania. W żadnym wypadku nie wolno proponować komuś wejścia do wspólnoty tylko w tym celu, żeby zrównoważyć siły między moją grupą a domniemanymi przeciwnikami.

Przyglądając się swoim osobistym reakcjom, możemy się przekonać, dlaczego już na początku Reguły św. Benedykt mówi o wyrzeczeniu się siebie jako o rysie szczególnym ludzi żyjących we wspólnocie.

Żyję przez braci

Jednak nie wystarczy wyrzec się siebie dawnego. U św. Benedykta wyrzekamy się również siebie nowego… I znów doświadczenie wspólnotowe pokazuje, że to, co nowe, bardzo szybko się starzeje i sprowadza nudę, ale że każdy neofita, nowicjusz jest elementem rzeczywiście niebezpiecznym we wspólnocie. Nie tylko bowiem dziwi się, że ktoś zaczął tak żyć, nie czekając na niego, nie tylko próbuje wkupić się do wspólnoty przez wzmożoną aktywność, usłużność i nieco sztuczny entuzjazm, ale próbuje rozruszać według niego nieco już skostniałą tradycję wspólnoty, nazywając niektóre elementy utrzymujące rytm jej życia idiotyzmami lub tego życia komplikowaniem. Nieznajdująca ujścia ambicja organizuje w końcu własny program modlitw, lektur i spotkań z całym zastępem ojców, braci, spowiedników, pocieszycieli, doradców, towarzyszy drogi, terapeutów i duchowych przewodników. Znam osoby, które żeby żyć we wspólnocie, utrzymują na zewnątrz niej pokaźny dwór. Ludziom z dworu należy współczuć, gdyż traktowani są jak obserwatorzy ONZ: nie pomogą, nie zaszkodzą, a w pewnym momencie mogą służyć jako podkładka dla nieprzewidzianych duchowych szusów człowieka dwór utrzymującego.

Wyrzeczenie się siebie nowego jest naprawdę koniecznością, gdyż człowiekowi przychodzącemu do wspólnoty bardzo trudno jest pojąć, że nie tylko ma żyć dla braci, ale nade wszystko żyć przez braci — jednym słowem: nie tylko ciągle dawać, ale i przyjąć, pozwolić się pouczyć, dać się obdarować, posłuchać. W tym miejscu dotykamy bardzo ważnego, lecz prostego rozróżnienia, które może zaważyć na całym życiu duchowym i w jakimś sensie bardzo je okaleczyć. Wystarczy uznać środki duchowego postępu za cel naszego życia, a bolesne konsekwencje nie dadzą na siebie długo czekać. Dwie z nich wprowadzają prawdziwy zamęt w życiu wspólnoty: rywalizacja i kult odrębności.

Pozwolę sobie przywołać ogromnie prawdziwy i dowcipny portret człowieka żyjącego dla pokory, która staje się powoli zazdrośnie strzeżonym szyldem, wyniesieniem etc. Pochwały i podziw otoczenia towarzyszące jej praktykowaniu odbierają w końcu zdrowy rozsądek i człowiek wpędza się w niewolę hipokryzji i subtelnego kłamstwa. Proszę zauważyć, że ani razu w tekście św. Bernarda z Clairveaux nie ma odwołania do Chrystusa — to, co miało być środkiem, stało się sztuką dla sztuki. Posłuchajmy, z jakimi skutkami:

Przykro jest wynoszącemu się nad innych nie czynić czegoś, co by go wyróżniało. Z tego względu nie wystarcza mu wspólna reguła zakonna ani budujący przykład starszych. Wcale nie stara się być lepszy, chce tylko za takiego uchodzić. Nie pragnie żyć doskonalej, pragnie tylko, by go za doskonałego uważano, ażeby mógł powiedzieć: „Nie jestem jak inni ludzie” (Łk 18,11). Więcej się szczyci z jednego postu, który zachował wtedy, gdy inni jedli, niż gdyby razem z nimi pościł przez cały tydzień. Pożyteczniejsza jest dla niego krótka modlitwa prywatna niż psalmodia całonocna. W czasie posiłku wodzi oczyma po stołach i uważa się za pokrzywdzonego, jeśli ktoś mniej od niego je; dlatego też bez względu na zdrowie odmawia sobie tego, co przedtem uważał za konieczne, obawiając się więcej ujmy dobrej opinii niż udręki głodu. Podobnie, widząc kogoś chudszego lub bledszego, uważa się za mniej doskonałego i nigdzie nie znajduje spokoju. Nie może widzieć swojej twarzy okazywanej ludziom, dlatego bada, jak tylko potrafi, ręce, ramiona, chwyta się za boki, maca barki i uda, aby z większej lub mniejszej chudości członków domyślać się jej bladości względnie czerstwości. Do wszystkiego, co sobie wyimaginował, jest niezwykle skory, ale za to leniwy w spełnianiu obowiązków wspólnych. Nie śpi w łóżku, za to zasypia w chórze; gdy inni śpiewają wigilie, on sobie urządza długą drzemkę, po modlitwach zaś, w czasie spoczynku, pozostaje w kościele, chrząka, pokaszluje, sapie i stęka w swym kąciku, aby go tylko dostrzeżono. Przez wszystkie owe czyny, szczególne, ale bezowocne, urasta w opinii ludzi prostych, którzy nie znając wewnętrznych pobudek działania, chwalą tego nieszczęśnika i nazywają go świętym, a przez to zwodzą (por. Mt 24,24).

Budowanie komunii

Benedyktowi w próbie wyrzeczenia się własnych chęci drogie są zwłaszcza trzy środki. Są nimi cierpliwość, pokora i milczenie. Nietrudno się domyślić, że są to postawy obecne i doskonale sprawdzone w życiu Jezusa — niewiarygodne skondensowanie tego świadectwa nastąpi w ostatnich dwunastu godzinach Jego paschalnej drogi. W koncepcji Benedykta naśladowanie — imitari Chrystusa (Reguła 5,13; 7,32–34) jest raczej zorientowaniem całego życia na wartości wyzbyte łatwej, prostej i urzekającej oczywistości — a zapraszające do trudu zaufania, posłuszeństwa, ryzyka ewangelicznego świadectwa, do praktyki życia wyzbytego przemocy w każdej postaci, pełnego roztropności i umiarkowania — niż dramatycznym, a w gruncie rzeczy sentymentalnym zadawaniem sobie pytania w stylu: co na moim miejscu uczyniłby Chrystus…

Przez cierpliwość, pokorę i milczenie budujemy między sobą we wspólnocie prawdziwą komunię, która promieniując na zewnątrz, sprawia, że stajemy się źródłem pokoju dla innych, wzbudzamy w świadkach naszego życia pragnienie Boga i zachwyt nad Jego pięknem.

Styl życia wyznaczony przez te trzy postawy nie zatrzymuje jednak na nas spojrzenia innych, ale odsyła ich dalej — ku Chrystusowi. Tak więc nasza codzienność staje się żywą katechezą nie tylko dla zagubionych, ale i dla mocnych, potrzebujących jednak zawsze odnowy.

Praktykowanie Chrystusa

Spróbujmy posłużyć się następującymi określeniami, by nie oddzielać środków postępu duchowego od Jezusa Chrystusa. Zamiast mówić: cierpliwość, pokora, milczenie — użyjmy sformułowań: praktykowanie Chrystusa cierpliwego, milczącego, pokornego.

Nie zbudujemy nigdy pokoju między nami, jeśli wzorem Chrystusa nie ukończymy raz rozpoczętych rzeczy. Chrystus nie porzucił swojej misji, nie zrażał się zatwardziałością serc najbliższych współpracowników, ale krok po kroku — nauczając i dobrze czyniąc — przybliżał się do Jerozolimy, w której oddając życie, miał zwyciężyć śmierć. Cierpliwość jest więc środkiem, który pomoże nam wcielić w życie wartość o wiele wyższą: wierność Chrystusowi i ludziom. Chrystus może na mnie liczyć, ofiarując mi konkretną misję czy zadanie do wypełnienia, zawsze znajdzie mnie gotowego i niezmiennego w postanowieniach.

Praktykowanie „Chrystusa pokornego” wprowadza nas w samą istotę życia ukrytego, które ze względu na Chrystusa wszystko inne każe nam uznać za stratę. Jednak wołanie o miłość braterską nie ustaje — jak napisał św. Bernard z Clairveaux — trzeba więc wrócić do siebie, zniżyć swoje loty… Niezwykłe to słowa, które doskonale ukazują rozdarcie życia ukrytego: pragnienie spoczęcia w Bogu musi być pokornie i z miłością połączone ze służbą braterską, miłością swoich najbliższych, miłością zajęć, do których zostałem powołany. Chrystus pokorny to Chrystus eucharystyczny, który chciał się zostawić pod takimi właśnie postaciami, to Chrystus obecny z nami już do końca czasów, który nigdy nie cofnie swojego oddania. Praktykowanie Chrystusa pokornego doprowadzi nas w końcu do skosztowania owoców życia ukrytego: bycia apostołem, męczennikiem, pasterzem, doktorem, wyznawcą… nie na wielkich arenach i areopagach świata, ale w naszym polskim Nazarecie, nigdy dla własnej chwały, ale w służbie Kościoła. Tak wielka może być miłość ukryta, ufna i dyspozycyjna, pozbawiona splendoru i reklamy. Odważna i mądra, i tak ściśle złączona z miłością Chrystusa, że człowiek zdolny jest kochać właśnie tą miłością. Praktykowanie Chrystusa pokornego doprowadzi nas wreszcie do tej radosnej świadomości, że wszystko jest darem. Taki też jest wspólny mianownik powołania apostoła, męczennika, pasterza, doktora, wyznawcy, którzy obsługują na różne sposoby powierzony im dar pokoju i jedności.

Zbyt często jednak okazuje się, że nie wiemy, jak wielki dar Bóg złożył w nasze ręce. A nawet jeśli wiemy, że jest to pokój, to mamy słabe pojęcie, co może służyć pokojowi, który jest przecież tak delikatną materią. Zbyt jesteśmy rozgadani i zarazem nieobecni podczas licznych seansów próżności lub pustki owiniętej nawet w bardzo święty papier. Zbyt łatwo dajemy się uwieść lub zastraszyć, co świadczy o płytkości naszego ducha. Zbyt łatwo przehandlowujemy dar pokoju. W Regule św. Benedykta pomocą w wyjściu z takiej dezorientacji jest cnota taciturnitas, której zakonodawca poświęcił cały szósty rozdział. Idąc za sugestią podaną na początku listu, próbujmy mówić o niej jako praktykowaniu Chrystusa milczącego. Praktykę tę należy rozpocząć od prostego ćwiczenia: mówić prawdę w obecności ludzi, którym się wydaje, że mają nad nami nieograniczoną władzę, i nie bronić się, gdy jesteśmy atakowani. To oczywiście wstęp tej wielkiej ascezy milczenia.

Praktykowanie Chrystusa milczącego to nabywanie zdolności błyskawicznego ustalania hierarchii rzeczy i spraw, a także spontaniczny i bezbłędny wybór środków zachowujących pokój i komunię. Z tym, że ta spontaniczność i błyskawiczność nie rodzą się tak naprawdę w okamgnieniu, ale są owocami długiego milczenia, które nie jest u św. Benedykta zwykłą ciszą lub niemotą, ale bardzo płodnym czasem kontemplacji zakorzenionym w życiu samego Boga. Praktykowanie Chrystusa milczącego to — nie ukrywajmy — wejście na bardzo trudną ścieżkę Bożych porządków zaprowadzanych w świecie. Jak dwie poprzednie praktyki i ta nie jest wygodnym wycofaniem się za ochronny parawan pokryty pobożnymi malowidłami i cytatami z Pisma Świętego, ale wejściem na ścieżkę wielkich biblijnych proroków, z których Jezus był największy. Nie na darmo mówi się o Jezusie jako o nowym Eliaszu w Ewangelii według św. Łukasza. Jako prawdziwy przyjaciel Boga Eliasz żył w obecności Boga, w milczeniu kontemplował Jego obecność, wstawiał się za swoim ludem, odważnie ogłaszał wolę Bożą, bronił praw Boga, występował w obronie ubogich przeciw możnym. Głos jego był słyszany, bo wyrastał z milczenia prawdziwie współczującego, zorientowanego we wszystkich trudnych ludzkich sprawach, a zarazem milczenia niezależnego, niepodległego, niosącego nie tylko pociechę ludziom ubogim, ale i wymogi, odrzucającego układy i kompromisy kuszące łatwym sukcesem i angażujące imię Boga do nieczystych interesów.

Nie możemy zapominać, że wymogi Reguły św. Benedykta nie są niczym innym jak wymogami Ewangelii przyjętymi z całą powagą i troską o ścisłe ich wypełnienie. Benedykt z właściwą sobie roztropnością ukazuje nam je jako niezbędne narzędzia pozwalające nie tylko zachować miłość we wspólnocie, ale również ją rozwinąć. Także w przypadku wezwania do wyrzeczenia się własnej woli nie ma niejasności: Benedykt bowiem podaje nam cel takich wyrzeczeń: jest nim miłość, naśladowanie Chrystusa oraz wzbudzenie pragnienia życia wiecznego. Z naszej strony dorzućmy, że są to dwa solidne kryteria prawdziwej chrześcijańskiej ascezy, która opiera się na wielkim pragnieniu, aby Bóg był wszystkim we wszystkich. W tej perspektywie nieco enigmatyczne lub zbyt konsumpcjonistycznie pojęte pragnienie życia wiecznego staje się radosnym i niecierpliwym wyglądaniem chwili, w której Jezus Chrystus będzie doskonale poznany i doskonale kochany i pragnienie poznania Go i miłowania będzie ze wszech miar zaspokojone.

O początkach paschalnej drogi wspólnoty
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...